Reklama
Reklama
Świat

Polak, Węgier: dwa bratanki – i podczas pokoju, i podczas wojny

Był czas, gdy biało‑czerwone i czerwono-biało‑zielone flagi powiewały obok siebie mimo furii Hitlera, a Węgry otworzyły ramiona dla stu tysięcy polskich uchodźców. Dziś jednak to nie wojna, lecz krajowe podziały decydują, jak głośno nad Wisłą i Dunajem mówi się o Orbánie, Magyarze czy Tusku.

Tomasz Czapla
Felieton autorstwa: Tomasz Czapla
Wczoraj 19:41
21 min
Politycy obu stron wykorzystają każde zdanie Viktora Orbána i każdą wypowiedź Pétera Magyara, aby – niczym maczugą – okładać nią przeciwnika. (fot. Piotr Nowak, Zoltan Balogh, Nicolas Landemard / Art Service/MTI/PAP/ZUMA/NEWSPIX.PL)

Reklama

TYLKO NA

Bolesław Chrobry, święty Wojciech, Kazimierz Wielki, Stefan Batory czy Józef Bem – nie brakuje bohaterów polskiej historii, którzy cieszą się na Węgrzech szczególnym szacunkiem. Czy kiedyś dołączą do nich Donald Tusk lub Jarosław Kaczyński? Niekoniecznie, a w najbliższym czasie, zwłaszcza jeśli rządy przejmie opozycja, głośniej powinno być nad Dunajem o Zbigniewie Ziobrze i Marcinie Romanowskim.


Reklama

Tak czy inaczej, politycy obu stron wykorzystają każde zdanie Viktora Orbána i każdą wypowiedź Pétera Magyara, aby – niczym maczugą – okładać nią przeciwnika. Nie martw się jednak na zapas – podczas II wojny światowej relacje polsko‑węgierskie przeszły z powodzeniem o wiele poważniejszą próbę.

Hitler mógł rzucać gromy na swojego naddunajskiego sojusznika, prasa niemiecka mogła pisać: „Nie zniesiemy dłużej tego manifestacyjnego pielęgnowania przez Węgrów zdemoralizowanego polskiego motłochu”, ale wszystko na próżno. Od Budapesztu po Debreczyn tysiące Polaków znalazły wówczas w miarę bezpieczne schronienie. Co najważniejsze – liczone nie w tygodniach, nie w miesiącach, a w latach.

Wojna polsko-polska pod węgierskim sztandarem

Nie od dziś wiadomo, że polska polityka zagraniczna – niezależnie od tego, czy za sterami państwa zasiada koalicja 15 października, czy szeroko pojęta prawica – prowadzona jest najczęściej na użytek wewnętrzny. Bez umiejętności stawiania tarota można przewidywać, że podobnie będzie ze stosunkiem nadwiślańskich polityków do wyniku wyborów parlamentarnych na Węgrzech (12 kwietnia).


Reklama

Zwycięstwo Fideszu i przedłużenie władzy Viktora Orbána? Dołóżmy do tego plus w postaci komentarzy przykładowych Mariusza Błaszczaka czy Konrada Berkowicza w stylu: „To mały krok dla Węgier, ale wielki krok dla Europy” – i mamy rozwiązanie: wzmożenie własnego elektoratu.


Reklama

Druga strona odpowie argumentacją ad Orbanum–Putinum i odwrotnie – w razie triumfu opozycyjnej TISZY i jej lidera, Pétera Magyara, poczytamy na profilach w serwisie X, dajmy na to, Tomasza Treli czy Witolda Zembaczyńskiego, że „brunatny faszyzm nad Dunajem wreszcie został pogoniony”.

Oby tylko do dawnego Twittera nie dorwał się Ryszard Petru, bo jeszcze napisze, że „Węgrzy pokonali siły Siedmiogrodu”. Tymczasem dorzucić jeszcze coś o Jarosławie Kaczyńskim i Orbánie jako koniach trojańskich Putina (jako bonus – tłity o duecie Ziobro–Romanowski) lub – po drugiej stronie politycznej barykady – o lewacko‑tęczowym skręcie Madziarów i fajrant, można się rozejść.


Reklama

Oczekiwania najsilniejszych partyjnych kiboli zaspokojone? Zaspokojone. Ideologiczny wróg potępiony? Potępiony. A że warto czasem odsunąć od klawiatury platformerskich harcowników i pisowskich zagończyków, bo będziemy utrzymywać kontakty z węgierskimi władzami, ktokolwiek by zasiadał w fotelu premiera? Oj tam – ważne, że wojna polsko‑polska pod trójkolorowym, naddunajskim sztandarem trwa w najlepsze. Mogliśmy już obserwować zresztą jej epizod przy okazji spotkania Karola Nawrockiego z Orbánem, w ramach Dnia Przyjaźni Polsko‑Węgierskiej.


Reklama

Komentarz Donalda Tuska: „Jest pan prezydentem Polski i ma pan obowiązki polskie, a nie rosyjskie”. Na to prezydencki rzecznik, Rafał Leśkiewicz: „W rosyjskim bagnie to pański rząd zostawił szczątki ofiar z 10 kwietnia 2010 r.”. Kultura przesady, jak powiedziałby profesor Antoni Dudek, na pełnej petardzie – a jakie wnioski? Czy wizyta głowy państwa w Budapeszcie była błędem? Cóż, Nawrocki nie musiał ściskać dłoni Orbánowi, równie dobrze mógł stanąć do wspólnego zdjęcia tylko ze swoim odpowiednikiem, Tamásem Sulyokiem.

Pozostałby wówczas w zgodzie i z dyplomatyczną symetrią (spotkaliby się politycy tej samej rangi), i z samym sobą sprzed kilku miesięcy, gdy odwołał spotkanie z węgierskim premierem. Ponadto nie wpisałby się tak jednoznacznie w tamtejszą kampanię wyborczą po stronie lidera Fideszu. Szukanie analogii w lutowych rozmowach Tusk–Magyar nie jest do końca trafne, bo panowie usiedli ze sobą przy jednym stole nie w węgierskiej stolicy, a w Monachium, podczas Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa.

Tak czy siak, nawoływania co bardziej rozgrzanych polityków czy komentatorów do zamrożenia relacji z Orbánem i traktowania go jak pariasa zawsze i wszędzie to droga donikąd. Polityka to przede wszystkim gra interesów i jeśli dotychczasowy szef węgierskiego gabinetu nim pozostanie, warto rozmawiać z nim (i nie tylko z nim) o sprawach, w których reprezentuje podobne do nas stanowisko (np. odłożenie w czasie systemu ETS 2).


Reklama

Tu dialog, a jeśli chodzi o prorosyjskie słowa i czyny Fideszu oraz jego przywódcy, oczywistą oczywistość stanowi jednoznaczna krytyka tej postawy na forum międzynarodowym. Wbrew pozorom, potrzebę takiego balansowania rozumieją – o ile chcą – obie strony sceny politycznej. Zarówno Donald Tusk, spotykający się nieoficjalnie z „mniejszym Orbánem”, czyli premierem Słowacji Robertem Ficą w listopadzie 2024 roku, jak i Jarosław Kaczyński, starający się ocieplić relacje z Aleksandrem Łukaszenką, nim jeszcze białoruski reżim wypowiedział nam wojnę hybrydową.


Reklama

Polsko-węgierska przyjaźń, polsko‑niemiecka wojna

Jak długo stosunki na linii Warszawa–Budapeszt pozostaną napięte? Ostatnio ujawnione rozmowy węgierskiego szefa dyplomacji, Pétera Szijjártó, z rosyjskim – Siergiejem Ławrowem, gdzie ten pierwszy zachowuje się jak osoba na posyłki Kremla (Szijjártó m.in. zobowiązał się i przeforsował usunięcie z listy osób objętych sankcjami siostry jednego z oligarchów), nie nastrajają optymistycznie.

Niemniej, w przeszłości Polska i Węgry przeszły prawdziwą próbę ognia w swoich kontaktach i chyba nie mogła ona wypaść pomyślniej w ówczesnych warunkach. Mowa o II wojnie światowej, gdy dłuższe lub krótsze schronienie nad Dunajem znalazło około 80 tys.–100 tys. Polaków (niektóre szacunki mówią nawet o 120 tys. osobach).

Ale po kolei: gdy w marcu 1939 roku, po rozpadzie Czechosłowacji, Polska i Węgry uzyskały wspólną granicę, mogło się wydawać, że wzajemne relacje znalazły się u szczytu przyjaźni. Wystarczy wspomnieć – jakże wylewne – spotkanie armii obydwu państw na linii granicznej.


Reklama

Węgierskich żołnierzy powitały nie tylko okrzyki „Niech żyją bratankowie!”, ale i brama triumfalna z napisem „Serdecznie witamy na historycznej granicy”. Madziarzy odwdzięczyli się chóralnie: „Niech żyje Polska!”, a nie mniej serdecznie przebiegło przywitanie dowódców. Kapitan Boledy i generał Mieczysław Boruta‑Spiechowicz wymienili symboliczne pocałunki i ucięli krótką, aczkolwiek miłą pogawędkę.


Reklama

Niestety, te i inne gesty sympatii nie mogły trwać w nieskończoność – nie przetrwały nawet roku, bowiem już wiosną 1939 r. Węgry znajdowały się w orbicie wpływów III Rzeszy, a z każdym tygodniem to uzależnienie tylko się powiększało.

Władze w Budapeszcie co prawda nie wiedziały, że Hitler na początku kwietnia podjął decyzję o napaści na Rzeczpospolitą, ale zdawały sobie sprawę, że napięcie między krajami narasta i może skończyć się konfliktem zbrojnym. Tym bardziej że gdy premier Pál Teleki gościł w tym samym miesiącu w Berlinie, usłyszał od Führera, że „trzeba ją [kwestię Polski] tak czy inaczej rozstrzygnąć”.

Nastroje szefa węgierskiego rządu i jego ministrów po tej rozmowie dobrze oddaje wypowiedź ministra spraw zagranicznych. W wywiadzie prasowym stwierdził on, że Węgry obserwują stosunki polsko‑niemieckie „z coraz większym niepokojem”. Z jednej strony Teleki zamierzał jak najdłużej utrzymać pozytywne relacje z III Rzeszą, z drugiej – mając w sobie pewną dozę sympatii do Polski, nie tylko politycznej, ale i osobistej (np. w 1935 roku uczestniczył w usypywaniu Kopca Piłsudskiego, samemu wożąc ziemię taczkami) – nie chciał przyłączyć się do potencjalnej niemieckiej agresji.


Reklama


Reklama

Ówczesne węgierskie dokumenty, jak list tamtejszego szefa MSZ do ambasadora w Rzymie, nie pozostawiają w tej sprawie wątpliwości. István Csáky pisał w nim: „W żadnej [niemieckiej] akcji zbrojnej nie będziemy uczestniczyć ani bezpośrednio, ani pośrednio. […] Odrzucimy każde żądanie, by oddziały niemieckie pieszo, środkami komunikacji drogowej lub kolejowej mogły przemieszczać się przez terytorium Węgier celem ataku na Polskę. Kto bez zezwolenia wtargnie w nasze granice, będzie potraktowany jak wróg”.

Tę linię wspierał również człowiek nr 1 wśród Madziarów, regent Miklós Horthy. Gdy nadeszło lato i inwazja Niemiec stała się niemal pewna dla zewnętrznych obserwatorów, propolskie nastawienie potwierdził przemówieniem w parlamencie. Zadeklarował, że „prawdziwa przyjaźń wiąże nas z Polską”, a 24 lipca Teleki wystosował bezpośredni list do Hitlera, w którym zaznaczył wprost, że: „Węgry z przyczyn moralnych nie są gotowe do podjęcia działań wojennych przeciw Polsce”.

Powiedzieć, że choleryczny dyktator III Rzeszy nie był z tego powodu niezadowolony, to nic nie powiedzieć – w odpowiedzi Niemcy zawiesiły transporty broni nad Dunaj, „póki postawa Węgier jest niepewna”. Drastyczny krok ze strony Berlina nie zraził jednak naszych bratanków i dalej nie szczędzili nam przyjaznych, nie tylko słów, ale i czynów.


Reklama

Hattrick Wilimowskiego, wściekły Ribbentrop i węgierski honor

Przykłady? Proszę bardzo: w sierpniu 1939 roku do Warszawy przyjechała ekipa filmowa, która specjalnie wybrała polską stolicę do kręcenia scen obrazu „Wszyscy do walca”. Sfilmowano wówczas m.in. Łazienki, Zamek Królewski i Stare Miasto. Premiera odbyła się dość szybko, bo już we wrześniu, i to w nie byle jakim miejscu, bo w ekskluzywnym budapesztańskim kinoteatrze.


Reklama

Jeśli ktoś szukałby znaków w historii, to odpowiednie wydarzenie, gdyż pokaz nastąpił 28 września, czyli w dniu kapitulacji Warszawy. Tymczasem jeszcze przed napaścią Wehrmachtu (27 sierpnia) doszło do ostatniego, przed długoletnią przerwą, sportowego epizodu z udziałem Polski i Węgier. Chodzi o mecz piłkarskich reprezentacji – dopingowani przez około 20 tys. kibiców „biało-czerwoni” wygrali w Warszawie 4:2, a hattrickiem (ostatnim w polskich barwach) popisał się Ernest Wilimowski. Był to spory sukces, bo Madziarzy to ówcześni wicemistrzowie świata, tym bardziej że Polacy zdołali odwrócić wynik spotkania (przegrywali 0:2).

Kryzys gospodarczy w Niemczech. Upadły tysiące firm

Legendarny komentator Bohdan Tomaszewski wspominał później: „Na trybunach, jak pamiętam, właściwie było zielono, bo już byli w mundurach ci, którzy wyrwali się ze służby wojskowej na mecz. [...] 0:2 z wicemistrzami świata, a potem 4 bramki z rzędu i gra pełna polotu, inteligencji, rozmachu, dalekie strzały, świetna obrona. Jak gdyby na pożegnanie tej przedwojennej Polski”. Węgrzy zagrali na stadionie dzisiejszej Legii mimo sprzeciwu III Rzeszy, ale wkrótce musieli zmierzyć się z dużo poważniejszymi wyzwaniami.


Reklama

Niemieckie protesty szybko ustąpiły bowiem miejsca groźbom i żądaniom, jak 9 września, gdy stojący na czele hitlerowskiej dyplomacji Joachim von Ribbentrop „poprosił” o zgodę na przepuszczenie wehrmachtowskich wojsk przez węgierskie terytorium do Polski. Konkretnie chodziło o udostępnienie linii kolejowej Koszyce–Humenne–Łupków. Nie był to jakiś strategiczny odcinek, ale Hitler i spółka chcieli w ten sposób przetestować lojalność Budapesztu.


Reklama

Na nasze szczęście rząd Telekiego pozostał głuchy na te oczekiwania, podobnie jak na zapytanie władz Słowacji dotyczące możliwości korzystania z linii Koszyce–Nagyszalánc. Węgrzy nie mieli wątpliwości, że za tą inicjatywą stoi Berlin – państwo słowackie było satelitą III Rzeszy – i nie dość, że odmówili, to sami przeszli do dyplomatycznej ofensywy.

Oświadczyli Słowakom, że jeśli ich oddziały spróbują siłowo opanować infrastrukturę kolejową, to armia węgierska otworzy do nich ogień. Tak stanowcze dictum nie mogło pozostać bez reakcji nazistów: minister Csáky usłyszał od niemieckiego ambasadora, że „Słowacja znajduje się pod ochroną Rzeszy i za każdą akcję zbrojną przeciwko niej wojska niemieckie wezmą odwet”.

Jednocześnie, prócz kija, politycy spod znaku swastyki trzymali w ręku marchewkę pod hasłem „korekt u północnych granic węgierskich”. Innymi słowy, zaproponowali Telekiemu i Horthy’emu rozbiór Polski i zagarnięcie fragmentu naszego terytorium w okolicach miejscowości Turka i Sambor. I na to Madziarzy nie przystali.


Reklama

Czym się kierowali „bratankowie”, wybierając, zamiast pozyskania nowych ziem i umocnienia więzów politycznych z Hitlerem, asertywną postawę na korzyść Polaków? Podstawową rolę odegrało dbanie o własny interes, ale myliłby się ten, kto uznałby, że była to tylko i wyłącznie chłodna kalkulacja.


Reklama

Owszem, ministrowie debatujący nad ewentualną zgodą na transport Wehrmachtu węgierskimi torami uznali ostatecznie, że „gdybyśmy tej prośbie uczynili zadość, otrzymalibyśmy natychmiast trzy [deklaracje o] wypowiedzeniu wojny: od Anglii, Francji i Polski”. Niemniej w protokole z tego posiedzenia znajdziemy i taki cytat:

Ze strony Węgier jest sprawą honoru narodowego, by nie brać udziału w jakiejkolwiek akcji wojskowej przeciwko Polsce.

Rządzący nad Dunajem, mimo rozmaitych kompromisów, nie dali się zastraszyć Niemcom ani wtedy, ani później – aż do 1944 roku. W międzyczasie przyjęli natomiast i udzielili, krótszej lub dłuższej, gościny tysiącom Polaków.


Reklama

Mała Polska nad Dunajem

Pierwsi uchodźcy znaleźli się po węgierskiej stronie granicy mniej więcej 10 września. W kolejnych dniach dziesiątki przybywających zmieniały się stopniowo w setki, a po agresji ZSRR 17 września – w tysiące.


Reklama

Z jednej strony byli to cywile, od przedstawicieli elit: polityków, urzędników, ich bliskich itd., po chłopskie i robotnicze rodziny (kobiety i dzieci, mężczyźni pozostali przeważnie na froncie), nie zabrakło nawet załogi obserwatorium astronomicznego, taszczącej nad Dunaj cenne przyrządy naukowe. Z drugiej strony na Węgry zmierzali ludzie w mundurach: policjanci, wojskowi itp., w tym większe jednostki, m.in. 10 Brygada Kawalerii (największa zmotoryzowana formacja w Wojsku Polskim) pod dowództwem przyszłego generała Stanisława Maczka, a także liczący ponad 900 osób personel lotniczy.

Przez kilka miesięcy internowani, dzięki cichemu wsparciu „bratanków”, w miarę szybko mogli opuścić węgierskie obozy i przedostać się na Zachód, aby zasłużyć się w bitwie o Anglię czy pod Falaise.


Reklama

Do tego jeszcze wrócimy, natomiast pora odpowiedzieć na pytanie, ilu w zasadzie uchodźców, tak wojskowych, jak i cywilnych, znalazło przystanek u naszego południowego sąsiada? 22 września tamtejszy minister spraw wewnętrznych ogłosił, że liczba polskich obywateli przybyłych nad Dunaj przekroczyła 10 tys. osób, ale szacunki te dotyczyły tylko cywilów. Gdy doliczyć do nich żołnierzy – do połowy 1940 roku udało się przetransportować z Węgier do krajów Europy Zachodniej co najmniej 50 tys. ludzi – mamy 60 tys. przybyszów z Polski, ale to za mało.


Reklama

Wydaje się, że spokojnie możemy mówić o 100‑tys. rzeszy uchodźców, którą trzeba było gdzieś zakwaterować, napoić, nakarmić, nierzadko odziać itp. Kto się tym zajął? Podobnie jak w przypadku Polski i Ukraińców po 24 lutego 2022 r. – zarówno instytucje państwowe, jak i organizacje społeczne oraz ludzie dobrej woli. Jeśli chodzi o te pierwsze, to szeregowych i oficerów „przygarnął” XXI Departament Ministerstwa Obrony, organizowanie życia pozostałym należało do zadań IX Departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (w jego ramach powołano tzw. „oddział polski”).

Gdy zaś mowa o społecznikach niosących pomoc Polakom, wymieńmy tylko kilka organizacji: Węgierski Czerwony Krzyż, Węgiersko‑Polski Komitet ds. Uchodźców, Węgierskie Towarzystwo im. Adama Mickiewicza, Stowarzyszenie Sędziów i Adwokatów Węgierskich, Krajowe Węgiersko‑Polskie Koło Harcerskie, Węgiersko‑Polski Związek Studentów i inne. Do historii przeszedł „ojczulek Polaków” – dyrektor IX Departamentu, József Antall, który wraz z Henrykiem Sławikiem (Delegatem Rządu RP na Węgrzech) uratował przed śmiercią w niemieckich obozach ponad 5 tys. polskich Żydów.

Już we wrześniu 1939 r. Węgier nakazał podległym sobie urzędnikom, aby uchodźcy pochodzenia żydowskiego widnieli w dokumentacji bez takich korzeni, ale jako Polacy, katolicy itd. W razie potrzeby pracownicy mieli zmieniać ich nazwiska na bardziej polskobrzmiące – stąd wysyp Bemów, Mickiewiczów, Kościuszków czy Matejków.


Reklama

Z kolei od 1940 roku węgierscy współpracownicy Antalla, działacze Komitetu Obywatelskiego (na czele Sławik) i polscy księża realizowali akcję tworzenia na szeroką skalę sfabrykowanych dokumentów tożsamości (w tym metryk chrztu), trafiających do Żydów.


Reklama

A teraz garść wybranych faktów: po pierwsze – obozy dla cywilów i żołnierzy. Węgrzy celowo organizowali je możliwie blisko swojej południowej granicy. W ten sposób, przy biernej postawie gospodarzy, Polacy mogli masowo przedostawać się do Francji i tam odtwarzać Wojsko Polskie.

Jak stwierdził jeden z obozowych komendantów:

Można zapchać Polaka do worka, zawiązać worek i postawić obok niego strażnika. Po pewnym czasie pozostaną strażnik, worek i sznurek, a nie będzie już ani śladu po Polaku.


Reklama

Po drugie – każdy uchodźca, niezależnie od wieku, płci, pochodzenia czy wykształcenia, miał prawo do dziennej zapomogi. Co ważne, nawet gdy osoba z rodziny podjęła legalną pracę, jej bliscy wciąż mogli liczyć na bezzwrotną pomoc finansową.


Reklama

Po trzecie – nad Dunajem mogły funkcjonować m.in. Instytut Polski, Biblioteka Polska (wydała ponad 80 tomów dzieł polskich i węgierskich), węgierski oddział Polskiego Czerwonego Krzyża, Sekcja Lekarzy Polskich (zrzeszająca ok. 140 medyków, m.in. prowadziła szpital dla Polaków w Győr i dostarczała leki podziemiu w okupowanej Polsce), ukazywała się prasa, np. „Wieści Polskie” – trzy razy w tygodniu.

Po czwarte – szkolnictwo: od 27 polskich podstawówek, przez gimnazjum polskie w Balatonboglár, po Wolny Uniwersytet Katolicki (wykładowcy Uniwersytetu prowadzili wykłady oraz zajęcia w obozach – i cywilnych, i wojskowych). Tę wyliczankę można by jeszcze kontynuować, a to tylko oficjalne inicjatywy polskiej mniejszości. Gdyby dodać do nich organizacje konspiracyjne, ten tekst liczyłby pewnie z 50 tys. znaków.

Węgierscy bratankowie: Kazimierz Sosnkowski i Stanisław Marusarz

Powyższe akapity mogłyby sugerować, że całe węgierskie społeczeństwo postępowało w myśl hasła „murem za polskim (cywilnym i wojskowym) piechurem”. Do tego „muru” dołóżmy jeszcze cegiełki w postaci bram witających uchodźców we wrześniu ’39 (z polskimi godłami i napisami typu „Kochani bracia Polacy”) oraz ostentacyjnego noszenia przez mieszkańców miast ubrań (a nawet biżuterii) w biało‑czerwonych kolorach, z biało‑czerwonymi motywami itd. i mamy prawdziwie sielankowy obraz. Pora go zburzyć, gdyż radykalnej prawicy nie w smak była obecność polskich żołnierzy i cywilów nad Dunajem.


Reklama

Ruch strzałokrzyżowców już w pierwszych tygodniach wojny, ustami jednego z posłów, tak podsumowywał uchodźców: „Bez dyscypliny wojskowej włóczą się i tułają po wsiach, ale jednocześnie trzeba też stwierdzić, że mają niezmiernie zły wpływ na moralność publiczną”. W listopadzie 1939 r. prawicowcy zaostrzyli ton i na forum parlamentu piętnowali rzekomo masowe chuligańskie wybryki Polaków, ich zabagnienie moralne oraz dopytywali się o koszty utrzymania polskiej społeczności, niedwuznacznie sugerując przy tym przykręcenie kurka z pieniędzmi.


Reklama

Wybory na Węgrzech 2026 r. Viktor Orbán oskarża opozycję o spisek

Co na to władze w Budapeszcie? Niech jeszcze raz przemówią fakty: polskie poselstwo na Węgrzech działało do stycznia 1941 roku, a część naszych instytucji, np. Instytut Polski, aż do początku 1944 roku. Mało tego – 1 września 1943 r. stołeczne radio retransmitowało, wprawdzie dawne (sprzed kilku, jeśli nie kilkunastu miesięcy), ale jednoznacznie antyniemieckie i proalianckie przemówienie premiera Władysława Sikorskiego.

Niestety taka polityka, w warunkach coraz silniejszych nacisków ze strony III Rzeszy, nie mogła przetrwać próby czasu. Pál Teleki jeszcze w kwietniu 1941 r. zastrzelił się w geście protestu przeciwko udziałowi Węgier w niemieckim ataku na Jugosławię. Przełomowy w sensie negatywnym okazał się rok 1944: w marcu oddziały Wehrmachtu zajęły kraj, a w październiku Niemcy obalili Horthy’ego i w miejsce jego ekipy wstawili strzałokrzyżowców. Dla Polaków oznaczało to pobyt za kratkami szeregu ważniejszych działaczy (kilku z nich zamordowano), a także likwidację wszystkich uchodźczych organizacji.


Reklama

Niemniej przez blisko pięć lat zapisały one piękną kartę w dziejach polskiego wychodźstwa, co nie byłoby możliwe bez życzliwej postawy węgierskich władz. A na koniec – dwa przykłady drugowojennej, polsko‑węgierskiej współpracy: jeden żołnierski i jeden cywilny.


Reklama

Mianowicie, gdy w październiku 1939 r. stopę na madziarskiej ziemi postawił generał Kazimierz Sosnkowski (wieloletni minister spraw wojskowych i w pierwszych latach II RP de facto druga osoba w państwie po Piłsudskim), mógł liczyć na wielorakie wsparcie Węgrów. O ile oficjalnie informowali oni, konkretnie minister spraw wewnętrznych, Niemców, że „gdyby gen. Sosnkowski u nas był, na pewno zostałby aresztowany”, w rzeczywistości zapewnili mu bezpieczny transport pociągiem do samej granicy.

Przedtem udało się nawet zorganizować krótkie spotkanie przyszłego polskiego Naczelnego Wodza z Horthym. Relacja Witolda Babińskiego, w trakcie II wojny światowej adiutanta generała: „Horthy się rozpłakał, gdy mówił o losie Polski, dał spontaniczne słowo honoru, że dopóki jest na czele Węgier, żadnemu Polakowi włos z głowy nie spadnie”.

Przez najbliższych kilka lat regent starał się dotrzymać tej obietnicy i w znacznym stopniu mu się to udało. Wspomnijmy jeszcze o Stanisławie Marusarzu – jeśli otworzymy encyklopedię PWN, dowiemy się, że „[pod koniec wojny] ukrywał się na Węgrzech”. Tyle że pod tym lakonicznym fragmentem kryje się doradztwo legendy polskiego sportu przy budowie jednej z największych skoczni narciarskich w Europie, a także szkolenie węgierskich skoczków i zjazdowców! Nad Dunajem Marusarz znalazł się w 1940 roku po ucieczce z celi śmierci krakowskiego więzienia Gestapo.

Pod nazwiskiem Stanisław Przybylski pracował w miejscowym związku narciarskim (dzięki znajomości z jednym z działaczy, Gyulą Bellonim) i trenował tamtejszych narciarzy. Jeśli zaś chodzi o skocznię w Borsafüred, nie tylko wspierał swoimi radami prace budowlane, ale i oddał tam skok (1944). I to jaki: 88 metrów, dzięki czemu został nowym rekordzistą obiektu! Jak widać, Polak potrafi, zwłaszcza w węgierskim otoczeniu...


Reklama

Źródło: Zero.pl
Tomasz Czapla
Tomasz CzaplaPublicysta, historyk, członek Stowarzyszenia Pamięci Generała Kazimierza Sosnkowskiego - autor zewnętrzny