Polska jest unijnym prymusem pod względem wzrostu gospodarczego. Notujemy niemal najwyższy wzrost PKB w Unii Europejskiej, mamy najniższe bezrobocie, poradziliśmy sobie z inflacją, a nasz przemysł jest dziś wzorem do naśladowania. Jak to możliwe, że radzimy sobie lepiej od innych?

- Mimo licznych kryzysów i zawirowań, polska gospodarka rozwija się praktycznie nieprzerwanie od początku lat 90. XX wieku.
- Niezwykły wzrost jest zasługą szeregu czynników – różnorodności wytwarzanych dóbr i usług, wysokiej konkurencyjności polskich przedsiębiorstw oraz świetnie wykwalifikowanych pracowników.
- Największe problemy dzisiaj to rosnący dług publiczny, wysoki deficyt budżetowy oraz spór na linii prezydent-rząd, który utrudnia opracowanie strategii mającej na celu zmniejszenie braków w kasie państwa.
- Jeżeli problemy demograficzne i polityka nie uderzą zbyt mocno w naszą gospodarkę, mamy szansę osiągnąć niedługo poziom średniej unijnej.
Nasz kraj coraz częściej stawiany jest jako przykład do naśladowania pod względem wzrostu gospodarczego. Jeszcze na początku lat 90. XX wieku Polska znajdowała się wśród najbiedniejszych krajów w Europie. Ostatnie trzy dekady naznaczone są jednak wysokim wzrostem gospodarczym. Polska zrównała się pod względem poziomu gospodarczego z takimi państwami jak Japonia czy Hiszpania. Media w Wielkiej Brytanii alarmują, że za kilka lat ich kraj może zostać prześcignięty przez Polskę, z której jeszcze kilkanaście lat temu ludzie masowo emigrowali w poszukiwaniu pracy na Wyspach.
Kubeł zimnej wody. Zanim ogłosimy, że „wyprzedziliśmy” Hiszpanię
Ostatnie kilka lat sprawiło, że coraz więcej ekonomistów stara się zrozumieć, co stoi za niezwykłą kuloodpornością naszej gospodarki. Każdy kolejny kryzys wydaje się nie wzruszać gospodarczych fundamentów naszego kraju. Przypomnijmy – w ciągu ostatnich kilku lat zmierzyliśmy się z kryzysem pandemicznym, energetycznym oraz wojną pomiędzy naszymi dwoma sąsiadami. Mimo tych wszystkich okoliczności PKB Polski jest dziś o 18,3 proc. wyższy niż w IV kwartale 2019 r. W UE lepszy wynik osiągnęło jedynie kilka państw: Irlandia, Malta, Cypr, Chorwacja oraz Bułgaria. W przypadku Irlandii, Malty i Cypru jest to w dużej mierze wynik wpływu księgowania tam zysków międzynarodowych korporacji, a Chorwacja korzysta na prosperity po wstąpieniu do strefy euro.

Polska pozostaje unijnym prymusem pod względem wzrostu PKB. (fot. Zero.pl)
Polska gospodarka jest kuloodporna
Wśród państw z naszego regionu jedynie silnie związana z polską gospodarką Litwa (16,5 proc. wzrostu) zbliżyła się do naszego wyniku. Długo kroku dotrzymywały nam także Estonia, Rumunia oraz Węgry, ale dziś te kraje mierzą się ze stagnacją. W Estonii poważnych wzrostów nie widzieliśmy już od końca 2021 r., na Węgrzech stagnacja trwa od wybuchu wojny w Ukrainie, a Rumunia przestała dotrzymywać nam kroku na początku 2024 r. Najnowsze prognozy Komisji Europejskiej z jesieni 2025 r. potwierdzają, że także w latach 2026-2027 Polska będzie wieść pod tym względem prym. PKB wzrośnie o kolejno 3,5 oraz 2,8 proc., co nie licząc małej Malty, będzie najwyższym wzrostem w całej UE.
Co istotne, siłę naszej gospodarki widać nie tylko pod względem PKB. W dobrej kondycji jest także nasz rynek pracy. Od końca 2018 r. bezrobocie BAEL (czyli mierzone przy użyciu ankiet, a nie urzędów pracy) nie przekracza 4 proc., a w latach 2022-2026 jest na stabilnym poziomie ok. 3 proc. Styczniowy odczyt sugeruje nawet, że jest ono najniższe w całej UE. Mówimy o kraju, który zaraz przed wstąpieniem do UE miał najwyższe bezrobocie w całej Europie (i jedno z najwyższych na całym świecie). Bezrobocie to tylko jedna strona medalu. Ważny jest też wskaźnik zatrudnienia. Mierzy on udział osób pracujących w ogóle populacji w wieku produkcyjnym. Jak wygląda ten wskaźnik w Polsce?

Polska ma obok Czech, Malty i Bułgarii, najniższe bezrobocie w UE. (fot. Zero.pl)
Ten także systematycznie się polepsza. W IV kwartale 2019 r. (ostatni przedpandemiczny odczyt) stopa zatrudnienia w Polsce wynosiła 72,9 proc. Pod koniec 2025 r. to już 79,2 proc., czyli o 6,3 pkt. proc. więcej. Czy to duży wzrost? W ciągu zaledwie sześciu lat udało nam się wyprzedzić pod tym względem Bułgarię, Słowację oraz Łotwę, a przy utrzymaniu obecnych trendów w ciągu najbliższych 2-3 lat moglibyśmy dogonić także Litwę oraz Węgry. Choć do regionalnego lidera, czyli Czech, jeszcze trochę nam brakuje (82,7 proc.), to nasz wynik można już uznać za dobry. Jeszcze w 2015 r. zajmowaliśmy 21. miejsce w UE, obecnie jesteśmy na 13. miejscu (a wspomniani Czesi zajmują trzecią lokatę).

Rośnie także wskaźnik zatrudnienia. (fot. Zero.pl)
Przemysłowa deklasacja
Doskonały wzrost PKB oraz świetne odczyty z rynku pracy to nie wszystko. Naszą gospodarkę napędza dziś m.in. produkcja przemysłowa. W Polsce i na Litwie wzrosła ona o ok. 25-30 proc. Inne państwa regionu nawet nie zbliżyły się do tego wyniku. Na Łotwie odnotowano wzrost o 8 proc. W Czechach jest na tym samym poziomie, a Estonia, Słowacja, Rumunia, Węgry i Bułgaria odnotowały spadek.
Trudno nazwać to inaczej niż deklasacją. Nawet w całej UE trudno znaleźć kraje o wyższym wzroście. Lepszymi odczytami pochwalić może się Dania oraz Irlandia. W przypadku Danii jest to zasługa jednej firmy (Novo Nordisk, producenta Ozempiku, czyli leku stosowanego na cukrzycę oraz pomocnego przy odchudzaniu), a na irlandzkie statystyki należy patrzeć z dużym dystansem, ponieważ są one wynikiem operacji księgowych, nie zaś realnej działalności fabryk.

Nasz przemysł radzi sobie bardzo dobrze. (fot. Zero.pl)
Nie samym PKB człowiek żyje. Na jakość życia wpływa m.in. inflacja. Ta w Polsce jest obecnie na poziomie nieco ponad 2 proc., czyli wynosi akurat tyle, ile według NBP powinna. W przypadku inflacji mniej niekoniecznie oznacza lepiej, ponieważ to umiarkowana inflacja (a nie jej brak) jest wskazywana jako złoty środek. Z problemem inflacji uporały się już praktycznie wszystkie kraje UE poza Rumunią, gdzie ceny w styczniu rosły w tempie 8,5 proc. w skali roku.

Inflacja w Polsce pozostaje niska. (fot. Zero.pl)
Główny problem Polski? Wysoki deficyt budżetowy
Makroekonomiczne dane wskazują więc na zaskakująco dobrą kondycję naszej gospodarki na tle państw regionu. Jest jednak bardzo poważny problem – sytuacja budżetowa. To między innymi dzięki wysokiemu deficytowi Polska może utrzymywać tak wysokie tempo wzrostu. Dług to cenne narzędzie, które warto, a nawet należy wykorzystywać w czasach gorszej koniunktury oraz gdy potrzebne są np. duże fundusze na zbrojenia. Polski deficyt budżetowy należy jednak do największych w UE. W 2025 r. większy był jedynie w Rumunii. Międzynarodowe agencje ratingowe alarmują – Polska potrzebuje planu na zasypanie dziury budżetowej.
Wojna pisze czarny scenariusz dla ropy i gazu. Gdzie jest granica wzrostów cen?
W tym miejscu warto jednak uspokoić. Nie ma nic złego w tym, że przez rok czy dwa deficyt wynosi więcej niż 5 proc. PKB (w 2025 r. to blisko 7 proc. PKB pod kreską). Poważny problem pojawia się, gdy dziura budżetowa zaczyna być nową normą oraz nie ma planów na ograniczenie deficytu. Inwestorzy, widząc przedłużający się kryzys zadłużenia, tracą zaufanie do danego rządu. To sprawia, że rząd musi oferować większy procent, aby zachęcić inwestorów do zakupu obligacji. Rośnie koszt obsługi długu, więc deficyt wzrasta jeszcze bardziej. Wpadamy w błędne koło.

Jednym z największych problemów jest wysoki deficyt budżetowy. (fot. Zero.pl)
Dziś mamy rząd, który niechętnie obniża wydatki oraz prezydenta, który chętnie wetuje podwyżki podatków. To właśnie m.in. kryzys na linii rząd-prezydent, który utrudnia przeprowadzenie konsolidacji fiskalnej (czyli mówiąc najprościej, zmniejszenia różnicy między wydatkami a dochodami państwa), jest dziś wspominany przez agencje ratingowe jako czynnik obniżający zaufanie do naszego kraju.
Chińskie zagrożenie uderzy w naszą gospodarkę?
Co sprawia, że nasza gospodarka rozwija się tak dobrze? To pytanie zadaliśmy kilku ekonomistom. W rozmowie z Zero.pl, główny ekonomista banku PKO BP Piotr Bujak stwierdził, że jednym z największych atutów jest odpowiedni wzrost wynagrodzeń w kraju.
– Fundamentem naszej konkurencyjności jest najlepsza w regionie relacja płac do wydajności pracy. Przez ostatnie 15 lat wynagrodzenia rosły, ale nie wyprzedzały istotnie produktywności, co sprzyja konkurencyjności polskiego eksportu i napędza jego ekspansję. Jednocześnie, programy społeczne ograniczające nierówności budują stabilność, pozwalając nam unikać napięć społecznych hamujących wzrost gospodarczy – argumentuje Piotr Bujak.
Dlaczego to takie ważne? Zbyt niski wzrost wynagrodzeń tłumi popyt wewnętrzny (a jest to problem, z którym mierzą się dziś Chiny), o tyle jego nadmierne tempo drastycznie obniża konkurencyjność gospodarki na arenie międzynarodowej. Dzieje się tak, ponieważ koszty zatrudnienia rosną szybciej od produktywności pracownika. A przypomnijmy, że ta rywalizacja jest coraz trudniejsza, ponieważ rynek europejski coraz mocniej podbijają dziś chińscy przedsiębiorcy. Na to zagrożenie zwraca uwagę dr Leszek Kąsek, starszy ekonomista w ING Banku Śląskim.
– Kiedyś Chiny konkurowały z nami tanią plastikową zabawką – dziś to potężny rywal technologiczny. Skoro USA skutecznie zamykają swoje porty przed chińskim eksportem, ta gigantyczna masa towarowa musi znaleźć ujście. Chiny muszą sprzedać to, co wyprodukowały, a Europa jest teraz ich głównym celem. Spójrzmy na motoryzację: jeszcze dekadę temu Chiny nie produkowały samochodów, które mogłyby mierzyć się z europejskimi. Dziś robią to świetnie oraz taniej, przez co zdominowały rynek aut elektrycznych. To bezpośrednie uderzenie w nasz przemysł podwykonawczy – podsumowuje ekonomista.
Dlaczego problemów z tym związanych jeszcze nie widać? Zdaniem innego ekonomisty, Macieja Bukowskiego, prezesa think-tanku WiseEuropa, Polska chwilowo korzysta na sytuacji. Dzieje się tak dlatego, że niemieccy przedsiębiorcy szukając oszczędności, przenoszą swoje zakłady do Polski, gdzie koszty pracy są niższe niż w ich ojczyźnie.
– W tej chwili wygląda to tak, że tam redukuje się zatrudnienie, by zatrudniać u nas – nawet jeśli dotyczy to branż schyłkowych, takich jak produkcja samochodów spalinowych – tłumaczy Maciej Bukowski.
Polska to kraj świetnych dróg, dobrze wykształconych pracowników
To, co kiedyś było naszym powodem do wstydu, czyli jakość infrastruktury drogowej, dziś stało się naszą wizytówką. Piotr Bujak z PKO BP wspomina, że oglądał ostatnio w czeskiej telewizji materiał o tym, jak imponujący postęp dokonał się nad Wisłą.
– Polska dokonała nieporównywalnego w regionie skoku infrastrukturalnego, co doceniają nawet nasi sąsiedzi. Kluczem było Euro 2012, gdy pod presją czasu nauczyliśmy się sprawnie zarządzać procedurami. Ta zmiana procesowa pozwoliła nam budować szybciej niż inni, czyniąc z jakości dróg jeden z ważnych atutów przyciągających inwestorów – komentuje ekonomista.
Dziś sieć szybkich dróg ma być zdaniem Piotra Bujaka jednym z naszych największych atutów. Bardzo często wspomina się także o dobrym wykształceniu naszych pracowników. To zdaniem Marcina Klucznika z Polskiego Instytutu Ekonomicznego, jedna z najmocniejszych kart polskiej gospodarki. Analityk uważa, że przez wiele lat naszą produktywność tłumiło blokowanie migracji wewnętrznych w czasach PRL.

Kiedyś Polska wstydziła się swojej infrastruktury drogowej. Dziś jest ona naszą wizytówką. (fot. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad)
– Bohaterem sukcesu jest raczej dobrze wykształcone społeczeństwo, skłonne do migracji wewnętrznych z małych miejscowości do dużych miast w poszukiwaniu lepszej edukacji i pracy. Przedtransformacyjna Polska nie wykorzystywała potencjału m.in. ze względu na blokowanie migracji wewnętrznych – do dziś jesteśmy relatywnie słabo zaglomeryzowanym krajem. A ostatnie trzy dekady to systematyczne odwracanie się tych nieefektywności – podsumowuje Marcin Klucznik.
Piotr Arak, główny ekonomista VeloBank, zwraca uwagę na główne motory naszej gospodarki. Chodzi o konsumpcję oraz eksport.
– Rynek wewnętrzny ratuje nas w sytuacji, gdy eksport kuleje z powodu słabości Niemiec – uważa Piotr Arak.
Ekonomista jest zdania, że dziś Polska dysponuje trzema istotnymi elementami, które łącznie gwarantują nam tak solidny wzrost. Chodzi o duży rynek wewnętrzny (który dodatkowo zwiększyli w ostatnich latach imigranci z Ukrainy), silny przemysł eksportowy oraz dynamicznie rosnące płace. Postępująca integracja z niemiecką gospodarką oraz różnorodność branż sprawiają, że eksport systematycznie rośnie, a silny rynek pracy napędza konsumpcję.
Silni różnorodnością. Czy staniemy się bogaci jak Niemcy i mieszkańcy Skandynawii?
Nasza dywersyfikacja, czyli mówiąc najprościej, duże zróżnicowanie tego co produkujemy i komu sprzedajemy, sprawia, że Polska gospodarka okazuje się wyjątkowo odporna na wstrząsy. Gdy nie ma w kraju jednej, dominującej branży, stabilność państwa jest znacznie większa. Przykładowo Czesi, Słowacy i Węgrzy są dziś w dużym stopniu uzależnieni od kondycji niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego, a jego problemy, przekładają się na poważne perypetie całych gospodarek regionu. Im więcej nóg ma stół, tym bardziej jest stabilny. Nasz stół ma tych nóg znacznie więcej niż większość państw regionu.
Sama różnorodność to jednak za mało, aby stać się naprawdę bogatym krajem. Pod koniec 2025 r. główny ekonomista mBanku dr Marcin Mazurek wraz z dr. Markiem Ignaszakiem (obecnie afiliowany przy Instytucie Goethego we Frankfurcie) napisali artykuł „Nisko wiszące owoce wzrostu gospodarczego". Wnioski z tekstu są dla nas całkiem optymistyczne – nadal jest bardzo wiele obszarów w których mamy tzw. rezerwy rozwojowe. Oznacza to, że możemy we względnie prosty sposób zwiększać naszą produktywność. Jak?
– Polska nadal dysponuje niewyczerpanymi nisko wiszącymi owocami rozwojowymi, takimi jak dalsza urbanizacja, industrializacja czy realokacja zasobów, co daje nam paliwo do wzrostu na kolejne lata – przekonuje Maciej Bukowski.
Piotr Bujak zauważa, że nadal nasza gospodarka ma relatywnie niskie zadłużenie. Polskie firmy nadal pożyczają mało. Gdyby chętniej sięgały po kredyty (co ma miejsce w bardziej rozwiniętych gospodarkach), uzyskałyby kapitał, który pozwoliłby im finansować inwestycje. Dr Leszek Kąsek zwraca uwagę na ciekawą zależność. O ile sektor publiczny bardzo chętnie sięga po zadłużenie (co widzimy w danych na temat długu publicznego), o tyle przedsiębiorstwa okazują się znacznie bardziej zachowawcze. To może być jedna z przyczyn zbyt niskich inwestycji w Polsce.
– Mamy dziś ogromną nierównowagę: sektor publiczny wydaje rekordowe sumy, a sektor prywatny pozostaje bardzo zachowawczy. Kluczowym czynnikiem wzrostu musi stać się kapitał, a nie praca. Bez drastycznego zwiększenia inwestycji prywatnych i otwarcia firm na ryzyko oraz finansowanie zewnętrzne, utkniemy w miejscu – komentuje dr Leszek Kąsek.
Czy Polska ma szansę dogonić pod względem PKB na mieszkańca takie kraje jak Szwecję czy Niemcy? Zdaniem Macieja Bukowskiego, analiza naszego wzrostu gospodarczego sugeruje, że mamy potencjał wyprzedzić średnią unijną.
– Analizując wzrost gospodarczy państw postkomunistycznych, można oszacować, jaki jest docelowy poziom bogactwa, do którego one zmierzają. O ile Chinom prognozuje się dobicie do maksymalnie 50–70 proc. poziomu USA, o tyle Unia Europejska jako całość zdaje się dążyć w długim okresie do 100 proc. standardu amerykańskiego. Obecnie wygląda na to, że Polska zmierza w kierunku 110 proc. średniej unijnej, czyli poziomu państw nordyckich – uważa Maciej Bukowski.
Ekonomista dodaje, że na razie jednak zachowałby dużą ostrożność, ponieważ możemy jedynie podążać inną ścieżką niż pozostałe państwa regionu, choć ostatecznie skończymy w tym samym miejscu.
UE to klub konwergencji, lecz zagrożeń nie brakuje
Jak zaznacza Maciej Bukowski, UE stanowi dziś klub konwergencji (czyli mówiąc najprościej, zrównywania poziomu rozwoju gospodarczego). Wszyscy dążymy do tego samego poziomu zamożności, choć różnymi trasami. Możemy szybko osiągnąć 90 proc. średniej unijnej i utknąć tam na dekady, albo przestrzelić ten poziom i później do niego wrócić. Ostatecznie i tak spotkamy się w tym samym punkcie co reszta Europy.
Zdaniem Macieja Bukowskiego nasza obecna odporność na kolejne szoki ma być w dużej mierze zasługą szczęścia – po prostu omijamy dziury, w które akurat wpadli nasi sąsiedzi. Cały region Europy Środkowo-Wschodniej jest jednak do siebie podobny strukturalnie, więc każdy z tych dołków ostatecznie się wygrzebie. Bukowski ocenia, że w perspektywie kilkudziesięciu lat Polska nie będzie więc prawdopodobnie wyraźnie bogatsza od reszty państw regionu.
– Ogólnie wzrost jest zjawiskiem długookresowym – to, że jakiś kraj, na przykład Estonia, ma gorszą dekadę, bo wiatr wieje mu w oczy, nie oznacza, że w długim okresie wypadnie gorzej. Przykładem są Chorwacja i Bułgaria, które obecnie mocno nadrabiają dystans – zauważa ekonomista.
Zapadł werdykt w sprawie ratingu Polski. Perspektywa negatywna
Co może zatrzymać naszą gospodarczą lokomotywę? Bukowski wskazuje na gorsze i dysfunkcjonalne instytucje. Zdaniem Piotra Araka, wszystko zależy od produktywności – innowacji, kapitału i demografii. Jeśli produktywność nie przyspieszy, utkniemy w okolicach średniej UE. W podobnym duchu wypowiada się także Marcin Klucznik z PIE. Ekspert uważa, że mamy potencjał, ale od nas zależy, czy w pełni go wykorzystamy.
– Zrównanie się z północą UE wymaga przede odpowiedniego ładu i poszanowania prawa, budowy rynku kapitałowego czy usystematyzowania działalności części sektora publicznego i agend rozwojowych. Ten proces ma szansę się wydarzyć, ale będzie rozpięty na kolejne dekady – przestrzega ekonomista.
Piotr Bujak zagrożeń upatruje w przede wszystkim wyzwaniach demograficznych i politycznych.
– Jeśli opanujemy wyzwania demograficzne i polityczne, poziom zamożności krajów nordyckich jest w ciągu kilku dekad w pełni w naszym zasięgu – twierdzi ekspert.
Piotr Arak oraz dr Leszek Kąsek zwracają także uwagę na zbyt niskie nakłady na badania i rozwój. Dopóki nie będziemy traktować nauki poważnie, przeskoczenie pewnego poziomu rozwoju gospodarczego może okazać się niemożliwe.
Maciej Bukowski wskazuje z kolei trzy kluczowe słabości naszej gospodarki. Są to: zbyt duża liczba małych przedsiębiorstw i zbyt mało dużych podmiotów, niskie inwestycje (w szczególności w obszarze cyfryzacji, AI i robotyzacji) oraz brak strategicznego spojrzenia na naukę jako fundament rozwoju. Zdaniem eksperta, bez doinwestowania tego sektora osiągnięcie statusu kraju w pełni rozwiniętego będzie utrudnione.
Chiny pobiły rekord wydobycia ropy. Jednocześnie sięgnęły granic możliwości
Wydaje się zatem, że wśród ekonomistów istnieje pewien konsensus co do możliwości oraz zagrożeń, przed którymi stoi polska gospodarka. Problemem jest nadal niska jakość instytucji, zbyt skromne wydatki na naukę, niskie inwestycje w nowoczesne technologie oraz postępujące zmiany demograficzne.
Z drugiej strony, nasza gospodarka nadal jest stosunkowo mało zadłużona, posiadamy świetnie wyedukowaną siłę roboczą, dobrze zdywersyfikowane i bardzo konkurencyjne przedsiębiorstwa eksportowe, a także stabilny i stale rosnący popyt wewnętrzny. Czynniki te sprawiają, że przez kolejne kryzysy przechodzimy suchą nogą.
