Reklama
Reklama

Reklama

Europa go słucha, Francja ma dość. Macronowi został rok

Reklama
TYLKO NA

Gdy w 2017 r. zostawał prezydentem, cmokali i z lewej, i z prawej – choć z bycia pośrodku uczynił motyw swojej kampanii. Francuzi kupili kota w worku. Ale jaki piękny był to kot! Taki zachodni, młody, postępowy… Dziewięć lat później najchętniej wywieźliby go na taczkach. Emmanuel Macron ma jeszcze rok, by w ojczyźnie pamiętano go choć odrobinę lepiej.

Emmanuel Macron
Emmanuel Macron został wybrany prezydentem Francji równo 9 lat temu. (fot. Win McNamee / Getty Images)
  • Zdobywał władzę w wielkim stylu. Szybko okazało się jednak, że nie rozumie Francji i Francuzów.
  • Kraj pod jego rządami ugrzązł w politycznym klinczu, bez stabilnej większości i prawdziwego lidera.
  • Macron stracił społeczne zaufanie przez styl władzy, poczucie oderwania od realiów i forsowanie decyzji bez większości. 
  • Wypychany u siebie, od lat pełni funkcję jednego z nieformalnych przywódców Europy.

Reklama

Nie było jeszcze w planach wszystkich tych cudeniek, które dziś piszą, rysują i myślą za nas. Ale gdyby istniały, gdyby dziewięć lat temu poprosić ChatGPT o wygenerowanie idealnego prezydenta Francji, pewnie niespecjalnie różniłby się od Macrona. 

Młody, przystojny – koniecznie.

Syn profesora medycyny i lekarki, absolwent najlepszego paryskiego liceum – oczywiście.


Reklama

Majętny, z doświadczeniem w bankowości. Ale nie jakiś tam zgorzkniały finansjer, co to to nie! Dziesięć lat uczył się gry na fortepianie. Śpiewał, kochał teatr, pewnie byłby aktorem, gdyby nie rodzicielska presja, by robić coś „bardziej pożytecznego”. A żeby nabrać krzepy, w nielicznych wolnych chwilach trenował jeszcze kick-boxing.


Reklama

Nic dziwnego, że Francuzi się zakochali. Wraz z nimi zresztą niemal cała Europa. Oto w czasach Donalda Trumpa, chwilę po ogłoszeniu Brexitu, w jednym z najważniejszych krajów kontynentu prezydentem został ktoś, komu w marszu na scenę, tuż po wielkim zwycięstwie nad Marine Le Pen, towarzyszyła „Oda do Radości”. Kto z pasją w głosie opowiadał o potrzebie współpracy. O wielkiej Unii. O silnej Europie. 7 maja 2017 r., dokładnie dziewięć lat temu, miliony ludzi odetchnęły z ulgą i zatraciły się w nadziei. 

Chciał dobrze

Hasłem „ani jedno, ani drugie” (lub: „jednocześnie”) przekonywał, że nie jest zakładnikiem prawicy, jak świadczyłoby „elitarne” pochodzenie, ani lewicy – był przecież długoletnim współpracownikiem Francois Hollande’a. Złośliwi powiedzą potem, że otworzył sobie w ten sposób furtkę, by robić i mówić wszystko, bez większego ładu i składu. 


Reklama

Na pewno chciał dobrze. Pięknie prawił o zmianach, o młodzieży, o przekraczaniu granic, o innowacjach. O tym, że sukces nie jest moralną plamą. Chciał jednocześnie reformować Francję, ratować Europę, zatrzymać nacjonalistów, przekonać biznes, uspokoić rynki, odnowić republikański majestat i pokazać światu, że liberalna demokracja nie musi mieć twarzy zmęczonych panelistów z Davos. Że może mieć – bez fałszywej skromności – jego oblicze. Cudne, jowialne.


Reklama

Pochodził z Amiens, miasteczka pokroju Rybnika czy Opola. Nazwisko Macron było tam marką: ojciec, Jean-Michel, był profesorem neurologii. Matka, Francoise, lekarzem rodzinnym. Sam Emmanuel dorobił się potem dużych pieniędzy pracując w banku Rothschilda. Gdy wypominano mu, że ktoś taki nie ma prawa rozumieć potrzeb mitycznych „zwykłych ludzi”, zarzekał się, że jego poglądy w największym stopniu kształtowała… babcia, skromna nauczycielka. 

Kampanię prowadził w stylu Doliny Krzemowej, nie Pałacu Elizejskiego. Mundurkami wolontariuszy były t-shirty, w otoczeniu dominowali ludzie młodzi, zmęczeni „starym ładem”, podekscytowani osobowością i energią Macrona. Uwierzyli mu. Pchnęli do władzy.


Reklama

Władzy, która niejednemu zawróciła w głowie. Silniejsi, mądrzejsi i bardziej doświadczeni przepadali. Przepadł i on. 39-latek na szczycie świata.


Reklama

Dobre złego początki 

Po poprzedniku, który tak bardzo chciał być „normalny”, że skończył jako symbol politycznej nijakości, Macron uznał, że rodacy nie potrzebują kolejnego „kumpla z sąsiedztwa”. Że łakną figury na miarę wielkiego, majestatycznego państwa, jakim niewątpliwie jest Francja. 

Tę potrzebę majestatu było widać wszędzie. Wersal dla Putina. Wieża Eiffla dla Trumpa. Invalides, Notre-Dame, wielkie schody, długie stoły, kadry z prezydentem, który – gdyby mógł – pewnie najchętniej przywdziałby królewskie szaty, nałożył koronę i paradował po świecie z berłem w rękach.

Macron rozumiał politykę jako inscenizację w stopniu rzadkim nawet w kraju, który inscenizację władzy doprowadził do perfekcji. Chciał nadać instytucji prezydenta, przez lata „hańbionej” zwykłymi czynnościami administracyjnymi, jakiś pierwiastek sakralności. Tylko że sakralność w republice jest substancją łatwopalną. Jeśli działa, buduje autorytet. Jeśli nie, zaczyna cuchnąć pychą.


Reklama

Początek, trzeba Macronowi oddać, był jednak niezły. Reforma rynku pracy wyglądała dobrze, bezrobocie zaczęło spadać, prezydent obniżył też podatek dla najbogatszych, dzięki czemu inwestorzy patrzyli w stronę Paryża nieco bardziej przychylnie.


Reklama

Macron mówił o start-up nation, organizował szczyty Choose France, ściągał do Wersalu i Pałacu Elizejskiego prezesów globalnych koncernów, opowiadał o innowacjach, sztucznej inteligencji, klimacie, danych, przemyśle, europejskiej suwerenności technologicznej. Czuć było, że coś drgnęło.

Młody prezydent zbyt szybko uwierzył jednak, że wszyscy myślą jak on. Że skoro wygrał z Marine Le Pen, że skoro cytuje go prasa na całym świecie, widząc w nim przywódcę nowego świata, to Francuzi wszystko mu wybaczą i zaakceptują każdy pomysł

Najbardziej spektakularnie, dość szybko zresztą, „przejechał się” na ekologii. W 2018 roku, gdy Bruksela prześcigała się w pomysłach na ratowanie świata, Macron wyszedł przed szereg i zaaplikował rodakom skromną podwyżkę cen paliw. Chciał, żeby przesiadali się – dla dobra planety – do samochodów elektrycznych. Albo chociaż hybryd.


Reklama


Reklama

Francja wyszła na ulice. Cały świat mówił o protestach „żółtych kamizelek” (każdy obywatel musi mieć taką w aucie): paleniu opon, blokowaniu skrzyżowań i wymykających się spod kontroli zamieszkach. Słupki poparcia zaczęły pikować, ale Macron nie spuścił głowy.

Jeździł po kraju, spotykał się z ludźmi, rozmawiał, tłumaczył. Z kontrowersyjnego pomysłu ostatecznie zrezygnował, całą porażkę próbował potem przekuć w „cenną lekcję”, ale trudno było uwierzyć, że – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – zmienił myślenie o świecie.

Tym bardziej, że… nie zmienił. Zdarzały mu się potem wypowiedzi, trochę w stylu powodziowych ubezpieczeń Włodzimierza Cimoszewicza, w których zdradzał, że potrzeb większości rodaków zwyczajnie nie rozumie. „Żeby znaleźć pracę, wystarczy przejść na drugą stronę ulicy” – mówił.


Reklama

Narzekał na „szalone pieniądze” wydawane na świadczenia. Okres między reformą (słuszną, dobrą, bo… jego) a jej owocami nazywał „doliną śmierci” – zły czas porównywał do przeprawy przez niebezpieczną strefę; opowiadał o konieczności znoszenia bólu zanim przyjdą upragnione rezultaty. Nikt mu jednak nie wierzył. Co taki człowiek może wiedzieć o bólu? Czy kiedyś musiał zrezygnować z obiadu, żeby dać posiłek dziecku?


Reklama

Niczym rzymski bóg

O ile w 2017 r. wygrał płynąc na fali entuzjazmu, o tyle pięć lat później był przede wszystkim zaporą. Zaporą przed skrajną prawicą, przed „niebezpieczną” Marine Le Pen. Liderka Frontu Narodowego mogła nawet wygrać, sondaże coraz częściej dawały jej przecież miejsce w Pałacu, gdyby nie Władimir Putin.

Wojna w Ukrainie była jej wyjątkowo nie na rękę: przyjaźni z Rosją nie kryła, głośno zrobiło się też o tym, że trzyma całkiem sporo pieniędzy na moskiewskich kontach. Rodacy wznieśli się (znów) ponad podziałami, z bólem serca zjednoczyli pod macronowskim sztandarem, choć był to bardziej głos „przeciw” Le Pen niż za niespecjalnie lubianym prezydentem.

Lex Kamilek do poprawki. System nie może być głuchy na płacz dziecka


Reklama

Samego Macrona nazywano już wtedy złośliwie „Jowiszem”: od rzymskiego boga, odpowiednika greckiego Zeusa, stojącego ponad wszystkimi. Zarzucano mu, że otacza się klakierami, którzy przytakują każdemu jego pomysłowi. A jak ktoś nie przytakiwał, to lądował w niebycie. Zamiast grupy reformatorów – młodych, zdolnych, ambitnych, stworzył dwór. Grupkę mężczyzn, „boys club”, którzy piją whisky, przerzucają się cytatami z filmów i przekonują wzajemnie, że wszystko działa wspaniale. 


Reklama

Coraz bardziej powszechne stało się przekonanie, że Macron Francji nie rozumie. Że przestał słuchać obywateli. Podniesienie wieku emerytalnego przeprowadził nieumiejętnie, bez wyczucia. A gdy naród się sprzeciwił, machnął im przed oczami konstytucją, która niewygodne zapisy pozwoliła przepchnąć bez większości w parlamencie. 

Mit „macronizmu” 

Kulminacja nieszczęść i utraty kontroli nad krajem przyszła w 2024 roku. Po klęsce obozu prezydenckiego w wyborach do parlamentu europejskiego, Macron mógł wymienić premiera, skorygować kurs albo po prostu… poczekać. Uznał jednak, że zafunduje rodakom terapię szokową. Wbrew wszelkiej logice rozwiązał Zgromadzenie Narodowe. – Wyciągnąłem zawleczkę i rzuciłem granat w sam środek sceny politycznej – opowiadał ponoć współpracownikom. 

Straszenie skrajną prawicą znów miało zadziałać. „Nie chcecie mnie? Zobaczcie, jakie macie alternatywy!” – zdawał się mówić. Ale niewielu już słuchało. 


Reklama

Wybory nie przyniosły jasnej większości. Parlament został rozbity na trzy części: lewicę Nowego Frontu Ludowego, osłabione centrum Macrona i silniejszy niż kiedykolwiek Front Narodowy. Prezydent nie chciał oddać rządu lewicy, choć ta mogła mówić, że wygrała. Szukał więc konstrukcji pośredniej, która uspokoi rynki, nie przestraszy prawicy, nie wpuści Melenchona do Matignon i nie będzie zależeć od Le Pen bardziej niż wypada przyznać publicznie.


Reklama

Michel Barnier, wymyślony na poczekaniu kandydat na premiera, miał uspokoić sytuację. Gdy upadł po wotum nieufności, stało się jasne, że Macron nie tylko nie odzyskał kontroli, ale i wpakował się w tarapaty, z których do końca kadencji pewnie już nie wyjdzie.

Od tego momentu francuska polityka zaczęła przypominać farsę. Kolejni premierzy, kolejne próby sklejenia większości, kolejne apele o odpowiedzialność, kolejne groźby wotum nieufności. Macron nadal ma konstytucyjne prerogatywy, nadal może mianować, przemawiać, przeciągać rozmowy i odrzucać kandydatury, ale… chyba już nie chce. 


Reklama

Mit „macronizmu” – genialnej syntezy lewicy i prawicy – rozpadł się na naszych oczach. Okazało się, że „jednocześnie” w czasach głębokich kryzysów oznacza po prostu… „nigdzie”. Prezydent, który miał być lekiem na dobijający się do władzy populizm (czy to z jednej, czy drugiej strony), okazał się dla takich jak Le Pen najlepszym paliwem. Ci na skraju nie muszą nawet krzyczeć. Wystarczy patrzeć, jak Macron – niekompetencją, nietrafionymi pomysłami – rozwija przed nimi czerwony dywan. 


Reklama

Ale czy spuścił głowę? Czy zaszył się w Pałacu? Wręcz przeciwnie, to przecież nie byłoby w jego stylu. Skoro nie chcą go w Paryżu, ruszył w Europę. W świat. Na międzynarodowych salonach wciąż witają i słuchają go chętnie.

W dobie niepewności za oceanem i wobec rosnącej potęgi Chin, Macron wyrósł na „ojca chrzestnego” europejskiej suwerenności. To on najgłośniej mówi o wspólnej armii, o potędze technologicznej kontynentu; o tym, że Europa musi przestać być tylko placem zabaw dla globalnych mocarstw.

NFZ a Ukraińcy w Polsce. Dlaczego więcej wpłacają niż wydają na leczenie


Reklama

Pewnie nie może się doczekać końca. Nie może się doczekać wejścia w rolę, która wydaje się dla niego skrojona: emerytowanego mędrca Europy, pouczającego następców z bezpiecznej odległości. 

Gdy w 2017 r. szedł przez dziedziniec Luwru przy dźwiękach Beethovena, wierzył, że odmieni Francję na pokolenia. Wierzyli w to też Francuzi. Na odchodne sukcesem będzie, jeśli odda władzę w kraju komuś, kto nie nazywa się Le Pen.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Mr. Y
Mr. YDziennikarz Zero.pl

Reklama