
Poziom wody spada, pomosty zostają na lądzie, a formalna linia brzegu Jeziora Powidzkiego wciąż nie została ustalona. Plany ratowania jezior są, samorządy deklarują gotowość do działania, ale kolejne decyzje i procedury ciągną się miesiącami. Po latach dyskusji wokół Pojezierza Gnieźnieńskiego coraz częściej pada więc pytanie: kiedy wreszcie zacznie się realne działanie?
- Marcin Zręda od lat dokumentuje, jak zmienia się Jezioro Powidzkie. W miejscach, gdzie kiedyś była woda, dziś pojawiają się mielizny i wyspy.
- Jaz w Giewartowie, którym dawniej regulowano odpływ z jeziora, od lat stoi na suchej łące. Jego status ma znaczenie w sporze o ustalenie linii brzegu.
- Samorządy chcą wykorzystać wodę z Warty do szybszego napełnienia zbiorników po kopalniach odkrywkowych. Pierwszy etap przedsięwzięcia ma kosztować około 35 mln zł.
- Lokalni samorządowcy wskazują jednak na przeciągające się procedury. Jak relacjonuje radny gminy Powidz, Marek Pietrowicz, termin wydania jednej z kluczowych decyzji był przesuwany kilkukrotnie.
Marcin Zręda w Powidzu spędza wiele czasu. Chcąc szerzyć świadomość na temat wysychających jezior Pojezierza Gnieźnieńskiego, pisze do redakcji naszego portalu. Tak się składa, że w Zero.pl temat ten poruszyliśmy 7 sierpnia.
Tak oto po raz kolejny przyglądamy się temu problemowi.
A są ku temu powody.
Pojezierze Gnieźnieńskie wysycha. Są akweny, w których poziom wody w ciągu 60 lat spadł o kilka metrów, a linia brzegowa innych cofnęła się o kilkaset metrów.
Kto jest winny?
Ministra klimatu i środowiska, Paulina Hennig-Kloska, zapytana przez Zero.pl o wysychanie jezior Wielkopolski, wspomniała o suszy hydrologicznej i wysokich temperaturach powodujących parowanie naturalnych i sztucznych zbiorników wody.
– A na terenie Pojezierza Gnieźnieńskiego mamy dodatkowe czynniki powstałe w wyniku wydobywania węgla brunatnego na tym terenie przez ponad 70 lat oraz oczywiście urbanizację terenu, mamy np. dużą bazę wojskową o charakterze międzynarodowym – powiedziała Hennig-Kloska.
Mieszkańcy od lat alarmują, że zanik jezior uderza także w lokalną gospodarkę. Tego procesu wciąż nie udało się zatrzymać.
Powidz w sercu
Marcin Zręda nie jest hydrologiem, samorządowcem ani działaczem ekologicznym. Z Powidzem związał się ponad 40 lat temu.
– W latach 80. zacząłem przyjeżdżać tu na wakacje. Można powiedzieć, że zakochałem się w Powidzu co najmniej dwa razy. Raz w jeziorze i okolicy, a w drugim przypadku Powidz pełnił rolę miejsca zakochania – opowiada Zero.pl.
Przez te lata obserwował, jak zmienia się Jezioro Powidzkie. Paradoksalnie, jak mówi, czasem łatwiej dostrzec to turystom wracającym raz w roku niż mieszkańcom, którzy widzą wodę codziennie.
– Przyjeżdżasz po roku i nagle widzisz, że pojawiła się wyspa albo mielizna w miejscu, w którym wcześniej jej nie było. Turyści reagują na to bardzo emocjonalnie. Słychać na plaży rozmowy: „Co się dzieje z jeziorem? Z naszym jeziorem?”. Ludzie pytają nawet, ile jeszcze lat będą mogli tutaj przyjeżdżać.
Zręda opowiada o znajomych, którzy 20 lat temu wybudowali dom tuż przy jednym z okolicznych jezior. Dziś od wody dzieli ich ok. 150 m.
Z tych obserwacji wyrósł fanpage „Powidz – Tu się wraca” opowiadający m.in. o historii, legendach i okolicach Jeziora Powidzkiego, ale poruszający też temat sytuacji hydrologicznej.
– Ludzie, którzy przyjeżdżają do Powidza, często nie traktują go jako kolejnego przypadkowego miejsca na wakacje. Jak ktoś się kiedyś w Powidzu zakochał, to po prostu tutaj wraca. Stąd nazwa fanpage'a. A temat ilości wody bardzo rezonuje, bo ludzie przyjeżdżają po roku i widzą, że znowu jej brakuje. Próbują zrozumieć, co się dzieje.

Jeden z pomostów na Jeziorze Powidzkim. (fot. archiwum prywatne / Marek Zręda)
Gdzie właściwie kończy się jezioro?
Jednym z najbardziej zaskakujących wątków, na które Zręda natrafił podczas przekopywania dokumentów, jest linia brzegu Jeziora Powidzkiego. Formalnie wciąż jej nie ustalono.
Spór dotyczy m.in. tego, czy jezioro należy traktować jako podpiętrzane. W Giewartowie znajduje się jaz, którym dawniej regulowano odpływ wody. Problem w tym, że dziś urządzenie nie ma kontaktu z jeziorem.
– Od wielu lat ten jaz stoi na łące, a nie w jeziorze. Jest po prostu suchym jazem – mówi Zręda. – I trwa spór. Jedni mówią, że jezioro jest podpiętrzane, bo jest jaz. Ale jeżeli ten jaz stoi na łące i woda od wielu lat do niego nie dochodzi, to o czym my mówimy?
Sprawa brzmi jak administracyjny szczegół, ale ma bardzo konkretne konsekwencje. Cofająca się woda odsłania kolejne fragmenty dawnego dna. Jednocześnie od formalnego przebiegu brzegu zależą decyzje dotyczące gruntów i zabudowy.
– Jak ktoś kupił działkę i chce się wybudować przy jeziorze, to od którego miejsca ma mierzyć odległość? Gmina ma problem: przyjąć linię brzegową sprzed 20 lat? Założyć, że woda wróci? A może nie wróci? – pyta Zręda.
Postępowanie w sprawie ustalenia linii brzegu Jeziora Powidzkiego na terenie gmin Powidz i Ostrowite prowadzi minister infrastruktury. W lipcu 2025 r. resort je zawiesił, uznając, że najpierw trzeba rozstrzygnąć, czy jezioro jest podpiętrzane. Gmina Ostrowite, będąca stroną postępowania, zażądała uchylenia tej decyzji i ustalenia linii brzegu. 29 maja 2026 r. minister infrastruktury uchylił własne postanowienie o zawieszeniu postępowania, co oznacza, że sprawa ruszyła ponownie.
Dla Zrędy ta historia to coś więcej niż problem z jedną urzędową procedurą.
– To takie małe kamyczki składające się na cały obraz. Ludzie widzą wiele drobnych decyzji urzędniczych lub ich brak, które zwiększają frustrację i liczbę pytań.
Miesiąc bez pomiarów
Zręda z zawodu jest informatykiem. Gdy zaczął interesować się poziomem Jeziora Powidzkiego, ściągnął publikowane co miesiąc biuletyny hydrologiczne i ucyfrowił dane z kolejnych lat.
W lipcu 2026 r. średni stan wody Jeziora Powidzkiego na stacji Powidz wyniósł 382 cm – to najniższy wynik w zestawieniu obejmującym lata 2009–2026 (IMGW-PIB, Biuletyn PSHM, tablica „Stan i temperatura wody jezior”). Dla porównania – w lipcu 2012 r. były to 492 cm.
W wieloletniej serii mężczyzna znalazł coś jeszcze.
– Od 2009 r. wyniki publikowano co miesiąc. Tylko w 2016 r. zrobiono miesięczną przerwę. W tym czasie zmieniono punkt odniesienia. Gdy wyniki wróciły, porównywano je już z inną średnią.
Zapytaliśmy IMGW, z czego wynikała przerwa w publikacji danych i na jakiej podstawie zmieniono wówczas wartości referencyjne.
„W związku ze zmianami organizacyjnymi program ten został wstrzymany. Opracowania te dotyczyły bilansów wodnych jezior oraz pomiarów termiczno-tlenowych. Natomiast pomiary stanów wody dla Jeziora Powidzkiego były prowadzone i są dostępne w IMGW-PIB” – czytamy w odpowiedzi.
Zmieniły się wartości charakterystyczne NNW, SSW i WWW, czyli punkty odniesienia, z którymi zestawiano bieżący poziom wody. IMGW tłumaczy tę zmianę aktualizacją okresu, z którego oblicza się te wartości.
Czy dane dotyczące stanu wody Jeziora Powidzkiego sprzed i po zmianie wartości referencyjnych można bezpośrednio porównywać? Według IMGW tak.
Tymczasem dostrzeżenie zmian w jeziorze coraz częściej nie wymaga już tabel.
– Pojawiają się mielizny i wyspy w miejscach, których nie było nawet na profesjonalnych mapach głębokościowych. To zmienia się na tyle szybko, że te mapy trzeba aktualizować – mówi Zręda.
– Znajomy ma pomost, przy którym stoją łódki. Co roku mniej łódek może przy nim stać, bo jest coraz płycej i coraz więcej trzcin. To wizualnie przemawia najbardziej, bo po prostu widać, gdzie kiedyś była woda – dodaje.

Oto jak na przestrzeni lat zmieniał się poziom wody w Jeziorze Powidzkim. (fot. archiwum prywatne / Marek Zręda)
„Nie czekaliśmy z założonymi rękami”
To, co Zręda od lat dokumentuje na zdjęciach, mapach i wykresach, dla lokalnych władz jest już problemem, na który mieszkańcy oczekują konkretnej reakcji.
– Co z nimi będzie? Czy można jeszcze coś zrobić? Kiedy wreszcie zacznie się działanie? Takie pytania padają od kilku lat, ale ostatnio coraz częściej – mówi w rozmowie z Zero.pl Jakub Gwit, wójt gminy Powidz.
Choć formalnie zarządzanie jeziorami leży poza kompetencjami samorządu, wójt podkreśla, że dla Powidza nie jest to problem, który można pozostawić wyłącznie instytucjom państwowym. Jeziora są jednym z najważniejszych zasobów gminy i podstawą lokalnej turystyki. Samorządy zaangażowały się więc m.in. w projekt przerzutu wody z Warty w kierunku zbiorników po odkrywkach węgla brunatnego. Ich szybsze napełnienie ma ograniczyć skutki leja depresji, który przez lata przyczyniał się do ubytku wód w jeziorach.
– Nie czekaliśmy z założonymi rękami. Wzięliśmy ten temat na siebie wspólnie z kopalnią ZE PAK. Chodzi o to, żeby jak najszybciej zalać zbiorniki po odkrywkach, a następnie wykorzystać zgromadzoną tam wodę do dalszej odbudowy Pojezierza Gnieźnieńskiego – tłumaczy wójt.
Pierwszy etap przedsięwzięcia, czyli przerzut wody z Warty przez Kanał Ślesiński w kierunku odkrywek, ma kosztować – jak podkreśla Gwit – około 35 mln zł. Wójt zaznacza jednak, że to dopiero początek. Nadal nie ma gotowych rozwiązań technicznych dotyczących kolejnych działań, ale odbywają się w tym temacie narady m.in. z udziałem Wód Polskich.
– Trzeba wielu działań komplementarnych. Zespół ekspertów wskazuje pewne koncepcje, ale nie ma jeszcze decyzji co do ostatecznych rozwiązań technicznych. Dziś mamy jeden konkret: trzeba z powrotem zbliżyć wodę do rejonu jezior.
Sama gmina próbuje jednocześnie działać.
– Wspólnie z radnymi zdecydowaliśmy w tym roku o zaprojektowaniu systemu zagospodarowania oczyszczonych wód z oczyszczalni. Latem to nawet ponad tysiąc metrów sześciennych wody dziennie, która dziś jest odprowadzana poza zlewnie jezior. Chcemy, żeby została bliżej, przy oczyszczalni, infiltrowała w grunt i poprawiała lokalny bilans wodny – mówi Gwit.
Powidz wprowadził również ograniczenia w korzystaniu z wodociągów podczas największych upałów. Zakazano podlewania ogrodów przez znaczną część dnia oraz napełniania przydomowych basenów.
– Zdarzało się, że przy niemal 40-stopniowym upale podlewano intensywnie trawniki, podczas gdy w bardziej oddalonych miejscowościach pojawiały się problemy z ciśnieniem wody. Musieliśmy zareagować administracyjnie, ale równie ważna jest edukacja i racjonalne korzystanie z wody – zauważa Gwit.
Problem wysychających jezior stał się też jednym z niewielu tematów, które – jak ocenia wójt – łączą lokalną społeczność ponad podziałami. Jednocześnie rośnie zniecierpliwienie.
– Czasem słyszymy: „tylko gadanie, tylko spotkania”. Ten brak cierpliwości jest widoczny. Ale przekonanie, że jeziora są ważne i trzeba coś zrobić, łączy wszystkich.
„Nie rozumiem słów”
Tyle że między planem a jego wykonaniem jest jeszcze państwowa administracja. I właśnie tutaj Marek Pietrowicz, radny gminy Powidz, widzi dziś jeden z największych problemów.
W rozmowie z Zero.pl mówi, że po zmianie kierownictwa Wód Polskich w 2024 r. projekt miał zostać wstrzymany, a „nowa dyrekcja uznała, że przedsięwzięcie nie należy do zakresu obowiązków tej instytucji”.
Inaczej przedstawia to Paulina Hennig-Kloska, ministra klimatu i środowiska.
– Niestety, poprzednia władza wstrzymała wszystkie prace nad tym projektem. Musieliśmy wszystko zaczynać od nowa, produkować dokumentację. Ale wierzę, że pozyskanie jesienią decyzji środowiskowej jest kluczowe. Jeżeli nie będzie zgody na pobieranie wody z Kanału Ślesińskiego, to nic nie zrobimy. Po wydaniu decyzji będziemy mogli przejść do budowy systemu rurociągów, żeby uzupełnić wodę w regionie – mówiła w rozmowie z Zero.pl.
Rząd zapowiada działania i ponad 100 mln zł na ratowanie Wielkopolski Wschodniej z tzw. Platformy Powęglowej, czyli Funduszu Sprawiedliwej Transformacji.
– Nie rozumiem tych słów, że po zmianie władzy wszystko trzeba było zaczynać od nowa, bo tak naprawdę ten projekt został zatrzymany – mówi Marek Pietrowicz, odnosząc się do wypowiedzi Hennig-Kloski.
Według radnego sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero po naciskach ze strony lokalnych władz. Rada gminy oraz inne samorządy wysyłały pisma z apelem o dokończenie przedsięwzięcia. Wody Polskie z czasem ponownie zaangażowały się w temat.
W międzyczasie ciężar dalszych działań w większym stopniu spadł na samorządy. Jak relacjonuje Pietrowicz, aby możliwe było wykorzystanie środków unijnych przeznaczonych na ratowanie jezior, potrzebny był podmiot, który przejmie odpowiedzialność za realizację projektu. W działania włączyły się więc okoliczne gminy.
Decyzja przesuwana od miesięcy
Dziś, zdaniem radnego, jednym z największych problemów nie jest już brak pomysłu na ratowanie jezior, ale tempo procedur administracyjnych.
Pietrowicz jako przykład wskazuje oczekiwanie na decyzję środowiskową. Jak relacjonuje, samorządowcy słyszeli kolejne terminy jej wydania, jednak te były przesuwane. Podczas czerwcowej sesji rady mieli zostać poinformowani, że decyzja zapadnie do 15 lipca. Jeszcze przed tą datą termin miał zostać przesunięty ponownie – tym razem na wrzesień.
– Jeżeli ktoś chce coś zrobić, to przyspiesza tę decyzję, a nie ją opóźnia – komentuje radny.
Jak dodaje, wcześniej mowa była kolejno o zimie, wiośnie i lecie. Teraz samorządowcy czekają na kolejny termin.

