Wojna 1920 r. miała być apokaliptyczną uwerturą otwierającą drogę do światowego panowania dyktatury proletariatu. Nie Warszawa miała być ich ostatecznym celem, lecz Berlin, Paryż i Londyn. Rozpędzona śmieciarka bolszewizmu miała Polskę „jedynie” zmielić, a gra toczyła się o zainfekowanie Zachodu bakcylem „wiecznej szczęśliwości” pod egidą sierpa i młota.

- Wojna 1920 roku była nie tylko walką o granice, ale także starciem dwóch wizji porządku społecznego i człowieka.
- Izaak Babel obserwował Polskę z szeregów Armii Konnej Budionnego, Józef Mackiewicz – z perspektywy świata, który bolszewicy próbowali zniszczyć.
- Twarze bolszewików wzbudzały u Izaaka Babla strach. W fizjonomiach dowódców dostrzegał przetrącone dusze, rabusiów i bandytów.
- U Mackiewicza bolszewia przypomina zaś „zarazę”, która pędzi ze Wschodu na Zachód.
- Obaj przeżyli wojnę, ale później stali się ofiarami systemu, którego nadejście opisali w swoich książkach.
W wyświechtanych manichejskich dychotomiach zawarty jest istotny kęs tego starcia. Rok 1920 był „wielkim cywilizacyjnym zderzeniem” oraz konfrontacją między „hordami ze wschodu” a „ziemiańskimi szlachcicami”. Z jednej strony koncentraty brzydactwa i ponuractwa, wyziewy alkoholu i brudu, nihlizm i pustka. Z drugiej, zadbane mieścinki, maryjne święto, przekwitające, sierpniowe zagajniki, zieleńce i jary, słowem - prostota bukolicznego życia.
Między jednym a drugim kawaleryjskim natarciem, na obrzeżach Pniewska, Izaak Babel czyni takie zestawienie: „Porządna polska rodzina chłopska. Uderzająca różnica między Rosjanami a Polakami. Polacy żyją czyściej, weselej, bawią się z dziećmi, ładne obrazy święte, ładne kobiety”.
Wpływowe małżeństwo polityków KO pomagało Dawidowi Kacprzykowi
Izaak Babel i Józef Mackiewicz po dwóch stronach frontu
Z cywilizacyjnej ruptury Józef Mackiewicz zarysował w „Lewej stronie” literacki kontrapunkt. Na pierwszych stronach powieści pisarz kreśli portret polskiego ziemiaństwa. Dom w Dorszanach stał otoczony lasem i wypełniony reliktami przeszłości. Co wieczór zbierano się na pogawędkach i zaimprowizowanych koncertach.
Pod nieobecność mężczyzn, którzy poszli „bić się bolszewikami”, Dorszanami rządziły kobiety w bufiastych sukniach. Grano na fortepianie – jakże by inaczej! – dziewiętnastowiecznych romantyków, sonatę „patetyczną” Beethovena. Rozprawiano z ekonomem o nowoczesnym gospodarowaniu. Polacy w „Lewej stronie” mówią osobliwą mieszanką złożoną z własnego narzecza i francuskiego z wyższych sfer.
Polski kosmos malowany przez Mackiewicza łączył w sobie wielowiekową tradycję, w której prym wiodła triada przyroda-pobożność-kultura. „Stały tam, oprawione w skóry, płótna i tektury – opisuje pisarz – miliony słów wypowiedziane jeszcze w XVIII i w ciągu całego XIX wieku. «Nowości» należą już do czasów, które zrodziły toczącą się wielką wojnę. I ta wojna przeszkadzała w czytaniu”.
Z prozaicznej funkcji kurzu, Józef Mackiewicz, czyni intrygującą metaforę ducha czasów: jednego dnia osiada na książkach, następnego wzbija się spod końskich kopyt przynosząc nowe porządki, obcy ustrój, zachwianie pokojowego współistnienia. „Leży najbezpieczniej na starych książkach, które niełatwo jest ścierać. Wznosi się najskuteczniej spod kopyt końskich” – konstatuje polski powieściopisarz.
Po drugiej stronie „cywilizacyjnego sporu” młody bolszewicki kawalerzysta, Izaak Babel, odnotowuje w swoim „Dzienniku 1920” zachwyt opustoszałą księgarnią w Leszniewie w powiecie brodzkim: „Przed odjazdem: taczanka czeka od rana na ulicy Złotej, godzina w księgarni, w niemieckiej księgarni [chodzi o znaną polską księgarnię Fasta; Babla wprowadziła w błąd niemieckobrzmiąca nazwa – przyp. red.]. Są tu wszystkie wspaniałe, nierozcięte jeszcze wydania, albumy. Zachód, oto Zachód i rycerska Polska, wypisy, historia wszystkich Bolesławów, i wydaje mi się czemuś, że to jest piękne. Polska – w lśniących szatach na zwiędłym ciele. Grzebię w kupie książek jak wariat, biegnę do półek, a tu już potok, już grabią materiały biurowe jacyś wstrętni młodzi faceci o marsowym wyglądzie, komisja ds. łupów”.
Naloty, grabieże, makabryczne zbrodnie dokonane na ludziach, gwałty, a ponadto nastrój jawnej nienawiści do wszystkiego, co wzniosłe, do kościołów, do świętych obrazów, łączą się w opisach – zarówno u Mackiewicza, jak i u Babla.
Bolszewicy idą jak wicher, jak szarańcza, obracając wszystko w ruinę. „Jestem na wielkiej niekończącej się stypie” – ze smutkiem konstatuje Babel. U Mackiewicza bolszewia przypomina zaś „zarazę”, która pędzi ze Wschodu na Zachód. Słowo to pojawia się zresztą na kartach „Lewej strony” wielokrotnie, jak ostrzeżenie. Bohaterowie używają słowa „zaraza” to ze strachem, to z odrazą dla siły nieczystej i tajemniczej, której nie potrafią pojąć.
Mnożą się u Mackiewicza opisy symptomów owej przypadłości wiejącej ze Wschodu. Żołnierzy o mongolskich rysach w spiczastych czapkach oddających mocz przed ołtarzami kościołów, kładki robione z świętych obrazów, aby przejść suchą stopą przez mokradła, rąbane na opał fortepiany… Babel: „Synagoga. Modlę się, gołe ściany, jakiś żołnierz wykręca sobie tymczasem żarówki”.
Mecenas rodziny i polityczny cyngiel. „Tusk jest uzależniony od Giertycha”
Bolszewicy na drodze do Berlina
Polska miała być przystankiem, „spacerkiem” Budionowców, w drodze na Berlin, gdzie miały się połączyć w jedno ciało dwie międzynarodówki – ta wschodnia i ta zachodnia. Jedni mówią o talentach przywódców, Piłsudskiego i Rozwadowskiego, inni o dynamicznych manewrach, a drudzy o patrzącej z góry konieczności, o opatrzności – o cudzie.
Na marginesie tych rozważań warto mieć w pamięci dwie rzeczy. Pierwsza to Niemcy: politycznie rozchwiane, gospodarczo niestabilne, wciąż otrząsające się z I wojny światowej. Druga – znaczenie, jakie ówczesny bolszewizm przypisywał właśnie temu krajowi.
W 1920 r. Niemcy nie znajdowały się jeszcze w otchłani kryzysu, który nadejdzie trzy lata później. Hiperinflacja, która w 1923 r. doprowadzi gospodarkę do stanu niemalże groteskowego, dopiero miała nadejść. To również wtedy, na marginesie tego wielkiego niemieckiego zamieszania, zacznie swoją polityczną karierę niejaki Adolf Hitler. Rok 1920 był już rokiem nerwowym. Republika Weimarska pozostawała efemeryczna, krucha i atakowana z dwóch stron.
Z lewej strony uderzała w nią rewolucyjna ulica. Wiosną 1920 r. wybuchło powstanie w Zagłębiu Ruhry. Z prawej – pucz Kappa-Lüttwitza, wymierzony bezpośrednio w republikę. Berlin próbował więc utrzymać równowagę w sytuacji, w której grunt usuwał mu się spod nóg zarówno po lewej, jak i po prawej stronie. Gospodarcza niestabilność dokładała do tego własną warstwę chaosu.
Z perspektywy Moskwy taki moment musiał wyglądać jak okazja. I to niemała. Marksizm-leninizm zakładał przecież, że rewolucja powinna zakorzenić się w społeczeństwie wysoko uprzemysłowionym, rozwiniętym, z licznym i politycznie świadomym proletariatem. Tymczasem rewolucja zwyciężyła w Rosji, kraju w ogromnej mierze agrarnym, zacofanym gospodarczo i społeczne dalekim od modelu, który przewidywała marksistowska teoria.
To był ideologiczny paradoks, którego nie dało się łatwo zagłuszyć. Jeśli rewolucja miała mieć swoją logiczną kontynuację, trzeba było spróbować przenieść ją tam, gdzie, przynajmniej w teorii, powinna była wybuchnąć od początku. Na Zachód. Do Niemiec.
I właśnie dlatego z sowieckiej perspektywy niemiecki chaos nie był wyłącznie problemem niemieckim. Mógł być szczeliną, przez którą rewolucja wydostałaby się z Rosji. A pomiędzy Moskwą a Berlinem stała rycerska i katolicka Polska.
„Cała Europa patrzy ze zgrozą na resztki wojennego pożaru na wschodzie. Wypala się tu pożoga. Nie może zgasnąć. Któż wie, czy od jej żaru nie zajmie się świat” – pisał wówczas polski członek Polskiej Partii Socjalistycznej, Zygmunt Zaremba.
Bolszewicka rewolucja i wizja nowego człowieka
Nie ulega wątpliwości, że zarówno cała kampania, jak i jej ostatni akord na obrzeżach Warszawy były spotkaniem dwóch wizji człowieczeństwa, dwóch perspektyw antropologicznych, światów tak odległych, że pojęcia rewolucji i dziejowej syntezy pozostają niewystarczające, żeby nie powiedzieć – bezradne.
Bolszewikom się śpieszyło. W rozległych preliminarzach, wojna 1920 r. miała być apokaliptyczną uwerturą otwierającą drogę do światowego panowania dyktatury proletariatu. Nie Warszawa miała być ich ostatecznym celem, lecz Berlin, Paryż i Londyn. Rozpędzona śmieciarka bolszewizmu miała Polskę „jedynie” zmielić, a gra toczyła się o zainfekowanie Zachodu bakcylem „wiecznej szczęśliwości” pod egidą sierpa i młota.
„Bolszewicy pisali historię prostolinijną” – zauważa Józef Mackiewicz. Oraz dodaje: „Nie było bowiem pomiędzy nimi sporów ani o ziemię, ani o język, ani o narodowość, ani o religię. Nie kryli się z tym, że im chodzi wyłącznie o – rewolucję”. Stąd wypływała prosta konstatacja. Zerwanie warunków Pokoju Brzeskiego i ruszanie na podbój świata.
Twarze nowego porządku wzbudzały strach u samego Izaaka Babla. W fizjonomiach dowódców dostrzegał przetrącone dusze, rabusiów i bandytów bez czci i wiary, rozzuchwalonych możliwością wzbogacania, a przede wszystkim plądrowania i owładniętych manią niszczenia. „Nowy pomocnik szefa sztabu dywizji – Orłow. Figura z Gogola. Patologiczny łgarz, język bez kości, semickie rysy, główna cecha – przeraźliwa w gruncie rzeczy łatwość gadania, ględzenia, kłamania (…) Ta lekkość budzi strach, co on ma w duszy?”.
Orłow opisywany przez Babla był perfekcyjnym produktem rewolucji Lenina i Trockiego, typem spod ciemnej gwiazdy, uformowanym na cynizmie i ziejącym wewnętrzną pustką. Przypominał Szygalewa z „Biesów” Dostojewskiego, dla którego koniec świata był przyklepaną formalnością, którą należy doprowadzić do końca. Po prostu. Bez zbędnych ceregieli.
Bolszewicy, jak słusznie zauważył filozof Mikołaj Bierdiajew, byli maksymalistami, patrzyli na świat tak, jakby czekali na koniec świata z pewną dozą rozkoszy i zadowolenia. Będąc zarazem apokaliptykami i nihilistami gwizdali na wysiłki stopniowo rozwijającej się kultury, na dokonania i skumulowane doświadczenia historii. „Nihilistyczny zaczyn – pisze w Światopoglądzie Dostojewskiego Bierdiajew – wrogi wartościom kultury i świętościom historycznym, tkwi u podstaw socjalizmu rosyjskiego”.
Niebezpieczeństwo wynikające z marksizmu w wydaniu ówczesnych bolszewików wynikała z osobliwej mieszanki: niewiary w Boga, nieśmiertelności i wolności ducha ludzkiego. Szczęśliwość powszechna zaś miała zostać zadekretowana. Do cnoty przymuszano gwałtem. O czystość ideologiczną zabiegano metodami ostatecznymi: powszechnym donosicielstwem, łagrami, bagnetami, terrorem, plutonami egzekucyjnymi. Tymi metodami osiągano korzyść dla wybranych. Józef Mackiewicz: „bolszewicy skasowali u siebie i honor i Boga, podporządkowując wszystko interesom partii”.
Przeciwko niebezpieczeństwu sowieckiemu stanął cały naród, obserwował Kazimierz Wierzyński. Mobilizacja okazała się niespodziewanym sukcesem. Na dworcach księża kapelani wręczali ułanom odjeżdżającym na front medalioniki z Matką Boską. „Gołemu, bosemu i bohaterskiemu” narodowi towarzyszyli również literaci, jak Władysław Broniewski czy Kornel Makuszyński, który pisał: „narodowa kultura przyszła wesprzeć armię narodową słowem wielkim, potężnym jak krzyk, pękającym jak granat”.
Izaak Babel i Józef Mackiewicz – dwaj pisarze stojący po przeciwnych stronach wojny 1920 roku – doczekali się tryumfu systemu, którego nadejście jeden opisywał od środka, a drugi próbował zrozumieć i przed nim ostrzec. Babel padł ofiarą sowieckiego terroru, Mackiewicz zaś przeżył komunizm jako emigrant i wygnaniec.
Jeden został zabity przez „epidemię prewencji” Stalina, czyli „koszenia głów wystających ponad tłum”. Drugi przeżył wystarczająco długo, by patrzeć, jak system, przed którym ostrzegał, obejmuje połowę Europy. Za cud – oprócz tego nad Wisłą – należy uznać, że ich twórczość nie popadła w zakurzone odmęty zapomnienia…

