W ostatni weekend w Kijowie, stolicy Ukrainy, która od przeszło czterech i pół roku żyje w cieniu rosyjskich ataków rakietowych i dronowych, odbyła się konferencja „Yalta European Strategy”. Była ona poświęcona bezpieczeństwu europejskiemu, ze szczególnym uwzględnieniem kwestii ukraińskiej w europejskim modelu bezpieczeństwa.
Aby wziąć udział w konferencji, do Kijowa udał się szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski. Biegle posługujący się językiem angielskim w jego oksfordzkiej odmianie, podobnie jak podczas swoich wystąpień na forum ONZ, także tym razem wykorzystał charakterystyczne dla siebie środki retoryczne. Zaprezentował zdecydowane i twarde stanowisko. Sposób, w jaki je przedstawił, sprawił, że jego wystąpienie zyskało szeroki rozgłos w mediach.
Pomimo tej sprawności retorycznej Radosław Sikorski nie jest jednak szeregowym posłem zasiadającym w komisji spraw zagranicznych. Nie jest też dziś europosłem, który swoje kilkudziesięciosekundowe wystąpienia podczas debat w Parlamencie Europejskim wykorzystuje do budowania pozycji politycznej. Radosław Sikorski jest wicepremierem polskiego rządu i ministrem spraw zagranicznych. Ze względu na sprawowany urząd jego słowa ważą i powinny odzwierciedlać realistyczny kierunek polityki państwa polskiego.
Analizując wydarzenia z zakresu polityki bezpieczeństwa, staram się unikać wycieczek personalnych, które niczemu nie służą. W tym przypadku nie sposób jednak pominąć wypowiedzi osoby sprawującej tak istotny urząd. Radosław Sikorski nie występuje bowiem we własnym imieniu ani w interesie własnej kariery politycznej. Jako minister spraw zagranicznych przemawia w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej.
Rosja wysłała nocą ponad 450 dronów nad Ukrainę. Większość zestrzelono
Kontekst wypowiedzi
Słowa szefa polskiej dyplomacji nie są więc pozbawione kontekstu. Stanowią wyraz tego, jak państwo polskie diagnozuje rzeczywistość i jaką formułuje receptę na jej poprawę. Rzeczywistości podlegającej nieustannej rosyjskiej presji, której przejawem są fale sabotażu w całej Europie oraz bezpośrednie prowokacje na granicach. Dobitnym przykładem tej prowokacji był rosyjski atak z niedzieli, przeprowadzony w bezpośrednim sąsiedztwie polskiej granicy.
Skala rosyjskich prowokacji nie osiągnęła jednak przysłowiowego „sufitu”. Mogą one przybrać radykalniejszą formę wymierzoną w jedno z państw NATO. Świadczyć o tym może perspektywa nowej mobilizacji, która może objąć nawet 800 tysięcy osób. Istotne są również doniesienia o tym, że Rosja przygotowuje od 16 do 20 tysięcy dodatkowych łóżek szpitalnych dla rannych żołnierzy w pobliżu granic z państwami NATO.
Na ten obraz nakłada się podróż ministra koordynatora służb specjalnych Tomasza Siemoniaka do Waszyngtonu, gdzie spotkał się z dyrektorem CIA Johnem Ratcliffe'em. W kolejnych dniach rezultaty tego spotkania były konsultowane na forum rządowym, w ramach Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, lecz bez udziału Prezydenta ani Biura Bezpieczeństwa Narodowego.
Taki sposób prowadzenia konsultacji wywiadowczych z naszym głównym gwarantem bezpieczeństwa nie musi oznaczać, że sytuacja jest na tyle pilna, by Amerykanie przygotowywali nas na możliwość rychłego rosyjskiego uderzenia na Polskę lub na któreś z państw wschodniej flanki NATO. Jedno jest jednak pewne. Sposób prowadzenia tych konsultacji wiele mówi o kondycji naszych instytucji państwowych odpowiedzialnych za nasze bezpieczeństwo.
Ukraina: Dron uderzył w ciężarówkę 800 m od granicy z Polską
Mimo tego drobnego szczegółu dla zwaśnionych obozów politycznych po specjalnej odprawie w Rządowym Centrum Bezpieczeństwa premier Donald Tusk powiedział: „Najbliższe tygodnie i miesiące będą okresem bardzo wzmożonych akcji ze strony rosyjskiej. Niestety nie możemy wykluczyć, że ta eskalacja będzie dotyczyła także terytorium Polski”.
W tej sytuacji, jako państwo funkcjonujące właśnie po to, aby przeciwdziałać tego rodzaju zagrożeniom, powinniśmy zwrócić szczególną uwagę na sposób, w jaki zamierzamy przeciwstawić się temu zagrożeniu. Właśnie tę wizję przedstawił w weekend wicepremier i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski na konferencji w Kijowie.
Dowództwo Operacyjne poderwało samoloty wz. z atakami na Ukrainę
Lider regionu
Nie chcę w tym miejscu polemizować z częścią diagnozy przedstawionej przez pana wicepremiera. W kilku zdaniach nakreślił on bowiem dość realistyczny obraz wspólnoty europejskiej. Z jednej strony wskazał, że UE nie jest dziś zdolna do stworzenia wspólnego i autonomicznego systemu bezpieczeństwa opartego na własnej armii. Jak słusznie zauważył, UE nie jest federacją i z przyczyn ustrojowych jeszcze długo nią nie będzie. Z drugiej strony, mimo tych ograniczeń, szef polskiego MSZ dwukrotnie podkreślił, że Europa jest zdolna do „szybkiego pokonania Rosji”.
Zanim skupimy się na wizji państwa polskiego, uosobionej w wypowiedzi pana wicepremiera, oraz na tym, w jaki sposób zamierzamy pokonać Rosjan w potencjalnej wojnie, warto zwrócić uwagę na pozycję, z jakiej się wypowiadał.
Pan wicepremier, realistycznie diagnozując, że UE nie jest federacją, lecz wspólnotą polityczno-ekonomiczną państw narodowych, wystąpił jednak z pozycji sugerującej, jakoby przysługiwało mu prawo do reprezentowania całej tej wspólnoty.
Sądząc po braku udziału Polski w nowej odsłonie rozmów między Rosją a Ukrainą, prowadzonych przy mediacyjnej roli USA oraz państw E3 (Wielkiej Brytanii, Niemiec i Francji), można by odnieść wrażenie, że szef polskiej dyplomacji występuje jako lider państw wschodniej flanki NATO.
Takie wrażenie można jednak jedynie odnieść. Aby objąć przywództwo, państwo musi być na tyle silne i podejmować takie inicjatywy, by pozostałe państwa regionu nie tylko respektowały jego pozycję, lecz same chciały, aby pełniło ono rolę lidera.
Skandal na Słowacji. Rosjanie zrobili wystawę o okupowanym Krymie
Właśnie o tym świadczy udział państw E3 w procesie negocjacyjnym. To one inicjują formaty mające służyć przeciwdziałaniu rosyjskiemu zagrożeniu, potwierdzając tym samym swoją silniejszą pozycję polityczną. Dzięki niej mogą uczestniczyć w podejmowaniu decyzji dotyczących również naszego bezpieczeństwa. W polityce międzynarodowej obowiązuje bowiem prosta zasada: jeśli nie ma nas przy stole, jesteśmy na stole.
Szybkie zwycięstwo
Odnosząc się do wizji „szybkiego zwycięstwa” przedstawionej przez polskiego wicepremiera, warto zwrócić uwagę na to, że ponownie wypowiadał się on z pozycji reprezentanta jednolitego organizmu ponadnarodowego. Stwierdził:
Gdyby Rosja nas zaatakowała, a my przestalibyśmy się ograniczać, sądzę, że pokonalibyśmy Rosję dość szybko. Mamy przytłaczającą przewagę nad Rosją w siłach powietrznych. Generale, proszę mnie poprawić, jeżeli się mylę, ale mówimy chyba o około dwóch i pół tysiąca samolotów. Nawet bez Stanów Zjednoczonych ta przewaga nadal jest przytłaczająca. Nie sprawdzałem ostatnio, ile dokładnie mamy pocisków JASSM i innych systemów dalekiego zasięgu. Ale jeżeli Ukraińcy byli w stanie wyłączyć połowę rosyjskich zdolności rafineryjnych w ciągu sześciu miesięcy, my moglibyśmy zrobić to w sześć tygodni i zniszczyć pozostałą połowę.
Cóż… Rozłóżmy tę wypowiedź na czynniki pierwsze.
Aby uznać cały ten wywód za realistyczny, należy odwołać się do procesu decyzyjnego. Sądząc po wypowiedzi pana wicepremiera, „nasza” odpowiedź miałaby wynikać ze wspólnego i jednolitego działania w ramach NATO. Aby jednak taka odpowiedź była możliwa, konieczne jest zwołanie Rady Północnoatlantyckiej i osiągnięcie konsensusu wszystkich 32 państw członkowskich. Nie jest to zatem decyzja podejmowana automatycznie ani tym bardziej jednostronnie przez jedno z państw Sojuszu.
Co więcej, nawet uruchomienie mechanizmów przewidzianych w Traktacie Północnoatlantyckim nie oznacza, że każde państwo podejmie identyczne działania. Artykuł 5 nie przewiduje bowiem automatyzmu rozumianego jako obowiązek zastosowania przez wszystkich sojuszników tych samych środków. Mowa jest w nim o podjęciu „działań, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej”. Każde z 32 państw Sojuszu zachowuje zatem własną decyzyjność w zakresie środków, które uzna za konieczne w odpowiedzi na konkretne zagrożenie ze strony Rosji. Sam charakter tego zagrożenia, również ze względu na uwarunkowania geograficzne, jest inny dla Polski i państw bałtyckich, a inny dla Francji, Hiszpanii czy Słowacji.
Rosja o niedzielnych atakach. „Cele o charakterze militarnym”
Mimo to na potrzeby analizy wypowiedzi wicepremiera Sikorskiego przyjmijmy założenie o istnieniu takiego automatyzmu, choć w rzeczywistości jest ono fikcją.
Wicepremier wskazał, w jaki sposób zamierzamy pokonać Rosję, jeśli ta zwróci się przeciwko nam. Odpowiedzią mają być siły powietrzne oraz zdolności dalekich uderzeń znajdujące się w posiadaniu państw Sojuszu. To one, nawet bez udziału USA, miałyby w ciągu sześciu tygodni zniszczyć całe rosyjskie zdolności rafineryjne.
Odnosząc się do fundamentów myśli strategicznej, czyli do tego, co nadaje dynamikę działaniom wojennym oraz wpływa na przebieg i wynik wojny, należy zwrócić uwagę na rolę poszczególnych rodzajów sił zbrojnych. W wojnie o charakterze lądowym, wynikającym z naszych uwarunkowań geograficznych, siły powietrzne, podobnie jak marynarka wojenna, mogą nadawać dynamikę działaniom i stwarzać przeciwnikowi określone dylematy. W takiej wojnie decydującym narzędziem egzekwowania woli pozostają siły lądowe. To one stawiają przeciwnika przed faktem dokonanym.
Widzimy to dzisiaj w Cieśninie Ormuz, gdzie USA od sześciu miesięcy wykorzystują potęgę swojego lotnictwa oraz marynarki wojennej, a mimo to nie są w stanie wymusić na Iranie podporządkowania się ich żądaniom i zniesienia blokady Cieśniny Ormuz.
Załóżmy znów, że właśnie w taki sposób wspólnie będziemy prowadzić wojnę, wykorzystując przewagę nad Rosją w „dwóch i pół tysiącach samolotów”.
Wobec takiej pewności pana wicepremiera nasuwa się jednak pytanie: gdyby wojna rzeczywiście sprowadzała się do liczb i prostego porównania parametrów technicznych uzbrojenia, dlaczego państwa w ogóle decydowałyby się ją prowadzić?
Przecież państwa posiadają służby wywiadowcze, które mogłyby wszystko zlokalizować i policzyć. Politycy podczas rozmów dwustronnych mogliby dalej zestawić te liczby w arkuszach kalkulacyjnych „Excel” i ogłosić, kto wygrał, a kto przegrał, bez konieczności ponoszenia tysięcy ofiar.
Taki świat byłby niezwykle prosty. Wojna, będąca najważniejszym zjawiskiem w życiu państw, jest jednak zbyt złożona, by można było ją sprowadzić do prostego rachunku sił. Na jej przebieg wpływają również czynniki niemierzalne, często zależne od przypadku.
Rosja uderzyła tuż przy polskiej granicy. Kallas: Nie możemy dać się zastraszyć
Dlatego samo wejście do wojny z tysiącami egzemplarzy sprzętu wojskowego jest znacznie łatwiejsze niż zakończenie jej na własnych warunkach. O rzeczywistej wartości tych zasobów decyduje bowiem nie tylko ich liczba, lecz przede wszystkim zdolność do utrzymania ich w gotowości bojowej i skutecznego wykorzystywania przez cały okres prowadzenia działań wojennych.
Mowa tutaj przede wszystkim o podstawowych czynnościach serwisowych, a więc o dostarczaniu i produkcji części, które w toku eksploatacji ulegają zużyciu. Równie istotnym problemem, na który Europa nie ma dziś wystarczającej odpowiedzi, jest masowe użycie w czasie konfliktu dronów oraz pocisków rakietowych. Zagrożenie to bezpośrednio wpływa na bezpieczeństwo baz lotniczych, a tym samym na możliwość utrzymania samolotów w gotowości bojowej. W praktyce w zasięgu rosyjskich środków rażenia znajduje się znaczna część europejskiej infrastruktury lotniczej.
Do tego należy doliczyć zdolność do obsługi maszyn w trakcie prowadzenia operacji lotniczej. Przy wysiłku wymagającym jednoczesnego użycia kilkuset myśliwców kluczowe znaczenie mają latające cysterny. Państwa europejskie dysponują dziś niespełna 40 takimi maszynami. Dla porównania USA, w szczytowym momencie kampanii „Epic Fury”, wykorzystywały około 135 latających cystern do obsługi floty liczącej około 300 myśliwców. W ciągu 38 dni trwania operacji „Epic Fury” wykonano w ten sposób ponad 13 tysięcy precyzyjnych uderzeń na cele w Iranie.
Podpalenia, sabotaże, drony. Tak Rosja przygotowuje grunt pod większy kryzys w NATO
Wicepremier Sikorski zwrócił również uwagę na znaczenie systemów dalekiego zasięgu. Nie potrafił jednak przypomnieć sobie, „ile dokładnie mamy pocisków JASSM i innych systemów dalekiego zasięgu”.
Cóż… Obecnie w Europie nie produkuje się konwencjonalnych systemów dalekiego zasięgu powyżej 1000 km. Niemcy miałyby uzyskać takie zdolności dopiero w 2030 r. dzięki zakupowi amerykańskich pocisków Tomahawk. Termin tych dostaw, ze względu na wojnę USA z Iranem oraz konieczność uzupełnienia amerykańskich zapasów, z pewnością się przedłuży. Skalę problemu pokazuje zamówienie 400 pocisków dla Japonii, którego realizacja jest już opóźniona o dwa lata.
Wydłuża się również czas realizacji europejskich zamówień na pociski JASSM. Przypomnijmy, że do 2030 r. Polska miała dysponować do 821 pociskami JASSM-ER, czyli wersją o zasięgu do 1000 kilometrów.
Amerykańskie myśliwce podczas operacji „Epic Fury” nie latały na ślepo, poszukując celów. Tak wysoka intensywność operacji była możliwa dzięki zdolności do szybkiego pozyskiwania informacji, ich przetwarzania, klasyfikowania celów oraz doboru odpowiedniego uzbrojenia do ich niszczenia.
Trump: Rosja i Ukraina wstrzymają ataki na obiekty energetyczne
Państwa europejskie dysponują oczywiście własnymi źródłami wywiadowczymi, w tym systemami rozpoznania satelitarnego. Nie posiadają jednak porównywalnie rozwiniętej architektury sieciowej pozwalającej na szybkie analizowanie i przetwarzanie pozyskiwanych danych. Kluczową rolę w dostarczaniu rozwiązań wspierających te procesy odgrywają dziś amerykańskie firmy, między innymi Anthropic i Palantir.
Pieniądze nie strzelają
Podobnie jak sama liczba posiadanych systemów uzbrojenia, również wysokość wydatków obronnych nie przesądza o rzeczywistej zdolności państwa do zapewnienia sobie bezpieczeństwa i prowadzenia wojny. Mimo to wicepremier Sikorski odwołał się właśnie do potencjału gospodarczego i skali nakładów na obronność:
„Podam jeszcze jedną statystykę, która, mam nadzieję, będzie interesująca. Mamy organizację o nazwie Rada Państw Morza Bałtyckiego. Kiedyś zajmowała się głównie kwestiami środowiskowymi. Dziś zajmuje się również bezpieczeństwem. I teraz uwaga. Ta rada sama w sobie, nie mówiąc już o całej reszcie Europy czy całym NATO, dysponuje większym PKB niż Rosja oraz większym budżetem obronnym w czasie pokoju niż obecny wojenny budżet obronny Rosji. Chcę przez to powiedzieć, że Rosja nie ma żadnych szans na zwycięstwo z nami”.
Problem z takim rozumowaniem polega na utożsamieniu wielkości zasobów finansowych z możliwością skutecznego wykorzystania ich na polu walki. Budżet obronny pozostaje bowiem miarą nakładów, a nie osiąganych efektów. Mówiąc dobitnie: pieniądze nie strzelają.
Dzisiejsza sytuacja Arabii Saudyjskiej dobrze pokazuje, jak niewiele sama wysokość wydatków obronnych mówi o rzeczywistej zdolności państwa do skutecznego prowadzenia wojny. Budżet wojskowy jest bowiem tylko miarą ponoszonych nakładów, a nie osiąganych efektów.
Według SIPRI w 2025 r. Arabia Saudyjska przeznaczyła na obronność 83,2 miliarda dol., prawie dwukrotnie więcej niż wydaje Izrael. Przez lata tak wysoki poziom wydatków miał zapewniać Saudyjczykom znaczącą przewagę technologiczną w regionie Bliskiego Wschodu. Nie przełożyło się to jednak automatycznie na skuteczność działań wojennych. W konflikcie z Huti w Jemenie przewaga finansowa i technologiczna nie przyniosła rezultatów odpowiadających skali ponoszonych nakładów.
Wojsko wydobyło drona z Bałtyku. Minister podał szczegóły
Co więcej, od początku września Huti zdołali przejąć kontrolę nad całym jemeńskim wybrzeżem Morza Czerwonego, domykając kontrolę nad Cieśniną Bab al-Mandab oraz ponownie zaatakować cele na terytorium Arabii Saudyjskiej.
Nie oznacza to oczywiście, że pieniądze nie mają znaczenia. Są one środkiem do budowy potencjału militarnego. Problem pojawia się wtedy, gdy wysokość wydatków zaczyna być utożsamiana z realną zdolnością do prowadzenia wojny i osiągania w niej zamierzonych celów politycznych.


