Są w marketingu politycznym takie zdania, które brzmią jak zaczarowywanie rzeczywistości. „Idziemy do przodu” należy do tego gatunku. Niby nic złego – optymizm, sprawczość, energia. Tyle że rzeczywistość skrzeczy, a kadr ładnie zmontowanej rolki z udziałem ministra nie pomieścił tłumu naukowców, który kilka dni temu stanął pod Sejmem z licznymi transparentami, domagając się zwiększenia nakładów na naukę i traktowania jej jako warunku rozwoju całego kraju.
W ministerialnym podsumowaniu maja usłyszeliśmy, że polska nauka „idzie do przodu”. Były spotkania, rozporządzenia, strona internetowa e‑Granty, rozmowy o pokoleniu Z, komputer kwantowy i „realne pieniądze dla ludzi nauki”. Brzmiało to jak opowieść o państwie, które spokojnie, konsekwentnie i z wizją prowadzi nas ku przyszłości.
Tyle że w tym samym maju polska nauka rzeczywiście poszła… ale pod Sejm…
I może właśnie ten skrót jest najbardziej uczciwy: nauka idzie do przodu wtedy, gdy państwo tworzy jej warunki. Gdy ich brakuje, idzie tam, gdzie może jeszcze zostać usłyszana.
Nauka nie jest sprawą jednego ministra
To nie jest tekst przeciwko ministrowi. Minister nauki może mieć dobre intencje, może prowadzić rozmowy, może przekonywać, może walczyć o środki w ramach możliwości własnego resortu. Problem polega na tym, że sprawa nauki nie może być sprawą jednego ministra. Nie może być tematem oddelegowanym do jednego gabinetu, jednej partii i jednej sejmowej odpowiedzi.
Tysiące lat jedzenia ziemniaków zmieniły ich DNA. Nowe badania naukowców
Nauka jest zbyt ważna, by zostawić ją samej nauce i ministrowi nauki.
Jeśli naprawdę wierzymy, że Polska ma być państwem nowoczesnym, bezpiecznym, konkurencyjnym i odpornym technologicznie, finansowanie nauki musi być decyzją całego rządu. Także premiera. Także ministra finansów. Także tych wszystkich polityków, którzy chętnie mówią o innowacjach, dopóki rozmowa nie schodzi na budżet.
A schodzić musi.
POLSA zażądała milczenia. Polski astronauta: próba cenzury, marginalizowania i uciszania
Dziś nakłady na naukę i szkolnictwo wyższe wynoszą niespełna 1,1 proc. PKB. To poziom historycznie niski i dramatycznie odległy od realnych potrzeb państwa. Tymczasem średnia unijna wydatków na badania i rozwój to ponad 2,2 proc. PKB. W Szwecji, Belgii, Austrii, Finlandii, Niemczech czy Danii wskaźniki te przekraczają albo zbliżają się do 3 proc. PKB.
Można oczywiście powiedzieć, że Polska ma inną strukturę gospodarki i inne uwarunkowania. Ale nie można jednocześnie powtarzać, że chcemy konkurować z najlepszymi, jeśli w najważniejszy zasób przyszłości inwestujemy tak, jakbyśmy godzili się na rolę podwykonawcy.
Polacy chcą zmian w finansowaniu nauki. Chodzi o miliardy
Nauka nie jest dodatkiem do państwa. Jest podstawą i warunkiem rozwoju, innowacyjności i bezpieczeństwa. To infrastruktura bezpieczeństwa, zdrowia, energetyki, obronności, klimatu, przemysłu, cyfryzacji i edukacji. To tutaj powstają kompetencje, których nie da się kupić, gdy nagle okażą się potrzebne. To tutaj kształci się ludzi, którzy odpowiadają za technologie, firmy, szkoły, laboratoria, szpitale i instytucje publiczne.
Dlatego tak groźne jest myślenie, że „jakoś to będzie”. Że jeśli badacze są wystarczająco zdolni, to poradzą sobie mimo wszystko. Że pasja załata dziury w systemie, prestiż zastąpi stabilność, a grant europejski pojawi się nawet wtedy, gdy wcześniej nie było pieniędzy na dane wstępne, aparaturę, konferencje, administrację projektową i zespół.
Nie pojawi się.
Pod Sejmem padło zdanie, które powinno zostać potraktowane jak diagnoza, a nie protestacyjny slogan: „Cud się nie wydarzy”. Jest w nim więcej realizmu niż w wielu urzędowych komunikatach. Nie będzie przełomu, jeśli młody doktor ma wybierać między karierą akademicką a elementarnym bezpieczeństwem finansowym.
Nie będzie konkurencyjności, jeśli doktorant dostaje stypendium niższe od płacy minimalnej. Nie będzie silnej nauki, jeśli świetne projekty przegrywają w konkursach grantowych nie dlatego, że są słabe, lecz dlatego, że pieniędzy wystarcza dla garstki. Nie będzie nowoczesnego państwa, jeśli laboratoria mają funkcjonować w trybie wiecznej prowizorki.
Nie da się też zbudować dobrej dydaktyki na zmęczonych ludziach. Uczelnia to nie tylko profesor przy tablicy i student w ławce. To także doktoranci, pracownicy badawczo‑techniczni, administracja, biblioteki, laboratoria, akademiki, stołówki, system stypendialny, obsługa grantów, umiędzynarodowienie i całe zaplecze, którego nie widać na zdjęciach z konferencji, ale bez którego nauka po prostu nie działa.
„Już mi nikt nie wmówi, że w Polsce da się”. Znana chemiczka pakuje walizki i leci do Azji
Przez lata traktowano je tak, jakby miało istnieć siłą rozpędu. Tyle że rozpęd też się kiedyś kończy. Niezadowolenie osiągnęło masę krytyczną. Naukowcy skandowali: „Koniec gadania, czas finansowania”.
Warto jasno podkreślić: protest naukowców, nauczycieli akademickich, doktorantów, studentów i pracowników uczelni nie jest kaprysem. Nie jest środowiskowym rytuałem ani próbą wymuszenia przywilejów. Jest sygnałem ostrzegawczym – tym poważniejszym, że środowisko akademickie z natury nie jest stworzone do ulicznych demonstracji.
Najdroższy protest to ten, którego nie widać
Naukowcy zwykle protestują inaczej: odchodzą. Do biznesu. Za granicę. Do zawodów, w których kompetencje są wyceniane uczciwiej. Taki cichy protest jest dla państwa najbardziej kosztowny, bo jego skutki widać dopiero po latach. Wtedy okazuje się, że brakuje promotorów, zespołów, następców, ekspertów, laboratoriów i szkół badawczych. Że doktorat staje się etapem przejściowym przed emigracją albo zmianą branży. Że najzdolniejsi studenci patrzą na swoich wykładowców i wyciągają prosty wniosek: piękna praca, ale nie na życie.
Państwo, które do tego dopuszcza, samo rezygnuje z części własnej przyszłości.
Oczywiście można wskazywać pojedyncze działania i przedstawiać je jako dowód zmiany. Dodatkowe miliony tu, program tam, nowe narzędzie, nowe rozporządzenie. Wszystko to jest potrzebne. Tyle że polska nauka nie domaga się dziś, aby nią wyłącznie administrować. Domaga się zmiany skali.
Nie paru milionów rzuconych na uspokojenie emocji, lecz stabilnej, wieloletniej ścieżki dojścia do finansowania odpowiadającego ambicjom państwa.
Jeśli celem ma być 3 proc. PKB, trzeba pokazać mapę dojścia: rok po roku, budżet po budżecie, bez uciekania w ogólniki. Jeśli etapem pośrednim ma być średnia europejska, trzeba powiedzieć, z jakich pieniędzy, w jakim tempie i jakimi instrumentami. Jeśli wynagrodzenia w nauce mają zatrzymać talenty, muszą być powiązane z realnymi wskaźnikami gospodarczymi, a nie zależeć od politycznego nastroju danego roku. Jeśli granty mają budować potencjał, Narodowe Centrum Nauki i cały system finansowania badań muszą otrzymać środki adekwatne do zadań, które państwo im stawia.
Pułapka na Trumpa. Dlaczego Netanjahu nie boi się wściekłości Białego Domu?
Bo dziś mamy w Polsce osobliwy paradoks. Od nauki oczekujemy standardów międzynarodowych, ale zbyt często oferujemy jej warunki lokalnej prowizorki. Chcemy przełomów, ale nie chcemy płacić za ryzyko badawcze. Chcemy technologii, ale oszczędzamy na ludziach, którzy mają je tworzyć. Chcemy innowacyjnej gospodarki, ale badania podstawowe traktujemy jak wydatek, który można odłożyć na później.
Tymczasem później właśnie nadeszło.
Protest pod Sejmem nie powinien być odbierany jako kłopot wizerunkowy. Powinien zostać potraktowany jako darmowa ekspertyza od ludzi, którzy najlepiej widzą, gdzie system pęka. Gdy doktoranci mówią, że nie da się budować przyszłości bez młodych naukowców, mają rację. Gdy pracownicy techniczni i administracyjni przypominają, że bez nich uczelnie nie funkcjonują, mają rację. Gdy studenci mówią, że akademiki, stołówki i stypendia są częścią polityki naukowej, mają rację. Gdy badacze upominają się o środki na badania, mają rację.
Nie chodzi więc o to, żeby państwo przestało liczyć pieniądze. Chodzi o to, żeby zaczęło liczyć także koszty zaniechania.
A te są ogromne: odpływ talentów, słabsze uczelnie, mniej projektów europejskich, gorsze warunki kształcenia, mniejsza zdolność państwa do reagowania na kryzysy i większa zależność technologiczna od innych. To także utrwalanie modelu, w którym Polska mówi językiem centrum, ale finansuje własną naukę jak peryferia.
Dlatego potrzebujemy dziś mniej marketingu politycznego, a więcej odwagi. Mniej komunikatów o postępie, a więcej decyzji budżetowych. Mniej zapewnień, że nauka jest ważna, a więcej dowodów, że naprawdę tak uważamy.
Bo nauka powinna być polską racją stanu. A ta nie może być finansowana resztówką.

