- W samej Warszawie żyje dziś 5–7 tys. dzików. Tylko w pierwszym półroczu tego roku do Lasów Miejskich wpłynęło ponad 11 tys. zgłoszeń, ok. 170 kolizji drogowych i ok. 130 ataków na ludzi.
- Myśliwi nie odpowiadają za liczebność dzików w miastach – gospodarka łowiecka prowadzona jest w obwodach łowieckich poza granicami zabudowy, a decyzje o redukcji dzików w miastach podejmują samorządy.
- Relokacja dzików poza miasto, często proponowana jako rozwiązanie idealne, jest niemożliwa – unijne regulacje związane z afrykańskim pomorem świń (ASF) praktycznie wykluczają przemieszczanie tych zwierząt.
Jeszcze kilka lat temu widok dzika w centrum miasta należał do rzadkości. Dziś mieszkańcy Warszawy, Krakowa czy Trójmiasta regularnie spotykają je na osiedlach, placach zabaw, parkingach i przy szkołach. Dochodzi do kolizji drogowych, ataków na ludzi i zwierzęta domowe, a służby miejskie każdego dnia odbierają kolejne zgłoszenia. Problem przestał być przyrodniczą ciekawostką – stał się jednym z najpoważniejszych wyzwań związanych z bezpieczeństwem mieszkańców aglomeracji. Paradoks polega jednak na tym, że zamiast rozmawiać o przyczynach i skutecznych rozwiązaniach, coraz częściej słyszymy, że winni są… myśliwi. To wygodna teza, ale niemająca wiele wspólnego z rzeczywistością.
W artykule „Dziki problem Warszawy. Niechciani lokatorzy znów wyszli na ulice” Piotr Białczyk stawia pytanie: „Gdzie ci myśliwi, prawdziwi tacy?". To pytanie od lat powraca w debacie publicznej, jednak opiera się na błędnym założeniu, że za obecność dzików w miastach odpowiedzialni są myśliwi.
Nic bardziej mylnego.
Kto naprawdę odpowiada za dziki w miastach?
Myśliwi nie odpowiadają za liczebność dzików w miastach, ponieważ gospodarka łowiecka prowadzona jest w obwodach łowieckich, a nie na terenach zwartej zabudowy. Również redukcja dzików w granicach miast nie jest zadaniem Polskiego Związku Łowieckiego, lecz odbywa się wyłącznie na podstawie decyzji właściwych organów administracji, na wniosek właścicieli terenów i zarządców nieruchomości, z zachowaniem rygorystycznych zasad bezpieczeństwa. To samorządy odpowiadają za zarządzanie populacją dzików na swoim terenie i decydują o sposobie prowadzenia takich działań.
Zobacz także: Dziki problem Warszawy. Niechciani lokatorzy znów wyszli na ulice
Liczby, których nie można ignorować
Skala problemu jest jednak ogromna. Szacuje się, że w samej Warszawie żyje dziś od 5 do 7 tys. dzików. Tylko w pierwszym półroczu tego roku do Lasów Miejskich wpłynęło ponad 11 tys. zgłoszeń dotyczących obecności dzików, przeprowadzono ponad 3 tys. interwencji, odnotowano ok. 170 kolizji drogowych z udziałem tych zwierząt oraz ok. 130 ataków na ludzi. Są to dane, których nie można bagatelizować. Pokazują one, że obecność dzików w miastach nie jest już incydentalnym zjawiskiem, lecz realnym problemem bezpieczeństwa publicznego.
Najlepszym dowodem są wydarzenia z ostatnich dni. W warszawskim Wawrze dzik pogryzł mężczyznę, który wyszedł jedynie wyrzucić śmieci na własnej posesji. Kilka dni wcześniej cała Polska mówiła o zdarzeniu w Krakowie, gdzie dzik przewrócił wózek z rocznym dzieckiem. Takich przypadków są dziesiątki. Każdy z nich pokazuje, że problem narasta i wymaga odpowiedzialnych działań, a nie wyłącznie emocjonalnych komentarzy.
Emocje zamiast rozwiązań
Niestety część środowisk aktywistycznych zamiast szukać skutecznych rozwiązań buduje przekaz oparty przede wszystkim na emocjach. Podczas protestów można usłyszeć hasła: „Nie trzaskać dzikami", „Stop rzezi dzików", „Dzik jest dobry, ratusz zły, wstyd mordować, tak jak wy" czy „Dzik jest dziki, myśliwy jest zły". Takie slogany dobrze brzmią na transparentach i w mediach społecznościowych, jednak nie odpowiadają na najważniejsze pytanie – jak skutecznie ograniczyć liczbę niebezpiecznych zdarzeń z udziałem dzików i zapewnić bezpieczeństwo mieszkańcom.
Podobną narrację można odnaleźć również w artykule Sylwii Spurek opublikowanym na portalu Zero.pl. Autorka przekonuje, że ostrzeganie przed skutkami wzrostu liczebności dzików jest jedynie „figurą strachu", wykorzystywaną przez środowisko łowieckie do obrony obecnego modelu łowiectwa.
Określanie tych ostrzeżeń mianem „figury strachu" oznacza de facto podważanie doświadczeń samorządów, służb miejskich i samych mieszkańców, którzy każdego dnia zgłaszają obecność dzików oraz skutki ich coraz liczniejszego występowania. Problem nie istnieje dlatego, że mówią o nim myśliwi. Problem istnieje dlatego, że mieszkańcy coraz częściej spotykają dziki pod swoimi domami, na osiedlach, przy szkołach i na ruchliwych ulicach. To właśnie ta rzeczywistość powinna być punktem wyjścia do dyskusji, a nie próba sprowadzania jej wyłącznie do sporu ideologicznego.
W centrum tej debaty powinno być bezpieczeństwo mieszkańców
Najbardziej niepokoi mnie jednak coś innego. Coraz częściej w dyskusji o dzikich zwierzętach człowiek przestaje być w centrum uwagi. O wiele więcej miejsca poświęca się emocjom wokół pojedynczego dzika niż bezpieczeństwu dzieci wracających ze szkoły, seniorów spacerujących po parkach czy właścicieli psów, których zwierzęta stają się ofiarami dzików.
Miłość do przyrody nie polega na udawaniu, że zagrożenia nie istnieją. Polega na odpowiedzialnym zarządzaniu nią. Przyroda nie jest muzeum. Jest dynamicznym systemem, w którym populacje zwierząt zmieniają się, zajmują nowe siedliska i coraz częściej wchodzą w konflikt z działalnością człowieka. Rolą państwa jest te konflikty ograniczać, a nie udawać, że ich nie ma.
Łatwo powiedzieć: „nie strzelać". Znacznie trudniej odpowiedzieć na pytanie: co dalej? Kto będzie odpowiadał za kolejne wypadki drogowe? Kto podejmie decyzję, gdy dzik wejdzie na teren przedszkola albo szkoły? Kto przejmie odpowiedzialność za skutki, jeśli ograniczymy wszystkie narzędzia zarządzania populacją, nie proponując skutecznej alternatywy?
W przestrzeni publicznej łatwo formułować hasła o pokojowym współistnieniu człowieka i dzikich zwierząt. Znacznie trudniej zmierzyć się z rzeczywistością, w której każdego dnia służby odbierają kolejne zgłoszenia o dzikach spacerujących między blokami, powodujących kolizje drogowe czy atakujących ludzi.
Przyroda nie działa według naszych przekonań ani politycznych deklaracji. Rządzi się własnymi prawami. Rolą człowieka jest tak nią gospodarować, aby chronić zarówno ludzi, jak i zwierzęta.
Edukacja tak, ale nie zamiast działań
Warto również odnieść się do często powtarzanej propozycji relokacji dzików. Dla wielu osób wydaje się ona rozwiązaniem idealnym – odłowić zwierzęta i wypuścić je z dala od miasta. W praktyce jest to jednak niemożliwe. Obowiązujące przepisy krajowe oraz regulacje Unii Europejskiej, wprowadzone w związku z zagrożeniem afrykańskim pomorem świń (ASF), praktycznie wykluczają przemieszczanie dzików. Celem tych regulacji jest ograniczenie rozprzestrzeniania wirusa, którego naturalnym rezerwuarem są właśnie dziki. Oznacza to, że relokacja nie może dziś stanowić skutecznego narzędzia zarządzania populacją.
Czy zatem jedynym rozwiązaniem pozostaje redukcja dzików?
Problem obecności dzików w miastach wymaga kompleksowego podejścia. Kluczowe znaczenie ma edukacja mieszkańców. Wciąż zbyt wiele osób dokarmia dziki lub pozostawia łatwo dostępne źródła pożywienia. Zwierzęta bardzo szybko uczą się, że miasta są miejscem łatwego zdobywania pokarmu, tracą naturalny lęk przed człowiekiem i coraz częściej wybierają życie w sąsiedztwie ludzi.
Równie ważne są działania prowadzone przez samorządy i zarządców terenów zielonych. Odpowiednie zabezpieczanie altan śmietnikowych, ograniczanie dostępu do odpadów czy zmiana nasadzeń w lasach otaczających Warszawę mogą znacząco zmniejszyć presję migracyjną tych zwierząt na tereny miejskie.
Nie można też pomijać roli gospodarki łowieckiej prowadzonej poza granicami miast. Tymczasem autorzy promowanej ostatnio w niektórych mediach obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej proponują kolejne ograniczenia w wykonywaniu polowań – wyłączanie nowych terenów z obwodów łowieckich, zwiększanie stref zakazu polowań czy wprowadzanie rozwiązań, które w praktyce znacznie utrudnią prowadzenie racjonalnej gospodarki łowieckiej.
Skutki takich zmian będą odczuwalne przez nas wszystkich. Przy obecnym przyroście populacji dzików, szacowanym nawet na około 300 proc., każde ograniczenie możliwości regulacji liczebności oznacza dalszy wzrost populacji tych zwierząt. Nadwyżka nie zatrzyma się przecież na granicy lasu. Część dzików będzie migrować do miast, gdzie bez trudu znajduje pokarm i schronienie.
Efekt jest łatwy do przewidzenia: więcej dzików oznacza więcej kolizji drogowych, więcej szkód, więcej interwencji służb i więcej niebezpiecznych spotkań z ludźmi.
Mniej ideologii, więcej odpowiedzialności
Problemu dzików w miastach nie rozwiążą transparenty ani chwytliwe hasła. Rozwiązać go mogą jedynie odpowiedzialne decyzje podejmowane we współpracy samorządów, administracji, naukowców, leśników i myśliwych, uwzględniające zarówno skalę zjawiska, jak i jego konsekwencje dla bezpieczeństwa mieszkańców.
Dlatego potrzebujemy mniej haseł, a więcej odpowiedzialności. Mniej emocji, a więcej dyskusji opartej na danych. Mniej ideologii, a więcej rozsądku, bo miasto, niezależnie od tego, jak bardzo chcemy żyć w zgodzie z naturą, powinno pozostać przede wszystkim bezpieczną przestrzenią dla ludzi.


