Świat

Świat u progu kryzysu. Wojna w Zatoce podbija koszty

Trump wrócił z Pekinu z pustymi rękami, a w tym samym czasie Iran i Chiny pokazali, kto naprawdę kontroluje sytuację w Zatoce. Przepuszczone statki z irańskich portów stały się symbolem czegoś więcej niż tylko incydentu – odsłoniły kruchość amerykańskiej presji i zapowiedź globalnego kryzysu kosztów.

Wojciech J. Kittel
Opinia autorstwa: Wojciech J. Kittel
Dzisiaj 06:03
16 min
Patrząc na rysujący się trend kryzysu w światowej gospodarce, można wskazać wspólny mianownik: III wojna w Zatoce działa jak mnożnik kosztów w skali globalnej. (fot. Shutterstock AI Generator / Shutterstock)
TYLKO NA
  • Incydent z przepuszczeniem irańskich statków przez amerykańską blokadę Zatoki pokazał, że Stany Zjednoczone mają ograniczoną kontrolę nad sytuacją, a Chiny i Iran potrafią skutecznie podważać ich presję.
  • Odbudowa zdolności militarnych Iranu sprawia, że ewentualna eskalacja konfliktu byłaby dla USA znacznie bardziej kosztowna i ryzykowna, co ogranicza ich swobodę działania.
  • Skutki wojny coraz silniej uderzają w gospodarkę globalną, ponieważ rosnące ceny energii napędzają inflację i podnoszą koszty transportu oraz produkcji.
  • Konflikt destabilizuje także rynki żywności i gospodarki państw Zatoki, co prowadzi do efektu domina, zwiększającego koszty w wielu sektorach światowej gospodarki.

Wracając ze szczytu USA–Chiny w Pekinie, Donald Trump nie przywiózł ze sobą żadnych konkretów w kwestii chińskiego wsparcia dla amerykańskiej inicjatywy otwarcia Cieśniny Ormuz dla handlu międzynarodowego.

Co więcej, podczas jego zeszłotygodniowej wizyty Teheran, przy pośredniej roli Pekinu, zagrał na nosie samemu prezydentowi USA. W ubiegłą środę amerykańska blokada została zmuszona do przepuszczenia około 30 statków handlowych z irańskich portów, z których większość należała do Pekinu.

Odpowiedni moment

Świadczy to o wykorzystaniu przez Pekin i Teheran odpowiedniego momentu, by zademonstrować, że amerykańska blokada nie jest szczelna i również podlega zewnętrznym wpływom. Jak wyglądałoby to dla Trumpa, gdyby jego zapowiedzi „Big Dealu” z Chinami zostały zaprzepaszczone przez zawrócenie albo – co gorsza – ostrzelanie statków należących do Pekinu?

Reklama
Reklama

Skoncentrowanie przez Amerykanów politycznej uwagi na szczycie było z jednej strony uzasadnione, biorąc pod uwagę jego wagę oraz związane z nim oczekiwania. Z drugiej jednak strony Amerykanie nie mogą uciec od kontekstu, w jakim odbywało się to spotkanie. Chodzi o sytuację, w której konflikt z Iranem wciąż się nie zakończył, a perspektywa jego zakończenia coraz wyraźniej się oddala.

Prowadzi to do dwojakiej interpretacji tego stanu rzeczy. Z jednej strony można go odczytywać jako próbę dyplomatycznego wypracowania porozumienia, tak aby rozmowy odbywały się w zaciszu gabinetów. Wskazał na to sam Trump na swoim medium, wskazując w poniedziałek, że został poproszony przez państwa arabskie o wstrzymanie planowanego wznowienia ataków na Iran ze względu na trwające negocjacje.

Z drugiej należy wskazać, że przepustowość amerykańskiej administracji na problemach takiej wagi znajduje się na wyczerpaniu. Argumentem za tym był moment przeczekania przez USA wznowienia „projektu wolności” przed szczytem w Pekinie, a następnie powrotu do presji po zakończeniu szczytu. Wówczas Trump powrócił do swoich gróźb, mówiąc:

Reklama
Reklama

Zegar tyka. Lepiej, żeby się szybko ruszyli, bo inaczej nic im nie zostanie.

Tym samym zagroził powrotem do otwartej konfrontacji, za czym cały czas lobbuje Izrael.

Jednak rzeczywisty powód wstrzymania działań miał być zgoła odmienny od tego, który wynikał ze słów dobrej woli Trumpa – rzekomo wypowiedzianych na prośbę państw arabskich. Według doniesień apel o powściągliwość nie miał pochodzić z państw regionu, lecz z samego Pentagonu. Ten ma sprzeciwiać się wznowieniu kampanii powietrznej z uwagi na obawę przed irańskim odwetem – potencjalnie znacznie silniejszym niż w pierwszej fazie wojny.

Z ocen Pentagonu wynika, że Iran jest przygotowany do ponownej eskalacji. Teheran ma coraz skuteczniej śledzić operacje powietrzne USA, wzmacniać swoją obronę przeciwlotniczą i sprawniej wykrywać sygnały świadczące o zbliżającym się ataku z zaskoczenia. Należy połączyć to z informacjami amerykańskiego wywiadu, według których Iran odzyskał dostęp operacyjny do 30 z 33 stanowisk rakietowych rozmieszczonych wzdłuż Cieśniny Ormuz.

Reklama
Reklama

Ponadto Teheran nadal dysponuje około 70 proc. mobilnych wyrzutni w skali całego kraju oraz zachował podobną część przedwojennych zapasów rakietowych. Co więcej, odzyskał dostęp do około 90 proc. podziemnych obiektów służących do przechowywania i wystrzeliwania pocisków. W tych ocenach obiekty są uznawane za częściowo lub w pełni gotowe do użycia.

Jeśli przyjąć powyższe za pewnik, znacząco poszerza to okno możliwości Iranu w przypadku ponownego ataku ze strony USA. Oznacza to, że Teheran mógłby zadać Amerykanom znacznie poważniejsze straty.

Niemniej obecna sytuacja negocjacyjna nadal pozostaje w zawieszeniu – w tym tygodniu to Amerykanie odrzucili irański projekt porozumienia. Świadczy to o tym, że żadna ze stron nie sygnalizuje gotowości do ustępstw, trwając w próbie wyczerpania politycznej determinacji. W praktyce to właśnie stopień tego wyczerpania może przełożyć się na konkretne warunki.

To wyczerpanie jest ściśle powiązane z perspektywą konsekwencji ekonomicznych. W przypadku presji wywieranej na Iran ma ono wymiar bezpośredni i wynika z blokady szlaków wymiany towarowej – a właściwie z ich znacznego ograniczenia, ponieważ amerykańska kontrblokada jest szczelna w około 80 proc.

Reklama
Reklama

W przypadku Amerykanów wymiar ten ma charakter pośredni. Wiąże się z konsekwencjami ograniczonej podaży surowców z państw Zatoki Perskiej oraz zakłóceń w imporcie żywności do tych państw z Azji. Jest to oczywiście następstwo irańskiej blokady cieśniny, ale też perspektywy odbudowy zdolności produkcyjnych sektora surowcowego w państwach Zatoki.

Przyjrzyjmy się zatem ujawnionym w ostatnim czasie ekonomicznym konsekwencjom wojny, które już dziś mają następstwa globalne.

Inflacja wraca do USA

Konsekwencje dosięgają już lądu za wielką wodą. Kwietniowe dane inflacyjne pokazują, że presja cenowa w USA zaczęła przenikać do cen konsumpcyjnych. Wskaźnik cen towarów i usług, czyli CPI, wzrósł o 3,8 proc. rok do roku wobec 3,3 proc. w marcu, osiągając tym samym najwyższy poziom od 2023 roku. Za ponad 40 proc. miesięcznego wzrostu CPI odpowiada wzrost cen energii. Te rosną kolejny miesiąc z rzędu.

W kwietniu zwiększyły się średnio o 4 proc., podczas gdy w marcu odnotowano skok aż o 11 proc. W ujęciu rok do roku są obecnie wyższe średnio o 18 proc. W przypadku benzyny średnia cena w USA przekroczyła dziś 4,50 dol. za galon, czyli 3,78 litra. W Kalifornii ceny sięgają ponad 6 dol., natomiast najniższe pozostają w Teksasie, gdzie wynoszą poniżej 4 dol. za galon.

Reklama
Reklama

Największe różnice widoczne są jednak w cenach gazu. Pod koniec kwietnia najwyższe wzrosty od początku wojny z Iranem odnotowały stany: Utah – 52 proc., Idaho – 46 proc. oraz Tennessee – 46 proc. Dla porównania w Waszyngtonie wzrost wyniósł 23 proc.

Powyższe dane wskazują zatem, że ekonomiczne skutki III wojny w Zatoce weszły w drugą fazę. Nie chodzi już wyłącznie o natychmiastowy wzrost cen energii, wynikający z bieżącej wyceny na rynku, lecz o szerszy szok podażowy. Wyższe ceny paliw oraz niedobór węglowodorów nie zatrzymują się na stacjach benzynowych, ale wywołują efekt domina, przenosząc się na kolejne gałęzie gospodarki.

Amerykanie widzą to już w usługach. Ceny transportu i magazynowania wzrosły o 5 proc., co sygnalizuje efekt kolejnej rundy: droższa energia podnosi koszt przewozu towarów, a ten następnie przerzucany jest na konsumentów. Podobną dynamikę widać w transporcie lotniczym. Taryfy lotnicze wzrosły w kwietniu o 2,8 proc., po podobnym wzroście miesiąc wcześniej. Według danych linie lotnicze podniosły ceny biletów o ponad 20 proc.

Reklama
Reklama

Na powyższe dane zdaje się jednak nie baczyć sam prezydent USA, który w jednej ze swoich wypowiedzi przed szczytem w Pekinie stwierdził: „Nie myślę o sytuacji finansowej Amerykanów. Myślę tylko o tym, aby Iran nie uzyskał broni nuklearnej”. Dla administracji Trumpa tworzy to poważny problem polityczny przed jesiennymi wyborami.

Słowa Trumpa dla krajowego audytorium są faktycznym złamaniem pacta conventa w ramach zasady „America First” – hasła, z którym Trump zwycięsko przeszedł przez wybory prezydenckie. Tymczasem w perspektywie jesiennych wyborów połówkowych to właśnie koszty życia będą determinować sezon kampanii wyborczej w USA. Jak wskazuje sondaż CNN, aż 77 proc. Amerykanów, w tym Republikanów, uważa, że polityka Trumpa zwiększyła koszty życia. Warto również wskazać, że poziom niezadowolenia z jego rządów plasuje się w okolicach 60 proc. lub nawet wyżej.

W obliczu przyspieszającej inflacji i pogarszającej się sytuacji ekonomicznej Amerykanów wydaje się, że Trumpowi coraz trudniej będzie przerzucać odpowiedzialność na Rezerwę Federalną (Fed). Dotychczas Fed był dla niego wygodnym workiem do bicia – Trump oskarżał ją o blokowanie obniżek stóp procentowych i wskazywał, że to główna przyczyna złej sytuacji gospodarczej w kraju.

Problem polega jednak na tym, że gdy inflacja przyspiesza – ceny energii, transportu i żywności ciągną ją w górę – Fed nie ma przestrzeni do luzowania polityki pieniężnej. Konsekwencją dla nowego przewodniczącego Rady Gubernatorów Rezerwy Federalnej Kevina Warsha może być nie obniżka stóp procentowych – czego Trump domaga się od początku urzędowania – lecz ich podwyżka.

Reklama
Reklama

W tym sensie wojna z Iranem uderza w jeden z kluczowych filarów politycznej obietnicy Trumpa: poprawę sytuacji gospodarczej i obniżenie inflacji.

Wymiar kryzysu żywnościowego

Skutki blokady Cieśniny Ormuz, a w konsekwencji zablokowania eksportu surowców, widać w Azji, gdzie konflikt już dzisiaj przekłada się na kryzys kosztów produkcji rolnej.

„New York Times” przytoczył kryzys związany z zasiewem i eksportem ryżu w Tajlandii. W 2025 roku 17 proc. eksportu tajskiego ryżu kierowane było do państw Zatoki, z czego Irak był jego największym odbiorcą. W dniu zamknięcia cieśniny operatorzy statków w porcie w Bangkoku nakazali eksporterom zdjęcie kontenerów z ryżem kierowanych do państw Zatoki Perskiej i odesłanie ich do magazynów.

Od tego czasu dostawy ryżu do Zatoki zostały wstrzymane. To jednak tylko jeden z produktów żywnościowych importowanych przez państwa Zatoki. Nie samo zatrzymanie dostaw czy konieczność przekierowania przez Bangkok ryżu na inne rynki stanowią największe niebezpieczeństwo. Istnieje bowiem konsekwencja, która znów jest wynikiem kaskady następstw.

Reklama
Reklama

Jak przywołuje NYT, powołując się na sytuację gospodarstw rolnych w Tajlandii: w przypadku około 20 hektarów upraw rosnące ceny paliwa, nawozów, tworzyw sztucznych i innych podstawowych środków produkcji sprawiają, że koszt sadzenia i zbiorów szacowany jest na co najmniej 33 tys. dol. Tymczasem produkt, który można byłoby sprzedać w sierpniu, przyniósłby jedynie ok. 22 tys. dol. Innymi słowy, do takiej produkcji należałoby dopłacić.

Kluczowym problemem tego stanu rzeczy są ceny, a raczej sama dostępność mocznika – podstawowego nawozu azotowego, którego globalna dostępność w wyniku wojny spadła o 30 procent. Natomiast jego cena wzrosła od lutego o 40 procent.

Szacuje się, że jeżeli do czerwca statki z mocznikiem nie wrócą na szlaki handlowe, co jest mało prawdopodobne, Indie i Brazylia – jedni z największych producentów rolnych świata – mogą stanąć wobec tego samego ryzyka utraty części plonów. Na to, z wysokim prawdopodobieństwem, może nałożyć się ryzyko wystąpienia suszy, dodatkowo ograniczającej plony.

Oznacza to, że wojna z Iranem przełoży się nie tylko na wzrost kosztów produkcji rolnej, lecz także na realne ograniczenie podaży żywności. Azja Południowo-Wschodnia, Indie i Brazylia stają zatem przed jednoczesną presją droższych nawozów i paliw, problemów logistycznych oraz niekorzystnych warunków pogodowych. Całość tworzy zatem rzeczywistość wywołania globalnego kryzysu żywnościowego.

Reklama
Reklama

W szerszym ujęciu rywalizacji USA–Chiny wojna z Iranem doprowadziła do tego, na czym Amerykanom zależało w wymiarze wojny systemowej z Pekinem. Waszyngton zademonstrował, że posiada realną sprawczość wobec chińskiego eksportu – zależnego od handlu morskiego, a więc od domeny, w której nadal dominuje US Navy. Nie oznacza to oczywiście, że Chinom grozi natychmiastowy niedobór energii.

Pekin posiada największe magazynowe rezerwy ropy naftowej na świecie, stanowiące około 40 proc. globalnych zmagazynowanych rezerw. Mimo to skala zakłóceń już jest widoczna. Według chińskich danych celnych przytoczonych przez „Bloomberg” w kwietniu chiński import ropy naftowej spadł o 20 proc., gazu o 13 proc., czyli do najniższego poziomu od lipca 2022 roku. Jeżeli największy konsument surowców na świecie ogranicza import węglowodorów w takiej skali, skutki z pewnością będą odczuwalne w globalnych łańcuchach wartości.

Kryzys modeli rozwoju

Jeśli zaś spojrzeć na samo geograficzne serce konfliktu, czyli państwa arabskie Zatoki Perskiej, jasne jest, że dotychczasowa wizja rozwoju gospodarczego regionu musi zostać zrewidowana. Państwa arabskie przez lata budowały swój wizerunek stabilnych centrów finansowych, turystycznych i technologicznych. Wojna sprawiła, że ten obraz się rozsypał.

Pomijając eksport węglowodorów – gdzie dzisiaj łączna dzienna strata z ich eksportu wynosi ok. 1,1 mld dol., a od 28 lutego państwa regionu utraciły łącznie ponad 100 mld dol. – warto przytoczyć dane o alternatywnych źródłach przychodu tych państw.

Reklama
Reklama

W przypadku turystyki, która miała być jednym z filarów dywersyfikacji gospodarek postnaftowych, Światowa Rada Podróży i Turystyki szacuje, że w pierwszych tygodniach wojny konflikt kosztował region 600 mln dol. dziennie utraconych dochodów.

Pod znakiem zapytania stanęły projekty technologiczne i infrastrukturalne. Ze względu na umowny system petrodolara amerykańskie firmy technologiczne przyzwyczajone były do ich finansowania ze strony państw Zatoki. Obecnie mogą być zmuszone do poszukiwania kapitału oraz bezpieczniejszych lokalizacji gdzie indziej. Także zeszłoroczne zobowiązania tych państw, przekraczające 2 bln dol. i ogłoszone podczas tournée Trumpa na Bliskim Wschodzie, stoją pod znakiem zapytania.

Jak wojna w Zatoce Perskiej wpływa na relacje USA–Chiny i światowy handel

Świadczą o tym doniesienia o sondowaniu przez państwa arabskie możliwości rewizji tych projektów inwestycyjnych. Na razie mają one charakter symboliczny, lecz wskazują na to choćby saudyjskie decyzje o wycofaniu finansowania dla Metropolitan Opera w Nowym Jorku w wysokości 200 mln dol. czy rezygnacji z finansowania turnieju LIV Golf.

Reklama
Reklama

Arabia Saudyjska czy Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA) nie zostały jednak odcięte od możliwości eksportu tak jak Katar, któremu towarzyszy najgłębsza recesja w regionie, sięgająca nawet 8 proc. PKB.

Plan wykorzystania ogromnej infrastruktury eksportu gazu ziemnego jako podstawy dalszego wzrostu gospodarczego został podważony nie tylko przez blokadę eksportu, lecz przede wszystkim przez uszkodzenia zakładów produkcyjnych w wyniku irańskich ataków. Odbudowa zaatakowanego przez Iran zakładu Ras Laffan Industrial City, odpowiadającego za 20 proc. globalnej produkcji LNG, może potrwać do pięciu lat, a roczne straty Dohy z tego tytułu mogą sięgać 20 mld dol.

Co dalej z Cieśniną Ormuz? Gra USA i Iranu o handel, siłę i czas

W Kuwejcie redukcja PKB jest przewidywana na 6 proc., jednak wojna obnażyła w szczególności słabość jego modelu niemal darmowej energii elektrycznej. Pojawiły się tam nawet przerwy w dostawach prądu, ponieważ popyt zaczął przewyższać podaż. Pokazuje to, że nawet państwa surowcowe nie są odporne na kryzys energetyczny.

Reklama
Reklama

Poważnym ryzykiem pozostaje także sytuacja na rynku nieruchomości w ZEA. Choć ZEA na razie nie są zagrożone recesją ze względu na częściowe uniezależnienie eksportu węglowodorów od Cieśniny Ormuz przez rurociąg Habshan–Fudżajra oraz dywersyfikację gospodarki w kierunku innych sektorów działalności, sytuacja Emiratów może przybrać charakter egzystencjalny. Populacja ZEA ma bowiem czysto migracyjny charakter: na 11 mieszkańców ZEA tylko jeden to Emiratczyk.

Spośród ponad 11 mln mieszkańców 10 mln to migranci. To zatem dzięki ich obecności, rotacji i fizycznej pracy kraj ten może tak dynamicznie się rozwijać. Trwający konflikt podtrzymuje jednak ryzyko funkcjonalne dla gospodarki ZEA. Dotyczy ono oczywiście perspektywy zarobkowej tych ludzi. Właśnie na ten aspekt zwrócił uwagę Azad Zangana z Oxford Economics, ostrzegając, że brak dalszego napływu migrantów może doprowadzić do załamania rynku, a w konsekwencji wstrząsnąć sektorem bankowym ZEA – odpowiadającym za nawet 15 proc. krajowego PKB.

Na ryzyko inwestycyjne wskazuje również spadek liczby osób przeglądających oferty zakupu nieruchomości – sektor budownictwa w ZEA odpowiada za około 15 proc. PKB. Choć zainteresowanie kupnem nieruchomości odbiło do około 80 proc. poziomu sprzed wojny, liczba transakcji wynosi obecnie około 60 proc. poziomu przedkonfliktowego. Oznacza to, że popyt nie zniknął całkowicie, ale kupujący i inwestorzy wstrzymują decyzje, czekając na dalszy rozwój sytuacji.

Globalny mnożnik kosztów

Patrząc na rysujący się trend kryzysu w światowej gospodarce, można wskazać wspólny mianownik: III wojna w Zatoce działa jak mnożnik kosztów w skali globalnej. W USA podbija inflację, komplikując politykę Fed i osłabiając polityczną pozycję Trumpa przed wyborami. Dzisiaj w Azji, a jutro w Ameryce Południowej, zwiększa koszty produkcji rolnej, ogranicza dostępność nawozów i grozi spadkiem plonów.

Reklama
Reklama

W państwach Zatoki podważa cały model gospodarczy oraz dotychczasowe wizje dywersyfikacji gospodarek postnaftowych. Ekonomiczna stawka tej wojny jest zatem znacznie większa niż sam bilans zniszczeń w Iranie.

Konflikt pokazał, że Cieśnina Ormuz pozostaje jednym z najważniejszych punktów nacisku w gospodarce światowej. Jej zamknięcie lub nawet częściowe sparaliżowanie najpierw podnosi ceny ropy, a następnie odkłada w czasie drugie uderzenie: w nawozy, żywność, turystykę, nieruchomości, finanse, sektor technologiczny i decyzje banków centralnych.

W tym sensie wojna z Iranem stała się globalnym kryzysem rosnących kosztów.

Źródło: Zero.pl
Wojciech J. Kittel
Wojciech J. KittelAnalityk think tanku Strategy and Future oraz współpracownik magazynu „Układ Sił”. Zajmuje się strategią oraz analizą zmian na współczesnym polu walki - autor zewnętrzny