– Czasami stosuję nepotyzm i kumoterstwo – przyznaje w rozmowie z portalem Zero.pl Daniel Obajtek, europoseł Prawa i Sprawiedliwości oraz były prezes Orlenu. – Pewnie tym się różnię od innych polityków, że mówię to wprost. Oni zatrudniają po znajomości, ale udają, że tak nie jest. A ja przyznaję, że zatrudniałem znajomych. Ale tylko takich z wysokimi kompetencjami zawodowymi i wymaganymi uprawnieniami – dodaje.

Paweł Figurski, Zero.pl: Nazwał mnie pan kiedyś pseudodziennikarzem. Podtrzymuje pan?
Daniel Obajtek, europoseł Prawa i Sprawiedliwości, były prezes Orlenu: Przeszło mi. Ale faktycznie tak pana nazwałem.
Bo o panu pisałem?
Uważałem, że kwestia mojej obecności w Orlenie powinna być oceniana przez pryzmat wyników firmy, inwestycji oraz tego, co robimy dla bezpieczeństwa państwa. A pan publikował jakieś półprawdy i kłamstwa na mój temat, na dodatek o rzeczach sprzed wielu lat. Byłem na pana po prostu wkurzony.
Mało powiedziane.
Przyznam: nie przepadałem za panem. Pan przecież miał manię prześladowczą na moim punkcie.
Manię prześladowczą?
Tak. Chyba niczym innym się pan w życiu nie zajmował, tylko moją historią. Ale w zeszłym roku, gdy przypadkowo na siebie wpadliśmy na Dworcu Centralnym w Warszawie, zobaczyłem uśmiechniętego gościa. I pomyślałem: dobra, było, minęło, trzeba odpuścić. Tym bardziej że zaczął pan pisać także o patologiach obecnie rządzących.
No tak, jak pisałem o panu to była mania prześladowcza, a jak o obecnie rządzących – dobre dziennikarstwo.
Nie chcę się spierać. Ale powiem panu jeszcze tylko, że w 2021 r. widziałem pana na stadionie Wisły Kraków. Wtedy gdy Orlen Oil został sponsorem. Patrzyłem na pana i był pan nieszczęśliwym człowiekiem, skwaszonym. A teraz promieniuje od pana szczęście.
Tak w ogóle, powinien mi pan podziękować.
Podziękować? Niby za co?
Na moim nazwisku zyskał pan rozpoznawalność, koledzy z branży panu nagrody dali. Nawet książkę na mój temat pan wydał.
Będę mniej koncyliacyjny. Wciąż uważam, że za niektóre swoje czyny powinien pan odpowiedzieć karnie. I tylko zrządzeniem losu tak się nie stało.
Niech pan mi poda choć jeden taki przypadek.
W 2021 r. na łamach „Gazety Wyborczej” ujawniliśmy z Jarosławem Sidorowiczem słynne taśmy. Pomijając, że klnie pan jak szewc, to są one dowodem na to, że prowadził pan z tylnego siedzenia biznes w firmie TT Plast. A jako wójt miał pan ustawowy zakaz prowadzenia działalności gospodarczej.
Myli się pan. Te taśmy były bardzo mocno poklejone, poprzecinane. Skontaktowałem się zresztą z człowiekiem, który mnie nagrywał. Potwierdził, że te taśmy zostały zmanipulowane. Nawet pan nie wie, jak on mnie wtedy przepraszał! Fakty są takie, że nie prowadziłem działalności gospodarczej. A że doradzałem komuś, kogo znam? To przecież nie jest żadna zbrodnia.
To doradztwo polegało na wydawaniu poleceń, zlecaniu rozmów z klientami, decydowaniu o urlopach.
Mam taki styl, że nawet gdy komuś doradzam, próbuję narzucić mu swoją wizję. Gdybym czerpał jakiś przychód z działalności i go nie wykazał, to tak – to byłoby złamanie prawa. W tym przypadku nie ma o tym mowy.
To tłumaczenie pojawiło się nawet w pańskiej książce „Daniel Obajtek. Jeszcze nie skończyłem”. Kłopot w tym, że na taśmach pojawia się nazwisko pracownicy tej firmy. I z pana tłumaczeń wychodzi, że została ona zatrudniona w TT Plast, gdy miała 13 lat.
Nadal nie rozumiem, do czego pan dąży, przypominając tak dawne i wielokrotnie wyjaśnione już sprawy.
Po prostu mam w końcu okazję z panem rozmawiać. I nie pozwolę panu bagatelizować dowodu na to, że jako samorządowiec łamał pan prawo. Taka jest pana przeszłość.
Poważny wywiad, poważny portal, a pan mnie pyta o rzeczy sprzed 20 lat? Po co wyciąga pan tak mało istotne kwestie? Umówiłem się z panem na poważną rozmowę, a pan żyje przeszłością bez znaczenia.
Gdy publikowaliście te poklejone materiały, zrywałem jako prezes Orlenu kontrakty na dostawy ropy i gazu z Rosji do Polski. Odpowiadałem za strategiczne procesy związane z bezpieczeństwem naszego kraju. A pan wyciąga rzeczy o kalibrze co najwyżej – nie obrażając nikogo – radnego, a nie człowieka, który zarządzał największą firmą w tej części Europy. Powiem panu jedno: pan ma kompleks.
O, jakiego rodzaju?
A takiego, że mnie pan nie ubił. Jak czytałem wasze teksty w „Gazecie Wyborczej”, to widać było na kilometr, że chcecie mnie zniszczyć. Politycznie, medialnie. I gdyby w Polsce była realna odpowiedzialność za słowo, miałby pan wielkie problemy związane z odszkodowaniami. Gdybyśmy żyli w USA, „Wyborcza” po pana tekstach byłaby bankrutem.
Przeczytałem dziesiątki wywiadów z panem i nie jestem zaskoczony, że unika pan rozmowy o faktach. Może pan mówić o moich kompleksach, rzucać tekstami o odszkodowaniach itd. A ja uważam, że społeczeństwo ma prawo wiedzieć, kim był prezes największej firmy w Polsce, a teraz europoseł. Ma prawo wiedzieć, czy osoba na takim stanowisku potrafi przyznać się do błędów z przeszłości, czy do końca będzie kłamać.
Jak pan ocenia ludzi przez pryzmat takich spraw, to jestem święty. Żywcem do nieba powinni mnie wziąć.
Nikt w życiu nie jest aniołkiem, każdy jakieś błędy popełnia. Ale ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego pan tak się uczepił – powiem wprost – pierdół. Na prezesa Orlenu mógłby pan znaleźć coś mocniejszego niż to, że komuś w zdecydowanych słowach doradzałem, jak działać w biznesie. Tyle że nic mocniejszego nie ma.
Pierdołą jest też to, że kupił pan apartament w Warszawie z milionowym rabatem – akurat od dewelopera w roku, w którym Orlen został sponsorem małego klubu sportowego, w który inwestuje tenże deweloper?
Oczywiście, że tak. Sprawa celno-skarbowa: umorzona. Śledztwo prokuratury: umorzone.
Tak, umorzone za czasów prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry. Od roku trwa nowe śledztwo w kierunku tzw. łapownictwa na stanowisku kierowniczym.
Kupiłem ostatnie duże mieszkanie na osiedlu po cenie rynkowej. Proszę nie wmawiać ludziom, że wydając 1,3 mln zł, dostałem jakiś rabat.
6,9 tys. zł zamiast 12,5 tys. zł za mkw. To jednak jest rabat.
W tamtym czasie na warszawskim Bemowie metr kosztował po 7 tys. zł. Skąd cena, którą zapłaciłem? Ano stąd, że inaczej sprzedaje się małe mieszkania, a inaczej 187 mkw. Do tego bliskość drogi ekspresowej, hałas, kiepska ekspozycja...
Wy, w zarządzie Orlenu, to chyba lubiliście źle zlokalizowane, nieustawne mieszkania. Bo pański wiceprezes, Adam Burak, kupił mieszkanie na tym samym osiedlu i dostał pół miliona zł rabatu. Lubicie hałas?
Kupił za prywatne pieniądze, jak wiele innych osób w kraju, a pan z tego próbuje zrobić jakąś aferę. Ukradłem to mieszkanie? Kupiłem od Kościoła, od jakiejś instytucji państwowej za tanio? Kupiłem od dewelopera za prywatne pieniądze.
Pan kupił, Adam Burak kupił.
I mieliśmy do tego prawo jak każdy inny obywatel. Zresztą, wbrew temu, co pan wtedy napisał, ten deweloper nie jest właścicielem klubu. Po prostu wspierał ten klub finansowo, bo pochodzi z tamtych stron.
Dwaj panowie z zarządu państwowej spółki dostają dobrą cenę na mieszkania od dewelopera, państwowa spółka zaś wspiera klub sportowy, z którym sympatyzuje właściciel firmy deweloperskiej. Przyjmijmy zatem, że to przypadek, ja jestem bezczelny, a resztę niech zbada prokuratura.
To oczywiste działania polityczne. Gdyby były w tej sprawie jakiekolwiek dowody, to już 10 razy by mi postawili zarzuty; pewnie już bym siedział. A tu po tylu latach przychodzę do pana do redakcji i przed nikim nie uciekam.
Zarzut za wyrządzenie Orlenowi szkody na niemal 400 tys. zł pan usłyszał. Za zawarcie umów z detektywem.
Zarzut usłyszała nie ta osoba, która powinna.
A kto powinien zamiast pana?
Bartłomiej Sienkiewicz. Przecież to związana z nim firma dostała kilkunastomilionowe wynagrodzenie za konsulting w sprawie zakupu rosyjskiej ropy i gazu. Zarobił 13 mln zł w Orlenie i część dokumentów zniknęła. Mieliśmy pełne prawo wynająć firmę detektywistyczną.
Dostaliśmy z biura bezpieczeństwa sygnały o nieprawidłowościach, trzeba było działać. Zachowałem się przy tym profesjonalnie, bo żadnych informacji nie wykorzystałem do celów politycznych.
Powiedziałbym więcej, ale zaraz jeszcze stawialiby mi zarzuty za naruszenie tajemnicy postępowania. Powiem więc już tylko jedno: sprawa jest tak dęta, że nikt w prokuraturze nie chciał mi stawiać zarzutów. Musiała zrobić to pani prokurator zajmująca się sprawami politycznymi.
Wirtualna Polska i TVN24 ujawniły dokumenty świadczące o inwigilacji m.in. Roberta Kropiwnickiego, znanego polityka Koalicji Obywatelskiej.
To nie dokumenty, ale pojedyncze kartki papieru.
Dlaczego na zlecenie Orlenu śledzono Roberta Kropiwnickiego, Marcina Kierwińskiego, Jana Grabca i Andrzeja Halickiego?
To pana teoria, że ich śledzono. Moim zdaniem nic takiego nie miało miejsca. Czy pan naprawdę myśli, że w instytucji, która zatrudnia 70 tys. osób, gdzie decyzje przechodzą przez kilka biur i departamentów, można ukryć, że zleciło się śledzenie?
To skąd zdjęcia Kropiwnickiego z restauracji?
Nie wiem. Nie mam zresztą nic do posła Kropiwnickiego. Nawet imponuje mi liczbą mieszkań, które zgromadził. Przedsiębiorczy człowiek. Podkreślam raz jeszcze: nigdy nikogo nie śledzono na moje życzenie.
Mnie też nie?
Nie. A tu akurat miałbym argumenty, żeby pana śledzić. Ale ja szanuję standardy. Nigdy nie miał pan z mojej strony żadnych gróźb, żadnej inwigilacji.
To z całego serca dziękuję.
Nie ma za co.
Chociaż tak sobie myślę, że skoro moje teksty były atakiem na fuzję Orlenu z Lotosem, a więc i atakiem na bezpieczeństwo Polski, to nie dopełnił pan obowiązków. Brak inwigilacji mnie to oczywiste niedopełnienie obowiązków, art. 231 kodeksu karnego.
Doceniam żart, naprawdę. A mówiąc poważnie: gdyby choć ułamek tego, co napisały media o mnie, było prawdą, powinienem odsiadywać już wyrok 25 lat pozbawienia wolności. Za Lotos, za Saudyjczyków, za gaz.
Tymczasem sprawuję mandat europosła, a Orlen ma 100 mld zł kapitalizacji, jest spółką opierającą się na wielu filarach, a obecnie rządzący korzystają z efektów i wyników mojego zarządzania.
Proszę powiedzieć, dlaczego w tym kraju kopie się ludzi, którzy mają odwagę podejmować decyzje? Dlaczego jako media, dla własnych korzyści, poświęcacie ludzi decyzyjnych, dynamicznych? A swoją drogą, dlaczego nie zajmujecie się innymi prezesami państwowych spółek?
Mówi pan do współautora kilku publikacji o byłym już prezesie PGE Dariuszu Marcu. A jeśli ma pan informacje o złych praktykach innych menedżerów, to chętnie pana wysłucham.
A co ja, na etacie u pana jestem? Nie będę panu jak inni przekazywać dokumentów na tacy.
Dla dobra ojczyzny.
Dobra, dobra. Mogę spokojnie spoglądać w lustro. Zrobiłem to, co dawno w Polsce trzeba było zrobić. Orlen jest teraz ostoją polskiej gospodarki. Pana historie sprzed lat nie mają znaczenia. Znaczenie ma to, że rosyjskich surowców już u nas nie ma. A to nie była łatwa sprawa, by się ich pozbyć – to były umowy, powiązania, pośrednicy. Za tym stały bardzo wpływowe osoby. Ktoś bez jaj, bez odwagi i determinacji nie podjąłby takich decyzji, jakie ja podjąłem.
Facet z jajami Daniel Obajtek rozgląda się za nieruchomościami na Węgrzech?
Nie. Od trzech lat słyszę, że ucieknę na Węgry. Nigdzie się nie wybieram.
Zbigniew Ziobro i Marcin Romanowski się wybrali. Tchórze?
Nie będę się na ten temat wypowiadał. Każdy sam podejmuje decyzje, nie jestem tu od oceniania. Widzę tylko, że Zbigniewowi Ziobrze odmówiono prawa do jakiejkolwiek obrony. Jest prowadzona wobec niego niesłychana nagonka.
Przed sądem staje ksiądz Olszewski. Z kraju nie wyjeżdżają Matecki, Morawiecki i Obajtek. A Ziobro i Romanowski chowają się za Orbanem.
Nie namówi mnie pan na ocenę. Natomiast oczywiste jest, że ani oni, ani ja – nie możemy liczyć na sprawiedliwy proces.
Czy wie pan, że jak w trakcie kampanii do europarlamentu wysłali mi wezwanie przed sejmową komisję śledczą, to policja szukała mnie w mojej rodzinnej wsi, chodząc od domu do domu, mimo że miałem jeszcze czas na odebranie wezwania? Tu nie chodzi o prawdę, tylko o spektakl, cyrk. Jak tu liczyć na sprawiedliwość?
Mimo wszystko wymiar sprawiedliwości wymierzył ostatnio kary senatorom Krzysztofowi Kwiatkowskiemu i Stanisławowi Gawłowskiemu. Ruszył proces byłego wiceministra sprawiedliwości, już z obecnej ekipy rządzącej, Bartłomieja Ciążyńskiego. Tylko ci biedni politycy Prawa i Sprawiedliwości nie mogą liczyć na sprawiedliwy proces.
Ten sam wymiar sprawiedliwości skazał na więzienie schorowanego Adama Borowskiego.
Który miał przeprosić Romana Giertycha i zignorował wyrok sądu.
To Giertych powinien przeprosić za wszystkie „Soki z Buraka”.
Nie liczy pan na sprawiedliwy proces, więc bierze pod uwagę skazanie. Poprosi pan prezydenta Karola Nawrockiego o ułaskawienie?
Pan albo wraca do spraw starych, albo chce rozmawiać o jakiejś kreacji przyszłości. Tymczasem żyję, pracuję, dalej tankuję na Orlenie. Przynieśliście mi państwo kubek kawy z logo WOŚP. Nie namówicie mnie jednak na atak – ani na koncern, ani na WOŚP – za tę współpracę. Zwracam tylko uwagę, że jeśli firma chce wydawać pieniądze na WOŚP, to od tego jest Fundacja Orlenu, a nie sam Orlen.
Wróćmy do wymiaru sprawiedliwości.
Dziś prokuratura jest organem typowo politycznym. Przecież to parodia, że śledczy wystąpili do Parlamentu Europejskiego o uchylenie mi immunitetu, bo ze stacji Orlenu zniknęło jedno wydanie tygodnika „NIE” Jerzego Urbana, z nieprzyzwoitą grafiką na okładce.
I tu po raz pierwszy się zgodzimy. Prokuratura ośmiesza się tą sprawą.
Jak chcą mi z tego zrobić zarzut, niech robią. Tylko na to czekam, by narobić wokół tej sprawy szumu na skalę międzynarodową. Trzeba nie mieć instynktu politycznego, by chcieć skazać prezesa wielkiej spółki za to, że na stacjach benzynowych wycofano jeden numer jednej gazety.
Ale powiem panu coś, czego do tej pory nie mówiłem. Biorę sprawę z tygodnikiem „NIE” na siebie, ale decyzji o wycofaniu numeru nie podejmowałem.
To kto podejmował? Mówił pan, że to pańska sprawka.
Powiedziałem, że to moja decyzja, żeby nie zrzucać odpowiedzialności na kogoś innego. Ale decyzje w takich sprawach nie zapadają na szczeblu prezesa zarządu. Choć uczciwie zaznaczam, że gdyby ta sprawa do mnie trafiła, to też podjąłbym decyzję o zdjęciu gazety z półek. Chodziło tam o obrazę uczuć religijnych, atak na św. Jana Pawła II.
Ale to był wyjątek. Nigdy nie kazałem wycofywać tytułów, w których źle o mnie pisano. Nawet tych z pana artykułami.
To prawda. Nieraz gazety z moimi artykułami o panu kupowałem na Orlenie.
Każdy obywatel i każdy klient ma prawo popierać dowolną partię i mieć dostęp do swoich ulubionych mediów. Szanowałem to.
Zrobił pan unik przy pytaniu o ułaskawienie przez prezydenta Nawrockiego.
Na pewno nie wyjadę z kraju. Będę chodził do sądów i szeroko się uśmiechał.
Będzie pan uśmiechać się również zza krat?
Jeśli będzie trzeba, no to trudno. Niech pan nie myśli, że po wszystkim, co przeszedłem, ktoś złamie mnie groźbą więzienia. Cały czas działam, organizuję wiele spotkań. Przychodzą na nie tłumy ludzi. Tak liczna ich obecność daje mi siłę.
Porozmawiajmy o biznesie. Śledzi pan międzynarodowe kariery pana dawnych współpracowników ze spółek Skarbu Państwa?
Dyrektorzy, którzy odeszli z Orlenu, radzą sobie bardzo dobrze.
Pytam o konkretne kariery. Zofii Paryły, księgowej z Pcimia, którą zrobił pan prezesem Lotosu. Elżbiety Bugaj, żony pana wspólnika z ERG Bieruń Folie, która została prezesem Energi Obrót, a potem PGNiG Termika w Grupie Orlen.
Zofia Paryła jest już na emeryturze. Inni pracują, dobrze sobie radzą. Nie mam prawa mówić, gdzie są zatrudnieni, bo chcą mieć święty spokój. Ale na bezrobociu nie siedzą.
W pana słowniku są takie słowa jak „nepotyzm” i „kumoterstwo”?
Tak. Bo ja czasami stosuję nepotyzm i kumoterstwo. Zdziwiłem pana?
Nie tym, że pan stosuje. Ale jednoznaczną deklaracją – owszem.
Nie będę się tego wypierał. Jako prezes odpowiadałem za funkcjonowanie firmy i miałem prawo dobrać ludzi. Takich, do których mam zaufanie. Teraz też tak działam i podejrzewam, że nie tylko ja. I może pan to nazwać nepotyzmem czy kumoterstwem, ale to po prostu kwestia chęci pracy z tymi, co do których kompetencji ma się przekonanie. Wolę zatrudnić kogoś, kogo znam od 30 lat i uważam za wybitnego fachowca, niż kogoś zupełnie mi nieznanego.
Pewnie tym się różnię od innych polityków, że mówię to wprost. Oni zatrudniają po znajomości, ale udają, że tak nie jest. A ja przyznaję, że zatrudniałem znajomych. Ale tylko takich z wysokimi kompetencjami zawodowymi i wymaganymi uprawnieniami.
Brakowałoby jeszcze tego, że zatrudniałby pan po znajomości ludzi bez uprawnień.
Niech pan porozmawia o tych ludziach z ich znajomymi z pracy. Wstydziłbym się, gdyby moi współpracownicy nie przychodzili do pracy, źle traktowali innych. A oni świetnie sobie radzili. Wspomniana przez pana Elżbieta Bugaj była oceniana jako jedna z moich najlepszych współpracowniczek. Przyszła zresztą z prywatnego biznesu.
Tak, z prywatnego biznesu, czyli ERG Bieruń Folie. Czyli firmy pana znajomych z TT Plast.
Proszę dać spokój tym ludziom. Mieli doświadczenie, dobrze pracowali. Mnie pan może atakować, ale ich zostawmy.
Jak się panu pracuje w strukturach Unii Europejskiej? Choć może powinienem powiedzieć: „w eurokołchozie”?
Na tak postawione pytanie mogę odpowiedzieć jedynie, że nie widzę innego miejsca dla Polski niż w strukturach UE. Nie jestem jednak w stanie zrozumieć, co Unia wyrabia z gospodarką. Łamane są wszystkie mechanizmy, zwłaszcza jeśli chodzi o konkurencyjność. A jak nie będzie konkurencyjności w skali światowej, nie będzie nowych technologii.
Coraz to nowe regulacje zwiększają koszty biznesu. I gdyby cały świat tak robił, nie byłoby kłopotu. Ale tylko UE wkłada sobie kij w szprychy.
Proszę porównać PKB UE i USA w 2008 r. oraz w 2023 r. 18 lat temu PKB państw członkowskich UE nieznacznie przewyższał ten amerykański. Dziś jest już o 30 proc. niższy.
Wina Zielonego Ładu?
Gdyby cały Zielony Ład wyrzucono do kosza, Europa byłaby bardziej ekologiczna. Na ekologię bowiem potrzeba pieniędzy. I gdy ktoś ma środki na technologię, to sam inwestuje, by jego produkcja była bardziej innowacyjna, mniej energochłonna. Do tego nie trzeba przepisów, sam biznes zrobiłby to najlepiej.
A co mamy? Przemysł samochodowy leży i kwiczy. Mamy też problemy z hutnictwem, z rolnictwem. Koszty energii w UE są nawet trzy razy wyższe niż w innych częściach świata. Biznes więc od nas ucieka. Europejska gospodarka się stacza.
I co dalej?
Będzie trzeba to naprawić rękami konserwatystów. Oby tylko nie tych skrajnych. Skrajność w żadną stronę nie jest dobra. Wierzę w ideę UE, ale opartej na konkurencyjności i logice.
Nie obawia się pan, że UE jest zohydzana? Mogę panu zacytować kilku kolegów z partii.
Nie musi pan. Niektórzy politycy używają skrótów myślowych. Nie będę ich tłumaczył ani tym bardziej tłumaczył się za nich. Ja w żadnym wypadku nie chcę zohydzać UE, bo silna gospodarczo struktura europejska jest ważnym elementem bezpieczeństwa Polski.
Niepokoi pana, że już nawet 25 proc. Polaków chce polexitu?
Niepokoi. Ale niepokoi też dlatego, że sama UE do tego zachęca. Obecnie bowiem decydenci unijni nie walczą o wspólny rynek, lecz skupiają się na utrudnianiu prowadzenia działalności. Nawet prezes Siemensa powiedział, że dziś nie zdecydowałby się na założenie biznesu w Niemczech.
Jeśli UE dalej tak będzie postępować – w temacie gospodarki, ale też polityki migracyjnej – to poparcie dla polexitu będzie rosło. Mam jednak nadzieję, że nigdy do niego nie dojdzie.
Pańskie stanowisko nie spodoba się wszystkim w partii oraz części wyborców PiS-u.
Może wielu podobałoby się to, gdybym wrzeszczał o wychodzeniu z UE. Ale ja uważam, że Unię trzeba reformować. Jestem zbyt poważnym człowiekiem, żeby opowiadać głupoty o polexicie.
Te głupoty opowiadają politycy Konfederacji, część PiS-u.
Rozmawiam ze wszystkimi, także politykami Konfederacji. I nie wiem, ile w tym politykierstwa, a ile szczerych poglądów.
Mogę się z panem założyć, że PiS wygra wybory i będzie rządzić samodzielnie. Gdyby jednak tak się nie stało i Konfederacja weszłaby do rządu, dopiero wtedy zobaczyłaby, jak wygląda to jej wymarzone wychodzenie z UE.
Funkcjonujemy w pewnych standardach międzynarodowych, mamy system naczyń połączonych. Nie da się ot tak powiedzieć „dobra, wychodzimy”.
Zwolennicy polexitu w polityce wiedzą o tym i okłamują ludzi?
Szukają poparcia. A jest elektorat, któremu marzy się wyjście z UE tu i teraz. Będąc w opozycji, można dużo gadać i to gadać bez pokrycia. Niech pan sam spojrzy – jak można jednocześnie obiecywać niższe podatki i silniejszą armię? Niższe składki ZUS i lepszą opiekę zdrowotną? To utopia.
W 2027 r. będzie pan decydował o kształcie nowego rządu? Już raz typowano pana na premiera.
Nie wiem dlaczego. Każdy, kogo wymienia się jako przyszłego premiera, idzie na polityczny odstrzał.
To gdzie sięgają ambicje Daniela Obajtka?
Nie mam ambicji bycia premierem. Nie nadaję się do skomplikowanych procedur demokratycznych. Jestem zero-jedynkowy. A uważam, że jeszcze długo w Polsce nie będzie takiej konstrukcji, w której premier ma realną władzę.
A, teraz zrozumiałem. Chce pan zostać prezesem PiS-u.
Nie wiem, co będzie w 2027 r. Nie wiem nawet, co obecny rok przyniesie. Świat jest w takim stanie, że nie wiemy, kiedy wszystko zapłonie. Wie pan, czego się boję?
Słucham.
Że dziś na świecie opłaca się wojna.
Chwyciłby pan za broń?
Myślę, że poszedłbym na front. Mam duże przywiązanie do ziemi. Jestem patriotą. Mam o co walczyć.
