Reklama
Kraj

To zdjęcie powinien znać każdy Polak. Mówi prawdę o 17 września 1939 r.

Jedno zdjęcie wystarczy, by obalić mit o „wyzwoleńczej misji” Armii Czerwonej. W Brześciu nad Bugiem obok siebie stoją niemiecki generał Heinz Guderian i sowiecki kombrig Siemion Kriwoszein, dowódcy armii, które kilka dni wcześniej rozdarły Polskę między dwa totalitaryzmy. Ta fotografia jest jednym z najbardziej wymownych symboli 17 września 1939 roku.

Andrzej Matowski
Opinia autorstwa: Andrzej Matowski
Dzisiaj 06:04
13 min
Guderian, niemiecki oficer i Siemion Kriwoszein w Brześciu nad Bugiem (po lewej) oraz kolumny pancerne wkraczające na terytorium Polski 17 września 1939 r. (po prawej) – dwa symbole tego samego sojuszu dwóch totalitaryzmów (fot. PAP)
TYLKO NA

Są fotografie, które mówią więcej niż setki stron podręczników. Jedna z nich powinna być symbolem 17 września 1939 r.

Dwaj oficerowie stoją obok siebie. Niemiecki generał Heinz Guderian i sowiecki kombrig Siemion Kriwoszein. Uśmiechnięci dowódcy dwóch armii, które zaatakowały Polskę z dwóch stron, spotykają się w Brześciu nad Bugiem podczas wspólnej niemiecko-sowieckiej parady 22 września 1939 r.

Brześć jest miejscem szczególnym. Stara carska twierdza, wybudowana po powstaniu listopadowym przez carskie władze, by kontrolować Polaków, stała się areną symbolicznej bitwy. Najpierw, 14 września 1939 r., podeszły pod nią oddziały pancerne niemieckiego XIX Korpusu Armijnego gen. Heinza Guderiana. Bezskutecznie atakowały umocnienia, odpierane przez ogień polskich obrońców generała Konstantego Plisowskiego.

Historia pewnego kubka. Tak niemieccy „bohaterowie” wracają do Polski

Reklama
Reklama

Czołgi generała Guderiana przez następne dni nie zdołały zdobyć twierdzy. Dopiero przy wkroczeniu wojsk sowieckich z 29. Brygady Pancernej generała Siemiona Kriwoszeina Polacy się wycofali. Defilada z 22 września była zwieńczeniem agresji i sojuszu Niemiec i ZSRR. Wehrmacht i Armia Czerwona stoją obok siebie. Niemcy przekazują miasto Sowietom, obie armie defilują, oficerowie rozmawiają i pozują do zdjęć.

Trudno o bardziej wymowny obraz.

„Wyzwolenie”

Przez dziesięciolecia próbowano przekonać Polaków, że 17 września był czymś zupełnie innym. Że Armia Czerwona nie zaatakowała Polski, lecz ją „wyzwoliła”. Że Stalin „przyszedł z pomocą” Białorusinom i Ukraińcom. Że chodziło o ochronę ludności przed wojną i niemieckim najazdem. Nie była to późniejsza próba wybielania historii, propaganda powstała wiele lat później, lecz ówczesna narracja szeroko propagowana w mediach.

Już jesienią 1939 r. sowiecka propaganda przedstawiała wkroczenie Armii Czerwonej jako „wielką misję wyzwoleńczą”. Mówiono o uwolnieniu robotników i chłopów Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy spod polskiego „ucisku”. Władza sowiecka potrzebowała tej opowieści, bo agresor nie może przecież przyznać, że jest agresorem. Musi powiedzieć, że przynosi sprawiedliwość. I właśnie dlatego tak ważne są słowa wypowiedziane nad ranem 17 września.

Reklama
Reklama

87 lat później. Wojna wciąż tłumaczy, dlaczego Polska wygląda właśnie tak

Właśnie wtedy polski ambasador w Moskwie, Wacław Grzybowski, został wezwany do sowieckiego Komisariatu Spraw Zagranicznych. Władimir Potiomkin przekazał mu, że państwo polskie przestało istnieć, a Związek Sowiecki musi wkroczyć, aby chronić ludność Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi. Ambasador Grzybowski odmówił przyjęcia noty i dzielnie bronił polskiej racji stanu. Nie miało to jednak już żadnego znaczenia. Kilka godzin później Armia Czerwona przekroczyła polską granicę.

Nie było w tym spontanicznej decyzji. Stalin realizował własną część porozumienia z Adolfem Hitlerem. Zanim agresja nastąpiła, został podpisany 23 sierpnia 1939 r. w Moskwie, przy akompaniamencie braw i brzęku kieliszków z wódką, pakt Ribbentrop-Mołotow, tajny protokół i uzgodniony między Berlinem a Moskwą podział Europy Środkowo-Wschodniej. Zakończył go długi bankiet, toasty, życzenia.

W momencie sowieckiej agresji Polska walczyła już od ponad dwóch tygodni z Niemcami. Jej armia była związana walkami na zachodzie, a państwo znajdowało się w sytuacji dramatycznej. Niemcy usiłowali wedrzeć się do Warszawy, oblegali Lwów i okrążali polskie armie. I właśnie wtedy od wschodu nadciągał drugi agresor, łamiący zawarty w 1932 r. pakt o nieagresji.

I właśnie wtedy wydarzyło się coś, o czym sowiecka, a później rosyjska propaganda bardzo nie lubi mówić: Polacy stawili opór.

Reklama
Reklama

Walka

Korpus Ochrony Pogranicza, powołany, by chronić granice Polski i czuwać nad jej bezpieczeństwem, walczył od pierwszych godzin sowieckiej agresji: jako pierwsza do walki ruszyła strażnica KOP „Dzisna” już nad ranem 17 września. Za nią do walk ruszyły kolejne pułki i bataliony KOP. Wspaniały opór stawiło położone nad Niemnem Grodno, gdzie walczyli harcerze, policjanci i rezerwiści, wsparci przez ułanów. Wytrzymali trzy dni, od 20 do 22 września, zadając duże straty agresorom i niszcząc wiele z ich czołgów. Ale nie tylko. Polski żołnierz walczył z sowiecką nawałą pod Szackiem, Kodziowcami, Wytycznem przez następne dni, zadając duże straty napastnikom. Lecz symbolem tej agresji pozostaje Brześć nad Bugiem i defilada zwycięzców z 22 września.

To ważne, bo w sowieckiej opowieści Polak właściwie nie walczy. Jest jedynie przedstawicielem „polskich panów i burżujów”, których trzeba usunąć, aby miejscowa ludność mogła odzyskać wolność. Że opór stawiła co najwyżej garstka „reakcyjnych oficerów” i „faszystów”.

Miasto, które wciąż walczy. Dlaczego Powstanie Warszawskie nadal dzieli Polaków

Dla mnie 17 września nie jest abstrakcyjnym punktem na osi czasu. Mam z nim osobiste wspomnienie. Mój Dziadek, podchorąży 5. Pułku Lotniczego z Lidy, pod koniec września 1939 r. trafił do sowieckiej niewoli. Spędził w niej następnie długie lata. Przeżył, doświadczając szczęścia, którego nie miało wielu jego kolegów.

Reklama
Reklama

Potem przyszło to, co zwykle przychodzi po podboju.

Listy proskrypcyjne. Aresztowania. Deportacje. Więzienia. Egzekucje. Śmierć tysięcy polskich jeńców, tak oficerów, jak i szeregowych. Wszyscy znamy dobrze te nazwy: Katyń, Charków, Miednoje, Bykownia. Wywózki całych rodzin na poniewierkę, głód, choroby, śmierć, na Syberię bądź do Kazachstanu. Zagłada polskiego Kościoła na Kresach. Masakry więzienne NKWD. Niszczenie polskich instytucji, szkolnictwa, kultury i elit. Nacjonalizacja majątku. Sowietyzacja życia codziennego. Grabieże żywności. Próba wyrwania ludzi z ich dotychczasowego świata i przepisania ich historii na nowo. Represje i deportacje były elementem systemowej przebudowy zajętych ziem i likwidowania śladów polskiej państwowości.

To dlatego 17 września był czymś więcej niż początkiem okupacji.

Niemcy planują powrót służby cywilnej. Resort bada gotowość organizacji

Był początkiem śmierci pewnej Polski. Polski jagiellońskiej. Wielonarodowej. Związanej przez stulecia z Litwą, Białorusią i Ukrainą. Polski, której wschodnie miasta, Wilno, Lwów, Grodno, Nowogródek czy Brześć, były wrośniętą przez wieki częścią historii i tożsamości narodowej, skarbami kultury i matecznikiem wielu światłych Polaków. Sowiecka agresja z 17 września 1939 r. rozpoczęła agonię tego świata.

Reklama
Reklama

Po wojnie przyszedł jego ostateczny koniec. Granice przesunięto, ludność przesiedlono, polskie instytucje zlikwidowano, a całe pokolenia mieszkańców Kresów miały nauczyć się żyć bez własnego państwa. To była więc nie tylko zmiana granicy. To była próba unicestwienia pamięci i narodu za tą granicą. A potem przyszła cisza. Komunistyczna Polska nie mogła przecież zbyt głośno przypominać, że Stalin i Hitler w 1939 r. wspólnie dokonali rozbioru Polski. Dlatego 17 września przez lata pozostawał datą niewygodną, nieobecną, przemilczaną. Prawda o sowieckiej agresji nie pasowała do powojennej kreacji Związku Sowieckiego jako wielkiego zwycięzcy nad nazizmem, bohatera walk z hitlerowskimi Niemcami, wyzwoliciela Polski i innych narodów.

A przecież ta historia nie skończyła się wraz ze śmiercią Stalina. Dzisiaj rosyjska propaganda powtarza wiele z tych samych argumentów. Znów słyszymy o „historycznych ziemiach”. Znów pojawia się „ochrona” ludzi, których rzekomo trzeba ratować przed państwem, w którym żyją. Znów próbuje się przekonać odbiorców, że granice nie są ważne, jeśli wielkie mocarstwo uzna je za niesprawiedliwe.

Współczesna rosyjska narracja o 17 września nadal sięga po sowiecką konstrukcję „wyzwolenia” tak zwanych Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy. Próbuje również przedstawiać Polskę jako państwo, które samo wcześniej było agresorem i dlatego ponosi część odpowiedzialności za wydarzenia 1939 roku. W tej opowieści wraca rok 1920. Polska miała przecież prowadzić wojnę z bolszewikami, więc, sugeruje się, sowieckie działania w 1939 r. można traktować jako historyczny rewanż.

Reklama
Reklama

Rosyjski dron na polskiej plaży. Prokuratura ujawnia najnowsze informacje

Do tego dochodzi sprawa odzyskania Zaolzia przez Polskę w październiku 1938 r., wyjątkowo chętnie przywoływana obecnie przez rosyjską propagandę. W rzeczywistości żadna z tych kwestii nie ma nic wspólnego z sowiecką inwazją na Polskę: Polska odzyskała Zaolzie na mocy, co prawda wymuszonej, umowy międzynarodowej, za zgodą Czechosłowacji, a nie za pomocą zbrojnej agresji, podobnej do tej z 17 września 1939 r. Zaś usprawiedliwiać napaść argumentem o zmarłych 20 lat wcześniej z chorób i głodu bolszewickich jeńcach, podczas gdy polscy jeńcy tak samo masowo marli w bolszewickiej niewoli, może tylko kompletny historyczny ignorant.

Propaganda

Wreszcie propaganda ta łączy się doskonale ze współczesnością i aktualnymi wydarzeniami.

Bo wystarczy posłuchać języka Kremla z 2022 r. Ukraina, mówiono, nie jest naprawdę państwem. Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród. Rosja musi chronić swoich ludzi. Rosja reaguje na zagrożenie. Rosja nie prowadzi wojny napastniczej, lecz wykonuje dziejową konieczność. W 1939 r. Józef Stalin i Wiaczesław Mołotow mówili bardzo podobnym językiem.

Najpierw pojawia się opowieść o zagrożonej ludności. Potem o konieczności jej ochrony. Następnie przekracza się granicę. Kiedy wojska są już na cudzym terytorium, agresję nazywa się wyzwoleniem, operacją pokojową, przywracaniem sprawiedliwości albo obroną własnego bezpieczeństwa. Zmieniają się nazwiska, lecz mechanizm pozostaje.

Reklama
Reklama

Dron zestrzelony nad Litwą. Kulisy nocnego ataku

Warto też pamiętać, że nie tylko Moskwa wykorzystuje tę historię. Władze Białorusi również próbowały nadać 17 września zupełnie nowe znaczenie. W 2021 r. reżim Aleksandra Łukaszenki ustanowił ten dzień „Dniem Jedności Narodowej”. W ten sposób rocznica sowieckiej agresji została przedstawiona jako moment „zjednoczenia ziem białoruskich”. To szczególnie wymowny przykład tego, jak państwowa polityka pamięci może zamienić napaść jednego państwa na inne w święto własnego państwa.

I tutaj wracamy do fotografii z Brześcia. Guderian i Kriwoszein. Niemiecki generał i sowiecki dowódca stoją obok siebie w mieście, które właśnie zostało odebrane Polsce. Po obu stronach stoją żołnierze dwóch armii. To nie jest obraz dwóch państw, które przypadkiem znalazły się w tym samym miejscu. To jest obraz sojuszu, krótkotrwałego, ale jakże owocnego. Obraz porozumienia dwóch totalitaryzmów, które wspólnie rozebrały państwo leżące pomiędzy nimi. Wspólna defilada w Brześciu stała się jednym z najbardziej wymownych symboli tej współpracy.

Samoloty operowały nad Polską. Wojsko wydało komunikat

A Zachód? To również część tej historii, o której mówi się za mało. Wielka Brytania i Francja, które były już w stanie wojny z Niemcami, nie zdecydowały się na otwarcie nowego konfliktu ze Związkiem Sowieckim. Ich reakcja ograniczyła się do dyplomatycznych protestów. Stalin nie musiał się nimi szczególnie przejmować. Była to brutalna kalkulacja. Właśnie zaczęła się wojna Aliantów z Hitlerem. ZSRR miał być, przynajmniej potencjalnie, sojusznikiem, potrzebnym, by owego Hitlera w przyszłości pokonać.

Reklama
Reklama

Nie było więc interesu w tym, aby zbyt gwałtownie zamykać sobie drogę do przyszłego porozumienia z Moskwą. Szczególnie że partie komunistyczne na Zachodzie były bardzo silne i wpływowe. Chętnie korzystały ze swej popularności, by sabotować działania wymierzone w Związek Radziecki. Brytyjskie, francuskie, kanadyjskie i amerykańskie media lewicowe bardzo chętnie usprawiedliwiały i tłumaczyły agresję sowiecką, oskarżając w tej narracji Polskę.

Wielka polityka miała swoje interesy. Polska miała swoje granice. A mieszkańcy Kresów mieli swoje domy. Te interesy nie były tym samym. Dla mieszkańców Grodna, Lwowa, Wilna czy Nowogródka nie była to wielka geopolityka ani wielkie sojusze. Nie był to problem przyszłej koalicji przeciw Hitlerowi. Dla nich 17 września 1939 r. i następne miesiące były koszmarem. To była noc, podczas której do drzwi zapukało NKWD, pociąg z bydlęcymi wagonami jadący na wschód, to była kula w tył głowy gdzieś w lesie. To była utrata domu, języka, szkoły, grobu rodziców i pewności, że państwo jeszcze istnieje. Przez 21 miesięcy sowieckiej okupacji Kresów zginęło i zostało zamordowanych więcej Polaków niż na ziemiach pod okupacją niemiecką w tym samym czasie.

Data

Dlatego 17 września pozostaje ważny także dzisiaj. Nie tylko jako rocznica. Jako memento. Przypomnienie, że sowiecka zbrodnia agresji na Polskę pozostała nierozliczona. Wyrzut sumienia za zapomnienie tej rocznicy na pół wieku. I jako ostrzeżenie przed powracającą, lekko tylko zmienioną retoryką. Oznaką, że historia się nie powtarza, lecz rymuje bez końca. Bo kiedy słyszymy, że jakieś państwo ma „historyczne prawa” do ziem sąsiada, że musi „chronić” mieszkających tam ludzi, że granice są tylko błędem historii, a cudza agresja może być usprawiedliwiona wcześniejszymi winami ofiary, powinniśmy przypomnieć sobie rok 1939.

Reklama
Reklama

Kiedy słyszymy, że Polska sama jest winna, bo kiedyś zajęła Zaolzie, że wojna z bolszewikami daje Rosji prawo do historycznego odwetu, że sowiecka agresja była „wyzwoleniem” Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi, powinniśmy spojrzeć na fotografię z Brześcia.

Kurz spod końskich kopyt. Babel, Mackiewicz i cywilizacyjne starcie 1920 roku

Guderian i Kriwoszein. Dwaj oficerowie. Dwie armie. Jeden zwycięski pochód. Za nimi polska twierdza. A przed nimi nowy podział Europy. 17 września 1939 r. rozpoczęła się śmierć Rzeczypospolitej. I dlatego pamięć o tym dniu nie jest wyłącznie obowiązkiem wobec przeszłości. Jest częścią obrony przed propagandą teraźniejszości. Bo jak pisał George Orwell w „Roku 1984”:

„Kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość. Kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość.”

Źródło: Zero.pl
Andrzej Matowski
Andrzej MatowskiHistoryk, autor strony "II wojna światowa w kolorze". W Zero.pl najczęściej patrzę na współczesne wydarzenia z perspektywy historycznej - autor zewnętrzny