27 maja 2026 roku odbędzie się w Warszawie protest naukowców przeciw niedofinansowaniu polskiej nauki. Napisałbym protest-srotest, ale sam się wybieram i chciałbym zobaczyć, kogo nie będzie.
Tak czy inaczej, powstaje realna szansa na to, że dyskusja o stanie i znaczeniu polskiej nauki dla rozwoju państwa zacznie zataczać szersze niż dotychczas kręgi. Na szansę tę składają się różne inicjatywy i wysiłki bardzo wielu osób – choć wysiłki niekiedy dość przewrotne. I szansy tej nie możemy zmarnować. Szansy przede wszystkim na to, o czym pisałem dwa lata temu – że nauka stanie się ważna dla polityków.
Od afery do afery
Sygnalizowane przez środowisko problemy polskiej nauki nieszczególnie przebijały się do debaty publicznej oraz nie były głównym tematem dyskusji. Jednak ciężka, konsekwentna, dwuletnia praca wykonana przez odpowiadającą za sektor nauki Lewicę zaczyna przynosić efekty.
Kolejne coraz bardziej bulwersujące afery związane z wyrzucaniem z pracy naukowców, obsadzaniem stanowisk w instytucjach naukowych politykami niemającymi z nauką nigdy nic wspólnego, skandale personalne, finansowe i organizacyjne zaczęły przynosić efekt większy, niż wieloletnie lamenty środowiska naukowego – w Sejmie zaczęto o nauce mówić, w mediach zaczęto o nauce pisać, przy piwie o nauce zaczęto rozmawiać.
Bądźmy jednak uczciwi – zawdzięczamy to nie tylko Lewicy. W generowaniu kolejnych afer i skandali, które czynią sprawy nauki tematem interesującym dla społeczeństwa, ministrom Wieczorkowi i Kulaskowi dzielnie sekunduje PSL w osobie wiceminister Marii Mrówczyńskiej, a wzrok odwraca wiceminister Marek Gzik z Koalicji Obywatelskiej.
Dwa lata destrukcji Sieci Badawczej Łukasiewicz, puszczonej w arendę PSL-owi, oraz cykliczne skandale fundowane społeczeństwu przez jej prezesa Huberta Cichockiego – od afery z wiceministrem sprawiedliwości defraudującym paliwo w jednostce naukowej, przez kolejne awantury w Łodzi, Warszawie, Radomiu, Gliwicach czy Wrocławiu – również zaczęły robić swoje. Sprawy nauki stały się głośne – i za to wszystkim wymienionym wyżej, przez zaciśnięte zęby i niekiedy z dalekiej emigracji – dziękujemy.
Nie miejmy złudzeń. Szansa na to, że polska nauka faktycznie stanie się jednym z tematów politycznej dyskusji szybko przeminie. Szansa na to, że polska nauka zacznie być traktowana przez polityków poważnie – nie na poziomie deklaracji, lecz decyzji i działań – przeminie jeszcze szybciej. A przeminie tym szybciej, im wolniej środowisko naukowe będzie się uczyło na własnych błędach. A błędy popełnia trzy, od wielu lat i są to błędy fundamentalne.
Pieniądze – tak, ale…
Błąd pierwszy to proste domaganie się pieniędzy. W oczywisty sposób nakłady na polską naukę są około trzykrotnie niższe, niż być powinny – sensowny standard krajów rozwiniętych to 3-5 proc., w Polsce – około 1 proc. Ale ani polityków, ani wyborców nie przekona się do podniesienia tych nakładów ustawicznym wrzaskiem piskląt z gniazda, że chcą więcej i więcej.
Każdy chce więcej. I każdy potrzebuje więcej. Więcej potrzebuje służba zdrowia, więcej potrzebuje energetyka, więcej potrzebuje edukacja, więcej potrzebuje mieszkalnictwo. Ciągle więcej potrzebuje armia. Dziobów do wykarmienia społeczeństwo ma naprawdę sporo.
Jeśli nasze domaganie się zwiększenia nakładów na naukę ma być po pierwsze uczciwe, po drugie uzasadnione, a po trzecie skuteczne, to trzeba je bezwzględnie powiązać z reformą systemu nauki. Innymi słowy – z obietnicą daną społeczeństwu, które naukę finansuje, że będziemy się zmieniać. Że istniejące w polskiej nauce małe wyspy doskonałości będziemy zamieniać w kontynenty. Że będziemy likwidować patologie obecnego systemu.
Feudalne struktury i zależności. Problem „martwego drzewa” – czyli bezproduktywnych „Tomków” w instytucjach naukowych, o których już pisałem, ale też problem znacznie istotniejszy – coraz szerszej luki generacyjnej i braku atrakcyjnych perspektyw dla młodych pasjonatów nauki.
Problem skostnienia instytucji, które w ramach koncepcji swoich reform wydalają z siebie absurdalne propozycje utworzenia stanowiska „profesora w stanie spoczynku”. Wszystkie te patologie, które sprawiają, że nasze uniwersytety lądują w piątych setkach międzynarodowych rankingów, a ich gronostajni rektorzy są mistrzami świata w tłumaczeniu, jak bardzo te rankingi są niereprezentatywne.
Bardzo symptomatycznym przykładem postawy, którą uważam za błędną, jest skądinąd celny artykuł Dariusza Jemielniaka, wiceprezesa PAN, „Trzy procent. Teraz albo nigdy”. Jemielniak z precyzją ekonomisty pokazuje skalę niedofinansowania polskiej nauki – i mam nadzieję, że jego tekst przeczytali najważniejsi politycy. Ale ani słowem nie wspomina o tym, do czego konkretnie zobowiążemy się za te 3 proc. wobec społeczeństwa. Ani o tym, jak wiele trzeba zmienić w systemie polskiej nauki, by wydawanie tych pieniędzy miało sens. Samym „daj” nikogo do niczego przekonamy – ani polityków, ani społeczeństwa.
Powtarzam po raz kolejny – zwiększaniu nakładów na naukę musi towarzyszyć reforma systemu, bo inaczej gros nowych pieniędzy zostanie po prostu przepalone. Więcej pieniędzy na naukę – TAK, ale jako element kontraktu ze społeczeństwem – my budujemy nowoczesny system nauki, który przyniesie wam korzyści, a wy dajecie nam na to pieniądze. Zaproponujmy społeczeństwu uczciwy kontrakt z nauką. Inaczej nie zasługujemy na wzrost finansowania.
Trzeba rozmawiać
Błąd drugi to wsobność dyskusji o nauce. Naukowcy uwielbiają rozmawiać o niedoskonałościach systemu, uwielbiają obciążać odpowiedzialnością lub formułować oczekiwania wobec abstrakcyjnego „Sejmu” czy „klasy politycznej” – ale niewielu ma odwagę, by zacząć z otwartą przyłbicą, pod własnym nazwiskiem, mówić do i rozmawiać z konkretnymi politykami z konkretnych politycznych partii.
Gdy na portalu X umieściłem infografikę wspierającą wzrost nakładów na naukę do 3 proc., to w niektórych krytycznych do wpisu komentarzach pojawiły się zarzuty, że umieściłem na tej grafice symbole wszystkich sejmowych partii politycznych. Że to mieszanie polityki do nauki. A gdy na zaproszenie Prawa i Sprawiedliwości wystąpiłem na ich konferencji programowej dotyczącej nauki, to moje stwierdzenie, że tak samo przyjąłbym zaproszenie do udziału w konferencji Lewicy i każdej innej partii wywołało więcej niesmaku pozornie apolitycznych naukowców, niż ich refleksji.
Naukowcy, obudźcie się ze swojego wsobnego snu! Jeśli chcecie, żeby politycy nauką się zajęli – w dobrym, nie wieczorkowo-kulaskowym sensie tego słowa, to musicie z politykami się spotykać, rozmawiać z nimi i ich przekonywać! I to ze wszystkimi, bez względu na to, czy ich popieracie, czy nie i bez względu na to, co o nich myślicie.
W Sejmie, który decyduje o nakładach na naukę, nie zasiadają anonimowi sejmiarze. Tam zasiadają członkowie partii politycznych – politycy z krwi i kości – często fałszywi, wredni, narcystyczni i socjopatyczni. A nie niewinne panienki z pensji, które się rumienią na samą myśl o błędzie w oświadczeniu majątkowym albo spuszczają wzrok przechodząc przez drzwi siódmego mieszkania służbowego.
Jeśli chcecie naprawdę w nauce coś zmienić, to przestańcie się anonimowo terapeutyzować na portalach społecznościowych. Musicie znaleźć w sobie odwagę, by wziąć udział w jednej, drugiej i dziesiątej partyjnej konferencji, by rozmawiać z politykami pod własnym nazwiskiem, na scenie, w kuluarach, przy obiedzie i przy piwie. Jeśli ciągle będziecie jęczeć o problemach nauki między sobą, to politycy będą nas traktowali dokładnie tak, jak nas traktują obecnie. I jak obecnie na to zasługujemy.
A jeśli tak bardzo się tych polityków brzydzicie i boicie się zdjęcia w ich towarzystwie, to uwierzcie mojemu doświadczeniu.
Z byłym ministrem Wieczorkiem, pierwszym dymisjonatem rządu Tuska, spotkałem się na korytarzu przed salą sądową, na której stawaliśmy po dwóch różnych stronach. Obaj mamy o co mieć do siebie pretensje. I wiecie co? Wieczorek to jest sympatyczny w rozmowie facet z normalnym poczuciem humoru. Pierwszy wyciągnął do mnie rękę i zapytał, co słychać. Nawet mój adwokat zbaraniał, choć niejedno w życiu widział.
Z byłym ministrem Czarnkiem, który do czasów Wieczorka uznawany był przez niektórych naukowców za wysłańca piekieł, spotkałem się na konferencji PiS. Obaj mamy niewyparzone gęby. I wiecie co? Czarnek to jest sympatyczny w rozmowie facet z ponadprzeciętnym poczuciem humoru. Pierwszy wyciągnął do mnie rękę i zapytał, co słychać.
W obu przypadkach – to jest naprawdę niezły początek do rozmowy o nauce. Przestańcie się brzydzić polityków. Zacznijcie ich przekonywać, spotykać się z nimi i rozmawiać – każdy z was – z kimkolwiek tylko może. A z tymi, z którymi możecie – pijcie piwo. Inaczej nic nie uzyskamy.
Własny interes
Błąd trzeci popełniany przez środowisko naukowe to partykularyzm, koniunkturalizm i zawiść. Miałem w życiu to szczęście, że na względnie szczere rozmowy ze mną pozwoliło sobie kilku polskich ministrów nauki. I bez względu na to, jakie środowisko polityczne reprezentowali, powtarzali to samo. W publicznych debatach i dyskusjach przedstawiciele środowiska naukowego gardłują wniebogłosy o tym, jak bardzo cała polska nauka jest dla nich ważna, jak wiele trzeba w niej zmienić, jak ważni są młodzi, średni, starzy, wysocy, niscy, chudzi i grubi, ci z prowincji i ci ze „stolycy”.
Ale gdy kurtyna opada i siadają sam na sam z tym czy innym wiceministrem lub ministrem nauki, to dobro nauki jako takiej przestaje być ważne. Panie Ministrze, nie dałoby się przekazać naszej uczelni 20 milionów na ten nowy budynek? Wie Pan, tamci też chcą, ale oni robią gorsze badania niż my… Panie Ministrze, z tą reformą PAN-u to ma Pan rację, ale wie Pan, opór u nas będzie duży, może by najpierw jakaś zachęta, na przykład taka profesura w stanie spoczynku? Panie Ministrze, ta prawica to jakieś oszołomy… Panie Ministrze, ta lewica to jakieś komuchy… Panie Ministrze, to jest Warszawka… Panie Ministrze, to jest Krakówek… Panie Ministrze, pan jako pierwszy daje nam nadzieję, za poprzedników to było bardzo źle… Pan jest naprawdę fajny…
Szczerze? Rzygać się chce. A kolejni ministrowie zupełnie słusznie śmieją się z nas jak z dzieci, które trochę popłaczą, ale później jedno dostanie klapsa, drugie cukierka, a od czerwca do października i tak będą na wakacjach.
Reforma nauki: śmieszno‑straszny sen o tym, co możliwe
Jeśli chcemy zmienić system polskiej nauki, to te trzy błędy musimy wyeliminować.
A oprócz tego musimy odpowiedzieć sobie i przede wszystkim polskiemu społeczeństwu na dwa brutalnie szczere pytania:
Czy domagając się wzrostu finansowania, domagamy się pieniędzy dla polskich naukowców w ramach obecnego systemu, czy dla polskiej nauki w ramach systemu, który zbudujemy i z którego będziemy dumni?
Czy domagając się wzrostu finansowania domagamy się po prostu wyższych pensji, czy jesteśmy w stanie obiecać polskiemu społeczeństwu kontrakt, który uczyni nasze potrzeby pilniejszymi, niż potrzeby służby zdrowia, edukacji, energetyki czy mieszkalnictwa?
Moje odpowiedzi są jasne: nie chcę pieniędzy dla naukowców, chcę pieniędzy dla nauki. Nie chcę pieniędzy na obecny system. Chcę zbudować nowy.
A kogo ze środowiska naukowego 27 maja pod Sejmem nie będzie – temu wstyd.

