- USA po wojnie chcą mniej interweniować – konflikt z Iranem pokazał granice siły militarnej i skłania Waszyngton do ograniczania bezpośrednich operacji wojskowych poza kluczowymi obszarami.
- W amerykańskiej administracji umacnia się obóz, który chce mniejszego zaangażowania USA w konflikty sojuszników i większego skupienia na Chinach.
- Europa, w tym Polska, schodzi na dalszy plan – słabnie realna wartość amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa, co zmusza państwa regionu do większej samodzielności w obronie.
Zawieszenie broni zostało przedłużone jednostronnie z inicjatywy Stanów Zjednoczonych, lecz podwójna blokada morska trwa. W tej sytuacji kluczowe staje się pytanie nie tylko o dalszy rozwój wydarzeń na Bliskim Wschodzie, ale również o kierunek ewolucji amerykańskiej administracji, zwłaszcza wobec sygnałów, że dotychczasowa polityka siłowego narzucania woli napotyka swoje granice.
Wojna na Bliskim Wschodzie, będąca III wojną w Zatoce Perskiej, niesie ze sobą szerokie konsekwencje dla równowagi sił w regionie. Jej implikacje mogą wywołać efekt domina, którego skutki odczujemy również w Polsce. Pojawia się zatem pytanie, czy jesteśmy przygotowani na pesymistyczny scenariusz, którego konsekwencje polityczne mogą okazać się ważniejsze niż rozstrzygnięcia na polu walki.
Odpowiedzialność za słowa i prowadzoną analizę, zwłaszcza gdy w grę wchodzi bezpieczeństwo oraz status naszego państwa, nakazuje przyjąć w centrum rozważań scenariusz pesymistyczny wraz z jego najgorszym wariantem. Lepiej zostać pozytywnie zaskoczonym niż niemiło rozczarowanym.
Decyzja amerykańskiej administracji o wojnie z Iranem sprawia, że scenariusz pesymistyczny może stać się scenariuszem bazowym. Oznacza to, że powinien on stać się podstawowym punktem odniesienia dla prognozowania trendów w polityce obronności naszego głównego gwaranta bezpieczeństwa.
Niezależnie od sposobu zakończenia wojny pierwotne cele USA najpewniej nie zostaną zrealizowane. Zakładając rewizję części celów, takich jak wywołanie rebelii wewnętrznej i zmiana władzy w Teheranie, w ich miejsce pojawia się dążenie do osiągnięcia względnej stabilności w relacjach.
Warunkiem miałoby być potwierdzenie zawieszenia przez Iran programu jądrowego oraz przekazanie USA zgromadzonych zapasów wzbogaconego uranu. Z tego powodu powrót do stołu negocjacyjnego z Iranem w Islamabadzie miał nadać rozmowom nową dynamikę.
Jednak warunki tego porozumienia mają znaczenie drugorzędne, gdyż nie zmieniają faktu, że w wyniku III wojny w Zatoce Perskiej dojdzie do zmiany równowagi sił. Zasady żeglugi przez Cieśninę Ormuz staną się symbolem tej zmiany.
Mówiąc o skutkach rozstrzygnięcia wojny, należy je również rozpatrywać w kategoriach rozliczeń wewnątrz amerykańskiej administracji. Będą one wymagały wskazania politycznych „ofiar”, na które zostanie przeniesiona odpowiedzialność za decyzję o rozpoczęciu wojny oraz za przebieg czterdziestodniowej kampanii powietrznej.
Wskazanie konkretnych nazwisk nie jest w tym przypadku najistotniejsze, gdyż ministrem – w systemie amerykańskim sekretarzem – się bywa, a nie jest. Kluczowe nie jest to, kto „wygrał”, lecz kto poniesie polityczną odpowiedzialność za wojnę i jej skutki dla amerykańskiej bazy sojuszniczej USA.
Wyborcza presja
Kluczowy jest przyszły układ sił. Walka o wpływy toczy się tam codziennie w zaciszu gabinetów Białego Domu, Pentagonu i Departamentu Stanu. Układ ten kształtuje się wokół dwóch obozów. Pierwszy z nich stanowią „jastrzębie”, opowiadające się za aktywną polityką interwencji.
Drugi obóz określany jest mianem „powściągliwych”. Jest silnie związany z ruchem MAGA (Make America Great Again – Uczyńmy Amerykę znów wielką) i skupia zwolenników ograniczonego zaangażowania militarnego, podporządkowanego priorytetowi zachodniej hemisfery oraz koncentracji wysiłków na rywalizacji z Chinami.
W warunkach powojennych rozliczeń naturalne jest wskazanie winnych. Dotyczy to zarówno urzędników, jak i polityków z otoczenia Donalda Trumpa. Taki proces, co oczywiste, nie służyłby osłabieniu jego pozycji, lecz jej ochronie.
Jest to szczególnie istotne w sytuacji, gdy poziom poparcia dla jego urzędu w drugiej kadencji osiąga obecnie najniższy poziom od inauguracji i wynosi średnio ok. 40 proc. aprobaty. Oznacza to spadek o 13–15 punktów procentowych względem szczytowego poziomu. Na marginesie warto również dodać, że wynik ten plasuje się poniżej średniej kadencyjnej, wynoszącej 44 proc.
Taki poziom poparcia ma szczególne znaczenie w listopadowych wyborach połówkowych (midterm elections), w których odnawiana jest cała Izba Reprezentantów oraz jedna trzecia Senatu USA. Spadek notowań, będący wprost konsekwencją decyzji o rozpoczęciu wojny, może doprowadzić do utraty politycznego impetu administracji Trumpa. W efekcie Demokraci mogliby przejąć kontrolę nad Kongresem i blokować inicjatywy prezydenta.
Dodatkowym zagrożeniem dla prezydenta jest widmo kolejnej procedury impeachmentu czy uznania niezdolności prezydenta do sprawowania urzędu z mocy 25. poprawki do Konstytucji USA. Taki scenariusz mógłby okazać się poważniejszy niż próby podważenia jego władzy podejmowane przez Demokratów w trakcie pierwszej kadencji.
Ryzyko rośnie wraz z narastającą krytyką wobec Trumpa w obrębie samej Partii Republikańskiej, która – jak wskazano wcześniej – nie jest wewnętrznie jednolita i dzieli się na obozy. Zmiana układu sił politycznych niewątpliwie otworzyłaby przestrzeń dla wzmocnienia frakcji sprzeciwiającej się dotychczasowej linii polityki, w tym sposobowi rozwiązania kwestii irańskiej.
W tym sensie wojna z Iranem mogłaby przyspieszyć proces, który już się rozpoczął i został zdefiniowany wraz z opublikowaniem w ubiegłym roku Strategii Bezpieczeństwa Narodowego oraz Narodowej Strategii Obrony USA. Są to dokumenty wprost wskazujące na odejście od trwałego, szerokiego zaangażowania międzynarodowego na rzecz podejścia selektywnego.
Oznacza to rewizję ambicji związanych z podtrzymywaniem ładu instytucjonalnego, którego fundament stanowiły NATO, system z Bretton Woods czy szeroko rozumiana architektura bezpieczeństwa oparta na amerykańskich gwarancjach. Obecnie jednak następuje wyraźne odchodzenie od tej strategii prymatu.
Donald Trump, Pete Hegseth oraz Marco Rubio wielokrotnie wskazywali, że normy prawa międzynarodowego tracą znaczenie. W ich miejsce powraca potęga państw i ich zdolność do realizacji własnych interesów.
Granice potęgi
W obliczu wojny z Iranem Amerykanie przeprowadzili operację, do której żadne inne państwo nie byłoby zdolne, co potwierdza ich militarny prymat. Skala tej operacji, wynikająca z doświadczeń amerykańskiego modelu prowadzenia wojny – zakładającego szybkie rozstrzygnięcie poprzez przytłaczające uderzenie – zawiodła jednak przede wszystkim maksymalistyczne cele polityczne, które okazały się niewspółmierne do zastosowanych środków. To bowiem cele polityczne muszą determinować dobór narzędzi wojskowych, a nie odwrotnie.
W warunkach przedłużającego się konfliktu amerykański sposób prowadzenia wojny ujawnia istotne ograniczenia. Po czterdziestu dniach intensywnej kampanii powietrznej problemem okazało się tempo zużycia środków bojowych. Kluczowe znaczenie ma kondycja amerykańskiej bazy przemysłu obronnego oraz gotowość amerykańskich magazynów amunicji na nową konfrontację.
Odbudowa zapasów – na przykład pocisków Tomahawk – może bowiem zająć ponad cztery lata. W przypadku broni defensywnej i pocisków PAC do systemu Patriot zużyto do 1500 pocisków, co stanowi ok. 60 proc. przedwojennego stanu magazynowego wynoszącego 2330 sztuk. Odbudowa tego zapasu może zająć do trzech i pół roku.
Istotnym czynnikiem jest także utrata tzw. sanktuariów, czyli rozbudowanych baz, w których żołnierze mogli bezpiecznie rotować siły, uzupełniać zużyty sprzęt oraz prowadzić naprawy. W wyniku horyzontalnej eskalacji Iranu (rozszerzenia konfliktu na państwa Zatoki) bazy te utraciły swoją funkcję.
W konsekwencji USA zostały zmuszone do rozproszenia swoich sił. Mimo wysokiej skuteczności obrony nawet pojedyncze uderzenia – jak w przypadku dronów typu Shahed – powodowały straty w gospodarkach państw regionu, które USA zobowiązały się chronić.
Ograniczenia widoczne są również w zdolnościach US Navy. To na marynarkę wojenną spoczął ciężar egzekwowania blokady morskiej Iranu. Choć USA dysponują najpotężniejszą flotą na świecie, nie jest ona najliczniejsza ani najnowocześniejsza pod względem lat wysługi – pod tym względem przewyższają ją Chiny. Problemem pozostaje niedobór jednostek zdolnych do bezpośredniego egzekwowania blokady, w tym pościgów i przechwytywania statków próbujących ją przełamać.
Do takich zadań potrzebne są jednostki wysokiej mobilności, takie jak fregaty, korwety czy okręty patrolowe. Obecnie zadania te wykonują niszczyciele, które – zgodnie z ich przeznaczeniem – w takiej operacji powinny pełnić funkcje osłonowe i odstraszające, a nie być podstawowym narzędziem egzekwowania blokady.
Dodatkowym problemem jest ogólna sprawność techniczna floty. Przykładem jest – kosztujący 14 mld dol. – „superlotniskowiec” USS Gerald R. Ford, który został skierowany na Bliski Wschód, lecz po krótkim czasie musiał zostać wycofany na Kretę w celu przeprowadzenia remontu po pożarze. Wcześniej pojawiały się również doniesienia o powtarzających się awariach kanalizacji na okręcie.
Problemy te nie były przypadkowe. Wynikały z nadmiernej eksploatacji okrętu, związanej z intensywnym tempem operacyjnym, najwyższym od czasów wojny w Wietnamie – jednostka rozpoczęła swoją rotację od koncentracji sił u wybrzeży Wenezueli w ubiegłym roku, a jej rotacja łącznie wynosiła niemal 10 miesięcy.
Zatem obecnie największą siłą amerykańskiej marynarki wojennej nie jest jej stan techniczny, lecz wiarygodność groźby użycia dostępnych środków. Pytanie jednak brzmi: jak długo ten atut pozostanie wiarygodny?
Odpowiedzi na to pytanie mogą dostarczyć informacje o szczelności amerykańskiej blokady.
W ciągu tego tygodnia USA poinformowały, że po pierwsze dokonały ostrzału tankowca przewożącego irańską ropę (statek Touska), a po drugie przejęły jeden statek w wyniku abordażu przeprowadzonego przy użyciu śmigłowców.
Iran z kolei ostrzelał trzy jednostki i przejął dwa tankowce próbujące przepłynąć przez cieśninę.
Z komunikatów wynika również, że Amerykanie przekierowali dodatkowo około 25 statków próbujących pokonać ten szlak. O ile w zeszłym tygodniu odpowiedź na pytanie o szczelność blokady była korzystna dla Amerykanów, o tyle w tym tygodniu nie można już mówić o jej pełnej skuteczności, gdyż około 26 statków wypłynęło z irańskich portów lub do nich wpłynęło.
W przypadku sygnalizacji przez Iran jego kontroli nad Cieśniną Ormuz nie ogranicza się ona jedynie do zajmowania czy ostrzału tankowców, lecz obejmuje także inny – podwodny – wymiar działań. Irańska agencja informacyjna Tasnim, kontrolowana przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej, zasygnalizowała zmapowanie podmorskich kabli internetowych obsługujących państwa basenu Zatoki Perskiej.
Groźba ta oddziałuje nie tylko na państwa Zatoki, lecz jest także wymierzona w pozycję amerykańskich gigantów technologicznych, którzy ulokowali tam swoje centra danych. W wyniku ich przecięcia mogą one zostać odcięte od danych.
Waszyngton po wojnie
W tych realiach należy rozpatrywać kwestię „politycznej głowy”, której poświęcenie miałoby uchronić Trumpa przed odpowiedzialnością. Pomijając wpływ izraelskiego lobbingu na decyzję o rozpoczęciu operacji, z perspektywy potencjalnej „ofiary politycznej” ma to znaczenie drugorzędne – sam Trump wskazał kierunek odpowiedzialności, mówiąc:
Pete [Hegseth], myślę, że byłeś pierwszy, który zabrał głos i powiedział: ‘Zróbmy to’.
Relacje amerykańskich mediów dotyczące kulis podjęcia decyzji również wskazują na znaczącą rolę Hegsetha w procesie decyzyjnym. Jednocześnie inni uczestnicy tego procesu, tacy jak szef CIA John Ratcliffe czy sekretarz stanu Marco Rubio, mieli określać ten plan jako „farsę”. W efekcie sekretarz wojny USA znalazł się w pierwszym szeregu osób, które mogą ponieść polityczną odpowiedzialność.
Dodatkowym czynnikiem wpływającym na pozycję Hegsetha jest wewnętrzna rywalizacja w Pentagonie. W doniesieniach o planach przeprowadzenia operacji lądowej na irańskim wybrzeżu pojawiły się informacje o dymisjach w najwyższym dowództwie. Jedną z nich został szef sztabu sił lądowych, generał Randy George, który został zmuszony do przejścia na emeryturę. Decyzja ta mogła wynikać z dwóch powodów.
Po pierwsze, w wymiarze operacyjnym wskazuje się na możliwy brak pełnej zbieżności między cywilnym kierownictwem Pentagonu a dowództwem sił lądowych w kwestii dalszej eskalacji konfliktu z Iranem. Doniesienia o możliwej operacji lądowej zmieniają kontekst tej decyzji. Dymisja szefa sztabu mogła służyć zapewnieniu spójności decyzyjnej i gotowości do bardziej ryzykownych działań.
USA kontra Iran: gra o nowy porządek regionalny
Po drugie, decyzja ta wpisuje się w szerszy kontekst rywalizacji personalnej oraz sporu o kierunek strategiczny USA. Spór ten przebiega wzdłuż wskazanej linii „jastrzębie” – „powściągliwi”. Można przypuszczać, że Hegseth, dążąc do wzmocnienia własnej pozycji, zdecydował się na dymisję generała George’a w celu ograniczenia wpływów środowisk postrzeganych jako powiązane z jego potencjalnym rywalem, Danielem P. Driscollem, sekretarzem Armii USA.
Driscoll wskazywany jest jako polityk blisko związany z wiceprezydentem J.D. Vance’em i funkcjonujący w obrębie tego samego zaplecza „powściągliwych”. W tym ujęciu generał George mógł stać się ofiarą szerszej gry politycznej, w której kluczowe znaczenie miała nie tylko ocena kompetencji wojskowych, lecz także układ lojalności i zaplecza politycznego.
Spór ten wpisuje się w debatę nad kształtem amerykańskiej strategii typu „offshore balancing”. Hegseth reprezentuje jej interwencyjne skrzydło, natomiast „powściągliwi” opowiadają się za wariantem pośrednim, zakładającym przerzucenie większej odpowiedzialności na sojuszników i koncentrację na strategicznej rywalizacji z Chinami.
Wojna w Iranie. Atak z powietrza nie wystarczyła. Trump rozważa największy krok od 1991 roku
Dlatego z tą logiką polityczną można wyróżnić dwa scenariusze wzmacniające pozycję „powściągliwych”. Pierwszy z nich ma charakter umiarkowany i zakłada stopniowe zwiększanie ich wpływu w administracji. Drugi ma charakter skrajny.
W scenariuszu umiarkowanym kluczowe znaczenie ma czynnik personalny. Wraz z wyczerpaniem się dotychczasowego modelu aktywnych interwencji „powściągliwi” mogliby uzyskać większą sprawczość w kształtowaniu kierunku polityki poprzez personalne obsadzanie kluczowych stanowisk.
Drugi scenariusz dotyczy przegranej republikanów w wyborach połówkowych. W skrajnym wariancie przegranej może to doprowadzić do możliwości wszczęcia wobec Trumpa procedury usunięcia go z urzędu. W takiej sytuacji urząd prezydenta mógłby objąć J.D. Vance jako 48. prezydent USA.
Oznaczałoby to podporządkowanie administracji jego linii politycznej, która zakłada wyraźny izolacjonizm USA. Jednocześnie należy zauważyć, że dla Demokratów sama możliwość objęcia urzędu przez Vance’a mogłaby działać hamująco w kwestii ewentualnego usunięcia Trumpa ze stanowiska.
Zamiast tego bardziej prawdopodobną strategią byłoby blokowanie inicjatyw administracji w Kongresie oraz oczekiwanie na polityczne wyczerpanie się formuły „trumpizmu”. W takim scenariuszu kluczowym momentem byłyby wybory prezydenckie w 2028 roku, w których prawdopodobnie z ramienia republikanów wystartowałby Vance. Wówczas jego pozycja mogłaby zostać obciążona doświadczeniami prezydentury Trumpa, ograniczając jego konkurencyjność względem Demokratów.
W obu scenariuszach potencjalnymi beneficjentami pozostają „powściągliwi”. Kluczowe znaczenie ma zatem prognoza kierunku rewizji obecności USA w świecie, zwłaszcza w kontekście strategicznej rywalizacji z Chinami.
Guam 2.0
W okresie zimnej wojny USA również musiały zmierzyć się z podobnym wyzwaniem. Momentem przełomowym, który doprowadził do rewizji amerykańskiego zaangażowania, była niemożność rozstrzygnięcia wojny w Wietnamie na swoją korzyść. Konflikt ten prowadził do stopniowego rozciągnięcia amerykańskiej obecności militarnej oraz pogłębiającego się uwikłania politycznego.
W tym samym czasie zaangażowanie USA stało się przedmiotem intensywnej debaty wewnętrznej. Nastroje społeczne oraz krytyka wojny odegrały istotną rolę w wyborze Richarda Nixona na prezydenta. Dotychczasowa strategia powstrzymywania Związku Sowieckiego opierała się na twardym podejściu i gotowości do bezpośredniej interwencji w celu ograniczania jego wpływów.
Początek rewizji tej strategii datuje się na 1969 rok. Tego dnia, podczas wizyty na wyspie Guam, Richard Nixon ogłosił założenia nowej doktryny, która przeszła do historii jako doktryna Nixona. Jej istotą było ograniczenie bezpośredniego zaangażowania militarnego USA w Azji i koncentracja na Europie. Również wtedy amerykański prezydent podkreślał, że USA będą wspierać swoich partnerów, ale to oni powinni w większym stopniu ponosić ciężar własnej obrony, zwłaszcza w wymiarze konwencjonalnym.
W praktyce oznaczało to przejście od bezpośredniej interwencji do strategii pośredniej. Opierała się ona na wzmacnianiu lokalnych sojuszników, transferze uzbrojenia oraz wsparciu doradczo‑szkoleniowym. Zmiana ta nie oznaczała porzucenia strategii powstrzymywania, lecz jej adaptację do nowych realiów politycznych. Amerykanie zaczęli odchodzić od kosztownych, bezpośrednich interwencji na rzecz bardziej selektywnego zaangażowania.
W dłuższej perspektywie doprowadziło to do redefinicji ich roli jako gwaranta bezpieczeństwa. W tym sensie doświadczenie wietnamskie stało się punktem zwrotnym, który ukształtował sposób myślenia amerykańskich elit strategicznych na kolejne dekady. Było ono zarówno przestrogą przed nadmiernym uwikłaniem militarnym, jak i impulsem do poszukiwania bardziej zrównoważonych form projekcji swojej siły.
Po objęciu drugiej kadencji przez Trumpa dostrzegalny jest podobny proces rozluźniania zobowiązań sojuszniczych. Ma on w istocie na celu zwiększenie swobody manewru strategicznego oraz zmianę paradygmatu projekcji siły. Kluczowe pozostaje zatem pytanie, czy wraz ze wzrostem znaczenia „powściągliwych” możemy przewidywać „Guam 2.0”.
Pytanie to nie jest oderwane od rzeczywistości i ma fundamentalne znaczenie dla naszego bezpieczeństwa. W okresie doktryny Nixona USA ograniczały zaangażowanie w Azji, koncentrując się na Europie jako głównym kierunku rywalizacji strategicznej ze Związkiem Sowieckim. Obecnie sytuacja jest odwrócona. Głównym obszarem rywalizacji jest region Indo‑Pacyfiku.
Konsekwencje dla Polski
W takim scenariuszu Europa przestaje znajdować się w centrum priorytetów strategicznych USA. Dostrzec to można w polityce eksportu amerykańskiego uzbrojenia dla sojuszników, gdzie poinformowano, że w wyniku zużycia amunicji w trakcie III wojny w Zatoce realizacja zamówień na kluczowe systemy uzbrojenia zostanie opóźniona.
Wojna w Iranie. Między zawieszeniem broni a eskalacją
W przypadku Japonii dotyczy to zamówionych 400 pocisków Tomahawk, które miały zostać dostarczone do 2028 roku, jednak termin ich dostawy może przesunąć się nawet o dwa lata. W przypadku systemów Patriot zamówionych przez Szwajcarię w 2022 roku na początku kwietnia poinformowano, że w związku z niepewnością co do dostaw zamrożono płatności za sprzęt. Dostawy miały rozpocząć się w bieżącym roku i zakończyć w ciągu dwóch lat.
Obecnie jednak, ze względu na opóźnienia wynikające z rosnącego zapotrzebowania USA, harmonogram ten ulega znacznemu przesunięciu, sięgającemu nawet kilku lat, co skłania Szwajcarię do zasygnalizowania możliwości zerwania kontraktu. Podobne pytania, jakie zadaje dziś Szwajcaria Amerykanom, powinni postawić również politycy nad Wisłą. W przypadku Polski skala zamówień jest bowiem znacznie większa.
Natomiast nasz region może stać się przedmiotem politycznego „dealu”, w ramach którego mocarstwa będą dążyć do wypracowania nowych warunków względnej równowagi własnych interesów. Stąd wypowiedzi Vance’a o sukcesie amerykańskiej administracji w ograniczeniu pomocy dla Kijowa czy też doniesienia o pomysłach, by USA czerpały zyski z pośrednictwa w sprzedaży rosyjskich węglowodorów do Europy.
W przypadku Sojuszu Północnoatlantyckiego ewentualne zmiany statusu członkostwa USA wymagają zgody Kongresu. Pojawia się jednak pytanie: jak interpretować sytuacje, gdy prezydent USA, jako naczelny dowódca sił zbrojnych, konsekwentnie sygnalizuje reinterpretację art. 5 NATO? Jaką wartość ma taki artykuł?
Dla Polski, opierającej swoją strategię bezpieczeństwa na USA, oznacza to jedno: należy zakładać ograniczenie tych gwarancji i dostaw uzbrojenia. Konieczne jest postawienie na rozwijanie własnych zdolności do samodzielnego odstraszania. Próby rozluźniania zobowiązań sojuszniczych prowadzą bowiem do erozji wiarygodności gwarancji bezpieczeństwa USA, zarówno w Polsce, jak i na całej wschodniej flance NATO.
W takiej sytuacji powstaje próżnia bezpieczeństwa. Albo będziemy w stanie ją wypełnić, albo uczynią to inni. Bezpieczeństwo jest bowiem warunkiem rozwoju, a rozwoju w imię abstrakcyjnej „solidarności sojuszniczej” nikt nam nie zagwarantuje.
Państwa kierują się własnym interesem i nie będą ponosić kosztów, które działają na ich niekorzyść. Dlatego konieczne staje się przejęcie większej odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo oraz aktywne kształtowanie własnej przestrzeni, zamiast pozostawiania kluczowych decyzji innym.
To jeden z wielu scenariuszy trendu w amerykańskim establishmencie politycznym. Jest to jednak scenariusz, który Polska musi traktować poważnie – bo jego konsekwencje są fundamentalne dla naszego bezpieczeństwa.

