W kultowym już serialu „Świat według Kiepskich” jednym z miejsc, wokół którego toczy się akcja, jest słynna „prywatna publiczna toaleta”. Sam ten oksymoron wywołuje na twarzach wielu z nas uśmiech. Mniej wesoło robi się jednak, gdy uświadamiamy sobie, że „prywatne publiczne” instytucje istnieją w Polsce naprawdę. Są nimi chociażby tzw. szkoły niepubliczne, które w obecnym kształcie i przy bieżącym modelu finansowania są dla systemu oświaty dosyć problematyczne.
Szkoły niepubliczne są niezbędne
Istnienie szkół niepublicznych jest w nowoczesnym społeczeństwie demokratycznym czymś oczywistym i niezbędnym. W Polsce gwarantuje je art. 70 Konstytucji. Jest to wyraz praktycznej realizacji szeregu kluczowych zasad i wartości obywatelskich: wolności działalności społecznej i gospodarczej, pluralizmu oraz prawa rodziców do wyboru sposobu edukacji dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami.
Świadczy również o realizacji prawa do nauki w różnych formach i zasadzie subsydiarności, zgodnie z którą państwo nie monopolizuje edukacji. W końcu demokratyczny charakter państwa dopuszcza funkcjonowanie różnych modeli kształcenia.
Szkoły niepubliczne zwiększają różnorodność oferty edukacyjnej, często oferują mniejsze klasy i indywidualizację podejścia. Teoretycznie odciążają zatem szkoły publiczne i wymuszają pewien poziom jakości na zasadzie konkurencji. Wspierają w końcu społeczeństwo obywatelskie. Trudno wymienić wszystkie zasługi, jakie zawdzięczamy ich istnieniu.
Niestety, nie brakuje wśród nich takich, które pełne są wad, a nawet patologii. Te zaś są niestety na tyle powtarzalne, że w tym „prywatno-publicznym” modelu stają się wręcz systemowe.
Przeczytaj pozostałe teksty ze specjalnego bloku Zero.pl poświęconego prywatyzacji sektora edukacji:
- Jak prywatyzuje się polska szkoła. Dekada wywróciła wszystko do góry nogami
- Wielkie zwijanie szkół. Albo placówki widma, albo likwidacja
- Nauczyciele odchodzą z pracy. „System oświaty jest do zaorania”
- Szkoła to gra statusowa. „Chodzi tylko o pozycjonowanie się”
- Papierologia, kontrole i strach przed paragrafem, czyli jak wygląda polska szkoła
- 400 tys. dzieci w szkołach prywatnych. „To ucieczka przed Czarnkiem, Nowacką i reformami”
- „Czym skorupka nasiąka” w wersji dla rodziców. Nie dziwię się, że wybieramy szkoły prywatne
Jak finansowane są szkoły
Pierwszym filarem systemu finansowania szkół i przedszkoli jest przekazywanie przez państwo środków samorządom w ramach tzw. subwencji oświatowej. Jest ona ustalana według specjalnego wzoru, który uwzględnia liczbę uczniów, rodzaje szkół, ich lokalizację, obecność uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi (SPE) i inne zadania realizowane przez placówki oświatowe.
Każdy uczeń otrzymuje więc specjalną „wagę”, która, zależnie od wspomnianych okoliczności, powiększa lub pomniejsza bazową kwotę subwencji przypadającą na jednego ucznia. Szkoły publiczne są finansowane z tych środków, a ich całkowite utrzymanie leży w gestii samorządów.
Szkoły niepubliczne natomiast muszą same dbać o swoje utrzymanie. Otrzymują jednak tzw. dotację. Jest ona ustalana jako określony procent wydatków ponoszonych na ucznia w szkołach publicznych tego samego typu, prowadzonych przez dany samorząd, oczywiście z uwzględnieniem specyfik, takich jak obecność uczniów z SPE. Będąc więc szkołą niepubliczną (w tym prywatną), uczestniczy się w realizacji publicznej misji nauczania, która wiąże się ze wsparciem finansowym państwa. I tu zaczynają się schody.
Rankingoza
Żeby szkoła niepubliczna mogła funkcjonować, musi przede wszystkim „spinać się” finansowo. A to jest możliwe tylko wtedy, gdy ma odpowiednią liczbę uczniów. To jest bowiem gwarant dochodu z dotacji oraz ewentualnego czesnego. Jej oferta musi więc być wyjątkowa i zachęcać wysoką jakością. Jest to szczególnie ważne, jeśli rodzice mają płacić czesne. Muszą być bowiem przekonani, że taka szkoła da im coś więcej lub zrealizuje coś lepiej niż szkoły publiczne. A jak pokazać, że jest się szkołą „lepszą”? Oczywiście poprzez wyniki rankingów.
Jeśli szkoła robi naprawdę wszystko, co możliwe po jej stronie, by pomóc uczniom jak najlepiej przygotować się do egzaminu ósmoklasisty czy matury – chwała jej za to. Gorzej, gdy rankingowe podia oraz elitarność klas próbuje osiągnąć na różne inne, szemrane sposoby.
Ukryta selekcja
Łatwo bowiem być szkołą, której absolwenci mają wybitne osiągnięcia na egzaminach zewnętrznych, kiedy przyjmuje się do niej jedynie najlepszych kandydatów. Rekrutacje oparte np. na wynikach egzaminu ósmoklasisty nie są tu problemem. Gorzej, gdy szkoła chce z góry upewnić się, że wśród przyjmowanych osób nie ma przypadków „niewygodnych”, które teraz czy później wymagałyby więcej uwagi i pracy.
„Red-flag” może być wiele. W szkołach podstawowych zaczyna się od rozmów z rodzicami. Niewinnych pytań o przebieg porodu i wczesny rozwój dziecka. O zajęcia rodziców czy ich wykształcenie. Taka ukryta selekcja ma na celu „wyłapanie” dzieci z potencjalnymi trudnościami, mimo oficjalnej otwartości na wszystkich. Szuka się też rodziców o dużych możliwościach finansowych, a odrzuca tych bardziej świadomych i stawiających trudne pytania.
Szczytem hipokryzji potrafią być tzw. dni próbne, będące częścią rekrutacji do szkół podstawowych, a nawet przedszkoli. Jest to czas na wybieranie sobie najbardziej obiecujących dzieci i jednoczesne odrzucanie tych, którym trzeba by było poświęcić więcej uwagi.
Humanista bez matematyki? Społeczeństwo nie może sobie na to pozwolić
Jak to wszystko ładnie ukryć? Zwyczajnie – tworząc system punktowy, w którym znaczną część punktów przyznaje się za rozmowę kwalifikacyjną, ocenianą zwykle uznaniowo. Wyniki zaś ogłasza się „sprytnie”, podając Kowalskiemu, że jego dziecko dostało określoną liczbę punktów, bez upubliczniania listy rankingowej. Jeszcze mogłoby się stać jawne, dlaczego wyraźnie słabsi koledzy naszego kandydującego dziecka, będący przypadkiem dziećmi władz organu prowadzącego tę szkołę, wypadli lepiej od niego.
Gorące kartofle
Kto ma neuroatypowe dzieci albo takie, które wymagają specjalnych potrzeb edukacyjnych, ten wie, że drzwi większości szkół niepublicznych są dla nich zamknięte. Traktuje się bowiem takie dzieci jako problem, którego należy unikać, a gdy się pojawi – starać się go szybko pozbyć. Bywa bowiem, że rodzice nie od razu mówią, iż dziecko posiada np. orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego. Donoszą je czasem już po przyjęciu do szkoły albo nawet diagnoza dziecka odbywa się w trakcie nauki w niej.
Odtąd działania szkół i przedszkoli są często podobne. Zaczyna się od emocjonalnego szantażu, wskazując, że istnieją placówki lepiej przystosowane dla „takich dzieci”, które z pewnością lepiej pomogą. Następnie wzywa się rodziców przy każdej problematycznej sytuacji, którą dziecko stwarza. To takie swoiste nękanie i liczenie na „zmęczenie” rodziców.
Drukarnie podyplomowych świadectw. „Luka w przepisach pozwala działać fabrykom dyplomów”
Ile razy bowiem mogą oni „urywać się” z pracy? Niekiedy w konflikt angażuje się innych rodziców, sugerując im, że ich dzieci są stratne z powodu obecności kogoś z trudnościami. To powoduje naciski jednych rodziców na drugich, a nawet uczniów między sobą.
Bywa, że próbuje się podnosić koszty pobytu takiego ucznia w placówce czy bez przyczyny nie przedłuża się umowy o świadczenie usług edukacyjnych. Byle się pozbyć tych „gorących kartofli”. Kto śledzi rodzicielskie grupy w mediach społecznościowych, wie doskonale, jak częste są to praktyki – choć teoretycznie oczywiście nielegalne.
Szkoła niepubliczna, czyli pół-szkoła?
Ktoś mógłby w tym miejscu stwierdzić, że może to jest całkiem uczciwe postawienie sprawy. Jeśli szkoła rzeczywiście nie ma warunków ani zasobów personalnych, by pomagać uczniom z SPE. To jednak spore nieporozumienie.
Kiedy mówimy, że szkoły otrzymują dotacje wg określonego wzoru, zależnego m.in. od liczby uczniów oraz ewentualnie różnych ich specjalnych potrzeb, musimy być świadomi, że to nie są pieniądze przeznaczone wyłącznie na konkretnego ucznia. Dotacja jest jedna – na całą szkołę.
Poszczególni uczniowie są wykazywani w stosownym wzorze, ale nie ma pieniędzy przypisanych do któregokolwiek z nich w sposób ścisły. Cała dotacja, i niekiedy również czesne, powinny pozwolić szkole na funkcjonowanie. To nie tylko prowadzenie zajęć. To również działanie pomocy psychologiczno-pedagogicznej oraz udzielanie uczniom pomocy w zakresie wynikającym z przepisów.
Jest czymś zupełnie normalnym, że realne koszty funkcjonowania jednego dziecka w szkole będą mniejsze niż przypadająca na niego dotacja, innemu zaś dotacja nie da rady tych kosztów pokryć. Ale szkoła jest jedna i ma obowiązek być gotową do pełnienia wszystkich tych działań, które do niej należą. Mówimy więc tu o zwykłej próbie oszczędzania.
O pobieraniu dotacji, która powinna statystycznie pozwolić na pełnienie wszystkich zadań szkoły, przy jednoczesnym ograniczaniu ich jedynie do wybranych. To z tego powodu jakiś czas temu obniżono np. dotacje dla szkół mających pod opieką uczniów w edukacji domowej, które nie prowadzą zajęć lekcyjnych. Czy więc jest normalne to, że pełną dotację pobierają również szkoły, które w innych aspektach nie wypełniają wszystkich swoich zadań?
Eksporterzy niedoskonałych owoców
Co się dzieje z dziećmi, których szkoły niepubliczne nie chcą? Najgorzej jest w przypadku uczniów szkół podstawowych. System jest bowiem tak skonstruowany, że każde dziecko ma przypisaną do siebie tzw. szkołę rejonową. Zależy ona od miejsca zamieszkania ucznia i musi bez jakichkolwiek wyjątków zagwarantować miejsce każdemu dziecku ze swojego rejonu.
Kiedy więc prywatna szkoła w białych rękawiczkach pozbywa się Krzysia ze spektrum autyzmu, nadpobudliwej Kasi, niedostosowanego społecznie Tomka czy Kamili, która nie zdała do kolejnej klasy z powodu trudności rodzinnych – wszystkie te dzieci trafiają do swojej szkoły rejonowej – swoistego kosza na niedoskonałe owoce. W ten sposób szkoła, która jest finansowana na podobnych zasadach co szkoła niepubliczna (mechanizm obliczania dotacji), musi za znacznie mniejsze środki „na ucznia” zająć się dużo większą liczbą dzieci z poważniejszymi trudnościami.
Licealiści nie mają łatwiej. Tu pożegnanie ze szkołą często wynika z niezdania do kolejnej klasy. Niektóre szkoły potrafią w swoich dokumentach zawierać wręcz zapisy, iż brak promocji jest równoznaczny z rozwiązaniem umowy o świadczenie usług edukacyjnych. A ponieważ licea nie mają rejonizacji, takim dzieciom często bardzo trudno znaleźć nową szkołę. To nie pomaga dziecku będącemu w trudnościach, a wyrządza mu obiektywną krzywdę.
Wszystko to jest oczywiście nieetyczne. Ale business is business. Powiedzmy otwarcie – to jedna z odmian społecznego pasożytnictwa lepszej części świata na tej drugiej. Jest to bowiem klasyczny przykład prywatyzowania zysków przy jednoczesnym uspołecznianiu problemów. W efekcie to szkoły publiczne kumulują zwykle uczniów wymagających znaczniejszego nakładu pracy i uwagi. I robią to często ponad swoje obiektywne możliwości. Bo muszą.
Taka sytuacja jak kostki domina uruchamia falę problemów. Pogarszają się warunki pracy i klimat współpracy nauczycieli. Odchodzą co lepsi z nich. Rosną konflikty z rodzicami. Wzrastają trudności wychowawcze. W końcu pogłębiają się nierówności między placówkami.
Klasowe bańki i społeczna segregacja
Szkoły niepubliczne często skupiają dzieci z podobnych środowisk ekonomicznych i ideologicznych. Ogranicza to kontakt różnych społeczności ze sobą i tworzy elitarne „bańki”.
Dzieci uczą się funkcjonować głównie wśród podobnych sobie, maleje doświadczenie różnorodności społecznej, pogłębiają się podziały klasowe. Realnie funkcja integracyjna nie jest spełniana. Mamy za to dziedziczenie kapitału społecznego i utrwalanie nierówności. Nie każdego bowiem zwyczajnie stać na prawdziwie elitarną szkołę.
W każdej szkole, również niepublicznej, najważniejszym organem decyzyjnym w sprawach wychowawczych oraz związanych z klasyfikacją uczniów jest rada pedagogiczna. Jednak w szkołach niepublicznych jest to często fikcja. Szkoła ma właściciela, a ten płaci i wymaga. Jeśli komuś się nie podoba, może ze szkoły odejść. Dotyczy to zarówno nauczycieli, jak i uczniów z rodzicami.
Swego czasu na grupach rodzicielskich głośno było o kilku szkołach stacjonarnych oraz kolejnych paru przyjaznych edukacji domowej, które śledziły krytyczne wpisy rodziców w przestrzeni medialnej. I gdy rodzice nie chcieli pod wpływem gróźb ich usuwać, pod różnymi pozorami pozbywały się uczniów. Niektóre w swojej bezczelności potrafiły w treści umów edukacyjnych zawierać nawet klauzule o zakazie publicznej krytyki.
W takich szkołach właściciel decyduje często o wszystkim. Narzuca decyzje wychowawcze i merytoryczne. Jest dyktatorem redukującym znaczenie rady pedagogicznej do roli fikcyjnego organu, który ma jedynie formalnie wszystko „przyklepać”. To model „twardy”.
Bywają też szkoły funkcjonujące w modelu „miękkim”. Przyjmują każdego, choć niespecjalnie dają cokolwiek od siebie. Liczy się uczeń i idące za nim czesne wraz z dotacją. Tu rodzic również nie jest partnerem szkoły, ale klientem płacącym za usługę.
A że klienta trzeba utrzymać, na kadrze wymusza się zawyżanie ocen, unikanie konfliktów wychowawczych kosztem sprawiedliwości, osłabianie wymagań wobec uczniów z wpływowych rodzin. Tu nauczyciel ma „zadowolić rodzica”, a nie realizować profesjonalnie autonomiczny proces dydaktyczny. Kwestia warunków pracy w wielu szkołach niepublicznych to zresztą temat na oddzielny, niekrótki tekst.
Mistrzowie edukacji czy PR?
Rzadko zwraca się uwagę na to, że wiele szkół i przedszkoli niepublicznych bardziej buduje swoją markę niż realną jakość. Widać to po skali środków zainwestowanych w PR, dzięki którym kreowany jest sztuczny prestiż. Prowadzone przez nie media społecznościowe selekcjonują zdjęcia i podkreślają jedynie sukcesy uczniów. Eksponują olimpijczyków. Odejścia słabszych uczniów dokonują się zaś we wstydliwej ciszy.
Jedno jest pewne: jeśli szkoła wygląda bardziej jak marka premium niż instytucja edukacyjna, nie jest to dobre miejsce ani do pracy, ani do nauki.
O szkołach publicznych mówi się często źle, bo podlegają one większej przejrzystości i kontroli społecznej. Są związane procedurami administracyjnymi i wieloma obowiązkami informacyjnymi. Szkoły niepubliczne, dbając niekiedy profesjonalnie o swój PR, nie są transparentne.
Skrupulatnie wybierają sukcesy, którymi chcą się podzielić, i pilnują swoich tajemnic. Wiele szkół nie ma nawet publicznie dostępnych cenników. Wszystkiego niby można się dowiedzieć, ale telefonicznie, po spotkaniu albo po podaniu maila. O dokumentach w publicznym dostępie często można zapomnieć.
A jednak pobierają one środki publiczne, bez – jak widać – pełnego wykonywania publicznych obowiązków. To podejście musi zostać jak najszybciej systemowo zmienione.
Dotacje – tak, ale w zamian za konkretne obowiązki
W tej chwili różnica między stopniem swobody prowadzenia szkoły publicznej i niepublicznej jest bardzo duża i wymaga pilnego zmniejszenia.
Zacząć trzeba od rekrutacji, które muszą stać się w pełni jawne i bazujące, jeśli już, to jedynie na wynikach edukacyjnych. Próby uzyskania w trakcie rekrutacji informacji o stanie zdrowia ucznia, jego neuroatypowościach czy statusie materialnym rodziny, jako przejawy skrajnej nietolerancji, powinny być wręcz karane.
Szkoła musi też być szkołą w pełnym znaczeniu tego słowa, a więc przygotowaną albo do wypełniania wszystkich swoich zadań, albo nieistniejącą wcale. Ma to gwarantować uczniom stabilność.
Zakaz telefonów w szkołach. Czy jest potrzebny?
Dobrze byłoby, gdyby wzór umowy o świadczenie usług edukacyjnych był narzucony odgórnie i gdyby uczeń przyjęty do szkoły miał zagwarantowane prawo ukończenia w niej danego etapu edukacyjnego (np. klasy 4–8 czy całe liceum), bez ryzyka usunięcia ze szkoły, jeśli z jakiegoś powodu nie otrzyma promocji.
W końcu, skoro szkoły – nawet prywatne – wystawiają świadectwa szkolne o publicznym znaczeniu, powinny one być karane za rażące różnice między ocenami końcowoszkolnymi a wynikami egzaminów zewnętrznych. Zakazać należy również jakiegokolwiek publicznego rozpowszechniania wizerunków uczniów, szczególnie w celach marketingowych.
Te wszystkie zmiany są dziś niezbędne i zarazem proste do zrealizowania. Będą oczywiście stanowić dopiero pierwszy krok. Jest to jednak krok konieczny. Również dla samych szkół niepublicznych – szczególnie tych, które w poczuciu misji i odpowiedzialności pochylają się nad uczniami wymagającymi szczególnej troski.

