Reklama
Reklama
Reklama

Co powiedział dr Emil Jędrzejewski? [CAŁA ROZMOWA]

TYLKO NA

– Tam giną ludzie, bo ktoś się uczy – mówi dr Emil Jędrzejewski, chirurg i sygnalista ze Szpitala Południowego w Warszawie. W rozmowie z Krzysztofem Stanowskim opowiada o kulisach funkcjonowania placówki, politycznych wpływach, bezkarności młodego lekarza i dramatycznych sytuacjach na SOR-ze, które – jak twierdzi – powinny stać się przedmiotem prokuratorskiego śledztwa.

jedrzejczak-listing
Stanowski rozmawiał z dr. Emilem Jędrzejewskim (fot. Inne)

Krzysztof Stanowski: O tej aferze od kilku dni mówi cała Polska. O tej aferze mówią i tłumaczą się z niej politycy – przede wszystkim z Koalicji Obywatelskiej.

Wie pan, że wiele osób czeka na to, co pan dzisiaj powie. I w jaki sposób pan to powie, bo część chce z pana zrobić pisowskiego oszołoma, złodzieja. Będę się zastanawiał, czy rzeczywiście pan nim jest.

Będziemy też musieli porozmawiać o wszystkich zarzutach, które pojawiły się ze strony – jak rozumiem – pana i innych lekarzy. Zarzutach dotyczących pana Kacprzyka, pana Trzaskowskiego i w ogóle tego wszystkiego, co dzieje się w służbie zdrowia. Jest pan gotowy?

Dr Emil Jędrzejewski: Jestem.

Reklama
Reklama

Zacznijmy od Szpitala Południowego. Po pierwsze: czy istniał w szpitalu tak zwany salonik VIP?

Tak. Ja nigdy tam nie byłem i nie mogę mówić o rzeczach, których sam nie widziałem. Mam zamiar mówić tylko o tym, co wiem i jak ta sytuacja wyglądała. Ale tak, salonik istniał. Zresztą Rafał Górski powiedział wprost, jak to wyglądało.

Powiedzmy, kim jest Rafał Górski?

Rafał Górski to wybitny neurochirurg, który operował tam kręgosłupy z tzw. WCCK.

Reklama
Reklama

I sala, w której początkowo przebywali pacjenci, została im zabrana i przerobiona na salonik dla ważniejszych gości?

Tak to się odbyło. Tak wyglądał ten świat.

Zresztą uważam, że salonik VIP to nic. To tylko fragment większego zjawiska. Gdyby kogoś przenieść z normalnego świata do świata, który tam funkcjonował – mówię o moich doświadczeniach medycznych w tym szpitalu – zobaczyłby rzeczy nieprawdopodobne.

No to porozmawiamy o tych rzeczach nieprawdopodobnych.

Reklama
Reklama

To może zacznę od początków mojego przyjścia.

Zacznijmy chronologicznie. Najciekawsze jest to, że ja w ogóle nie chciałem tam przychodzić i odmówiłem. Natomiast zostałem poproszony przez jednego z wybitnych neurochirurgów z innego szpitala.

Powiedział: „Pójdź, proszę cię, porozmawiaj z tymi ludźmi i pomóż im”.

Trafiłem tam trzy lata temu i zobaczyłem rzeczy, nazwijmy to delikatnie, dziwne.

Reklama
Reklama

To był szpital fantastycznie zaprojektowany – świetnie zbudowany, intuicyjny dla lekarzy i dla pacjentów. Ale na chirurgii spotkałem pacjentów w siódmej dobie po operacji wyrostka, z drenami.

Pytam osobę, która miała wtedy dyżur – bo ja pojawiłem się tam na dyżurze, żeby zobaczyć, co się dzieje – czy to jakieś powikłanie, czy coś się stało. Bo powinno być tak, że pacjent jest dziś operowany, może mieć założony dren, a jeśli nic się nie dzieje, to jutro dren jest wyciągnięty i pacjent idzie do domu.

A tu siódma doba.

Okazało się, że przyczyna była trywialna: nie było komu wypisać pacjenta.

Reklama
Reklama

Ludzie leżą tydzień niepotrzebnie w szpitalu, bo nie ma kto wypisać im dokumentów, że mogą wyjść?

Tak. Wracam wtedy do siebie, do szpitala. Byłem wówczas dyrektorem medycznym i szefem kliniki w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej.

I następuje koincydencja czasu i przestrzeni. Pani dyrektor zwalnia mi chirurga, nie rozmawiając o tym wcześniej ze mną.

Reklama
Reklama

To rzecz niedopuszczalna. To podważa autorytet kierownika i osoby, która ma zarządzać jakąś przestrzenią – mniejszą czy większą.

Mówię też o tym dlatego, że później zahaczymy o temat wojska. Obiecałem dziennikarzom, którzy różne rzeczy pisali, że się do tego odniosę. I myślę, że bardzo łatwo będzie to sprostować.

Ja o to wszystko zapytam, tylko nie róbmy bałaganu.

Finalnie idę na rozmowę i używam sformułowania, że chyba nie powinienem tu trafiać, bo nie jesteście gotowi, żebym tutaj przyszedł. I albo to się zmieni i będzie tak, jak ja chcę, żeby ta klinika funkcjonowała, albo moja praca tutaj nie ma sensu.

Reklama
Reklama

Trafiam więc do miejsca, w którym nie ma zespołu pielęgniarskiego, nie ma zespołu lekarskiego. Są pojedyncze osoby, które zostają i które przy współpracy ze mną progresują, stają się bardzo dobrymi chirurgami. Ale zespołu nie ma.

Jak to możliwe, że jest nowy szpital, a nie ma w nim zespołu? Z czego wynikają te zaniedbania? Przecież jeśli brakuje zespołu, to zarząd szpitala o tym wie.

Rynek służby zdrowia nie jest prosty. Mówię to z perspektywy zawodu, który wykonuję – chirurgów po prostu brakuje.

To paradoks systemu. Są w nim bardzo duże pieniądze i wszyscy mamy tego świadomość. Ta afera może to tylko jeszcze bardziej uwidacznia.

Reklama
Reklama

W moim odczuciu problemem nie jest to, że niektóre osoby zarabiają bardzo dużo. Nie mówię o patologii, bo o tym pewnie jeszcze będziemy rozmawiać. Problem polega na tym, że za samo bycie w systemie bierze się 30–40 tys. zł. Oczywiście kosztem ogromnej liczby godzin pracy.

Ale będąc młodym adeptem tego zawodu, można zarobić bardzo dużo pieniędzy.

Ja przychodzę tam jako trzeci szef. Rotacja jest duża – ktoś pracuje miesiąc, dziękujemy, do widzenia, przychodzi następny.

Umawiam się na określony moment rozpoczęcia pracy. To był czas przejściowy, bo czekano już na kolejnego szefa oddziału, ale wiedziano, że obecny nim nie zostanie.

Reklama
Reklama

Pierwszego dnia idę do dyrekcji, jestem wprowadzany. Wchodzę na odprawę, gdzie pan profesor prowadzi spotkanie. I nagle dowiaduje się: pan tu już nie pracuje, to jest nowy szef. Wejście idealne. Zespół patrzy na mnie jak na złoczyńcę albo kosmitę. Gdybym był na ich miejscu i wahał się, czy zostać, czy nie – pewnie bym nie został.

Wejście nie najlepsze, ale później już tylko korzyść?

Nie, właśnie nie.

Przez pewien czas chodziłem z czystą kartką papieru i flamastrem. Jeśli nie zostanę zrozumiany, piszę wypowiedzenie i proszę o natychmiastowe rozwiązanie umowy. To też pewien paradoks. Ludziom bardzo szybko wydaje się, że zarządzając jednostką, posiadają wiedzę tajemną i po roku wiedzą więcej o tym zawodzie niż my, którzy pracujemy 20–30 lat.

Reklama
Reklama

Na szczęście trafiłem też na ludzi, którzy chcieli się uczyć. Podaję prosty przykład: mówię, że nie mam narzędzi do laparoskopii. Słyszę: dobrze, dobrze. Po jakimś czasie wjeżdża do mnie wieża laparoskopowa. Tylko że nie o to prosiłem. Muszę więc cofnąć się kilka kroków i tłumaczyć jak studentom: wieża to wieża, narzędzia to narzędzia. Ale widzę, że jestem słuchany. Ktoś rozumie, ktoś nie, ale idziemy do przodu.

Są zamówienia na materiały potrzebne do operacji. Powinny być – nie ma ich. Potem w końcu są. Widać jednak, że ktoś chce coś zmienić i idziemy w określonym kierunku. Czy przechodzimy teraz do umowy i pieniędzy? Bo to chyba też ważny początek.

Pan zna chronologię najlepiej.

Przychodzę na rozmowę z dyrekcją i mam poczucie, że mogę ustalić praktycznie wszystko. Mogę podpisać umowę ze stałą stawką, mogę ustalić procent od zabiegu. U nas to wygląda dość specyficznie – część pracowników jest na umowie o pracę, część na B2B. Różne modele funkcjonują równolegle.

Reklama
Reklama

Brak standardów jest standardem?

Tak. Traktuję to miejsce jako projekt długoterminowy. Chcę tam zostać, chcę coś zbudować. To miejsce mi się podoba. Mimo słabego punktu wyjścia wszystko na początku mi pasuje. Zaproponowano mi stawkę procentową od operacji. Ale ja wiem, ile operuję, i wiem, że szpital tego nie udźwignie.

To ile by to było?

Reklama
Reklama

Powiedzmy około 120 tys. zł tygodniowo.

Tygodniowo?

Może nawet więcej.

Ile pan operuje i jaka jest stawka za jedną operację?

Reklama
Reklama

Jeżeli mówimy o procencie, to rynkowo wynosi on zwykle 20–30 proc. Policzmy 20 procent.

Pęcherzyk jest wyceniany na 12 tys. zł, czyli dla mnie byłoby to 2400 zł. Pięć takich operacji dziennie, przez pięć dni w tygodniu.

A nie mówimy jeszcze o dużych operacjach wycenianych na 20 czy 40 tys. zł. Operacja jelita grubego trwa godzinę, półtorej. To około 8 tys. dla mnie. Ale z drugiej strony wiem też, że zależy mi na budowaniu zespołu. Nie chcę sytuacji, w której ktoś pomyśli, że biorę operacje tylko po to, żeby więcej zarobić. Mam swój plan i wiem, jak to ma wyglądać. W pierwszym roku wykonałem ponad 50 proc. wszystkich operacji na tym oddziale. Operuję bardzo dużo.

Mam uwierzyć, że uznał pan: pół miliona miesięcznie to za dużo, wolę mniej?

Reklama
Reklama

Pójdę dalej. Uważałem, że sprawiedliwsze byłoby rozliczenie rynkowe, ale nie od obrotu – tylko od zysku.

Wchodzę do miejsca, gdzie nie ma zespołu i które nigdy nic nie zarobiło. Statystyka jest taka, że około 80 procent chirurgii jest na minusie. Myślę, że nawet więcej. Ja umawiam się na 10 procent od zysku.

Czyli przychodzi pan na oddział, który ma jaki bilans finansowy?

Jest pod kreską. Nie potrafię podać dokładnych liczb, ale mówimy o milionowych stratach.

Reklama
Reklama

Oddział przynosi milionowe straty, a pan uważa, że wyciągnie go na plus i zarobi na prowizji od zysku?

Byłem bardzo pewny siebie. Nigdy wcześniej nie miałem takiej umowy. Pracowałem jako lekarz wojskowy i miałem pensję wojskowego. Ale wiedziałem, jak to zrobić.

Co zrobić?

Jak sprawić, żeby oddział był dochodowy – i jednocześnie korzystny dla pacjenta. Bo to idzie w parze.

Reklama
Reklama

Czyli lekarz nie jest tylko królem życia i śmierci. Lekarz jest też zarządcą szpitala. To on pociąga za sznurki. To podejście bardziej rynkowe niż publiczne.

Ja nie chcę odpowiadać za cały rynek. Odpowiadam za siebie i wiem, jak to powinno wyglądać.

Podam prosty przykład. Zaczyna się operacja. Wykłada się sprzęt potrzebny do jej przeprowadzenia. Można zrobić tak, żeby operator się nie denerwował – wyłożyć mu wszystko.

Nitka, trzy kolejne, bo może użyje tej, a może tamtej. Niech ma wszystko pod ręką. Ja uważam, że nie o to chodzi. W każdej chwili można poczekać na kolejny materiał. Przy jednej operacji 20, 50 czy 100 zł może nie robić różnicy. Ale pomnożone przez 4 tysiące operacji zaczyna mieć znaczenie.

Reklama
Reklama

Okej, czyli wie pan, gdzie wypływają pieniądze, gdzie są marnotrawione, i chce pan to zatamować. Ale chce pan mieć udział w zysku – taki menedżerski udział w zysku.

Tak, 10 proc. Myślę, że gdybym powiedział 20, 30 albo 40 proc., też bym to dostał. Chyba pomyśleli, że jestem szalony.

Okej. Czyli zagrał pan va banque?

Va banque? Dlaczego?

Reklama
Reklama

Myślę, że zarząd szpitala nie był przyzwyczajony do takiego modelu.

Jeżeli w tym sensie, to tak. Myślę, że oni się po prostu ucieszyli.

Dobrze. Mamy oddział z milionowymi stratami. Pan ma 10 proc. z zysku, jeśli oddział zacznie wychodzić na plus. I co się wydarzyło?

W pierwszym roku zarobiliśmy 6 milionów.

Reklama
Reklama

Przy czym to nie ja liczę ten wynik. Robią to osoby zatrudnione przez Urząd Miasta, który jest właścicielem szpitala. To nie ja raportuję wyniki – ja dostaję je do wglądu.

Powinienem dostawać je co trzy albo sześć miesięcy. Prezes szpitala poprosił mnie jednak, żebyśmy rozliczali się rocznie. Zgodziłem się.

Czyli wypada dla pana 600 tys. zł?

Tak.

Reklama
Reklama

I dostaje pan te pieniądze?

Tak. W pierwszym roku dostałem.

To były jednak ostatnie pieniądze, jakie otrzymałem, mimo że pracowałem tam jeszcze dwa lata.

Od razu dodam – w kontekście medialnych informacji, że jestem winny szpitalowi ponad pół miliona – że moje wynagrodzenie nie zależało od tego, czy zrobię jedną operację czy milion. To nie miało żadnego znaczenia.

Reklama
Reklama

Poważny zarzut brzmi tak, że dopisywał się pan do operacji prowadzonych przez inne osoby, bo miał pan z tego pieniądze. To jest jakaś plaga wśród lekarzy?

Myślę, że takie rzeczy się zdarzają. Da się to jednak bardzo łatwo wyeliminować. W moim przypadku takie nadużycia nie miały miejsca.

To o co się pan dziś sądzi?

Jeszcze się nie sądzę.

Reklama
Reklama

Sprawa wygląda tak: kiedy planowano mnie zwolnić, miałem miesięczne wynagrodzenie podstawowe 36 tys. zł. Później ta kwota wchodziła do ogólnego rozliczenia 10 procent zysku.

Czyli zaliczka?

Tak, zaliczka.

Przestano mi ją wypłacać. Minęły dwa miesiące, czekałem na zapłatę.

Reklama
Reklama

Gdy odszedłem, moi prawnicy zażądali wypłaty tych 36 tys. miesięcznie plus odsetki.

To zdenerwowało zarząd i finalnie zażądano ode mnie zwrotu 531 tys. zł.

Według moich wyliczeń szpital jest mi winny ponad milion złotych.

Za rok i dziewięć miesięcy pracy.

Reklama
Reklama

W pierwszym roku oddział zarabia 6 milionów. A w drugim?

Nie wiem, bo nie pokazano mi wyników.

Według moich obliczeń to było między 8 a 10 milionów. Przez te dziewięć miesięcy prawdopodobnie nawet więcej.

Przy robieniu nadwykonań, za które nikt nie płaci – czyli które są kosztem – i przy kontrakcie na poziomie 31 milionów wynik procentowy wychodził bardzo dobrze.

Reklama
Reklama

Mówię o tym także dlatego, że są szpitale, gdzie same płace stanowią 90 proc. budżetu.

To przekłada się bezpośrednio na liczbę operacji. U nas zaczęło to dochodzić do 4 tys. operacji rocznie. Doprowadziliśmy zespół do takiego poziomu, że w Szpitalu Południowym były najkrótsze kolejki w Warszawie. Dwa–trzy miesiące. Później to się wydłużyło, bo w 2024 r. zabroniono nam operować – skończyły się pieniądze.

Pacjentów, którzy byli zapisani, trzeba było przesunąć na kolejny rok.

Przez ile miesięcy nie operowaliście?

Reklama
Reklama

Dwa.

Dwa miesiące nie było operacji?

Tylko ostrodyżurowe.

Dyrekcja chciała zwolnić wszystkich. Ja powiedziałem jasno: nie odbuduję potem zespołu. Tak się tego nie robi.

Reklama
Reklama

Zwolnić wszystkich lekarzy na dwa miesiące?

Tak. Przez dwa miesiące szpital operował wyłącznie najcięższe przypadki. Nie przyjmowano innych pacjentów, bo nie było pieniędzy.

I uczciwie: to nie jest wyłącznie problem Szpitala Południowego. Tak to wtedy wyglądało w Polsce. Oczywiście były miejsca, gdzie problemem było niewykonanie kontraktu, bo są szpitale, które robią pięć operacji tygodniowo.

My pracowaliśmy inaczej. Bywały czwartki, kiedy robiliśmy 30 operacji plus 10 portów. Czyli jednego dnia przychodziło 40 osób, tego samego dnia byli operowani, następnego dnia wychodzili, a kolejnego przyjmowaliśmy następnych 15.

Reklama
Reklama

Przy tak skonstruowanej umowie nie rozumiem, skąd pomysł, by miał pan oddać ponad pół miliona za fikcyjne dyżury i zabiegi, w których rzekomo nie brał pan udziału. Czyjaś wersja tu wyraźnie się nie zgadza.

Mogę pokazać umowę?

Tak, proszę.

Nie ma klauzuli poufności.

Reklama
Reklama

Nie będę czytał całego dokumentu, ale z tego wynika, że znaczenie miały też roboczogodziny.

Te roboczogodziny dotyczyły wyłącznie tych 36 tysięcy zł.

Czyli podstawy?

Tak.

Reklama
Reklama

Miałem dokładnie taką samą stawkę za dyżury jak wszyscy specjaliści – 160 złotych za godzinę. Najniższą w Warszawie.

I pojawił się zarzut, że tych dyżurów praktycznie pan nie wykonywał.

Na oddziale zawsze dyżurowały dwie osoby. Dyżur trwał od godziny 15 do 7:30 lub 8 rano. Ja miałem dyżury co wtorek. Nigdy nie było trzeciej osoby, więc nie mogłem być dopisany jako trzeci. Byłem jednym z dwóch lekarzy na dyżurze i normalnie przeprowadzałem operacje.

Reklama
Reklama

Jedyny sposób, by próbować to podważyć, to twierdzenie, że opuszczałem miejsce dyżuru. Ale zarzut nie brzmi, że opuszczałem dyżur, tylko że dopisywałem się do niego. To nie ma sensu. Gdyby mnie nie było, zostawałaby jedna osoba.

Czyli gdyby pan nie przyszedł, na dyżurze zostawałby jeden lekarz.

Dokładnie. Dlatego logiczny zarzut brzmiałby: opuszczał dyżury. Ale taki zarzut się nie pojawia. Na wszystkich dyżurach, które wpisywałem, byłem obecny.

Do tego stopnia, że jeśli przyjeżdżałem w nocy dodatkowo, nigdy ani razu nie dopisałem sobie dodatkowej jednostki dyżurowej. Nawet pół.

Reklama
Reklama

Jest pan spokojny o wynik ewentualnego procesu?

Absolutnie.

Dlaczego pana zdaniem szpital postawił tego rodzaju zarzuty?

Formalnie to nawet nie są zarzuty. Dostałem pismo z żądaniem zwrotu pieniędzy. Mój prawnik tylko się uśmiechnął i powiedział: widzisz, co robią. Chodzi o przeciąganie sprawy, zmęczenie człowieka, zmuszanie go do chodzenia po sądach i walki o swoje.

Reklama
Reklama

Powiedział pan wcześniej, że z czasem zaczęły pojawiać się zjawiska patologiczne. Po pierwszym roku był pan zadowolony, pieniądze zostały wypłacone. Co się wydarzyło między panem a zarządem, że doszło do załamania?

Postać Dawidka

Dawida Kacprzyka, młodego polityka Koalicji Obywatelskiej.

Chciałbym oddzielić pana Dawida od środowiska lekarzy. Uważam, że w medycynie zdarzają się nadużycia i patologie, ale ta postać wykracza poza standardowe ramy.

Reklama
Reklama

To osoba, która studiowała w okresie pandemii. Kontakt z pacjentem był wtedy mocno ograniczony i odbywał się głównie online.

Tymczasem wchodzi jako człowiek, który wie wszystko. Wpływa na szefa SOR-u, posługuje się różnymi pieczątkami, wykonuje procedury. I to jest sedno problemu.

Powiem to tylko raz i świadomie dobieram słowa. On traktuje ludzi jak fantomy. A jeżeli fantom się „zepsuł”, zmienia dokumentację tak, jakby już wcześniej był uszkodzony.

To prowadzi do rzeczy, których nie jestem w stanie zaakceptować. Niezależnie od konsekwencji prawnych, osobistych czy zawodowych są w życiu pewne granice. Tam giną ludzie, bo ktoś się uczy. I to jest sedno całego zamieszania.

Reklama
Reklama

Pieniądze? One tam przepływają w różny sposób. Raz sekretarka zarabia najniższą krajową, a potem nagle ktoś z rodziny pojawia się i z dnia na dzień zarabia trzy średnie krajowe.

Ale sedno problemu jest gdzie indziej.

Powiedział pan przed chwilą coś bardzo mocnego – że tam ginęli ludzie i zasugerował pan, że ginęli dlatego, że szpital był źle prowadzony i powierzono życie ludzi osobie bez kompetencji.

Tak.

Reklama
Reklama

Muszę dopytać. Słowa mają znaczenie. Pan doskonale wie, co powiedział. Powiedział pan, że Dawid Kacprzyk odpowiada za to, że tam umierali ludzie.

Tak.

Czy może pan to uargumentować?

 

Reklama
Reklama

Były wykonywane procedury w sposób wadliwy.

Widzowie chcieliby już mniej języka technicznego, a więcej konkretów. Co się działo?

W wyniku błędu lekarskiego doprowadzano do powikłań, które kończyły się letalnie.

Śmiercią?

Reklama
Reklama

Tak.

Jakiego rodzaju były to błędy?

Tego już nie będę rozwijał.

Niech zajmie się tym prokuratura. To nie jest miejsce, by opowiadać o szczegółach.

Reklama
Reklama

Mam poczucie, że to jednak też jest przestrzeń do rozmowy o tym.

Nie. Mam pełną świadomość słów, które wypowiedziałem.

Domyślam się też, że chciał pan to powiedzieć od kilku dni i wiedział pan, że padnie to właśnie tutaj. Ale to nadal szokuje ludzi.

Dawid Kacprzyk został zwolniony ze Szpitala Południowego w Warszawie (fot. Adrian Grycuk / Creative Commons 3.0)

Reklama
Reklama

Mnie również. Pracuję w systemie od ponad dwudziestu lat i mnie to także szokuje. Nadal budzi to we mnie ogromne emocje. Można mieć w życiu różne priorytety, ale do cholery – po coś zostajemy lekarzami. Po coś wykonujemy ten zawód. Żeby z czymś walczyć, a nie budować własne ego.

Ile osób mogłoby jeszcze żyć, gdyby oddziałem ratunkowym nie zarządzał Dawid Kacprzyk?

Myślę, że każdy przypadek śmierci na SOR-ze powinien zostać przeanalizowany. Pomijam już sytuację pacjenta, który zostaje przyjęty na SOR, wychodzi do łazienki, a po trzech czy czterech godzinach ktoś przypomina sobie o jego istnieniu i znajduje go martwego. Albo sytuację, w której z jakiegoś powodu wykonuje się tomografię pacjentowi, który już nie żyje.

Nie, zaraz. Przyjęty na SOR pacjent pozostaje bez opieki, znika, a po kilku godzinach ktoś orientuje się, że nie żyje?

Reklama
Reklama

Tak.

I nieboszczykowi wykonuje się jakieś badanie?

Nie temu konkretnemu pacjentowi.

Tomografię robi się komuś, kto już nie żyje?

Reklama
Reklama

Tak. Po to, żeby coś markować, uzupełnić dokumentację. I jest tak, że wie o tym część szpitala, a nikt nic z tym nie robi.

Cały szpital wie, że ludzie umierają na SOR-ze, bo są niezaopiekowani albo wadliwie leczeni, a następnie nieboszczykom wykonuje się czynności tylko po to, żeby dokumentacja się zgadzała?

Tak.

Przecież pan właśnie mówi, że jutro do tego szpitala i do domu Dawida Kacprzyka powinna wejść policja o szóstej rano.

Reklama
Reklama

Ja już nie wiem, co mam mówić. Zrobiłem wszystko, żeby do tego nie dochodziło.

Cały szpital funkcjonuje w zmowie milczenia?

Część ludzi uczestniczy w tej zmowie, a część po prostu się boi.

Czego?

Reklama
Reklama

Konsekwencji takich jak te, które ja poniosłem. Każdy ma rodzinę, swoje życie.

Zawsze jest taki pierwszy moment, kiedy zapala się lampka ostrzegawcza. Pierwszy przypadek, gdy człowiek myśli: „Tak nie powinno być” albo „ten pacjent został doprowadzony do śmierci”. W którym momencie zrozumiał pan, że na tym oddziale dzieją się rzeczy straszne?

To był moment, kiedy przeprowadziłem rozmowę z Dawidem Kacprzykiem i powiedziałem mu „wypi…….” używając niecenzuralnego słowa, żeby wyniósł się z tego szpitala. Zrobił już tyle, że więcej nie musi.

Wychodziłem z założenia, że to, co się stało, nawet przy jego funkcji i znajomościach, wcześniej czy później ujrzy światło dzienne. Chciałem przerwać ten proces.

Reklama
Reklama

Uświadamiał mu pan, że nie ucieknie przed odpowiedzialnością, ale lepiej, żeby wcześniej zakończył swoją działalność niż później? Bo umierają ludzie, bo on się nie zna?

Tak.

I?

Odbyło się to jeszcze w obecności jego przełożonego. Tam było kilku szefów.

Reklama
Reklama

Formalnie szefem był Kacprzyk?

Tak. Powiedziałem mu: „Poniesiesz konsekwencje za to, co robisz”. Wezwano Dawida, rozmawialiśmy razem i powiedziałem mu wprost, co o tym sądzę.

Odpowiedział, że odejdzie. Później pojechał do pani prezydent Renaty Kaznowskiej, a ja stałem się naciągaczem i złodziejem.

Dawid Kacprzyk, młody polityk Koalicji Obywatelskiej, idzie do wiceprezydent Warszawy Renaty Kaznowskiej i na skutek jego interwencji wpada pan w tarapaty. Ma pan na pieńku z władzami Warszawy.

Reklama
Reklama

Jestem wojskowym, więc przechodzę całą ścieżkę służbową: dyrekcja, prezes. Nie mówiłem jeszcze wtedy o śmierciach pacjentów, żeby było jasne. Pani dyrektor i pani prezes nie chciały ze mną rozmawiać.

Nie mówi pan jeszcze, że ludzie umierają. To co pan mówi?

Mówię, że to, co robi Dawid Kacprzyk, jest niedopuszczalne. Chcę rozmawiać z kimś, kto podejmie decyzję, że ten człowiek powinien opuścić to miejsce. Składam pismo.

Nie otrzymuję odpowiedzi, więc robię wszystko, żeby dotrzeć do kogoś wyżej w hierarchii. Rozmawiam z członkiem rady nadzorczej, który przedstawia się jako znajomy pana prezydenta. Mówię mu wprost, że to, co dzieje się z tym człowiekiem, jest niedopuszczalne. Ostatecznie wysyłam wiadomość do prezydenta.

Reklama
Reklama

Napisałem w niej, że mimo iż jest to prywatny komunikator, nie chcę tego opisywać. Chcę to powiedzieć osobiście, chcę się spotkać.

Dobrze, zrobiło się poważnie. Jeszcze odtworzymy całą ścieżkę osób, do których się pan zgłaszał. Ale na końcu trafia pan do Rafała Trzaskowskiego. Jak wygląda pierwszy kontakt?

Dostaję telefon.

Od członka rady nadzorczej?

Reklama
Reklama

Nie, nie chcę wymieniać tej osoby, bo nie ma z tym związku. Ale tak, zdobyłem ten numer. Najpierw zastanawiałem się, czy w ogóle mogę zadzwonić. W końcu dzwonię i dostaję wiadomość: „Proszę napisać na WhatsAppie”.

To nie dzieje się od razu, bo znowu się waham: pisać czy nie pisać. Nie chcę tego robić. Chcę tylko, żeby zabrano tego człowieka ze szpitala. Gdzie w tym wszystkim jest pacjent? Dla mnie to najwyższa wartość, więc nie mogę tego zostawić.

Nie ma odpowiedzi. Zaczynają pojawiać się różne historie, na przykład że komuś zginęła proteza. Nie bagatelizuję tego, bo dla wielu osób to poważna sprawa. Ja jednak nie mam pojęcia o tej protezie. Może rzeczywiście zginęła.

Ale to jeden z zarzutów wobec pana. Dowiadujemy się teraz, że chodziło o protezę. Zgaduję, że nie potrzebował jej pan na własny użytek i nie zabrał jej pan komuś spod łóżka.

Reklama
Reklama

Łatwo to sprawdzić. Mogę się temu poddać.

Dobrze, ale wchodzimy już trochę w żarty, a chyba nie o to chodzi. Wracając do kontaktu z Rafałem Trzaskowskim: dostaje pan numer, informację, żeby pisać na WhatsAppie, długo się pan zastanawia i w końcu co?

W końcu piszę. I telefon milczy. Biorąc pod uwagę, że wcześniej nikt nie reagował, zacząłem myśleć, że to jakiś system. Nie rozumiałem już, o co w tym wszystkim chodzi.

Na WhatsAppie widać, czy wiadomość została odczytana.

Reklama
Reklama

A dwie kreski oznaczają, że została przeczytana?

To zależy od ustawień. Dwie niebieskie kreski oznaczają odczytanie. Część osób ma jednak wyłączone potwierdzenia odczytu i wtedy widać tylko dwie szare kreski.

Były dwie szare.

Możemy zapoznać się z tą wiadomością?

Reklama
Reklama

Przecież ją macie.

Ale nasi widzowie jej nie mają. Mogę przeczytać?

Proszę.

„Szanowny Panie Prezydencie, zwracam się do Pana jako lekarz, obywatel i ordynator Oddziału Chirurgii Szpitala Południowego z głębokim niepokojem i poczuciem odpowiedzialności za sytuację, jaka panuje w zarządzanej przez miasto jednostce ochrony zdrowia.

Reklama
Reklama

Stanowisko objąłem dwa i pół roku temu, w momencie skrajnie trudnym dla oddziału. W szpitalu, który istniał wyłącznie jako nowoczesna, ale pusta infrastruktura. Brakowało nie tylko sprzętu i umeblowania, ale również zespołu medycznego. Oddział chirurgii nie miał wówczas ani lekarzy, ani pielęgniarek.

Od podstaw zbudowałem zespół, który dziś wykonuje tysiące operacji rocznie, działa sprawnie, odpowiedzialnie i – w mojej ocenie – z pełnym zaangażowaniem oraz godnością. To zespół, z którego Warszawa może być dumna.

Mimo niesprzyjających warunków oraz braku podstawowych środków organizacyjnych – do dziś nie rozstrzygnięto przetargu na umeblowanie szpitala – udało się stworzyć oddział, który nie tylko spełnia standardy medyczne, ale również generuje zyski.

W ramach zaproponowanego przeze mnie modelu moje wynagrodzenie zostało powiązane z wynikiem finansowym oddziału po potrąceniu kosztów mojej pensji. Efekty? Cztery tysiące procedur rocznie i 7,8 mln zł nadwyżki finansowej chirurgii przy stracie całego szpitala.

Reklama
Reklama

To konkretna i udokumentowana praca na rzecz pacjentów. Warto podkreślić, że większość oddziałów chirurgii w Polsce funkcjonuje na granicy opłacalności lub przynosi straty, co czyni wynik naszego oddziału tym bardziej godnym uwagi i wsparcia.

Pomimo tych osiągnięć spotkałem się z barierą, jaką jest sposób zarządzania szpitalem. Niemerytoryczny, upolityczniony i demoralizujący.

Osoba pełniąca funkcję dyrektora medycznego, pani Kusz-Rynkun, wywodzi się z interny i w sposób wyraźny koncentruje swoje działania wyłącznie na tym oddziale, ignorując potrzeby i wyniki chirurgii.

Najbardziej niepokojąca sytuacja dotyczy lekarza Dawida Kacprzyka, który będąc zaledwie na pierwszym roku specjalizacji, został de facto dopuszczony do zarządzania Szpitalnym Oddziałem Ratunkowym.

Reklama
Reklama

Wykonuje procedury, do których nie ma uprawnień, często bez nadzoru osób z odpowiednią specjalizacją. Wznieca konflikty, insynuuje, prowokuje pacjentów do składania skarg, za które sam w istocie odpowiada. Jego postawa i działania są nieakceptowalne dla zespołu lekarskiego i pielęgniarskiego.

Poinformowałem o tym pisemnie panią prezes, jednak skutkiem tej interwencji może być moje natychmiastowe zwolnienie z pracy. Na to jestem przygotowany. Chciałbym jednak, zanim to nastąpi, zostać wysłuchany.

Wierzę, że będzie to Pan i tylko Pan, który zechce spojrzeć głębiej na sytuację. Jestem gotów na wszelkie konfrontacje. Posiadam dokumenty, dane, statystyki i informacje, które potwierdzają moje słowa.

Mam pełną świadomość odpowiedzialności za to, co piszę. Pomijam pakiet informacji, których – mimo prywatnego charakteru tej wiadomości – nie chcę przekazywać w formie pisemnej.

Reklama
Reklama

Panie Prezydencie, nie mogę milczeć. Po prostu nie mogę.

Jako lekarz, który operował w swoim życiu ponad 40 tysięcy pacjentów, jako obywatel i wyborca apeluję do Pana o osobistą interwencję. Zarządzanie Szpitalem Południowym wymyka się normom etycznym, zdroworozsądkowym i merytorycznym.

Nie chodzi tylko o moje stanowisko. Chodzi o przyszłość tej placówki, bezpieczeństwo pacjentów i godność pracy lekarzy.

Z poważaniem
lek. Emil Jędrzejewski
Ordynator Oddziału Chirurgii Szpitala Południowego”.

Reklama
Reklama

Pewnie spodziewał się pan, że Rafał Trzaskowski albo wyznaczona przez niego osoba wróci do pana po tej wiadomości. I rzeczywiście tak się stało, tylko w zupełnie inny sposób, niż pan zakładał.

Dwa miesiące później stracił pan pracę.

Przewidziałem to.

Wróćmy do powodów mojego zwolnienia. Co znaleziono? Dzień przed zwolnieniem pojawia się kontrola o godzinie 17 i pyta o historie chorób. Dokumentacja jest zamknięta na klucz.

Reklama
Reklama

Dodam, że przez dwa lata i dziewięć miesięcy mojej pracy nigdy nie było sytuacji, żebyśmy nie dostarczyli historii chorób w sposób zakłócający proces rozliczeń.

Ja odziedziczyłem szafy z tysiącami historii chorób po Szpitalu Soleckim. Moje sekretarki musiały je wszystkie numerować i przygotowywać do przekazania do archiwum.

Dodatkowo odeszła jedna z sekretarek, która nie wytrzymała sytuacji panującej w szpitalu. Jednocześnie utrudniano mi zatrudnienie kolejnej osoby.

Trzecim powodem mojego zwolnienia miało być pobicie pana Dawida Kacprzyka.

Reklama
Reklama

Szpital Południowy ma monitoring audio i wideo. Nie wiem, czy część audio jest zgodna z prawem, ale taki monitoring istnieje.

Kończę dyżur. Przychodzi młodszy lekarz dyżurny, rozmawiamy o wydarzeniach z nocy i mówi do mnie: „Szefie, co ten Dawidek o szefie opowiadał”.

Pan Dawidek był już dla mnie taką postacią, że nawet nie zapytałem o szczegóły, bo zupełnie mnie to nie interesowało.

Idę po schodach na odprawę. W tym samym czasie pan Dawidek wychodzi z windy. Podchodzę do niego i mówię: „Ty mały gnojku, nie możesz mi tego powiedzieć w twarz?”. Po czym się odwracam.

Reklama
Reklama

Na to pan Dawidek odpowiada: „Czuję się zastraszony”.

Ja mówię: „No i kur.. dobrze” i idę dalej na odprawę.

I to właśnie miało być pobicie pana Dawida Kacprzyka. Jeden z powodów mojego zwolnienia z pracy.

Warszawa, 19.06.2026. Prezydent m.st. Warszawy Rafał Trzaskowski podczas konferencji prasowej w siedzibie Urzędu Miasta w Warszawie, 19 bm. Tematem spotkania są działania miasta w sprawie Warszawskiego Szpitala Południowego. (fot. Piotr Nowak / PAP)

Reklama
Reklama

Nie dał mu pan żadnego plaskacza?

Nie, nie.

A może trzeba było?

Pewnie tak. Natomiast po moim zwolnieniu prawnicy wystąpili o zabezpieczenie nagrań z monitoringu.

Reklama
Reklama

Co ciekawe, kiedy zostałem wezwany przez policję na przesłuchanie w tej, moim zdaniem, błahej sprawie, obecny był pełnomocnik pana Dawida. Wtedy dowiedziałem się, że skargę złożyła na mnie pani dyrektor, a nie pan Dawid. Usłyszałem też, że pan Dawid nic do mnie nie ma i pytanie: czego ja właściwie chcę od pana Dawida?

Odpowiedziałem, że prywatnie nic. Natomiast jako lekarz z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem chciałbym, żeby pan Dawid poszedł do więzienia albo przynajmniej stracił prawo wykonywania zawodu. Po tej odpowiedzi pani pełnomocnik już się nie odezwała.

To było jedyne wasze starcie słowne, podczas którego padły mocne słowa? Czy wcześniej też dochodziło do podobnych sytuacji?

Ta wcześniejsza rozmowa odbyła się bez epitetów.

Reklama
Reklama

Dawid Kacprzyk czuł się bezkarny?

Zdecydowanie.

To wynikało z koneksji politycznych?

Tak. Było: „Renata”, „Rafał”, „Krystian”, „Frania”, „Mania” i tak dalej.

Reklama
Reklama

Rozumiem, że pierwsze dwa imiona nie są przypadkowe, a kolejne już tak. Czyli Rafał Trzaskowski i Renata Kaznowska.

Imieniem „Rafał” posługiwał się rzadziej, ale „Renata” częściej.

Poszedł do wiceprezydent Warszawy ze skargą na pana. Pan z kolei próbował dotrzeć do prezydenta Warszawy, żeby przedstawić swoją wersję wydarzeń.

Robiłem też wszystko, żeby spotkać się z panią Kaznowską. Prosili o to różni ludzie, nawet medaliści olimpijscy. Mówili: „Wysłuchaj człowieka”. Odpowiedź była jedna: „Nie będzie mi chirurg zarządzał szpitalem”.

Reklama
Reklama

Nigdy nie miałem takich aspiracji.

Czyli pani wiceprezydent Warszawy mogła zdobyć wiedzę o nieprawidłowościach, ale skutecznie się przed tym broniła?

Tak.

A pan wielokrotnie próbował do niej dotrzeć?

Reklama
Reklama

Nie dało się.

Za to Dawidowi Kacprzykowi udało się dotrzeć do niej bardzo szybko.

Bardzo.

Został pan zwolniony dwa miesiące po wysłaniu tego listu. Jak rozumiem, łączy pan polityczne koneksje Dawida Kacprzyka z utratą pracy w szpitalu zarządzanym przez ludzi związanych z polityką.

Reklama
Reklama

Nie trzeba być wulkanem intelektu, żeby połączyć te kropki.

Czasem warto zadać nawet najprostsze pytania, żeby usłyszeć prostą, żołnierską odpowiedź.

Panie redaktorze, mam gdzieś politykę. Naprawdę. Nie interesuje mnie, kto, gdzie i z kim.

Całym motorem mojego działania było to, że jako lekarz nie mogłem zgodzić się na pewne rzeczy. Czy było w tym tło polityczne – niech oceniają to dziennikarze i inni komentatorzy. Mnie to nie interesuje.

Reklama
Reklama

Ja chciałem tylko, żeby ten człowiek zniknął ze środowiska lekarskiego, a przynajmniej z tego szpitala.

Ale on śmiał się panu w twarz. Skoro, jak pan mówi, czuł się bezkarny, powoływał się na wpływy i padały konkretne nazwiska, to znaczy, że był przekonany, iż ma silne polityczne wsparcie i nikt go nie ruszy.

Tak. Powoływał się na wpływy.

Cofnijmy się kilka kroków. W liście do Rafała Trzaskowskiego opisał pan to, co działo się w szpitalu. Rozumiem, że w podobnym tonie pisał pan do zarządu szpitala, rady nadzorczej i wszystkich innych osób, do których próbował pan dotrzeć.

Reklama
Reklama

Tak.

Co miał pan przede wszystkim na myśli? Gdyby zaproszono pana na rozmowę i wysłuchano, co by pan powiedział? Mówiłby pan o tych śmierciach, o których wspominał wcześniej?

Tak.

Czyli poinformowałby ich pan, że na SOR-ze giną ludzie, bo oddział znajduje się w rękach amatora.

Reklama
Reklama

Tak. To była sytuacja, o której wszyscy wiedzieli.

Można zapytać, dlaczego nie poszedłem od razu do prokuratury. Odpowiedź jest prosta: nie byłem bezpośrednim świadkiem tych zdarzeń.

Biorę jednak odpowiedzialność za to, że o nich mówię, ponieważ słyszałem o nich od wielu osób. Te same szczegóły powtarzały się wielokrotnie. W szpitalu wszyscy o tym rozmawiali. To były informacje jednoznaczne, łącznie z przytaczaniem komentarzy pana Kacprzyka dotyczących tych sytuacji.

Mamy szpital, w którym z politycznego nadania panoszy się młokos. Z drugiej strony jest chirurg z ogromnym doświadczeniem, który wyciągnął swój oddział z deficytu i doprowadził do tego, że zaczął przynosić zysk. Zarząd szpitala musi zdecydować, kogo chce słuchać. Dlaczego posłuchano Dawida Kacprzyka, a nie pana?

Reklama
Reklama

Nie wiem. Z jakiego powodu posłuchano pana Dawida, a nie mnie? Mogę się tylko domyślać. Wiem tyle co pan.

Jakie miał pan relacje z zarządem szpitala?

Z pierwszym zarządem normalne. Z drugim... Nie wiem, jak to powiedzieć.

Przyszła nowa pani prezes, przedstawiła się nam podczas odprawy kadry. Rozumiem zbójeckie prawo szefa do wymiany zespołu. Liczyłem się z tym, że ktoś może powiedzieć: „Chcę, żeby chirurgia wyglądała inaczej”. Nie miałbym z tym problemu.

Reklama
Reklama

Zapytałem więc wprost: „Czy mam odejść już teraz?”.

Nie było żadnych takich sugestii. Usłyszałem: „Wiążemy z panem przyszłość”.

Zapytałem wtedy, jaka jest wizja rozwoju szpitala.

Mówi pan o prezes Annie Łukasiewicz?

Reklama
Reklama

Tak.

Dowiedziałem się, że ma małe dziecko i chciałaby później przychodzić do pracy, a wcześniej z niej wychodzić.

Rozumiem, że takie rzeczy można powiedzieć koleżance przy domowym stole, ale obcemu, doświadczonemu lekarzowi, jako dyrektor szpitala...

I to jeszcze w większym gronie. Powiedziała, że jej wizja prowadzenia szpitala jest taka, żeby później przychodzić do pracy i wcześniej z niej wychodzić.

Reklama
Reklama

Monty Python, prawda?

Zaczynam się nawet zastanawiać, czy pan... Bo opowiada pan takie rzeczy, że jeszcze chwila i wszyscy przestaniemy panu wierzyć. To się po prostu w głowie nie mieści.

Mam tego świadomość. Natomiast proszę pytać ludzi. Jest tam mnóstwo osób, które – mam nadzieję – po tym, co dziś powiedziałem, odważą się zabrać głos.

To jest z jednej strony sprostowanie oszczerstw kierowanych pod moim adresem, a z drugiej danie ludziom przyzwolenia, żeby przestali się bać.

Reklama
Reklama

A pan się boi?

Pewnie, że się boję. Mam cudowną rodzinę. Ale są też pewne wartości.

Myślę, że wiele osób oglądających tę rozmowę podziwia pana odwagę. Pani dyrektor, dziś już była prezes Łukasiewicz, zrealizowała swój plan późniejszego przychodzenia do pracy i wcześniejszego wychodzenia?

Nie jestem kontrolerem, ale mam podejrzenie graniczące z pewnością, że tak.

Reklama
Reklama

Kiedy mówi pan o patologiach w Szpitalu Południowym, to co jeszcze chciałby pan powiedzieć?

Reszta to już są...

Przy tym wszystkim VIP room wydaje się drobiazgiem?

Tak. Na przykład zwolnienie ordynatora i zastępcy ordynatora ortopedii. Stało się to, moim zdaniem, w sposób karygodny. Później ogłoszono konkurs na stanowisko. Zwolniony wcześniej lekarz wystartował w nim i trzy razy go wygrał, więc konkurs za każdym razem unieważniano. Cuda.

Reklama
Reklama

Wszystko dla znajomych?

Nie wiem. Nie znam ludzi, którzy ostatecznie przyszli pracować na ortopedii.

Wciąż jednym z argumentów przeciwko panu będzie to, że część osób ogląda ten program po to, żeby podważyć każde pańskie słowo. A są to mocne słowa. Gdybyśmy żyli w normalnym państwie, minister sprawiedliwości po tym programie już reagowałby na informacje, które pan dziś przedstawił.

Nie wiem, jak działa polityka.

Reklama
Reklama

Natomiast mam wrażenie, że zaraz rozpocznie się podważanie wszystkiego, co pan powiedział, i robienie z pana wariata. Jednym z argumentów będzie coś, o czym sam pan wspomniał: dlaczego nie poszedł pan do prokuratury, skoro dziś opowiada pan o przypadkach śmierci pacjentów?

To jest pytanie?

Tak. To jest pytanie, ale też zarzut, który pojawi się za godzinę albo jutro.

Mam świadomość, że teraz zaczną się różne rzeczy. Za chwilę będę czarnoskórym, garbatym i zezowatym człowiekiem. Tak to będzie wyglądało.

Reklama
Reklama

Natomiast nie mam najmniejszej wątpliwości, że to, co mówię, zostanie zweryfikowane. Wystarczy przesłuchać wszystkie osoby z SOR-u i OIOM-u.

Dawid Kacprzyk fałszował listy obecności?

Nie wiem. Nie uczestniczyłem w tym.

Wygląda jednak na to, że miał pracować w jednym szpitalu, a jednocześnie pracował w kilku miejscach po jedenaście godzin dziennie przez 365 dni w roku.

Reklama
Reklama

Domyślam się, że tak. Natomiast to chyba zostało już powiedziane i sprawdzone.

Powiedział pan, że ma nadzieję, iż skończy w więzieniu. Czy przypisał mu pan w swojej głowie jakiś konkretny czyn? Za co miałby tam trafić?

Chyba za to, o czym przed chwilą rozmawialiśmy.

Reklama
Reklama

Ale rozmawialiśmy o wielu różnych rzeczach, w tym o tych najpoważniejszych.

Nie jestem prawnikiem, więc trudno mi to kwalifikować.

Po tym, co pan mówi, zastanawiam się, czy ten szpital jutro rano w ogóle powinien normalnie funkcjonować. Wiem, że pracuje całą dobę, ale są godziny, kiedy zaczyna się jego codzienne życie. Nie wiem, czy jako pierwsi nie powinni pojawić się tam funkcjonariusze. A jeśli chodzi o środowisko lekarskie – czy stanie się pan czarną owcą, czy raczej wielu lekarzom spadnie kamień z serca, że ktoś wreszcie przełamał milczenie?

Myślę, że jeśli w środowisku są takie osoby, to naszym obowiązkiem jest nie bać się eliminować tego rodzaju wypaczeń. To właśnie środowisko lekarskie powinno reagować. Takie sytuacje urągają naszej godności.

Reklama
Reklama

Są w życiu rzeczy ważniejsze i mniej ważne, ale są też sprawy zero-jedynkowe. Uważam, że ludzkie życie jest właśnie taką sprawą.

Gdybym to przemilczał, nie potrafiłbym spojrzeć sobie w lustro. To jest dla mnie istotne.

Mam świadomość, jakie zamieszanie wywołuje ta sprawa. Widzę też, z jaką machiną się mierzę i jak próbuje się mnie niszczyć. Pewnie będzie to jeszcze bardziej intensywne.

Ale wszystko wyjdzie na jaw, czarno na białym.

Reklama
Reklama

Będzie pan atakowany przez różne osoby. Z mojej perspektywy momentami wygląda to wręcz na szaleństwo. W ostatnich dniach Roman Giertych zarzucił panu, że pracował pan w szpitalu, w którym leczono Jarosława Kaczyńskiego.

Mówimy o szpitalu przy Szaserów. Leczeni byli tam ministrowie, politycy, przestępcy – cały przekrój społeczeństwa. To ogromny szpital.

Operowałem tam zarówno marszałków Sejmu, jak i osoby skazane za przestępstwa. Tak działa system dyżurowy i planowych przyjęć.

Można każdemu zarzucić wszystko.

Reklama
Reklama

Ja nie uczestniczyłem w żaden sposób w leczeniu pana premiera Kaczyńskiego.

Politycy są traktowani przez lekarzy inaczej? Mają w szpitalach szybką ścieżkę, jak to się mówi?

Myślę, że w pewnym stopniu tak jest.

Chciałbym żyć w państwie, w którym politycy cieszą się takim szacunkiem, że jest czymś naturalnym, iż przysługują im pewne ułatwienia. Że są to osoby tak zajęte, a ich czas jest tak cenny, że wszyscy stajemy na baczność, kiedy przyjeżdża polityk, bo zajmuje się sprawami ważniejszymi od naszych. Ja znam swoje miejsce w szyku.

Reklama
Reklama

Natomiast dla mnie jako lekarza nie ma znaczenia, czy pacjent jest z lewej strony, z prawej, z góry czy z dołu. Nie ma znaczenia, czy jest politykiem, czy osobą bezdomną. Każdemu wykonam dokładnie tę samą procedurę.

Jednak ludzi oburza to, że politycy mają uprzywilejowany dostęp do zabiegów czy badań. Tym bardziej, że wielu obywateli nie postrzega naszej klasy politycznej jako szczególnie wartościowej. Stąd bierze się ta złość. Dlatego chciałbym jeszcze raz zapytać: jak w praktyce wygląda traktowanie polityków w szpitalach?

Wydaje mi się, że są traktowani trochę inaczej. Nie będę podawał konkretnych przykładów, ale tak po prostu jest.

My też jesteśmy ludźmi. Jeśli przychodzi znany aktor czy inna rozpoznawalna osoba, czasem sami jesteśmy jej fanami.

Reklama
Reklama

Natomiast uważam, że jeśli chodzi o planowe operacje, powinien obowiązywać system kolejkowy. Tak było przynajmniej u mnie.

U pana obowiązywała normalna kolejka? Pacjent zgłaszał się do sekretarki, a sekretarka ustalała termin operacji?

Tak. Normalna kolejka.

Żaden polityk nie przeskakiwał z miejsca trzy setnego na trzecie?

Reklama
Reklama

Nie mieliśmy bardzo długich kolejek, więc nie stanowiło to problemu.

Kiedy zaczynałem pracę, czas oczekiwania wynosił około dwóch miesięcy. Jeśli jednak pojawiała się sytuacja wymagająca pilnej pomocy, pacjent był operowany od razu – niezależnie od tego, czy był politykiem, czy kimkolwiek innym.

Rozumie pan gniew ludzi, kiedy czytają, że jakiś poseł czy posłanka mieli lepszy pokój?

Tak, rozumiem.

Reklama
Reklama

Ten pokój był raczej wisienką na torcie. Ktoś najwyraźniej uznał: „Co jeszcze mogę dla was zrobić?”. Nie sądzę nawet, żeby zakładano, że ktokolwiek się o tym dowie.

Dawid Kacprzyk był aż tak nastawiony na przypodobanie się politykom? Tworzył im wyjątkowe warunki, żeby piąć się po szczeblach kariery? Karierowicz?

Tak.

Politycy KO, podobnie jak „Gazeta Wyborcza”, kwestionują dziś samo istnienie saloniku VIP. Robią wiele, żeby podważyć tę historię. Pan mówi, że sam nigdy w tym pomieszczeniu nie był, ale słyszał o nim od innych lekarzy. Czy bywali tam politycy?

Reklama
Reklama

Nie byłem tam i nie widziałem tego osobiście.

Jak pan widzi, nie mam problemu z mówieniem wprost: tego po prostu nie widziałem.

Jedną rzecz musimy wyjaśnić naszym widzom. Tekst Patryka Słowika na portalu Zero.pl powstał na podstawie rozmów z wieloma osobami. To nie jest tak, że doktor Emil Jędrzejewski był sygnalistą w sprawie saloniku VIP. Istnienie tego miejsca potwierdził już inny lekarz ze szpitala, a także inne źródła. Proszę więc nie wyciągać z tej rozmowy wniosku, że skoro pan doktor nie widział tam polityków, to jest to dementi całej sprawy.

Absolutnie nie. Nie o to chodzi.

Reklama
Reklama

Chciałem zapytać o kolejne zarzuty kierowane pod pana adresem. Według narracji Romana Giertycha chciał pan wyłudzić działkę pod budowę prywatnej kliniki dla VIP-ów. Klinika miała powstać na terenach należących do miasta, a pan nie zamierzał za nie płacić. Miał je pan przejąć za darmo, powołując się na wpływy i znajomość z Robertem Lewandowskim. Podobno uważał pan, że dzięki tej znajomości uda się załatwić ziemię. Pojawia się też sugestia, że szantażował pan Rafała Trzaskowskiego: albo dostanie pan grunt, albo będzie się pan mścił. I właśnie teraz ma się pan mścić.

Nigdy nie rozmawiałem z panem prezydentem o żadnej ziemi.

Raz byłem u pana prezydenta w związku z interwencją medyczną, a właściwie to on był wtedy moim pacjentem. Nigdy nie poruszaliśmy tematu jakiejkolwiek nieruchomości. Nigdy.

Według tych informacji już w 2018 r. miał pan zabiegać u znajomych Rafała Trzaskowskiego o spotkanie z nim, bo miał pan pomysł budowy kliniki w Warszawie.

Reklama
Reklama

Mieliśmy taki pomysł.

Robert wpłacił nawet pieniądze na zakup istniejącego szpitala. Później ktoś próbował wykorzystać tę wpłatę przy negocjacjach dotyczących najmu i ostatecznie nic z tego nie wyszło.

Mieliśmy już gotowy projekt kliniki. Architekt dostał za niego nagrody. Ostatecznie jednak inwestycja nie została zrealizowana.

Co ważne, teren, o którym mowa, nie znajdował się bezpośrednio w gestii miasta, tylko WKT Mera. Nie widzę więc nawet przestrzeni do tego, by mogła powstać jakakolwiek zależność czy strefa wpływów.

Reklama
Reklama

Ten teren należał do miasta?

Teren należał do WKT Mera. Założenie było takie, że wybudujemy klinikę, a część zysków będzie trafiała do WKT Mera. To był projekt biznesowy.

Mera dzierżawi ten teren od miasta?

Tak. Tam funkcjonowała wieloletnia dzierżawa.

Reklama
Reklama

Dlaczego więc ten projekt nie doszedł do skutku?

Po pierwsze, pojawiły się problemy projektowe. Nie zgadzały się proporcje powierzchni biologicznie czynnej do planowanej zabudowy.

Po drugie, była jeszcze trzecia osoba zaangażowana w przedsięwzięcie i między panami nie było porozumienia. W pewnym momencie Robert podjął decyzję, że nie chce dalej uczestniczyć w tym projekcie i zakończyliśmy temat.

Czy na jakimkolwiek etapie potrzebowaliście pomocy Rafała Trzaskowskiego albo miasta Warszawy, żeby zrealizować tę inwestycję?

Reklama
Reklama

Nigdy nie rozmawiałem z panem prezydentem o żadnej ziemi.

Ale chciał pan o tym rozmawiać?

Nie podejmowałem żadnych działań ani rozmów, których celem byłoby uzyskanie od kogokolwiek gruntu.

Zresztą jak pan to sobie wyobraża? Mam pójść do prezydenta miasta i powiedzieć: „Proszę dać mi ziemię”?

Reklama
Reklama

Można by uznać, że postradałem rozum.

A już zupełnie nie rozumiem sugestii dotyczących Roberta Lewandowskiego. Naprawdę ktoś uważa, że osoba tej skali miałaby przyjąć jakiś grunt „w prezencie”? Człowiek, który jest pod nieustanną obserwacją opinii publicznej?

Ludzie, zachowajmy trochę logiki.

Może jestem na tyle naiwny, że wierzę, iż kiedy „Gazeta Wyborcza” robi okładkę, to wie, co pisze. Tam pojawił się artykuł „Sygnalista ze skazą” i na bazie tego powstała cała teoria, że pan po prostu jest mściwy.

Reklama
Reklama

Ale niezależnie od tego, co państwo teraz usłyszycie, ten dokument, który przyniosłem, jest w szpitalu. „Gazeta Wyborcza” napisała już o mnie milion kłamstw, więc to jest po prostu kolejne.

A pan się zdziwił, jak wygląda rynek medialny w Polsce? To znaczy: zdziwiłby się pan, jak na pstryknięcie palców została odpalona szanowana jednak – przynajmniej niegdyś – gazeta. I to ewidentnie w celu rozmycia afery wokół Szpitala Południowego oraz uderzenia w pana osobiście.

Całe życie człowiek się uczy. Myślałem, że to jest duży, poważny brand i że jeśli ktoś coś pisze, to bierze za to konsekwencje. Szczerze mówiąc, te wszystkie artykuły, które ukazywały się w tej gazecie, na początku były dla mnie takim zderzeniem, takim flashem: w ogóle piszą o mnie? Why? O co chodzi? Przecież ja nie jestem tu osobą, która ma jakiekolwiek znaczenie.

Później one mnie uspokajały, bo pytano o mnie jakieś dziwne osoby, których nie widziałem. Pisano rzeczy, które w żaden sposób nie mają się do prawdy albo są jakąś prawdą – bo może do wojska i mojego odejścia jeszcze wrócimy.

Reklama
Reklama

Skoro pan sam wywołał sprawę wojska, to rzeczywiście możemy o tym powiedzieć. W największym skrócie: miał pan nie przychodzić do pracy.

Tak.

I rzekomo za zgodą Mariusza Błaszczaka?

Tak.

Reklama
Reklama

A jaka jest prawda? Pana prawda?

W momencie, kiedy chciałem odejść z Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej, to też było trochę honorowe, bo generałem miała tam zostać kobieta, która – uważam – nie powinna zostać generałem. A w moich wartościach zostanie generałem, to jest coś ważnego. Więc napisałem prośbę o odejście z wojska. Ja nigdy nie spotkałem się z panem ministrem Błaszczakiem.

Miałem w różnych sprawach spotkania z panem ministrem Skórkiewiczem. Jedno z tych spotkań było takie, że pojawiła się propozycja zostania szefem kliniki w Wojskowym Instytucie Medycyny Wojskowej, na WIM-ie. Natomiast ja panu ministrowi powiedziałem, że mój przełożony, którym jest dyrektor szpitala, generał, podjął inną decyzję. Nie chciałem w ten sposób zostać szefem kliniki, więc pan minister powiedział, że szanuje moją decyzję.

Spotkałem się jeszcze raz, kiedy dostałem telefon: „Proszę się szybko stawić”. Przyjechałem i proponowano mi bycie dyrektorem gdzieś tam, w dużym szpitalu poza Warszawą. Zapytałem, czy to rozkaz, czy moja decyzja. Usłyszałem, że moja. W związku z tym odmówiłem, ale podziękowałem za propozycję, bo poczułem, że muszę z Szaserów odejść, skoro ktoś inny został szefem. Ten czas, z różnych względów, wystarczył i przeszedłem wtedy do Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej.

Reklama
Reklama

W momencie, kiedy chciałem odchodzić – przypomnę, to były czasy, kiedy w Polsce latały bomby – odchodziłem ze stanowiska ordynatora pododdziału stanów nagłych, czyli z jednego z największych szpitali w Warszawie. Pracowałem w zespole od ostrych przypadków. W związku z tym powiedziano mi, czy mogę zostać w takiej rezerwie. Tylko ja powiedziałem, że idę pracować – jasno określiłem gdzie, do Szpitala Południowego – i nie będę przychodził.

Ta rozmowa była z panem ministrem Wiśniewskim. Powiedziałem to jasno. Znaleziono mi miejsce w Wojskowej Komisji Lekarskiej. Poszedłem tam do szefa objąć stanowisko i powiedziałem, że nie będę przychodził. Jeżeli to jest dla niego jakiś kłopot, to ja odchodzę. Usłyszałem: „Nie, ja dostałem takie wytyczne i masz być”.

Nie przychodziłem w tym okresie do wojska. Ponad rok byłem na standby. Odbyły się wybory i zmienił się szef tego miejsca. Wezwał mnie, ja się stawiłem, a on powiedział, żebym przychodził. Odpowiedziałem, że nie ma takiej możliwości, żebym przychodził i siedział za biurkiem. Wtedy przeniesiono mnie do rezerwy kadrowej, do Departamentu Wojskowej Służby Zdrowia.

Miałem jeszcze spotkanie z szefem kadr Wojska Polskiego, panem pułkownikiem Faką. Zapytał mnie o gotowość do pracy. Powiedziałem: absolutnie tak, jako chirurg. Natomiast żebym siedział za biurkiem – nie. Powiedziałem tylko: „Panie pułkowniku, ja jeszcze mam miesiąc urlopu i muszę podjąć decyzję, czy odchodzę z wojska, czy nie”. Pan pułkownik przestał odbierać telefon, więc potraktowałem to jako decyzję, że odchodzę z wojska.

Reklama
Reklama

Napisałem prośbę o odejście. Ja jeszcze w tym Departamencie Wojskowej Służby Zdrowia nie objąłem stanowiska. Nikt mi nie dał przepustki, nie powiedział: „To jest twoje biurko”. Na każdy telefon się zgłaszałem: „Proszę przyjechać, podpisać jakieś dokumenty związane z miejscem, w którym pan jest”.

Jest pewnym standardem, że starsi oficerowie odchodzą i mają zgodę na nieświadczenie służby w tym krótkim okresie odejścia. Ja napisałem taką prośbę. Po pewnym czasie odpowiedziano mi, że tej zgody nie ma. I w tym okresie, za moją wiedzą, potrącano mi pensję. Ja jej nie dostawałem. Okej, rozumiem, taka sytuacja.

Odszedłem z wojska, pojechałem na urlop i – już nie byłem wojskowym – dostałem zawiadomienie, że mam się zgłosić na przesłuchanie. O szóstej rano w sobotę przyjechała wojskowa karetka, taka furgonetka z kratami, żeby przywieźć mi to zawiadomienie. O szóstej rano. My byliśmy wtedy z rodziną na wakacjach. Sąsiadka napisała: „Czy u pana wszystko w porządku?”. Ja mówię: „Tak, a co?”. I dostaję zdjęcie furgonetki, która do mnie przyjechała.

Później, kiedy poszedłem na to przesłuchanie w charakterze oskarżonego — tam jest jakiś taki paragraf: nie zjawił się dwa, trzy dni w miejscu pełnienia służby — zapytałem, czy to częsta sprawa, że państwo takich ludzi jak ja stawiacie w stan oskarżenia. Pani powiedziała, że jestem jedynym. To z reguły dotyczy szeregowych, którzy gdzieś tam zapili.

Reklama
Reklama

W końcu spotkałem się z prokuratorem i ten prokurator wysłuchał mnie tak jak pan teraz. Zaproponował mi jakieś nadzwyczajne złagodzenie kary, czyli to jest na tej zasadzie, że ja się zgadzam, ale nie ma żadnego wyroku. Prawnicy będą wiedzieli, o co chodzi. Natomiast ja się na to nie zgodziłem.

On wyszedł, wykonał jakiś telefon, wrócił i powiedział: „Rozumiem, tego brakło. Dziękuję za służbę, panie pułkowniku”. I sprawy nie ma. Jest zakończona.

To Pan się na razie sparzył na każdym poziomie na państwie polskim, bo odejście z wojska w atmosferze nie za miłej.

Dodam, że do pełnej wysługi to jest 28 lat, pół roku, jeden dzień. Mi brakuje 10-12 dni z jakiegoś powodu.

Reklama
Reklama

Pomówmy jeszcze o temacie, na którym pan zna się bardzo dobrze. Bardzo dużo rozmawia się teraz o zarobkach lekarzy. I zaraz dojdzie do takiego przesilenia, że w odbiorze społecznym – co byłoby bardzo złe i bardzo krzywdzące – lekarz stanie się złodziejem. Ludzie zaczną patrzeć na lekarzy bez należytego szacunku. Ja zostałem wychowany w szacunku do lekarzy i zawsze uważałem, że lekarze powinni dobrze zarabiać. Natomiast stworzono system patologiczny, który przyciąga wielu cwaniaków albo sprawia, że ci cwaniacy dostają przestrzeń i narzędzia do tego, by po prostu nas wszystkich okradać.

W systemie jest 250 miliardów zł. Olbrzymie pieniądze. Trochę to jest też pokłosiem okresu pandemii, kiedy te stawki wzrosły. Lekarz też jest człowiekiem i dużo gorzej schodzi się z pewnego pułapu, niż na niego wchodzi. Trudno odnieść się teraz do tych zarobków, które gdzieś tam były.

Myślę, że najlepiej zarabiają – mówię o tych olbrzymich kominach – ludzie, którzy są albo mega pracowici i wykonują swoją pracę w sytuacjach tego mojego wirtualnego zarobku, który mógłbym osiągnąć. Myślę, że tacy są. Myślę też, że są doskonali specjaliści, którym sam dałbym się zoperować. Ale myślę, że jest też mnóstwo nadużyć.

System jest w ogóle dziwny, bo trochę to jest tak, że z jednej strony wymagamy od osób, które zarabiają bardzo dużo, żeby były frontem do pacjenta. A niestety to nie zawsze idzie w parze. Myślę, że nawet samo środowisko oczekuje reformy, tylko nie takiej robionej sytuacyjnie, ale takiej, w której ktoś naprawdę posłucha naszego środowiska i wspólnie wypracuje jakiś konsensus.

Reklama
Reklama

Myślę, że to jest absolutnie do zrobienia. Są duże pieniądze. Lekarze, uważam, zarabiają bardzo dobrze. A z drugiej strony są lekarze, którzy ciężko pracują i – odnosząc się do tych stawek, o których słyszymy w przestrzeni publicznej – zarabiają nieporównywalnie mało. Mają 11 czy 12 tysięcy. I aż.

System jest nielogiczny i niesprawiedliwy. I w pewnym sensie korupcjogenny. Może „korupcjogenny” to złe słowo.

Ale ja nie chciałbym generalizować, bo uważam, że my dzisiaj mówiliśmy o czymś skrajnym. Myślę, że jest dużo takich przypadków, gdzie ktoś wykorzystuje system – nazwijmy to tak: naciąga, nadużywa. Ale to nie jest tak, że ogólnie tacy są lekarze.

Nie mówię tego dlatego, że jestem z tego środowiska, tylko po prostu znam ludzi i wiem, że to są w znakomitej większości…

Reklama
Reklama

Ale potem czytamy, że ktoś dyżurował 96 godzin.

Podam przykład. Kiedy przeszedłem do Otwocka, w którym teraz pracuję – przeszedłem w grudniu – osoba, którą zastąpiłem, miała zapewnić system dyżurowy i nagle zostawiła szpital bez obsady dyżurowej. Ja zostałem z jednym lekarzem i w tamtym miesiącu miałem sytuację, w której, żeby zapewnić ciągłość obecności lekarza na oddziale, pracowałem pięć dni.

To nie jest praca, w której non stop się pracuje. Jest też pora nocna, kiedy się śpi. Natomiast to jest nienormalne. Człowiek czuje się tak, jakby dostał jakiś wyrok. Ale żeby państwa uspokoić: ja teraz dyżuruję raz w tygodniu. Tak jak dyżurowałem w Szpitalu Południowym.

Reklama
Reklama

Pięć dni non stop to jest niebezpieczne dla lekarza, ale przede wszystkim dla pacjenta.

A co by pan redaktor zrobił, gdy nie ma kto? Jest grudzień, ludzie myślą o świętach – a pan musi zapewnić ciągłość pracy. Ja chciałbym wyjść do domu, pojechać do rodziny, spać w domu. Natomiast miałem do wyboru: albo zostać, albo zostawić oddział sam.

Da się ten system w ogóle logicznie poukładać w tych pieniądzach?

Absolutnie tak.

Reklama
Reklama

Trzeba go uszczelnić. Przestrzeni, w których te pieniądze się przelewają, jest mnóstwo. Najwięcej pewnie w przestrzeni lekarzy, bo ich jest najwięcej. Natomiast to jest do poukładania. Są gotowe systemy: niemiecki, francuski, gdzie jest to przemyślane.

Myślę, że takim pierwszym ruchem był system rezydencki, który jest pewną analogią do krajów zachodnich. Chyba minister Kopacz wprowadziła ten system. Tylko że na przykład w Niemczech czy we Francji rezydenci nie mają prawa dorabiać w zawodzie lekarza. Ten okres jest dłuższy — nie od 8 do 15, tylko do 17, do 19.

Kiedy rozmawiam z szefami klinik w Niemczech, to szef musi dbać o to, żeby lekarz, który się uczy, podnosił swoje kwalifikacje, uczył się i był wypoczęty. To jest przemyślane i tym spowodowane. Mogę się teraz pomylić, ale rezydent we Francji w tym momencie zarabia 1400 euro. Trudno się za to utrzymać w takim mieście jak Bordeaux czy Paryż. Myślę, że pomoc rodziców jest wtedy potrzebna. To gdzieś powinno być wypośrodkowane.

Moje prywatne zdanie: rozdzielenie systemu państwowego od prywatnego.

Reklama
Reklama

Czyli to, co mówi Adrian Zandberg: że lekarz, który pracuje publicznie, na publicznym sprzęcie, nie ma prawa pracować prywatnie.

Absolutnie tak. To nie jest tak, że ludzie pracujący w prywatnych klinikach nie robią czegoś w szpitalu. Pewnie takie sytuacje też są, bo myślę, że jest nas dość dużo, pomimo tego, że jest nas mało. Różne osoby i nadużycia są przeróżne.

Nie każdy ma tę świadomość. Zaglądam sobie na Twittera, gdzie ludzie są porażeni tym, o czym rozmawialiśmy w pierwszej części programu, bo wiadomo, że to jest coś, co będzie jeszcze długo rezonować. Myślę, że to są najmocniejsze wypowiedzi na temat tego, co dzieje się w szpitalach, w służbie zdrowia, od czasów tego słynnego pawulonu w Łodzi. Mówimy o czymś tej skali.

Pamiętam, jak tamten artykuł o Łodzi powstawał, i patrzę, w którym miejscu dzisiaj, po latach — nie wiem, czy to 20 lat później – znalazła się „Gazeta Wyborcza”. Człowiek łapie się za głowę, bo naszej rozmowie oczywiście przysłuchuje się redaktor Czuchnowski, który napisał o panu dwa teksty. I to, co on wyciągnął z tej rozmowy, jest dla mnie porażające. On napisał tak:

Reklama
Reklama

„Skandaliczna rozmowa: Stanowski, dr Jędrzejewski. Padają najcięższe oskarżenia, że na SOR-ze w Szpitalu Południowym ginęli ludzie, a winny był dr Kacprzyk.

Czemu pan z tym nie poszedł do prokuratury?

Dr Jędrzejewski: To może zostać zweryfikowane.

Stanowski: Jutro ten szpital powinna zamknąć policja.

Reklama
Reklama

Wraca rok 2007. Ziobro i mordercy w białych kitlach”.

Ja wierzę w wymiar sprawiedliwości i traktuję sytuację – czy sprawę pana Dawida Kacprzyka – jako coś mega patologicznego. Natomiast wierzę, że śledztwo zostanie przeprowadzone i konsekwencje będą wyciągnięte.

Powiem w ten sposób: ja mogłem sobie żyć nawet w Szpitalu Południowym, funkcjonować, tylko nie umiem.

A jak może funkcjonować redaktor Czuchnowski, to nie wiem. Jak on to potrafi, to nie mam pojęcia. Chciałem panu powiedzieć, że jest pan obrzydliwą postacią. To jest już komentarz ode mnie. Jak pan chce mnie pozywać, to niech pan mnie pozwie, ale to jest karykatura dziennikarstwa — to, co pan wyprawia w tej sprawie. Od samego początku stoi pan po złej stronie. Pan od początku stoi po stronie Dawida Kacprzyka i po stronie tego, żeby rozmyć całą tę aferę i by broń Boże pańska polityczna strona w jakikolwiek sposób nie ucierpiała albo ucierpiała jak najmniej. Pan nie jest dziennikarzem. Pan jest politykiem zatrudnionym w gazecie, w dziale PR.

Reklama
Reklama

Ale myślę, że po stronie Platformy też są osoby, które – jeżeli pójdą, zastanowią się nad tym, co padło – też nie będą chciały takich osób jak Dawid Kacprzyk w jakimkolwiek swoim otoczeniu. To chyba już nie jest polityczne. To jest ludzkie. To nie powinno się zdarzyć. Tym pacjentem mógł być wasz ojciec, wasza mama.

A jakiego rodzaju zabiegi, jakiego rodzaju czynności lekarskie wykonywał Dawid Kacprzyk, na których się nie znał?

Na przykład anestezjologiczne.

Usypiał pacjentów?

Reklama
Reklama

Nie. On na bloku praktycznie się nie pojawiał. Widziałem go może raz, dwa. A tam są kamery. Ja spędziłem tam pół życia w tym okresie.

Żeby ta liczba pacjentów mogła być zoperowana, funkcjonowałem na tym bloku jako osoba, która pilnowała przerw między operacjami, tego, żeby były umyte sale, żeby odpowiednio działał transport i ruch pacjentów. Bo to jest złożona układanka, żeby dojść do takich wyników i do takiej liczby pacjentów, których można zoperować.

No i dochodzimy do tego, co takiego robił Dawid Kacprzyk, czego nie powinien robić, bo się na tym nie znał.

Powiem w ten sposób: dwa przypadki, które znam, to są błędy przy intubacji.

Reklama
Reklama

Jak poważne błędy?

Takie, o których rozmawialiśmy.

Śmiertelne błędy przy intubacji?

Tak.

Reklama
Reklama

Co konkretnie zrobiono pacjentowi?

Zostawmy to już prokuraturze. Prokurator pozna szczegóły.

I to pan Dawid Kacprzyk intubował osobiście?

Osobiście.

Reklama
Reklama

Coraz mocniejsza robi się ta rozmowa. Ja nie chciałbym wyjść na kogoś, kto podkręca niezdrowe emocje, co też mi się zarzuca. Ale trudno, żebym nie dopytywał, kiedy pan mówi takie rzeczy.

Rozumiem ciekawość. Rozumiem. Natomiast to w ogóle poszło w takim kierunku, który z mojego punktu widzenia oznacza wyeliminowanie takiej osoby jak pan Dawid Kacprzyk z naszego grona. Co się będzie działo? Jak to się będzie działo? Nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia.

Dla mnie znaczenie ma to, żeby pan Dawid Kacprzyk nie był elementem systemu ochrony zdrowia.

A jeszcze dopytam, bo nasi widzowie mogą nie mieć takiej świadomości i wiedzy, jak odpowiedzialną, jak wymagającą funkcją jest funkcja szefa SOR-u. Bo tej funkcji de facto – jak pan napisał nawet tutaj w wiadomości dla Trzaskowskiego – on nie pełnił.

Reklama
Reklama

To jedna z ważniejszych funkcji, bo na SOR może trafić – przepraszam za kolokwializm – wszystko. Czyli pacjent z każdą chorobą. Chorzy po wypadkach, po urazach, z zatrzymaniem krążenia. Każda choroba, każdy uraz, jaki możemy sobie wyobrazić, a który wymaga interwencji chirurgicznej – od błahych spraw. Ból palca też się zdarza. Zawały, udary. Po urwane kończyny, po rozczłonkowane wątroby.

Wszystko może się zdarzyć. To oznacza, że to jest funkcja z reguły dla najbardziej doświadczonego lekarza?

Tak.

A tu postawiono na kogoś bez specjalizacji, młokosa.

Reklama
Reklama

Omnibusa.

Czy polskie szpitale są przejęte przez polityków? Że do którego szpitala nie pójdziemy, to są takie spółki, spółeczki, w których można sobie wygodnie zarobić?

To jest taka narośl na służbie zdrowia. Ale to dotyczy każdej przynależności politycznej. Myślę, że w każdym szpitalu znajdziemy różnych ludzi – być może są już jakieś informacje, których jest więcej, których mniej – ale wszyscy.

Bo dzisiaj Rafał Trzaskowski zarządził, że już nie będzie polityków w radach nadzorczych.

Reklama
Reklama

Super ruch. Super ruch.

Tylko trzeba było takich tragedii, o jakich pan mówi, żeby do takich decyzji doszło?

Chciałem tylko powiedzieć, że polski system ochrony zdrowia… Dzięki jednej z pań minister zostało odblokowane KPO i myślę, że jesteśmy w pierwszej trójce najlepiej wyposażonych. Jako system ochrony zdrowia mamy najlepsze sprzęty. W pierwszej trójce w Europie – takie jest moje zdanie.

Zawsze słyszymy, że Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, bo gdyby nie ona, to już byśmy leżeli. Ale teraz pojawiło się KPO. To, w jaki sposób my – czy dyrektorzy – tym zarządzili, to już zupełnie inna sprawa. Co zostało kupione i jak to będzie wykorzystywane, to też zupełnie inna sprawa.

Reklama
Reklama

Natomiast jako system ochrony zdrowia jesteśmy bardzo dobrze doposażeni. Naprawdę mamy super sprzęt. Mówię to z perspektywy szpitala powiatowego, w którym teraz jestem, bo tam tak nie jest i nie wszędzie tak jest. Natomiast gdybyśmy te wszystkie urządzenia porozkładali na wszystkie szpitale, to nie mamy się czego wstydzić.

Paradoks tych opowieści politycznych polega w ogóle na tym, że teraz będą z pana robili wielkiego wroga politycznego jednego obozu. A kiedy Sylwia umawiała się z panem na przyjście do programu i poprosiła, żeby wysłał pan jakieś swoje zdjęcie – żebyśmy mieli na miniaturkę – to wysłał jej pan zdjęcie z lokalu wyborczego, gdzie głosował pan na Rafała Trzaskowskiego.

Tak było.

Czy jednak nie jest pan takim twardym pisiorem, jak niektórzy chcieliby to teraz widzieć?

Reklama
Reklama

Teraz spodziewam się, że usłyszę pod swoim adresem różne rzeczy. Natomiast wierzę w wymiar sprawiedliwości. Wierzę w to, co powiedział premier: że pan minister bardzo szybko rozstrzygnie tę sprawę i że każdy zrozumie… Oczywiście, niech wszyscy sobie walczą politycznie, to gdzieś tam. Natomiast ja osobiście czekam na dowody, na efekty śledztwa.

Pan obudzi się jutro jako inna osoba, w innym świecie. W swoim małym świecie, ale pana życie bardzo się dzisiaj podczas tego wywiadu zmieniło. Zdaje pan sobie z tego sprawę?

W tej sytuacji, która zaistniała, nie umiem inaczej.

Reklama
Reklama