Reklama
Kraj

Uwaga, polowanie. Czego boją się myśliwi?

W Polsce można strzelać z broni palnej 150 metrów od domów – i przez lata uchodziło to za coś normalnego. Kiedy społeczeństwo mówi „sprawdzam”, myśliwi mówią: „to atak na tradycję”. Ale to nie tradycja jest tu najważniejsza.

Sylwia Spurek
Opinia autorstwa: Sylwia Spurek
Dzisiaj 14:28
21 min
Obywatelski projekt „Uwaga! Polowanie” nie dąży do całkowitego zakazu łowiectwa, lecz domaga się wprowadzenia publicznego rejestru polowań i zwiększenia odległości strzałów od domów. (fot. Shutterstock)
TYLKO NA

Myśliwi zawsze bronili polowań wielkimi słowami. Tradycja. Gospodarka łowiecka. Bezpieczeństwo upraw. Walka z chorobami. Równowaga w przyrodzie. Miłość do lasu.

Te słowa przez lata miały zamykać rozmowę. Kto krytykuje polowania, ten rzekomo nie rozumie wsi. Kto pyta o bezpieczeństwo, ten przesadza. Kto chce jawności, ten atakuje tradycję. Kto mówi o zwierzętach, ten nie wie, czym jest „prawdziwa przyroda”. I właśnie dlatego każda obywatelska próba zmiany prawa łowieckiego napotyka nerwowy opór środowiska łowieckiego i jego sojuszników w mediach i polityce.

Więcej jawności i kontroli

Obecnie trwa kolejna taka próba: zbiórka podpisów pod obywatelskim projektem „Uwaga! Polowanie”. Warto od razu powiedzieć jasno, czego ten projekt nie robi. Nie zakazuje polowań. Nie likwiduje łowiectwa. Nie odbiera państwu możliwości reagowania tam, gdzie rzeczywiście pojawiają się szkody, choroby zwierząt czy zagrożenie dla upraw. Proponuje coś, co w normalnym państwie powinno być oczywiste: więcej jawności, więcej kontroli, większą odległość strzałów od domów i szkół, koniec komercyjnego uśmiercania zwierząt oraz publiczną informację o tym, gdzie i kiedy w lesie pojawią się ludzie z bronią.

Reklama
Reklama

To są niewielkie korekty. Minimum bezpieczeństwa, minimum przejrzystości, minimum kontroli. A jednak nawet one nie podobają się Polskiemu Związkowi Łowieckiemu. Może więc w tym sporze nie chodzi o szczegóły projektowanej ustawy? Może chodzi o coś znacznie głębszego: o lęk przed utratą przywileju działania po swojemu, własnym językiem, we własnym świecie i możliwie daleko od kontroli państwa i społeczeństwa?

W tym sensie inicjatywa obywatelska nie tylko proponuje zmianę prawa. Mówi myśliwym: „sprawdzam”.

Bezpieczeństwo na pierwszym miejscu

Nie chodzi o to, czy pojedynczy myśliwy bywa uprzejmy, odpowiedzialny albo przekonany o własnej misji. Chodzi o system: przywileje, język, brak jawności, dostęp do cudzej ziemi, broń w przestrzeni wspólnej i wieloletnią polityczną pobłażliwość wobec łowiectwa. Nie chodzi też o to, że państwo ma nic nie robić w związku z wyzwaniami na linii ludzie – dzikie zwierzęta. Chodzi o to, kto, na jakiej podstawie, z jaką kontrolą i przy użyciu jakich metod ma ewentualnie reagować.

Reklama
Reklama

Nie jest to kolejny tekst o tym, jak myśliwy znowu pomylił człowieka z dzikiem. Takich artykułów było wiele. Ale pisząc o polowaniach, nie sposób nie zacząć od bezpieczeństwa. Myśliwi mówią, że przepisy już je zapewniają. Sprawdzam: czy 150 m od domów to naprawdę bezpieczeństwo, czy raczej przywilej myśliwych? Jeśli można strzelać z ostrej broni w pobliżu domów, szkół, zabudowań i miejsc, w których ludzie żyją, pracują i odpoczywają, to jest to standard bezpieczeństwa czy standard uprzywilejowania jednej grupy?

Myśliwi mówią: działamy na obwodach zgodnie z planami. No właśnie – obwody łowieckie. Polska jest pocięta na ok. 5 tys. obwodów łowieckich, obejmujących większość powierzchni kraju. I nie chodzi wyłącznie o grunty Skarbu Państwa, Lasy Państwowe czy tereny należące do samorządów. Obwody łowieckie obejmują także prywatne nieruchomości: pola, łąki, lasy, działki i grunty należące do konkretnych osób. Są wyznaczane odgórnie i niezależnie od prawa własności osób prywatnych.

Przeczytaj także: AI tropi rysie w polskich górach. Naukowcy chcą lepiej chronić zagrożony gatunek

Dlatego pytanie o organizację polowań nie jest fanaberią. Jest pytaniem o bezpieczeństwo, własność oraz prawo obywatelek i obywateli do informacji o tym, co dzieje się w przestrzeni, w której żyją – także wtedy, gdy ta przestrzeń jest ich prywatną własnością. W państwie prawa właścicielka gruntu nie powinna musieć walczyć z systemem, żeby nie uśmiercano zwierząt na jej ziemi. Tymczasem prawo właścicieli gruntów wciąż wydaje się słabsze niż interes kół łowieckich. Czy właścicielka gruntu ma realny wpływ na to, czy na jej ziemi odbywa się polowanie? Czy procedura zakazu polowania (sprzeciwu) jest prosta? Czy lokalna społeczność jest partnerem, czy przeszkodą dla PZŁ?

Reklama
Reklama

Dla kogo ta cyfryzacja?

Myśliwi mówią, że nie mają problemu z jawnością. Sprawdzam: dlaczego więc mają problem z publicznym rejestrem polowań? Jeżeli w przestrzeni wspólnej pojawiają się ludzie z bronią, społeczeństwo powinno mieć prawo łatwo sprawdzić, gdzie i kiedy będą strzały. Jawność to minimum państwa prawa. Myśliwi odpowiedzą: przecież polowania są zgłaszane, procedury istnieją.

Tyle że procedura, o której nie wie mieszkanka, rodzic, turysta czy właścicielka gruntu, nie daje realnego bezpieczeństwa. Informacja zamknięta w systemie nie jest jawnością. Jeżeli państwo wie, że ktoś będzie chodził z bronią po lesie, ale obywatel nie może tego łatwo sprawdzić, to problemem nie jest obywatel. Problemem jest państwo.

Przy okazji warto wspomnieć, że PZŁ chwali się nowym Systemem Kół Łowieckich PZŁ 2.0, który według myśliwych ma zwiększyć przejrzystość, efektywność i bezpieczeństwo w zarządzaniu działalnością łowiecką. Skoro więc PZŁ uważa, że dokumentowanie polowań, raportowanie i cyfryzacja zwiększają bezpieczeństwo oraz przejrzystość, to logicznym kolejnym krokiem powinien być nie tylko system wewnętrzny dla kół, ale także publiczny, obywatelski dostęp do informacji o polowaniach.

Reklama
Reklama

A może PZŁ chce cyfryzacji, ale cyfryzacji dla siebie? Inicjatywa obywatelska, o której mowa na początku, odpowiada: cyfryzacja ma służyć także ludziom, którzy mieszkają obok lasu, idą z dzieckiem na spacer albo chcą wiedzieć, czy za ich domem będzie – i kiedy – strzelanie.

Dzisiaj osoby mieszkające na wsi, rodzice spacerujący z dziećmi, właścicielki i właściciele nieruchomości, biegacze, rowerzystki i opiekunowie psów mają dostosować się do rytmu polowania. Ale las nie jest prywatnym poligonem. Jest wspólną przestrzenią. Prawo nie powinno organizować tej przestrzeni pod przywilej osób polujących kosztem bezpieczeństwa większości.

Przeczytaj także: Naturalna pułapka na komary. Niezwykłe odkrycie naukowców

Mniejszość z bronią nie może urządzać większości dostępu do lasu. Postulowana odległość zaledwie 700 metrów od zabudowań oraz jawny i dostępny rejestr polowań to nie „atak na myśliwych”, lecz minimalizacja ryzyka, które dzisiaj przerzuca się na społeczeństwo. Czy kiedy ktoś idzie na spacer do lasu albo mieszka na terenie obwodu łowieckiego, powinien uczestniczyć w cudzym ryzyku? Czy powinien musieć ufać, że człowiek z bronią na pewno odróżni człowieka od dzika?

Reklama
Reklama

Myśliwi mówią, że chronią przyrodę. Sprawdzam: czy ochrona przyrody powinna być definiowana przez grupę, która posiada instytucjonalny i finansowy interes w utrzymaniu polowań? Czy w decyzjach dotyczących polowań nie powinny brać udziału niezależne instytucje, organizacje społeczne i organy ochrony środowiska? Myśliwi przedstawiają się jako obrońcy przyrody, ale ich podstawowym narzędziem jest strzał.

Tymczasem ochrona przyrody to siedliska, korytarze ekologiczne, ograniczenie presji człowieka, odbudowa ekosystemów, monitoring, edukacja i zapobieganie konfliktom. Kiedy narzędziem jest broń, każdy problem ekologiczny może zacząć wyglądać jak cel.

Warto w tej debacie słuchać nie tylko aktywistów, lecz także byłych myśliwych. Zenon Kruczyński, autor książki „Farba znaczy krew”, przeszedł przez łowiectwo od środka. I pewnie dlatego jego świadectwo jest tak niewygodne dla myśliwych i ich politycznych przyjaciół. Pokazuje, że za pięknymi opowieściami o myśliwych-miłośnikach przyrody mogą kryć się także potrzeba siły, rytuał grupy, pieniądze.

Czy gdyby chodziło wyłącznie o miłość do przyrody, nie wystarczyłaby lornetka? A może łowiectwo potrzebuje broni i krwi? I wtedy – tak bardzo potrzebuje języka, który znieczula rzeczywistość: krew staje się „farbą”, a zabicie – „pozyskaniem”? Myśliwy nie idzie do lasu tylko patrzeć. Idzie z bronią.

Reklama
Reklama

Szczególnie trudno obronić polowania na ptaki. Nie ma tu ASF, szkód rolniczych (o których niżej) ani realnej konieczności. Jest strzelanie do małych zwierząt w locie i ryzyka: niecelność, ranienie, ołów w środowisku i pomyłki między gatunkami łownymi a chronionymi. A może dlatego myśliwi tak sprzeciwiają się zakazowi polowania na ptaki – bo zostaje przyjemność strzału?

Myśliwi mówią: polujemy zgodnie z prawem. Sprawdzam: a może to prawo przez lata było pisane bardziej pod interes środowiska łowieckiego niż pod bezpieczeństwo większości obywateli i obywatelek? Zgodność z prawem nie kończy debaty. Czasem pokazuje tylko, że prawo trzeba zmienić.

Przeczytaj także: Pająk jak rzymska balista. Odkryto gatunek, który wystrzeliwuje mrówki w powietrze

Myśliwi mówią, że są odpowiedzialni, a picie alkoholu na polowaniach to wyjątkowe sytuacje. W takim razie powinni poprzeć realną odpowiedzialność za polowanie pod wpływem alkoholu lub środków odurzających. Tam, gdzie jest broń, śmierć zwierząt i ryzyko dla osób postronnych, nie wystarczy zapewnienie, że patologie są jednostkowe. Potrzebne są przepisy, kontrola i sankcje. To samo dotyczy innych nieprawidłowości. Gdy kamery je ujawniają, PZŁ mówi: pełna współpraca, kontrole, działania naprawcze. Inicjatywa obywatelska odpowiada: nie czekajmy na reportaż śledczy. Zbudujmy system, w którym kontrola jest regułą, a nie reakcją na skandal.

Reklama
Reklama

Myśliwi mówią: łowiectwo to tradycja. Sprawdzam: wiele praktyk miało kiedyś status tradycji. To nie znaczy, że powinny trwać wiecznie. Tradycja nie może być immunitetem od etyki, wiedzy, demokracji i współczesnej wrażliwości. Nie wszystko, co odziedziczone, zasługuje na ochronę. Czasem dojrzałość społeczeństwa polega na tym, że umie odróżnić dziedzictwo od praktyk, które powinny odejść.

Polowanie to obowiązek?

Myśliwi mówią, że polowanie to nie hobby ani rekreacja, lecz obowiązek. Sprawdzam: gdyby to był wyłącznie przykry obowiązek wobec państwa i przyrody, nie byłoby trofeów, ceremoniałów, zdjęć z martwymi ciałami i języka dumy z uśmiercania zwierząt. Nie da się jednocześnie twierdzić, że polowanie jest koniecznością, i sprzedawać go jako przeżycie, atrakcję albo luksusowy rytuał. Jeśli polowanie jest naprawdę obowiązkiem, dlaczego można je kupić jak usługę? Dlaczego są oferty, cenniki, pakiety i polowania dla klientów?

Myśliwi mówią: metody polowania są potrzebne i zgodne z praktyką. Sprawdzam: nagonka, polowania nocne, nęcenie, hodowanie lub wsiedlanie zwierząt pod odstrzał, strzelanie z pojazdów, noktowizja i termowizja pokazują nie romantyczny kontakt człowieka z naturą, lecz technologię maksymalizowania skuteczności uśmiercania zwierząt. Im więcej myśliwi mówią o szacunku do zwierząt, tym bardziej trzeba pytać o konkretne metody. Tam kończy się legenda, a zaczyna mechanika strzału.

Myśliwi często mówią: bez nas przyroda sobie nie poradzi. To bardzo wygodne zdanie. Ustawia człowieka z bronią w roli opiekuna, eksperta i wybawcy. Ale może prawdziwe pytanie brzmi inaczej: czy przyroda potrzebuje myśliwych, czy raczej myśliwi potrzebują opowieści, że przyroda potrzebuje ich? Ten argument jest tym słabszy, im uważniej przyjrzymy się samej gospodarce łowieckiej. Bo czy to nadal jest dzika przyroda, jeśli najpierw się ją dokarmia, urządza poletka łowieckie, a w przypadku niektórych gatunków hoduje lub wsiedla zwierzęta do łowisk, a potem ogłasza, że zwierząt jest za dużo i trzeba strzelać?

Reklama
Reklama

Czy to jest neutralna regulacja natury czy raczej zarządzanie populacjami zwierząt łownych w taki sposób, by łowiectwo mogło dalej uzasadniać samo siebie? Jest w tym jeszcze jeden paradoks. Człowiek najpierw wypycha z ekosystemu naturalnych drapieżników, przekształca siedliska i podporządkowuje przyrodę własnym interesom, a potem ogłasza, że musi zastąpić drapieżnika: z bronią, amboną i rytuałem.

Czy szkody mogą być usprawiedliwieniem

Oczywiście istnieją realne problemy: szkody rolnicze, choroby zwierząt, konflikty między ludźmi a dzikimi zwierzętami. Tyle że realny problem nie usprawiedliwia każdego rozwiązania. ASF nie uzasadnia polowań komercyjnych. Szkody w uprawach nie uzasadniają braku jawności. Tradycja nie uzasadnia obecności dzieci na polowaniach. A „etyka łowiecka” nie zmienia faktu, że centrum tej praktyki pozostaje śmierć zwierzęcia.

Myśliwi mówią: bez nas będzie ASF. Ale ASF nie powinien być używany jak magiczne zaklęcie zamykające debatę. ASF jest realnym problemem i pewnie tematem na osobny felieton, a może przede wszystkim – na kolejną kontrolę Najwyższej Izby Kontroli. Bo skoro od lat wydaje się publiczne pieniądze na walkę z ASF, w tym na odstrzały sanitarne i ryczałty dla myśliwych, to pytanie nie brzmi: czy myśliwi są potrzebni, ale: ile pieniędzy wydano, komu je wypłacono, na jakiej podstawie, za co i z jakim efektem? Depopulacja dzików jest przez niektórych uznawana za jeden z filarów walki z ASF, choć część środowiska naukowego kwestionuje jej skuteczność i wskazuje, że może stać w sprzeczności z nowoczesnymi metodami kontroli chorób w populacjach dzikich zwierząt.

Przeczytaj także: Pogoda nie odpuszcza. Ma być groźnie, są kolejne alerty
 

Reklama
Reklama

NIK już wskazywała, że system zwalczania ASF nie działa prawidłowo: nadzór nie zawsze był rzetelny, sprawozdawczość nie dawała wiarygodnej oceny realizacji zadań, transport próbek bywał źle zorganizowany. NIK odnotowała też, że w latach 2019–2021 rósł udział dzików uśmierconych w ramach odstrzału sanitarnego, ale wśród odstrzelonych dzików tylko 2,6 proc. stanowiły zwierzęta ze stwierdzonym ASF.

To nie znaczy, że choroby zwierząt można ignorować. Oznacza, że walka z ASF może być skuteczna – wtedy, jeśli będzie oparta na wiedzy, bioasekuracji, sprawnym nadzorze państwa, kontroli wydatków i ocenie skuteczności, a nie na blankietowym haśle: więcej strzelania. „Bez myśliwych będzie ASF”? W takim razie tym bardziej trzeba zapytać, dlaczego mimo odstrzałów, ryczałtów i wydatkowania ogromnych środków publicznych ASF wciąż pozostaje problemem. To nie jest argument za bezczynnością. To argument za audytem skuteczności, kosztów i odpowiedzialności państwa.

Myśliwi mówią: rolnicy nas potrzebują. Szkody rolnicze są realnym problemem, ale nie są dowodem na konieczność obecnego modelu łowiectwa. Rolnicy potrzebują skutecznego, sprawiedliwego i odpowiedzialnego systemu ochrony upraw oraz wypłaty odszkodowań. To nie znaczy, że muszą być zakładnikami organizacji łowieckich ani że każda krytyka polowań jest atakiem na rolników. Warto spojrzeć na liczby. W Polsce znajduje się około 14 mln hektarów użytków rolnych (tylko tych zgłaszanych do dopłat). Ziemia ta stanowi prawie 50 proc. powierzchni całego kraju. Ilu jest myśliwych?

Reklama
Reklama

I ile hektarów przypada na jednego myśliwego, który ma – teoretycznie – chronić uprawy? Tu matematyka się nie spina. Myśliwi nie stoją przy każdym polu, nie pilnują każdej kukurydzy, każdego rzepaku i każdego gospodarstwa. Nie są tarczą polskiego rolnictwa. Nie powinni zawłaszczać interesu rolników po to, aby bronić własnego modelu łowiectwa.

Czy problem szkód rolniczych powinien być rozwiązywany przez oddanie dzikiej przyrody grupie, która jednocześnie ma interes w utrzymaniu polowania? Rolnicy potrzebują zabezpieczeń, odszkodowań, odpowiedzialności państwa i systemu, który działa także wtedy, gdy w pobliżu nie ma nikogo z amboną i bronią.

Myśliwi i ich sojusznicy mówią: bez nas dzikie zwierzęta „zaleją” pola, wsie i miasta. To wygodna figura strachu, ale fałszywie ustawia spór. Nikt rozsądny nie mówi, że państwo ma ignorować konflikty między ludźmi a dzikimi zwierzętami. Pytanie brzmi inaczej: czy odpowiedzią na każdy konflikt ma być ten model łowiectwa – z jego brakiem jawności, komercyjnymi polowaniami, dostępem do prywatnych gruntów i przywilejem strzelania blisko miejsc, w których ludzie żyją? Ochrona upraw, bezpieczeństwo sanitarne i ewentualne zarządzanie populacjami powinny być zadaniem państwa: opartym na danych, kontroli, prewencji, bioasekuracji, odszkodowaniach i metodach proporcjonalnych. Nie – blankietowym usprawiedliwieniem dla całego łowieckiego systemu.

Martwe zwierzę to sukces?

Osobnym i szczególnie niepokojącym elementem tej historii są dzieci.

Reklama
Reklama

Myśliwi chcą być obecni w szkołach jako edukatorzy przyrodniczy. Mówią o lesie, zwierzętach, ekologii. Ale trzeba zapytać: do czego myśliwi chcą edukować dzieci? Do zachwytu nad przyrodą czy do akceptacji strzału? Do empatii wobec zwierząt czy do języka, w którym martwe zwierzę jest sukcesem? Do troski o świat czy do oswojenia dzieci z kulturą uśmiercania zwierząt? Czy myśliwi są neutralnymi edukatorami, czy przedstawicielami środowiska, którego tożsamość, interes i rytuały są związane z polowaniem?

Czy szkoła powinna być miejscem miękkiej promocji łowiectwa? Edukacja przyrodnicza jest potrzebna, ale powinna uczyć szacunku do życia zwierząt, ekosystemów, współistnienia i odpowiedzialności ludzi wobec zwierząt. Czy szkoła ma być miejscem edukacji, czy rekrutacji do łowieckiego sposobu patrzenia na przyrodę?

Czy dzieci mają być uczone, że przyroda jest wspólnotą życia, czy sceną, na której dorosły człowiek potwierdza swoją władzę nad zwierzęciem? Czy państwo ma chronić najmłodszych przed przemocą, czy uznawać, że przemoc przestaje być przemocą, gdy ma mundur, sygnałówkę i patrona świętego Huberta?

Przeczytaj także: Spotkanie z wilkiem w lesie? Leśnicy mówią, czego nie robić

Reklama
Reklama

Dzieci na polowaniach

Jeszcze wyraźniej widać to w postulacie przywrócenia udziału dzieci w polowaniach. Myśliwi mówią o tradycji rodzinnej, prawie rodziców do wychowania dzieci zgodnie z przekonaniami i „biernym uczestnictwie”. Ale nie ma czegoś takiego jak bierne uczestnictwo dziecka w polowaniu. Dziecko, które słyszy strzał, widzi martwe lub ranne zwierzę, widzi dumę dorosłych po uśmierceniu zwierzęcia – uczestniczy. Nawet jeśli nie pociąga za spust. Prawo rodziców do wychowania dzieci nie jest prawem do wystawiania ich na każdą praktykę, którą dorosły nazwie tradycją.

Państwo ogranicza decyzje rodziców tam, gdzie chodzi o alkohol, hazard, przemoc, pornografię czy niebezpieczne aktywności. Czy broń, krew i śmierć zwierzęcia powinny być wyjątkiem tylko dlatego, że mają łowiecki ceremoniał?

Myśliwi i ich sojusznicy będą mówić: ekolodzy z miasta nie rozumieją wsi. To najwygodniejsza obrona łowiectwa: udawać, że każdy sprzeciw wobec polowań jest atakiem miasta na wieś. Tyle że bezpieczeństwo, jawność, prawo właścicieli gruntów, kontrola picia alkoholu, dostęp do informacji i zakaz komercyjnego uśmiercania zwierząt to nie są miejskie fanaberie. To podstawowe standardy nowoczesnego państwa prawa.

Wiele osób mieszkających poza miastami także chce spokoju, bezpieczeństwa i prawa do decydowania o własnej ziemi. Wielu rolników chce sprawnych odszkodowań, a nie obietnic, że każdy problem rozwiąże człowiek z bronią. Wielu rodziców chce edukacji przyrodniczej, ale nie rekrutacji ich dzieci do PZŁ. Nie trzeba mieszkać w centrum dużego miasta, żeby nie chcieć strzałów za domem.

Reklama
Reklama

Myśliwi mówią: jesteśmy otwarci na rozmowę ze społeczeństwem. Sprawdzam: gdyby społeczeństwo rzeczywiście było wysłuchane, nie trzeba byłoby obywatelskiej inicjatywy, zbiórek podpisów i presji oddolnej. Ten projekt pokazuje, że państwo przez lata nie potrafiło albo nie chciało realnie ograniczyć wpływu środowiska łowieckiego na kształt prawa.

To nie tylko spór o zwierzęta

Inicjatywa „Uwaga! Polowanie” jest ważna, bo przestawia debatę z języka środowiska łowieckiego na język obywatelski i może przełamać polityczny parasol ochronny nad łowiectwem. Pyta nie tylko o myśliwych, ale o osoby mieszkające na wsi, właścicielki i właścicieli gruntów, dzieci, o szkoły, lasy, zwierzęta i prawo do bezpieczeństwa. Pyta, czy państwo ma dalej chronić przywileje wąskiej grupy, czy wreszcie uznać, że las jest przestrzenią wspólną. Pyta o państwo prawa.

Dyskusja o polowaniach to zatem nie tylko spór o zwierzęta. To spór o władzę nad wspólną przestrzenią – a często także o władzę osób prywatnych nad przestrzenią należącą do nich samych. O to, kto decyduje o lesie, kto ma prawo do bezpieczeństwa, kto może powiedzieć „nie” na własnej ziemi, a kto musi się dostosować do przywileju innych – chodzenia z bronią, kiedy, gdzie i jak chcą. O prawo do decydowania, kto może chodzić po lesie bez lęku, a kto musi sprawdzać, czy akurat nie trafił w środek polowania. O to, czy społeczność lokalna ma prawo wiedzieć, kiedy za jej domem będą strzały.

Reklama
Reklama

„Uwaga! Polowanie” to więc coś więcej niż hasło inicjatywy obywatelskiej. To ostrzeżenie przed państwem, które zbyt długo uznawało, że las należy bardziej do tych, którzy noszą broń, niż do tych, którzy chcą po prostu żyć obok niego bez strachu.

PS 1. Jeśli do tej pory się nie zorientowaliście: tak, popieram obywatelską inicjatywę ustawodawczą „Uwaga! Polowanie”. Co więcej, jestem jej ambasadorką, podobnie jak m.in. Agnieszka Holland, Magdalena Gałkiewicz, Karolina Kuszlewicz, Magdalena Popławska, Anna Sasnal, Dorota Sumińska, Magdalena Środa, Olga Tokarczuk i Ewa Woydyłło.

Wymieniam przykładowo kobiety, ale inicjatywę popierają także mężczyźni oraz organizacje, m.in. Akcja Demokracja, Chrześcijanie dla Zwierząt, Green REV Institute, Niech Żyją i Fundacja Nienieodpowiedzialni. Pełną listę można znaleźć na stronie inicjatywy. Popieram inicjatywę, bo uważam, że prawo do bezpieczeństwa, jawności i lasu bez strachu nie jest radykalnym postulatem. Jest minimum.

PS 2. To nie jest felieton o opisanym przez media zdarzeniu, w którym myśliwy miał oddać strzały podczas wesela, przy gościach i między budynkami. To felieton o szerszym problemie: o tym, czy używanie broni w przestrzeni wspólnej powinno opierać się na zaufaniu do środowiskowych zasad i reakcji po fakcie, czy na jasnych, publicznych, zewnętrznych regułach bezpieczeństwa i kontroli.

Reklama
Reklama

PS 3. To nie jest felieton o olsztyńskiej rzeźbie jelenia, która miała powstać jako pomnik myśliwych sfinansowany ze sprzedaży zużytych łusek po nabojach. Ale czy nie warto zapytać, co mówi o łowieckiej wyobraźni sytuacja, w której symbol zwierzęcia powstaje dzięki pieniądzom z resztek po strzałach? Czy to jeszcze opowieść o miłości do przyrody, czy raczej opowieść o kulturze, która nawet zwierzę potrafi opowiedzieć przez amunicję oraz o normalizacji przemocy?

Źródło: Zero.pl
Sylwia Spurek
Sylwia SpurekPrawniczka i obrończyni praw człowieka. Była posłanka do Parlamentu Europejskiego i zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich. Dziś wspiera działania Green REV Institute i kieruje European Fem Institute, łącząc prawo, dane i aktywizm. Feministka i weganka. W centrum jej działań są prawa zwierząt – szczególnie tzw. hodowlanych - autor zewnętrzny