Nie musicie płacić kar z fotoradarów. Tylko mi nie mówcie, że nie wiedzieliście? Piszę i mówię o tym skandalu od lat, żeby system runął do końca i żeby jakiś rząd w końcu uporządkował przepisy w tej sprawie. Nie udawało się to żadnej władzy od 2011 r., czyli od tak zwanego „pierwszego Tuska”.
Nie będę już kopał głęboko i przypominał, w jakiej zgniliźnie tkwiliśmy, gdy dotarły do nas unijne pieniądze na rozwój automatycznych systemów nadzoru nad kierowcami. Moglibyście tego nie znieść. Powiem tylko, że to, iż fotoradarów nie obsługuje policja, to wynik tej zgnilizny. Żeby pieniądze na potrzebny system nie przepadły, ktoś uratował je, przypisując automatyczne pomiary do nowo powstającej służby – Inspektoratu Transportu Drogowego.
A ponieważ to nie policja, to z dochodzeniem mandatów od rejestrowanych przez fotoradary wykroczeń od początku mamy problem. Taki grzech pierworodny, czyli pozostałość po zgniliźnie, którą trzeba było ominąć, i ten łuk prowadził przez manowce.
Ostatecznie – ale podkreślam: nie jest to porada prawna i nie miejcie pretensji – dotychczas mieliśmy bardzo łatwe rozwiązania, by nigdy nie płacić mandatu z fotoradaru w Polsce.
Po pierwsze, wystarczyło nie odpowiadać w ogóle na list z Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym. Wiecie – na to pismo, w którym jest zdjęcie samochodu i trzy propozycje: przyjmij mandat i punkty karne; a jeśli nie ty kierowałeś – to pokaż, kto; ostatecznie zapłać dużo pieniędzy bez wskazywania kogokolwiek. Na takie pismo się nie odpisywało i CANARD pozostawał bezradny. Służba próbowała dowodzić, że brak odpowiedzi to przyznanie się do winy, ale w sądach dostawała łupnia.
Drugi sposób był trochę trudniejszy, bo zamiast niepodejmowania żadnego działania wymagał napisania do CANARD, że samochodem w tym dniu kierował Jan Kowalski, względnie Yurii Kovalskovyj. I już, odhaczone. Służbie pozostawało tylko odnaleźć tego człowieka i dać mu mandat. Przy czym, jak okazało się w sądach, służba nie może wymagać od właściciela pojazdu podawania adresu czy innych rzeczy pozwalających zidentyfikować kierowcę. Ustawowy wymóg spełnia już podanie imienia i nazwiska.
Wielka zmiana, a jednak chyba mała
Od 15 lat różni urzędnicy myśleli, jak napisać prawo, żeby ludzie rzeczywiście łamiący prawo nie mogli się wymigać od mandatu. Inni urzędnicy od lat wkładali kij w szprychy każdemu takiemu pomysłowi. Temu, który obecnie zaprezentowało Ministerstwo Infrastruktury, też zęby wybili urzędnicy Ministerstwa Sprawiedliwości. Bowiem na rzeczywiście działające pomysły odpowiadali, że „to niekonstytucyjne” i nie chcieli się zgodzić. Jak usłyszałem, na tych naradach zwłaszcza aktywny był pewien dyrektor departamentu, któremu zdarzało się w tej sprawie nawet krzyczeć.
Ostatecznie pomysł uszczelnienia nadzoru nad kierowcami zniweczy tylko pierwszy sposób migania się od mandatów, czyli nieodpisywanie służbie. Bowiem – jeśli w ogóle ta ustawa przejdzie przez Sejm – brak odpowiedzi w ciągu 30 dni na informację o wykroczeniu skutkował będzie nieuchronną karą administracyjną dla właściciela pojazdu. Ta uzależniona będzie od wagi wykroczenia, które popełniono tym samochodem.
Przekroczenia prędkości:
- do 30 km/h – 1500 zł,
- od 31 km/h do 40 km/h – 2400 zł,
- od 41 km/h do 50 km/h – 3000 zł,
- od 51 km/h do 60 km/h – 4500 zł,
- od 61 km/h do 70 km/h – 6000 zł,
- powyżej 71 km/h – 7500 zł;
Przejazd na czerwonym świetle – 3000 zł,
Niezastosowanie się do sygnalizacji świetlnej na przejeździe kolejowym – 6000 zł.
Problem w tym, że nadal można CANARD odpisać. I choć ustawodawca zaznaczył sobie, iż odpisać bez mandatu można będzie tylko w trzech sytuacjach (bo jechałem w stanie wyższej konieczności z żoną na porodówkę, bo ktoś mi wcześniej ukradł samochód, bo sprzedałem auto i mam umowę na to), to wcale jednak nie wyklucza odpisania: oświadczam, że nie pamiętam, kto jechał lub oświadczam, że jechał Jan Kowalski. I w tej sytuacji pojawi się ten sam problem, który służba ma dziś – będzie musiała znaleźć Jana Kowalskiego albo udowodnić właścicielowi pojazdu, że ten kłamie.
Tolerancja fotoradaru razy dwa!
Są i oczywiście w projekcie zapisy dobre. Skończy się unikanie mandatów z fotoradarów przez kierowców spoza Unii. Coś tak prostego, jak baza wykroczeń, w której znajdzie się też rejestracja samochodu pana Saszy z Kazachstanu, powstanie! I pan Sasza zatrzymany w Polsce będzie miał do wyboru, albo zapłacić zaległy mandat, albo jego auto zostanie odholowane na strzeżony parking. A jak będzie chciał przekroczyć granicę, to taki niezapłacony mandat też się wyświetli i szlaban.
Drugim miłym gestem Ministerstwa Infrastruktury będzie korzystniejsze spojrzenie na popełniających wykroczenia. Otóż uwzględniona zostanie tolerancja pomiarowa urządzeń, która wynosi obecnie ±5 km/h. To oznacza, że jak mierzą, iż ktoś jedzie 70 km/h na ograniczeniu do 50 km/h, to tak naprawdę wiadomo, że jedzie on 65-75 km/h. A karę przysyłano za 70 km/h. Od teraz zawsze służba będzie odejmować tolerancję i zawsze na korzyść kierowcy. Czyli za jazdę 70 km/h mandat będzie przychodził za jazdę 65 km/h. Jest to godne, dobre i słuszne. Budujące zaufanie obywatela do państwa.
Jest tylko jeden problem. Nadal utrzymany zostanie zapis w prawie, według którego w ogóle wykroczenia mierzone przez automatyczne systemy są rejestrowane przy prędkościach wyższych od dopuszczalnej o więcej niż 10 km/h. Skoro tolerancja wynosi ±5 km/h i zawsze będzie przyjmowana na korzyść kierowcy, to po co utrzymywać ten zapis sprzed 20 lat?
Patrząc na projekt zmiany prawa przygotowany przez polski rząd, widzę, że niczego nie chcemy nauczyć się od Niemców, Chorwatów czy Czechów. Oni sobie z tym problemem poradzili dawno temu i całkiem skutecznie. Chorwaci nie pobierają żadnej opłaty od właściciela pojazdu, ale gdy jest niezapłacony mandat za wykroczenie dokonane jego pojazdem, to nie ma on szans wykonać żadnej czynności administracyjnej związanej z pojazdem – ot choćby przeglądu. Ale może gdy chorwaccy politycy wprowadzali swoje regulacje, to na zespołach roboczych żaden ich urzędnik z resortu sprawiedliwości nie kładł się Rejtanem na stole i nie krzyczał: Kon-sty-tu-cja?


