Zapach płonących hałd, dziesiątki kominów na horyzoncie i stopniowo zamykane kopalnie – to dzieciństwo i młodość Dariusza. Wizyta na żydowskim cmentarzu w wieku 18 lat zmienia wszystko i sprawia, że mężczyzna odkrywa Śląsk po swojemu – kawałek po kawałku, z uważnością na historie, których nie usłyszał w szkole.

- Pierwszy pocałunek Dariusz przeżywa na żydowskim cmentarzu w Zabrzu. Po latach wraca tam jako historyk, znający losy setek pochowanych osób.
- W szkole nie poznaje wielokulturowego Śląska. Jego niemiecką i żydowską przeszłość odkrywa sam – na nagrobkach i starych pocztówkach.
- Kopalnia nie tylko dawała pracę, lecz także organizowała życie całych rodzin. Gdy ją zamykano, razem z nią znikał świat budowany przez pokolenia.
- Reportaż z wakacyjnego cyklu Zero.pl „Polska od środka”. Prezentujemy w nim historie osób pielęgnujących tradycję i pokazujących różnorodne oblicze naszego kraju. To ostatnia publikacja.
– Tu możemy policzyć, tylko na tym jednym fragmencie krajobrazu na zdjęciu, ile jest kominów. Czterdzieści. Dzisiaj pozostały dwa – mówi Dariusz Walerjański, historyk, do zgromadzonych słuchaczy podczas spaceru w Zabrzu. W dłoni trzyma fotografię z lat 30. XX wieku.
W tych dwóch liczbach można właściwie zamknąć sporą część historii Górnego Śląska ostatnich dekad, choć Walerjański woli tego nie robić. Otwiera kolejne drzwi, zagląda za kolejne mury i sprawdza, co zostaje po drugiej stronie z tego, co z dawnego bytu pochodzi.

Widoczne w oddali kominy. (fot. archiwum prywatne)
Nietypowa randka
Pierwszy taki mur przeskakuje, kiedy ma 18 lat. Jest wiosenne popołudnie, dziewczyna, pierwsza miłość i randka, która ma wyglądać jak zwykły spacer po Zabrzu, choć on od początku ma jeszcze jeden plan.
– Słyszałem wcześniej, że gdzieś w mieście znajduje się stary cmentarz żydowski, ale ludzie nie potrafią powiedzieć, gdzie go szukać, podać dokładnego adresu.
Walerjański lubi wtedy malować, ciągnie go do starych, opuszczonych miejsc i – jak dziś mówi – z natury jest romantykiem, więc proponuje dziewczynie dłuższy spacer do jednej z dzielnic Zabrza.
Chodzą po okolicy, aż trafiają na stary cmentarz, z bramą i nagrobkami, tylko że niemal wszędzie stoją krzyże. Osiemnastolatek wie już wystarczająco dużo, żeby zorientować się, że coś tu nie gra. Zaczyna się rozglądać i pośrodku nekropolii widzi dziwny mur.
– Nierówny, poszarpany, raz wyższy, raz niższy, zupełnie niepodobny do zwykłego ogrodzenia. Pomyślałem, że coś za nim musi być.
Prosi dziewczynę, żeby poczekała, podchodzi bliżej i przeskakuje. Kiedy po drugiej stronie podnosi głowę, widzi wielkie grobowce przypominające antyczne świątynie, kolumny, nazwiska zapisane po niemiecku, a kiedy spogląda pod nogi, orientuje się, że stoi na kamiennej płycie z pozłacanymi literami, których nie potrafi przeczytać.
Hebrajski.
– Wtedy zrozumiałem, że to jest to miejsce – „żydowska Atlantyda”, o którym ludzie opowiadają.
Cmentarz jest zarośnięty, między nagrobkami widzi ścieżki wydeptane przez ludzi przedostających się tam nielegalnie, żeby napić się alkoholu albo po prostu wejść do miejsca, które wygląda inaczej niż reszta miasta. Walerjański szybko wraca na drugą stronę muru. Dziewczyna przeskakuje razem z nim.

Żydowski cmentarz w Zabrzu. (fot. archiwum prywatne)
On krąży pomiędzy wielkimi nagrobkami, ogląda, czyta to, co potrafi odczytać, próbuje zrozumieć, co właśnie odkrył, aż w pewnym momencie ona łapie go, zatrzymuje i całuje.
– Pierwszy pocałunek. Świat zawirował, to wszystko było takie kosmiczne, nie wiedziałem, co mam robić.
Po latach, kiedy oprowadza ludzi po tym samym cmentarzu, niektórzy znają już tę historię i pytają nawet, w którym dokładnie miejscu się wydarzyła. On odpowiada, śmieje się, ale zaraz dodaje, że tamtego dnia zaczyna się też inna historia, znacznie dłuższa niż młodzieńcza miłość.
– Wiedziałem, że z tym miejscem muszę coś zrobić. Ono nie może tak wyglądać.

Dariusz Walerjański. (fot. archiwum prywatne)
Hałda z kolegami
Zanim jednak jest cmentarz, są hałdy.
Gdy pytam Walerjańskiego, dokąd zabrałby mnie w Zabrzu jako chłopiec, bez większego namysłu odpowiada, że poszlibyśmy na hałdę – taką „kupę pustych kamieni” przypominającą piramidę, jedną z tych sztucznych gór usypywanych z tego wszystkiego, co kopalni przestaje być potrzebne – kamieni, odpadów, resztek drewna, całego poprzemysłowego materiału, który z punktu widzenia zakładu jest już właściwie śmieciem.
Chodzi tam z dwoma kolegami, budują obozy z kamieni i urządzają wyprawy i spoglądają na cały ten śląski przemysłowy krajobraz, obawiając się, aby nie spotkać tych, którzy to miejsce wybrali na swój dom, nazywanych „obszarpańcami”.

Hałda Szarlota. (fot. archiwum prywatne)
– Najważniejsze jest wejście na szczyt, bo z góry można zobaczyć, co znajduje się za horyzontem. Świat, który oglądamy, nie jest szczególnie kolorowy. Ot, szarość, dym, kopalnie i kominy.
Niektóre hałdy wyglądają niemal jak powierzchnia Marsa.
– Tak „martwa” jest ziemia, choć tam, gdzie tylko to możliwe, przebijają się zieleń i najbardziej odporne rośliny. Hałdy potrafią też płonąć, a kiedy płoną, wydzielają charakterystyczny zapach, którego do dziś nie zapomnę.
Dzieciństwo Dariusza to nie tylko zapach, lecz także dźwięk kopalń i zakładów pracujących bez przerwy.
„Bez godonia”
Walerjański rodzi się w 1969 r., ale jego rodzice nie są Ślązakami. Ojciec przyjeżdża spod Warszawy, bo tu są praca i przemysł, matka ma korzenie na Kresach.
– W domu „nie godo się” po śląsku, za to na stole pojawiały się kutia albo ryba po żydowsku. U kolegów świąteczne jedzenie jest inne i jako dzieci po prostu wymienialiśmy się potrawami. Śląsk zawsze z tego słynął, że był otwarty na obcych, którzy poprzez zadomowienie z czasem stawali się naszymi sąsiadami – tutejszymi. Śląsk był tolerancyjny, to było pogranicze, taki tygiel, w którym te wszystkie różne kultury i ludzie się mieszali.

Śląsk. (fot. archiwum prywatne)
Tyle że tego tygla młody Dariusz niekoniecznie uczy się w szkole. Tam Polska jest znacznie prostsza, bardziej jednorodna, pozbawiona wielu warstw, które Walerjański zaczyna później odkrywać na własną rękę. Śląski język nazywa się gwarą, kojarzy się go z robotnikiem i czymś gorszym.
– Dzieci, które godoły, dostawały uwagi albo słabsze stopnie, bo miały nauczyć się mówić „poprawnie”.
Pamięta koleżankę z bardzo śląskiej, robotniczej rodziny, która cały czas „godo”, i własne dziecięce zakłopotanie, czy wypada się z nią pokazać, skoro mówi właśnie w ten sposób. Dopiero później rozumie, jak wiele podobnych rzeczy zostaje ludziom wpojonych nie przez wielkie polityczne deklaracje, lecz przez drobne gesty, szkołę, zawstydzanie i sugestie, że czyjaś mowa, historia albo rodzinny zwyczaj są mniej wartościowe.
„Hindenburg O.S.”
Cmentarz żydowski otwiera w nim tę ciekawość jeszcze szerzej.
– Po jego odkryciu zacząłem pisać do instytucji, szukać ludzi, którzy mogliby coś więcej powiedzieć. Trafiłem do Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, gdzie poznałem Jana Jagielskiego, którego z czasem zacząłem nazywać mistrzem. To on uczył mnie podstaw hebrajskiego.
Jako dwudziestokilkulatek jeździ z Zabrza do Warszawy i sam wspomina, że stolica jest dla niego wtedy innym światem: za dużym, tłocznym, pełnym szerokich ulic i ludzi, ale właśnie tam dostaje narzędzia do czytania własnego miasta.
Do tego dochodzą studia historyczne. Wtedy do mężczyzny zaczyna docierać, że historia miejsca, w którym mieszka, nie mieści się w wersji, której go uczą.
– Czułem podskórnie, że ktoś mi o czymś nie mówi. Znalazłem stare pocztówki i rozpoznałem budynek, który stoi w Zabrzu do dziś, tylko że na fotografii widnieje napis „Hindenburg O.S.”. Zacząłem pytać, co to znaczy, i odkryłem, że Zabrze nosiło taką nazwę.
Walerjański pracę magisterską poświęca „swoim Żydom zabrzańskim”, jak dzisiaj mówi o ludziach pochowanych na cmentarzu, który znalazł jako 19-latek. Spoczywa tam około 1200 osób.
– Myślę, że siedemset bardzo dobrze „znam” – daty urodzenia, życiorysy, żony, mężowie, dzieci.
Najbardziej interesują go właśnie te zwyczajne, prywatne historie, te z „ludzką twarzą”.
– O mężczyźnie Izaaku, który ma siedemnaścioro dzieci. O wdowcu, który po śmierci żony już nigdy się nie żeni i na nagrobku każe zapisać, jaka była piękna, niezwykła, jak bardzo ją kochał. To ludzka twarz, ona jest najciekawsza.

Żydowski cmentarz w Zabrzu. (fot. archiwum prywatne)
Bardzo smutny czas
Przychodzą lata 90. i transformacja. Śląsk przemysłowy stoi kopalniami, hutami, koksowniami, zakładami chemicznymi, w których przez pokolenia pracują całe rodziny, dlatego nie da się traktować zamykania kolejnych kopalń wyłącznie jak likwidacji przedsiębiorstw. Kopalnia jest pracodawcą, ale równocześnie organizuje życie człowieka po pracy, finansuje dom kultury, sport, wypoczynek, buduje wspólnotę i rytm dnia.
– Taka kopalnia była jak matka. To był bardzo smutny czas, wielkie, wielkie dramaty. Nie wszyscy umieli sobie z tym poradzić. Górnik, który przez całe życie pracuje pod ziemią, nagle słyszy, że jego wiedza i fach przestają być potrzebne. Dostaje odprawę, tylko że pieniądze nie odpowiedzą mu na pytanie, co ma teraz robić.
„Umierają” domy kultury, ośrodki sportowe, instytucje utrzymywane przez zakład.
– Sam budynek kopalni szybko pustoszeje, przychodzą złomiarze i wyciągają wszystko, co można spieniężyć. Ludzie płakali. Przychodzili, stawali i patrzyli, bo „mój tata, mama, babcia, dziadek tam pracowali”.
Przemysł narzuca też pewien porządek, który Walerjański łączy z dobrze znanym stereotypem śląskiej dyscypliny pracy. W kopalni wszystko musi zazębiać się jak w zegarku, nie można spóźnić się na zjazd, bo pod ziemią bezpieczeństwo zależy od przestrzegania reguł i od tego, czy inni wykonują swoją pracę dokładnie wtedy, kiedy powinni.

Krajobraz Śląska. (fot. archiwum prywatne)
Stare i nowe
Mężczyzna mówi o transformacji jako o czasie szarym, trudnym i pełnym smutku.
– Stare odchodziło, a nowe przychodziło, ale to nowe na początku nie miało szacunku do tego, co tutaj odziedziczyliśmy. Dzisiaj Śląsk próbuje ten świat odzyskać, choć często odzyskuje już tylko ślad. Wiele cennych miejsc czy obiektów zostało bezpowrotnie straconych – „zbulonych”, jak mawiają na Górnym Śląsku. Po śląsku oznacza to zepsuć, rozwalić lub zburzyć.
Walerjański pracuje w Muzeum Górnictwa Węglowego w Zabrzu, które dokumentuje obiekty przemysłowe, skanuje je w 3D, zachowuje to, czego fizycznie czasem nie da się już uratować, i próbuje sprawić, żeby przyszłe pokolenia mogły przynajmniej zobaczyć miejsca, które dla jego pokolenia są czymś tak zwyczajnym, że nikt nie myśli o nich jak o zabytkach.
– Wystarczyło wyjść na balkon i było widać dymiące kominy. Dzisiaj już nie ma tych szybów – nawiązuje do fotografii z początku artykułu.
W rozmowie po raz kolejny, już na sam koniec, wraca wątek wielokulturowości.
– Nie sposób zamknąć Śląska w sztywne ramy ani opowiedzieć od początku do końca. Można tylko odsłaniać go po kawałku i sprawdzać, co jeszcze zostaje po drugiej stronie muru. Śląsk to kraina na pograniczu kultur i historii, gdzie ważne są cztery cechy: język, pamięć, wielokulturowość i zakorzenienie – podsumowuje Dariusz Walerjański.

