Szpital Południowy i pytania o równych oraz równiejszych
W warszawskim Szpitalu Południowym koordynatorem SOR był Dawid Kacprzyk. I to mimo, że nie miał do tego wymaganych kwalifikacji i ani doświadczenia. Do tego, jak opisaliśmy to na łamach Zero.pl, w placówce funkcjonował mechanizm odrębnej ścieżki obsługi dla wybranych pacjentów. Kluczem było posiadanie konkretnej legitymacji partyjnej. Politycy Koalicji Obywatelskiej mieli też, poza szybszą ścieżką, lepsze warunki oczekiwania na badania w „saloniku VIP”.
To obraz, który dotyka jednej z najbardziej wrażliwych sfer państwa: zasady równego dostępu do ochrony zdrowia. SOR – miejsce, gdzie czas i procedury mają znaczenie absolutnie kluczowe, w takim ujęciu przestaje być wyłącznie przestrzenią medyczną, a staje się również zwierciadłem relacji społecznych i ewentualnych mechanizmów uprzywilejowania.
Wczoraj do tej historii doszedł kolejny element. Dr Emil Jędrzejewski, sygnalista ze Szpitala Południowego, w rozmowie z Krzysztofem Stanowskim w Kanale Zero wskazywał, że w placówce dochodziło do sytuacji, w których pacjenci mieli umierać w wyniku błędów, które popełniał Dawid Kacprzyk. To są słowa bardzo ciężkiego kalibru – i jednocześnie takie, które nie mogą być ani zignorowane, ani automatycznie przesądzone.
Bo tu właśnie zaczyna się przestrzeń dla państwa, nie dla emocji.
Między oskarżeniem a wyrokiem. Rola prokuratury i sądu
W takich sprawach łatwo o uproszczenie: winny – niewinny, skandal – obrona, polityka – zemsta. Tymczasem istnieje jeszcze jedna instancja, która w państwie prawa powinna być pierwsza, a nie ostatnia: prokuratura i niezawisły sąd. Tak, wiem, że w tym miejscu na twarzach niektórych czytelników pojawi się uśmiech – „jaki niezawisły! Wszyscy kryją swoich!”. Jako prawnik z wykształcenia mam jeszcze trochę tej wiary w instytucje, o których uczyłem się na studiach.
Domniemanie niewinności nie jest formalnością. Jest fundamentem. Dotyczy zarówno Dawida Kacprzyka, Zbigniewa Ziobro, Marcina Romanowskiego itd. Wobec nich już zapadły przez obie strony politycznego sporu wyroki. Ale nie zastępują one w dalszym ciągu (oby, bo wszyscy pójdziemy siedzieć!) tych wydanych przez sąd.
Jedno jest natomiast wspólne: jeśli istnieją zarzuty dotyczące błędów organizacyjnych, skutków zdrowotnych czy możliwego uprzywilejowania pacjentów, to nie media mają wydawać ostateczne wyroki. Ich rolą jest coś innego – odsłonić to, co niewidoczne.
W tym miejscu podkreślę jeszcze raz – słów dr Emila Jędrzejewskiego nie można w żaden sposób bagatelizować. Sprawa powinna zostać wyjaśniona do spodu. Tak, aby nie było żadnych wątpliwości, co się działo w tej sprawie, a winni ponieśli konsekwencje.
I tym bardziej nie jest rolą polityków ocenianie wiarygodności sygnalisty, a dogłębne zweryfikowanie zgłaszanych rzeczy. A taką taktykę przybrał dzisiaj, niestety, premier Donald Tusk. Takie publiczne wypowiedzi, jak ta lidera KO, nie służą wyjaśnieniu sprawy, ale jej rozmyciu.
Media jako mechanizm ujawniania tego, co ukryte
Historia ostatnich dekad pokazuje, że bez mediów wiele afer nigdy nie wyszłoby poza zamknięte gabinety.
Najbardziej klasyczny przykład to afera Watergate, opisana przez dziennikarzy „The Washington Post” Boba Woodwarda i Carla Bernsteina. To ich praca doprowadziła do ujawnienia systemu politycznego sabotażu i w efekcie do dymisji prezydenta Richarda Nixona.
W Polsce podobną rolę odegrała afera taśmowa z 2014 r., ujawniona przez tygodnik „Wprost”, która doprowadziła do politycznego trzęsienia ziemi i serii dymisji w rządzie Ewy Kopacz.
Wcześniej była afera Rywina – symbol początku XXI wieku w polskiej polityce – gdzie ujawnione nagranie rozmowy między producentem filmowym Lwem Rywinem a Adamem Michnikiem uruchomiło komisję śledczą i doprowadziło do politycznego przesilenia w obozie SLD.
A globalnie? Panama Papers, ujawnione dzięki pracy Międzynarodowego Konsorcjum Dziennikarzy Śledczych (ICIJ), pokazały skalę ukrywania majątków przez światowe elity – od polityków po biznes.
Każdy z tych przypadków łączy jeden wspólny mianownik: bez mediów nie byłoby sprawy.
„Czwarta władza” nie z przypadku
W debacie publicznej często pada określenie „czwarta władza”. Brzmi publicystycznie, ale jego sens jest bardzo konkretny: media nie rządzą, nie są wybierane i nie mają formalnej legitymacji do podejmowania decyzji. Mają jednak coś innego – zdolność ujawniania informacji, które zmieniają rzeczywistość polityczną szybciej niż niejedna ustawa.
Przypadek Szpitala Południowego wpisuje się w ten sam schemat: system funkcjonuje do momentu, w którym ktoś z zewnątrz nie zacznie zadawać niewygodnych pytań.
Bez mediów wiele spraw nigdy nie wychodzi na światło dzienne. Niestety.
To nie jest spór o sympatie polityczne. Ani o to, kto ma rację w bieżącym konflikcie. To raczej pytanie o mechanizm kontroli władzy.
Na końcu zostaje pytanie o system
Szpital Południowy nie jest tu wyjątkiem. Jest raczej przykładem. Tak jak Watergate nie było tylko aferą Nixona, a taśmy nie były tylko kompromitacją kilku polityków.
Każda z tych historii pokazuje coś jeszcze: że władza – niezależnie od politycznego logo – ma naturalną tendencję do zamykania się w swoich strukturach. A media są tym elementem systemu, który te struktury potrafi rozszczelnić. A przynajmniej powinny.
Pytanie brzmi więc nie czy media są potrzebne. Tylko co by się stało, gdyby ich zabrakło.

