Patrick Bateman poprawia krawat. Tyler Durden patrzy w kamerę z krwią na twarzy. Homelander stoi nad tłumem, a Arthur Fleck tańczy na schodach. Pod krótkim filmem pojawia się podpis: „Literally me” – „dosłownie ja". To zwykle żart, ale żart mówi coś poważnego. Od Jokera przez Tylera Durdena po Homelandera współczesna kultura coraz rzadziej opowiada o triumfie, a coraz częściej o męskiej bezsilności, samotności i rozpadzie dawnych wzorców.
Wielu młodych mężczyzn łatwiej rozpoznaje dziś siebie w bohaterach pękniętych, narcystycznych i niebezpiecznych niż w nieskazitelnych herosach. Nie dlatego, że wszyscy marzą o przemocy. Antybohater daje im język dla samotności, wstydu i poczucia, że nie spełnili obietnicy sukcesu. Popkultura nie stworzyła tego kryzysu. Nauczyła się jednak nadawać mu twarz – a internet zamieniać ją w maskę, produkt i polityczną broń.
Nieskazitelny bohater już nie wystarcza
Superman przez większą część swojej historii nie był po prostu najsilniejszym człowiekiem świata. Uosabiał przekonanie, że siła zobowiązuje do opieki nad słabszymi. Kapitan Ameryka miał być moralnym kompasem, nawet gdy państwo gubiło kierunek. Klasyczny heros porządkował chaos. Pokazywał, jaki świat powinien być i jak należy w nim postępować.
Taki bohater nadal może zachwycać, lecz coraz trudniej zobaczyć w nim własne życie. Młody człowiek słyszy, że wszystko zależy od niego: powinien znaleźć dobrą pracę, zadbać o ciało, być pewny siebie, interesujący i wrażliwy, ale nie słaby. Ma osiągnąć sukces ekonomiczny, emocjonalny i romantyczny. Jednocześnie trafia na drogie mieszkania, niepewne zatrudnienie, aplikacje randkowe i media społecznościowe, które każdą porażkę zamieniają w publiczny ranking. Heros z niezachwianym kompasem może w tej sytuacji wyglądać nie jak wzór, lecz jak ktoś z innej planety.
Przeczytaj także: Ile waży koń trojański? Recenzujemy „Odyseję” Christophera Nolana
Antybohater nie obiecuje, że świat jest sprawiedliwy. Przeciwnie: pozwala podejrzewać, że gra od początku była ustawiona. Ma złe nawyki, popełnia błędy, bywa śmieszny i żałosny. Jak zauważa psycholożka Dara Greenwood, ciemna strona takiej postaci daje widzowi bezpieczną możliwość wyobrażenia sobie zachowań, których nie podjąłby w życiu. To jedno z wyjaśnień popularności Deadpoola – nieprzyzwoitego, brutalnego, świadomego własnej fikcyjności. Antybohater ma „wszystkie ciekawe kawałki”, które dawny heros próbował ukryć pod peleryną.
Kłopot zaczyna się wtedy, gdy znika różnica między rozpoznaniem a naśladowaniem. „Rozumiem jego ból” zmienia się w „on ma rację”. A ostrzeżenie zostaje potraktowane jak instrukcja obsługi.
Ostrzeżenia, które stały się wzorami
Patrick Bateman z „American Psycho” miał być groteskowym produktem świata, w którym człowieka mierzy się marką garnituru, rezerwacją w restauracji i odcieniem wizytówki. Jego ciało jest doskonale wypielęgnowane, mieszkanie sterylne, a język zbudowany z cudzych opinii. Pod powierzchnią nie ma jednak stabilnej tożsamości. Jest pustka, która pragnie przewagi nad innymi. Bateman nie panuje nad rzeczywistością; rozpaczliwie odgrywa człowieka panującego.
W internetowych montażach ta ironia łatwo wyparowuje. Zostają poranny trening, chłodna twarz Christiana Bale'a i muzyka podbijająca poczucie mocy. Bateman staje się patronem dyscypliny, choć książka Breta Eastona Ellisa i film Mary Harron opowiadają o osobowości zjedzonej przez konsumpcję i rywalizację. Wzór jest atrakcyjny właśnie dlatego, że obiecuje widzialne rozwiązanie niewidzialnego problemu: jeśli czujesz się nikim, zbuduj ciało i wizerunek, których inni będą ci zazdrościć.
Może Cię zainteresować: Bracia Tate zatrzymani. Grozi im deportacja
Podobny los spotkał Tylera Durdena. „Podziemny krąg” uderzał w konsumpcyjny model męskości i korporacyjny rytm życia. Narrator urządził mieszkanie jak katalog, ale nie potrafił urządzić samego siebie. Tyler przywraca mu ból, wspólnotę i pozór sprawczości. Tyle że bunt szybko staje się nową korporacją: ma mundur, hierarchię, język i posłusznych wykonawców. Film Davida Finchera nie mówi, że Tyler zna drogę wyjścia. Pokazuje raczej, jak łatwo rozpaczliwa potrzeba sensu rodzi autorytaryzm.
Arthur Fleck z „Jokera” Todda Phillipsa idzie jeszcze dalej. Jest biedny, chory, samotny i regularnie upokarzany. Instytucje, które miały mu pomóc, znikają. Gdy wybiera przemoc, po raz pierwszy staje się widzialny. Film działa najmocniej nie wtedy, gdy usprawiedliwia zbrodnię – bo jej nie da się usprawiedliwić – lecz gdy pokazuje pokusę zamiany cierpienia w spektakl odwetu. Arthur nie odzyskuje godności. Dostaje publiczność.
Homelander z serialu „The Boys” również ma publiczność, a nawet cały przemysł wizerunkowy. Jest niemal wszechmocny, lecz emocjonalnie zależny od oklasków. Pod patriotycznym kostiumem kryje się porzucone dziecko, które nauczyło się mylić miłość z bezwarunkowym podziwem. To trafny portret narcyzmu ery platform: „jestem wyjątkowy” nie oznacza „znam swoją wartość”, tylko „musicie stale ją potwierdzać”.
Żadna z tych postaci nie jest prostym modelem młodego mężczyzny. Mem spłaszcza jednak fabułę. Wyjmuje z niej moment siły, usuwa cenę, jaką bohater płaci, i zamienia krytykę w estetykę. Garnitur Batemana, ciało Durdena, taniec Jokera i laserowy wzrok Homelandera zaczynają znaczyć to samo: już nigdy nie pozwolę się upokorzyć.
Antybohater jako język bezsilności
Najłatwiej odpowiedzieć na tę fascynację moralną paniką. Powiedzieć, że popkultura zatruła chłopców, a oni bezmyślnie kopiują psychopatów. To diagnoza wygodna, bo zwalnia z pytania, dlaczego właśnie te obrazy znajdują tak podatny grunt.
Badania nad męskością pokazują obraz bardziej skomplikowany. Richard Gater prowadził badania etnograficzne wśród marginalizowanych młodych mężczyzn z klasy robotniczej w południowej Walii. Opisuje „męskości połączone”: obok zachowań kojarzonych z buntem, twardością czy konfliktem badani okazywali czułość, empatię, przywiązanie do przyjaciół, bardziej równościowe poglądy i sprzeciw wobec homofobii. Nie byli ani wzorowymi „nowymi mężczyznami", ani karykaturami toksycznych samców.
To ważne, bo publiczna rozmowa lubi dwie figury: winnego agresora i bezradną ofiarę. Prawdziwy człowiek może być jednym i drugim w różnych sytuacjach. Może cierpieć z powodu ekonomicznej marginalizacji, a zarazem krzywdzić słabszych. Uznanie jego bólu nie unieważnia odpowiedzialności. Odpowiedzialność nie wymaga zaś udawania, że ból jest wymyślony.
Klasyczna „męskość protestu”, opisywana przez Raewyn Connell, bierze symbole dominującej męskości – kontrolę, siłę, niezależność – i odtwarza je w warunkach ubóstwa oraz ograniczonych możliwości. Jeśli nie można zdobyć uznania pracą, majątkiem lub pozycją, łatwo szukać go w ryzyku, przemocy albo demonstracyjnym odrzuceniu reguł. Antybohater pasuje do tego doświadczenia, bo jego podstawową fantazją nie zawsze jest zło. Częściej jest nią odzyskanie kontroli.
Walter White z „Breaking Bad” długo tłumaczy swoje działania troską o rodzinę. W istocie coraz bardziej chodzi mu o uznanie, którego – jak uważa – odmówiło mu życie. W finale przyznaje, że robił to dla siebie i że był w tym dobry. Ta scena odbiera widzowi wygodne alibi. Problemem nie jest pragnienie godności, lecz przekonanie, że godność wymaga podporządkowania innych.
Algorytm wie, gdzie boli
Film może dać katharsis i skończyć się wraz z napisami. Internet nie ma napisów końcowych. Po jednym montażu pojawia się następny. Estetyka antybohatera łączy się z poradami dotyczącymi siłowni, pieniędzy i randek, a następnie z opowieścią o „matrixie”, feminizmie i świecie rzekomo ułożonym przeciw mężczyznom.
Monografia „Masculinities and Mental Health in Young Men” pod redakcją Zaca Seidlera porządkuje trzy główne drogi prowadzące młodych ludzi do manosfery. Pierwszą jest brak więzi: samotność, odrzucenie i niezaspokojona potrzeba bliskości. Drugą – poczucie, że nie osiągnęli wymaganego statusu mężczyzny, bo nie mają powodzenia, pieniędzy, pewności siebie lub planu zawodowego. Trzecią są systemy rekomendacji, które podsuwają coraz ostrzejsze treści, ponieważ oburzenie dobrze utrzymuje uwagę.
Zobacz również: Sam Neill nie żyje. Gwiazdor „Parku Jurajskiego” miał 78 lat
W opisanym w książce badaniu TikToka udział materiałów mizoginicznych na kontach eksperymentalnych, reprezentujących m.in. samotnych młodych mężczyzn, wzrósł w ciągu tygodnia czterokrotnie – z 13 proc. do 56 proc. Początkowo filmy współczuły wykluczeniu. Później coraz częściej wskazywały winnego: kobiety. Algorytm nie musi mieć poglądów. Wystarczy, że odkrywa, iż gniew zatrzymuje użytkownika skuteczniej niż cierpliwa rozmowa.
To mechanizm szczególnie podstępny. Chłopak szukający pomocy naprawdę podejmuje próbę poradzenia sobie z cierpieniem. Otrzymuje jednak wspólnotę, która nadaje mu język i jednocześnie zamyka wyjście. Mówi: nie jesteś samotny, jesteś „przebudzony”; nie spotkało cię odrzucenie, odkryłeś naturę wszystkich kobiet; nie potrzebujesz relacji, tylko przewagi. Wstyd zostaje przerobiony na pogardę.
Nie oznacza to, że każdy uczestnik manosfery zmierza ku przemocy. Autorzy przywołują badanie, w którym trzy czwarte ankietowanych inceli uznało przemoc wobec osób obwinianych za ich krzywdę za zawsze nieuzasadnioną. Zarazem w tej grupie częste są depresja, lęk, samotność, niska samoocena i myśli samobójcze. Demonizowanie wszystkich jako potencjalnych zamachowców fałszuje rzeczywistość i może pogłębiać izolację. Bagatelizowanie mizoginii byłoby jednak równie nieuczciwe. Ból nie jest winą, ale może zostać użyty do produkcji winnych.
Dwie odpowiedzi, ten sam brak rozmowy
Debata publiczna oferuje młodym mężczyznom dwie złe odpowiedzi. Pierwsza brzmi: jesteście uprzywilejowani, więc wasza skarga jest podejrzana. Młody człowiek na umowie czasowej, mieszkający z rodzicami i bez powodzenia szukający bliskości słyszy o swojej systemowej przewadze, której nie potrafi odnaleźć w codziennym życiu. Pojęcie przywileju może opisywać ważne nierówności, ale użyte jak knebel nie wyjaśnia mu jego sytuacji. Produkuje tylko upokorzenie.
Druga odpowiedź mówi: macie rację, zabrano wam należne miejsce. Influencer sprzedaje kurs dominacji, polityk pozuje na wojownika, a biznes „samorozwoju” zamienia lęk statusowy w abonament. Obiecują dawny porządek, w którym mężczyzna miał autorytet z samego faktu bycia mężczyzną. Nie rozwiązują samotności, braku mieszkań, kryzysu pracy ani niedostępności pomocy psychologicznej. Dają za to cel dla gniewu i kolejne produkty do kupienia.
Sprawdź: Jak nie stracić motywacji w pracy? Tomasz Kammel zdradza sekrety
Pogarda i podlizywanie się wyglądają jak przeciwieństwa, lecz mają wspólną cechę: nikt nie traktuje młodego człowieka jak partnera rozmowy. Jedni widzą problem do reedukacji, drudzy – klienta i wyborcę. Jedni redukują go do przywileju, drudzy do testosteronu. Obie strony wzmacniają maskę, pod którą nie wypada powiedzieć: jestem samotny, boję się przyszłości, nie umiem zbudować relacji.
Nie nowych twardzieli, lecz nowe opowieści
Co w takim razie może zrobić kultura? Na pewno nie wystarczy dostarczyć bardziej ugrzecznionego Supermana. Klasyczny heros często przechodzi próbę samotnie i wraca silniejszy, jakby dojrzałość była prywatnym egzaminem zdawanym bez pomocy. Tymczasem zdrowie psychiczne rzadko poprawia się dzięki jednemu aktowi woli. Potrzebuje relacji, czasu, instytucji i zgody na zależność od innych.
Popkultura zna już inne modele. W „Arystotelesie i Dantem odkrywających sekrety wszechświata” męska dojrzałość nie polega na pokonaniu przeciwnika, lecz na nazwaniu samotności i przyjęciu bliskości. Badacze tej powieści podkreślają znaczenie rozmowy syna z emocjonalnie wycofanym ojcem: leczenie zaczyna się wtedy, gdy obaj ujawniają własne rany. Także męskie przyjaźnie w badaniu Gatera przeczą stereotypowi, że czułość musi odbierać status. Młodzi mężczyźni potrafią łączyć lokalne wzory twardości z troską i emocjonalną otwartością.
Nie trzeba więc odbierać im antybohaterów. Trzeba przywracać opowieściom ich zakończenia i konsekwencje. Tyler Durden nie wyzwala, tylko tworzy sektę. Bateman nie jest panem świata, lecz jego pustym produktem. Homelander nie pokazuje siły, ale głód aprobaty, którego żadna owacja nie nasyci. Joker zostaje zauważony, ale nie zostaje ocalony. „Literally me” może być początkiem rozmowy, jeśli po rozpoznaniu podobieństwa pojawi się pytanie o różnicę: co zrobić z podobnym bólem, żeby nie powtórzyć ich wyborów?
Badania nad wychodzeniem z manosfery dają ostrożną nadzieję. Pomagają pozytywne relacje, doświadczenia podważające czarno-białe przekonania i zauważenie, że ideologia pogarsza zdrowie oraz niszczy więzi. To mniej widowiskowe niż przebudzenie po „czerwonej pigułce”. Nie oferuje sekretnego klucza do świata. Właśnie dlatego może działać.
Fascynacja antybohaterami nie zniknie – i nie powinna. Kultura potrzebuje postaci, które pozwalają bezpiecznie spotkać własny gniew, narcyzm i pragnienie odwetu. Powinniśmy jednak odróżniać lustro od drogowskazu. Młodzi mężczyźni nie marzą wyłącznie o podpaleniu świata. Wielu chce, by świat wreszcie odpowiedział na ich obecność. Jeśli jedyną odpowiedź przynosi algorytm w masce Jokera, problemem nie jest tylko to, czego oglądają. Problemem jest także to, kto wcześniej nie chciał ich wysłuchać.
Znamienne jest to, jak na ten kryzys heroizmu reaguje dziś kino najwyższego szczebla, próbując redefiniować nawet najstarsze mity. Doskonałym przykładem jest nadchodząca Odyseja (2026) w reżyserii Christophera Nolana. Zamiast nieskazitelnego antycznego herosa, Matt Damon kreuje Odyseusza jako złamanego weterana, trawionego powojenną traumą i głębokim wyobcowaniem, który w zwiastunie rzuca: „Po latach wojny, nikt nie mógł stanąć między moimi ludźmi a domem. Nawet ja”.
Nolan – reżyser, który wcześniej ukształtował wyobraźnię milionów mężczyzn wokół obsesyjnego, mrocznego Batmana – tutaj również wydaje się odzierać mit z patosu. Odyseusz Nolana uosabia to samo pęknięcie, z którym rezonują fani „literally me”: poczucie, że wypełnianie narzuconej z góry męskiej roli (wojownika, władcy) prowadzi do utraty siebie. To już nie jest triumfalny powrót króla, ale desperacka próba odzyskania resztek kontroli w świecie rządzonym przez kapryśne, brutalne siły wyższe.
Fakt, że tak potężna hollywoodzka superprodukcja redefiniuje klasyczny wzorzec męskości przez pryzmat alienacji, dowodzi, że problematyka bezsilności i braku sprawczości to dziś jedyny język, w którym twórcy potrafią opowiadać o zmaganiach współczesnych mężczyzn – i jedyny, który widzowie uznają za autentyczny.


