Reklama

Nie udały nam się dwie Polski 2050. Jedna była Hołowni, a druga fanów "elektryków"

Reklama

Chciałem być w weekend nowoczesny. Zabrałem żonę i córkę na obiad na miasto. Pojechaliśmy chińskim autem elektrycznym – Leapmotorem C10, którego test porównawczy niedługo zobaczycie w Kanale Zero. Zajechałem na miejsce, podpiąłem się pod słupek do ładowania i straciłem apetyt. Przez cały obiad irytowałem się, jak niewydolna jest w Polsce infrastruktura do ładowania aut elektrycznych.

Ładowarki aut elektrycznej w Polsce to ciągle rzadkie dobro.
Ładowarki aut elektrycznej w Polsce to ciągle rzadkie dobro. (fot. Piotr Rodzik / Zero.pl)
  • Polska infrastruktura do ładowania aut elektrycznych nadal odstaje od tej zachodniej.
  • Ładowarki, które mamy, często działają źle – albo w ogóle.
  • W całej Polsce jest ich nieco ponad 10 tys. Zgodnie z zapowiedziami w 2030 miałoby być ich nawet 100 tys., ale według mnie to nierealne.
  • Dopóki nie poprawi się infrastruktura, nie wzrośnie sprzedaż aut elektrycznych.

Reklama

Co mnie tak wkurzyło? Teoretycznie wszystko było świetnie, bo podpiąłem się pod prąd, ładowarka szybko skomunikowała się z autem, rozpoczął się proces ładowania, a ja beztrosko wziąłem córkę za rękę i udałem się do knajpy.

A potem wziąłem telefon do ręki i w apce do obsługi Leapmotora C10 (auta elektryczne często mają dopracowane aplikacje) postanowiłem sprawdzić, jak ładuje się samochód. I uwaga, uwaga, wyciągnąłem astronomiczną moc ładowania – równe trzy kilowaty.

Dla kontekstu: ładowarki AC (prądem przemiennym) wyciągają maksymalnie 22 kW, a te trzy kilowaty to niedużo więcej, niż podaje w domu zwykłe gniazdko jednofazowe.


Reklama

A dla prostszego zrozumienia mojej irytacji – podczas półtoragodzinnej wizyty w restauracji bateria w aucie doładowała się o całe 4 proc.


Reklama

Równie dobrze mogłem nie marnować czasu na podpinanie się, bo oczywiście ładowarka nie była przed restauracją, tylko 300 m dalej.

Auta elektryczne są coraz lepsze, ale polska infrastruktura – nie

Ci, którzy znają mnie osobiście, wiedzą, że ja te auta elektryczne naprawdę lubię. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo potrafią być upierdliwe podczas eksploatacji, ale jednocześnie cenię sobie je za plusy, których też nie brakuje.

Nie o tym jednak ten tekst, a o mizerii polskiej infrastruktury. Przecież to jakaś jedna, wielka, wielopoziomowa kompromitacja. Kierowcy elektryków nad Wisłą nie żyją w przyszłości, w jakiejś Polsce 2050, tylko – dosłownie – martwią się o prąd jak za komuny.


Reklama

Zacząć można od polityków. Wszyscy pamiętamy Mateusza Morawieckiego i jego milion aut elektrycznych (który wymusiłby inwestycje w infrastrukturę), o Izerze nawet nie wspominam. Ale tę elektryczną przyszłość wciskali nam absolutnie wszyscy. Teraz, już, zaraz, ładowarka dla każdego, na każdym rogu.


Reklama

Realia są tymczasem takie: w Polsce funkcjonuje niespełna 12 tys. ładowarek aut elektrycznych. Z czego dwie trzecie to ładowarki AC, czyli powolne. Ładowarek, które – w teorii – pozwalają na szybkie naładowanie auta, jest w Polsce nieco ponad cztery tysiące.

Ja tylko przypomnę kilka zapowiedzi.

Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych w 2023 r. przekonywało (a za nim podobne podmioty, jak Polskie Stowarzyszenie Nowej Mobilności), że do 2030 r. w Polsce będziemy mieli... 100 tys. ładowarek. I to nie był jakiś newsik, to była informacja podparta opasłym raportem, który nie raczej nie wytrzyma zderzenia z rzeczywistością.


Reklama

Istnieje też taki rządowy dokument o nazwie "Krajowe ramy polityki dla paliw alternatywnych w transporcie". Tam autorzy wieszczą, że do 2030 r. będziemy mieli niemal 90 tys. ładowarek.


Reklama

I jedna, i druga liczba są na mój gust wyssane z palca.

Elektromobilność w Polsce nadal nie istnieje

Pomimo wielkiej kasy wpompowanej w auta elektryczne (program "NaszEauto kosztował ponad miliard złotych, a w Polsce pojawiło się niemal 40 tys. nowych takich aut) nadal jest to zabawa dla bogatych ludzi.

Takich, którzy mogą ładować samochód w prywatnym domu, bo na miejską infrastrukturę po prostu nie ma co liczyć.


Reklama

Żyjemy w kraju, w którym ładowarki zimą bardzo często są po prostu zamarznięte i nie reagują na kartę RFID (popularna metoda uwierzytelniania płatności przy autach elektrycznych). W kraju, w którym możliwość podpięcia auta do ładowarki np. na biurowym parkingu jest wydarzeniem, a nie normą.


Reklama

Nawet spółdzielnia w moim bloku wbiła mi nóż w plecy. Jakiś rok temu upadła uchwała pozwalająca na montaż w garażu wallboxów. I była to pierwsza uchwała w 12-letniej historii tego osiedla, która upadła. Każda inna do tej pory przechodziła. Obawy spółdzielców są dla mnie niejasne. Ale zapewne były podsycane ciągłymi informacjami o płonących autach elektrycznych. Które notabene proporcjonalnie do aut spalinowych płoną rzadziej, ale kto by się tam przejmował.

Niedługo w Kanale Zero zobaczycie film, w którym ja i kolega Złomnik porównujemy wspomnianego Leapmotora C10 do Tesli Model Y. Na nagraniu będziecie mogli zobaczyć, jak robię sobie jaja z Tymona, bo ten przez pół godziny nie był w stanie podpiąć Leapmotora do ładowarki. Dzwonił na infolinię, obsługa zdalnie resetowała ładowarkę – i nic.

Nawet ta Tesla. W Polsce jest około 25 punktów z Superchargerami. W Niemczech jakieś 10 razy więcej.


Reklama

Sam fakt, że w centrum Warszawy – wracam do niedzielnego obiadu – musiałem tego słupka do ładowania szukać na Google Maps, a nie po prostu podjechać i go znaleźć, pokazuje, że nam ta elektromobilność po prostu nie wyszła.


Reklama

Najpierw ładowarki, potem auta

Ktoś powie – jeśli w ramach programu "NaszEauto" przybyło ok. 40 tys. aut elektrycznych, a w ogóle zarejestrowanych w Polsce jest ich ponad 100 tys. (czytaj: mało), to może my wcale tych ładowarek nie potrzebujemy więcej.

Otóż nie – potrzebujemy i to od groma. Nawet nie tych szybkich, tylko zwyczajnych "słupków" na mieście. Takich, żebym mógł podjechać na zakupy i w tym czasie przez dwie godzinki podładował auto.

Tak to wygląda w krajach, które do aut elektrycznych podeszły na poważnie. W takiej Szwecji, nawet na dalekiej północy, na lotnisku trudno znaleźć miejsce parkingowe, przy którym nie można podpiąć do prądu auta. Ja nie mówię o Sztokholmie – ja mówię o lotnisku Åre/Östersund, gdzie już kilka ładnych lat temu widziałem rzędy ładowarek.


Reklama

Sprawdźcie sobie na mapie, jaki to jest koniec świata.


Reklama

I już kończąc – nie będzie tak, że Polacy rzucą się na auta elektryczne bez ładowarek. Dopiero jak te się pojawią, to na serio zaczniemy je kupować. Nie odwrotnie.


Reklama