Reklama
Reklama
Reklama

Zaczęło się od wędek taty. Dziś Beata wyciąga z Wisły gigantyczne sumy

Wędkarstwo jest pasją Beaty. 30-latka przełamuje stereotypy.
Wędkarstwo jest pasją Beaty. 30-latka przełamuje stereotypy. (fot. archiwum prywatne / Shutterstock)

Wędkarstwo? Mężczyzna, termos, krzesełko i kilka godzin ciszy nad wodą. Beata Wojewoda burzy ten obrazek. 30-latka w sieci pokazuje wielkie sumy, samotnie rusza nad Wisłę, która kiedyś omal jej nie zabiła, i regularnie czyta, że kobieta takich ryb sama łowić nie może. Ktoś stwierdził nawet, że pod wodą podczepia je płetwonurek. – Ile bym ich nie złowiła, ciągle będzie mi umniejszane – mówi Beata.

  • Beata Wojewoda, znana w sieci jako „Hej, tu Rybka”, wędkuje od dziecka. Do pasji wróciła jako 26-latka, gdy po rozstaniu znalazła stare wędki swojego ojca.
  • Choć łowi wielkie ryby i ma za sobą walkę z sumem o długości ponad 2,3 m, wciąż mierzy się ze stereotypami.
  • Wisła jest dla niej drugim domem, ale też rzeką, która nauczyła ją pokory. Zimą Beata wpadła do niej po szyję, innym razem przez dwie godziny ukrywała się na drzewie przed lochą z młodymi.

Wędkował Beaty tata. Wędkowała babcia, która była strażniczką wałów i całe życie miała blisko do wody. Wędkował też pradziadek. 30-latka ma pięcioro rodzeństwa, ale z całej szóstki tylko ją ciągnęło nad rzekę.

– Rodzeństwo tego nie czuje. Nie lubią się ubrudzić, nie lubią błota, zapachu ryby. Ja to kocham.

Jedno z jej pierwszych wspomnień to Wisła, drewniana krypa i ojciec, któremu pomaga podebrać dużego karpia.

Reklama
Reklama

Potem przyszły szkoła, dorosłość, rodzina. Wędkarstwo przesunęło się gdzieś na bok. Wróciło, kiedy miała 26 lat i rozstała się z partnerem.

– Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Zobaczyłam stare, zardzewiałe wędki mojego taty. Pomyślałam: może wybiorę się na ryby?

Do Wisły miała bardzo blisko. Wzięła wędki, poszła nad rzekę. Spławik ze styropianu zrobił jej ojciec.

Złowiła rybę i coś kliknęło.

Kobieta zaczęła robić zdjęcia połowów, później nagrywać filmy i wrzucać je do sieci. Dzisiaj działa tam jako „Hej, tu Rybka”. Wtedy nie miała jeszcze wielkiej wiedzy ani imponującego arsenału sprzętu. I być może właśnie dlatego ludzie chcieli to oglądać.

– Wędkowałam bardzo naturalnie. Jakieś stare kije. Nie szłam w tę nowość. Zanęcałam tym, co było: ziemniaki po obiedzie, ser, pęczak, gotowana kukurydza.

Tata podpowiadał. Miał za sobą sześćdziesiąt lat wędkowania, sam wcześniej łowił czasem „po staremu”: kij z leszczyny, żyłka, proste metody. Beata zaczęła podobnie. Później postawiła sobie pierwszy konkretny cel – złowić suma dla ojca.

Mężczyzna był już chory, nie mógł chodzić nad wodę, ale bardzo lubił ryby. Ona kupiła w sklepie wątróbkę z kurczaka, założyła ją na hak, zabezpieczyła pończochą, żeby nie spadła, i poszła łowić. – Nikt we mnie nie wierzył, nikt nie wierzył, że złowię większą rybę.

Reklama
Reklama

A jednak.

– Przyniosłam suma do domu. Tata był ze mnie bardzo dumny.

Potem przyszedł czas na szczupaka. Beata odkrywa też inną metodę połowu – spinning.

Płetwonurek „podczepia” jej ryby

Wędkarstwo przez lata miało bardzo konkretny obrazek. Mężczyzna, krzesełko, termos, cisza. Kobieta mogła co najwyżej przyjechać z nim nad wodę.

Beacie taka wizja nie pasuje.

Nie tylko łowi, ale robi to skutecznie. Jeździ sama, nocuje nad wodą, poluje na drapieżniki, wyciąga duże ryby. Nie wszyscy w sieci wierzą jednak, że osiąga to sama.

– Spotykam się z tym regularnie. Myślę, że ile bym ryb nie złowiła, jakich rekordów nie wyciągnęła z wody, ciągle byłoby mi umniejszane. Kobietom jest ciągle umniejszane.

Reklama
Reklama

Najbardziej podoba mi się jedna z „teorii”. Ta o płetwonurku.

– Zarzucano mi, że podhacza mi ryby! (śmiech)

Kiedyś próbowała odpowiadać hejterom. Dzisiaj nie widzi w tym większego sensu.

– Jestem już na takim etapie wędkarstwa, że nie chcę nikomu udowadniać, co potrafię, a czego nie. Skupiam się na mojej pasji.

Jej zdaniem w części komentarzy pobrzmiewa zwyczajna zazdrość.

– Niektórzy mężczyźni nie dają wiary, że kobieta może to lubić, że może wyciągać takie ryby.

Sama zresztą też opowiada o sobie językiem stereotypów. Śmieje się, że ma „jedną trzecią mężczyzny w charakterze”, potem poprawia to na „męską energię”. Chodzi jej o odporność na niewygody.

– Nie przeszkadzają mi robaki, zimno. Nie jest mi źle, kiedy prześpię się w bagażniku.

Ten ostatni woli nawet od namiotu. Nie trzeba rozkładać łóżka ani całego obozowiska. Jest jeszcze jedna sprawa.

– Jako kobieta muszę myśleć o bezpieczeństwie. W samochodzie, kiedy jestem zamknięta, tak się właśnie czuję.

Zmienia się za to samo wędkarstwo. Beata widzi coraz więcej kobiet pokazujących swoje połowy w sieci. Dostaje też od nich wiadomości: jak zacząć, jaki sprzęt wybrać, na co łowić.

– Kobiety patrzą na jakąś wędkarkę i myślą: „O kurczę, fajnie łowi, pokazuje się, nie przejmuje się niczym. To ja też idę” – mówi Beata.

Reklama
Reklama

Branża zauważyła klientki. Pojawiły się serie sprzętu kierowane do kobiet. Także różowe.

Beata jest ich fanką. – Ja się śmieję, że teraz jest tak, że kobieta idzie ze swoim facetem na ryby. Niedługo będzie tak, że facet będzie chodził z nią.

Na razie sama nazywa się „samotną rybką”. Wędkarskiej kumpeli wciąż szuka.

Zdradliwa Wisła

Beata wychowała się nad Wisłą. To jedna z bardziej zdradliwych polskich rzek.

– To tam czuję się, jakbym była w domu. Kocham tę naturę, szum wody. Wisła to życie, choć uczy mnie dużo pokory. To trudna rzeka. Nie jest jak dołek, gdzie pójdę i szybko złowię rybkę. Uczy mnie szacunku, żeby nie być takim pewniakiem w życiu.

Jako dziecko słyszała historie ludzi, którzy nad Wisłą zginęli. Jeden chłopiec z jej wsi miał wejść do rzeki po zabawkę i już nie wrócić.

– Pamiętam, jaki to był dla nas szok.

Kilka lat temu przekonała się o niebezpieczeństwie Wisły bardzo dosłownie. Była zima, może 10 stopni na minusie. Beata poszła na spacer nad rzekę. Chodziła po plaży. Podeszła do ciemniejszego fragmentu przy wodzie. Pomyślała, że skoro tak mocno mrozi, piasek musi być zamarznięty.

Nie był. Grunt się pod nią osunął. Wpadła do Wisły po szyję.

Wtedy pojawiła się myśl: zaraz tutaj zamarznę. Wiedziała, że musi pozbyć się mokrych ubrań.

Reklama
Reklama

– Wygrzebałam się z tej wody, zostawiłam kalosze i na bosaka pobiegłam do domu. Po trzydziestu sekundach przestałam czuć ciało. Biegłam do domu, wiedziałam, że muszę się ruszać.

– Wszystko mnie szczypało, wszystko bolało.

Wisła oszukuje. Człowiek idzie i przez kilkanaście metrów ma wodę do kostek, a kolejny krok może oznaczać nagle kilka metrów głębokości. Dno pracuje, a świeżo naniesiony piasek nie jest twardym gruntem.

– Kto jej nie zna, kto z nią nie obcuje, nie zna wody, nie umie jej czytać, może stracić życie. Często miałam tak: idę na pewniaka, woda do kostek, i nagle robi się głęboko.

Do tego wiry. Pamięta takie, które miały po kilka metrów. – Możesz świetnie pływać i nic ci to nie da.

Ryba cięższa od niej

Ryba bierze? Wtedy kończy się spokój.

Na jednym z niedawno udostępnionych w sieci nagrań Beata walczy z ogromnym sumem. Okaz ma ponad 2,3 m długości. Wędkarka zapiera się nogami, drapieżnik ciągnie, ona próbuje utrzymać równowagę. To, co trafiło do internetu, było tylko częścią całej walki.

– Ta ryba mnie przewracała. Miałam potłuczone nogi i zakwasy przez kilka dni.

Pomagał jej kolega. Dopiero na płytszej wodzie udało się doholować suma i chwycić go za pysk.

– Sama bym nie wyholowała takiej ryby. Ona waży więcej ode mnie.

Reklama
Reklama

 

Wróćmy jeszcze na chwilę do spinningu. Beata tłumaczy go tak: – Jedziesz ileś kilometrów nad wodę, rzucasz sztuczną rybką, żeby prawdziwa ją połknęła, a na końcu nie zjadasz tej prawdziwej, tylko wypuszczasz ją z powrotem.

Cisza

Nad Wisłą Beata jest zwykle sama. – Człowiek zapomina o bożym świecie. Ja nie myślę o niczym. Jestem wyciszona.

30-latka za rybami właściwie nie goni.

– Nie mam stresu, że muszę złowić. Po prostu cieszę się z przebywania w naturze.

Nie denerwuje się, kiedy ryby nie biorą. Emocje zaczynają się dopiero wtedy, gdy poczuje je na wędce. – Ciśnienie wzrasta, serce mocniej bije. Jest ta ryba i wybuch dopaminy.

Mówi, że właśnie dlatego namawia do wędkarstwa dzieci i młodzież. Piszą też mężczyźni z pytaniem, jak przekonać partnerkę do wspólnego łowienia.

– Mam rozwiązanie: różowy sprzęt.

A młodym ludziom przedstawia jeszcze jeden argument.

– Nie ma pieniędzy na głupoty. Na używki, alkohol, papierosy. Idź w wędkarstwo, nie będziesz miał pieniędzy (śmiech).

Może zainteresuje Cię także:

Źródło: Zero.pl
Aleksandra Cieślik
Aleksandra CieślikReporterka i wydawczyni
Reklama
Reklama