Świat

Bezkonkurencyjna Unia. Jak Europa zgubiła swoją przewagę

Przez trzy dekady Unia Europejska tworzyła warunki sprawiające, że gospodarki należących do niej krajów stopniowo wyrzekały się swych atutów. Jednocześnie hodowała konkurentów, zdolnych zdominować Stary Kontynent. Teraz żeby przetrwać musi zrobić coś dokładnie odwrotnego. I to w momencie, gdy atak na Iran dramatycznie winduje w górę ceny energii.

Andrzej Krajewski
Felieton autorstwa: Andrzej Krajewski
12 marca
17 minut
(fot. Shutterstock / Shutterstock)

Reklama

TYLKO NA

Europa nie straciła jeszcze swej gospodarczej konkurencyjności, ale zdążyła uczynić niemal wszystko, co możliwe, żeby się jej wyrzec. Ten fakt przebił się w końcu do świadomości przywódców krajów Unii, którzy spotkali się na nieformalnym szczycie 12 lutego 2026 r. w Belgii. Jednak za zamkniętymi drzwiami na zamku Alden Biesen nie zapadło zbyt wiele wiążących decyzji i kolejny szczyt umówiono na 19 marca. Staje się on tym ważniejszy, bo do wszystkich nieszczęść doszła jeszcze wojna w rejonie Zatoki Perskiej i blokada cieśniny Ormuz. A to oznacza olbrzymie zawirowania na rynku paliw kopalnych i groźbę znaczącego wzrostu cen ropy i gazu ziemnego. Czyli kolejne uderzenie w konkurencyjność gospodarek krajów UE.


Reklama

Tymczasem na razie wiadomo, że pierwszym krokiem do przywracania ekonomicznej konkurencyjności Unii ma się stać wspólny…rynek.

Dostrzeżono bowiem, to o czym mówił już w połowie grudnia 2024 r., dyrektor departamentu europejskiego Międzynarodowego Funduszu Walutowego Alfred Kammer, prezentując raport MFW.

Jednolity rynek jest jednym z największych i najbardziej niedocenianych osiągnięć Europy, ale jego potencjał pozostaje niewykorzystany. Trudna prawda jest taka, że ​​UE wciąż jest daleka od funkcjonowania jako prawdziwy jednolity rynek” – ogłosił wówczas Kammer. „Bariery w handlu wewnątrzunijnym pozostają znaczące. Nasze szacunki wskazują, że bariery te można porównać do średnio około 44 proc. cła w handlu towarami – są trzy razy wyższe niż bariery handlowe między stanami w USA. W przypadku usług, według tych szacunków, bariery są jeszcze wyższe i odpowiadają 110 proc. cłu” – wyjaśniał. Tak więc przez ostatnie dekady, gdy nieustanie powracał temat politycznej federalizacji Europy, stając się fetyszem euroentuzjastów, jednocześnie państwa członkowskie UE nauczyły się chronić swoje rynki, przy użyciu przepisów i metod, zastępujących cła. Co ciekawe udaje im się to o wiele skuteczniej w odniesieniu do innych krajów Wspólnoty niż do Chin.


Reklama


Reklama

– Jedna Europa, jeden rynek. To pilne i musi zostać zrealizowane w latach 2026 i 2027 – ogłosił zaraz po spotkaniu na zamku Alden Biesen przewodniczący Rady UE Antonio Costa.

Kolejnym krokiem, szczególnie promowanym przez prezydenta Emmanuela Macrona, nomen omen byłego bankowca pracującego niegdyś dla Rothschild & Co SCA, ma być integracja europejskich rynków kapitałowych. Tak, aby okazały się one zdolne do finansowania rozwoju nowych gałęzi gospodarki. I znów już w czerwcu 2024 r. w raporcie waszyngtońskiego think tanku Center for European Policy Analysis (CEPA) można było przeczytać: „chociaż Europa generuje powódź startupów, firmy amerykańskie mają o 40 proc. większe szanse na pozyskanie finansowania venture capital w ciągu pierwszych pięciu lat istnienia”. Zatem w Europie rodzą się technologie, ale wraz ze swymi twórcami migrują do USA, gdzie dojrzewają i wchodzą do masowego użycia. Bo ów proces zabezpiecza tam dostęp do kapitału na każdym etapie rozwoju firmy.

Trzecią rzeczą, jaką przywódcy krajów Unii przestali wypierać ze świadomości, okazały się rezultaty wdrażanej transformacji energetycznej. Relacjonując przebieg nieformalnego szczytu „Deutsche Welle” podkreśliło, że: „ceny energii elektrycznej dla przemysłu europejskiego są ponad dwukrotnie wyższe niż w USA i Chinach”. Zaś kanclerz Merz dzień przed rozpoczęciem obrad oświadczył, że: „Jeśli ETS nie jest odpowiednim instrumentem, musimy go dostosować”. Dając do zrozumienia, iż liczy na przebudowanie europejskiego systemu handlu emisjami dwutlenku węgla. Ma temu towarzyszyć obniżanie podatków i opłat nałożonych na energię elektryczną.


Reklama

Poza tym, jak zwykle dużo mówiono o deregulacji, ograniczaniu biurokracji, ochronie rodzimego przemysłu oraz zaciąganiu wspólnych długów na kluczowe projekty. Właściwie jedynym tematem omijanym szerokim łukiem okazywała się polityczna federalizacja UE. Widmo utraty dobrobytu i idąca z tym w parze groźba destabilizacji politycznej sprawiły, że dyżurny temat nagle okazał się mniej istotny. Jak to w kryzysowych czasach z fetyszami bywa. Jednak ten zwrot w stronę mierzenia się z realiami (zamiast tracenia czasu na snucie wyobrażeń), nie oznacza gwarancji sukcesu. Przecież od ogłoszenia sławnego raportu Mario Draghiego, wskazującego na główne słabości Unii, minęły już dwa lata. A jeśli zajrzymy do raportu  European Policy Innovation Council (EPIC) ze stycznia 2026 r., to dowiemy się, iż do tej pory wdrożono w UE 15,1 proc. zaleceń sformułowanych przez Włocha i jego zespół, a 23,8 proc. jest na różnym etapie procedowania.


Reklama

Parlament Europejski (fot. Shutterstock)

Zatem wciąż jest szansa, iż będą one egzystować nie tylko na papierze, acz pewności już nie ma. Dzieje się tak w momencie, gdy po trzydziestu latach przekształcania się Unii Europejskiej na własne życzenie w ptaka dodo, pojawili się drapieżnicy przemyśliwujący o konsumpcji. Aby z nimi skutecznie konkurować nasz tłusty dodo powinien znów uzbroić się w ostre szpony i odzyskać zdolność latania. Czyli odrzucić to, co do tej pory go kształtowało.  

 


Reklama

Z przyzwyczajenie do luksusu

Diagnozę, dlaczego gospodarki kluczowych krajów Unii Europejskiej doświadczają stanu, który zdefiniowano, jako „utratę konkurencyjności”, da się ująć w jednym zdaniu. Mianowicie zarówno ludzie, jak i państwa bardzo szybko przyzwyczajają się do cieplarnianych warunków, uznając je za oczywistość, ale za to niezwykle długo od nich się odzwyczajają. Kiedy na początku lat 90. Europa Środkowa trafiła do zachodniej strefy wpływów, a Związek Radziecki się rozpadł, kraje Europy Zachodniej znalazły się w sytuacji, której wcześniej nie doświadczyły. Staremu Kontynentowi nie zagrażał żaden potężny wróg zewnętrzny, a jednocześnie europejskie państwa, zamiast toczyć wojny, udanie koegzystowały ze sobą. Na dokładkę stały się wręcz obrzydliwie zamożne, a los się do nich tylko uśmiechał. Zniknięcie ZSRR i protektorat oferowany przez Stany Zjednoczone pozwolił krajom UE pełnymi garściami czerpać z „dywidendy pokoju”. Mogły zredukować wydatki na zbrojenia i utrzymanie swoich sił militarnych tak głęboko, jak nigdy wcześniej. Wedle wyliczeń zaprezentowanych przez firmę doradczą McKinsey & Company w opracowaniu pt. „Innovation and efficiency: Increasing Europe’s defense capabilities” między rokiem 1992 a 2024 państwa Wspólnoty wydały na obronność o 8,6 biliona dol. mniej, w porównaniu z tym ile wynosiły ich średnie wydatki na ten cel w czasach zimnej wojny.


Reklama

A pile of one hundred dollars (USD) and fifty euros (EUR) background close. Money and financial concept (fot. Luts Iryna / Shutterstock)

To pozwalało owe 8 bilionów USD przeznaczyć na co tylko miało się ochotę – nową infrastrukturę, inwestycje, opiekę medyczną i socjalną dla obywateli, etc. Dobre wiadomości dla Europy na tym wcale się nie skończyły. Wprawdzie powołana do życia Traktatem z Maastricht w 1993 r. Unia Europejska pozostawała jako stowarzyszenie państw, jedynie udającym jedno państwo, ale coraz bardziej przypominała jeden organizm gospodarczy. Jego rozmiary sprawiały, iż realnym konkurentem pozostawały już tylko Stany Zjednoczone oraz Japonia. Ale ta ostatnia, ciesząca się wówczas statusem drugiej gospodarki świata, po dekadach błyskawicznego rozwoju, doświadczyła na początku lat 90. długiej recesji. Acz Daleki Wschód nadal rósł w siłę dzięki: Tajwanowi i Korei Południowej, których wzrost PKB wynosił średnio po ok. 8 proc. rocznie. Aż do krachu, który rozpoczął się w latem 1997 r. Dla każdego z „azjatyckich tygrysów” stał się on historycznym wstrząsem.

Korę Południową przed bankructwem ocalił Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Tajwan dochodził do siebie długie lata. Japonia, po pęknięciu bański spekulacyjnej na rynku nieruchomości i kryzysie bankowym pogrążyła się w deflacji i całkowitym zastoju. Nota bene ten sam krach zdewastował także, znajdującą się i tak już w opłakanym stanie gospodarkę Rosji. Całkowicie uzależniając Borysa Jelcyna od pomocy Zachodu. Po roku 1997 r. na niwie ekonomicznej Unia Europejska musiała się ścigać już tylko ze Stanami Zjednoczonymi. Ale i tu trafiły się Europejczykom preferencyjne warunki. Wartość dolara rosła, a wzajemne cła, jakie USA i UE nakładały na towary były bardzo niskie, przekraczając 10 proc. w pojedynczych przypadkach. Zatem po 1998 r. UE odnotowywała w obrotach handlowych ze Stanami Zjednoczonymi rosnącą nadwyżkę. Na początku XXI w. przekraczała ona już 60 mld dolarów rocznie, a w 2023 r. wyniosła ponad 150 mld USD. Doprowadzając do wściekłości w Ameryce, nie tylko Donalda Trumpa. Towary ze Starego Kontynentu okazywały się po prostu niezwykle konkurencyjne, podbijając swą ceną i jakością serca nie tylko Amerykanów. Ich konkurencyjność sprawiła, że zjednoczone Niemcy, będąc największą gospodarką Unii, mogły swój rozwój i dobrobyt oprzeć na eksporcie. Co uznano w Berlinie za coś oczywistego i niezmiennego.


Reklama


Reklama

Z nadmiaru szczęścia

Gdy jest się na samym szczycie ekonomicznego powodzenia, żeby z niego spaść, należy zrobić trzy rzeczy. Uwierzyć, że tak będzie wiecznie, wyhodować groźnych konkurentów i zając się odległą przyszłością, zapominając o teraźniejszości.

Początek XXI w. przyniósł absolutną dominację wiary w korzyści płynących z globalizacji oraz jej nieuchronność i nieodwracalność. Podobnie rzecz się miała z bezkrytycznym podejściem do ekonomii neoliberalnej, jako jedynie słusznej. Zatem fundamenty Unii Europejskiej ówczesne elity polityczne kształtowały tak, by idealnie dopasować je do tych dwóch pakietów ideowych. Przekładało się to na realną politykę.

„W przypadku niedoboru popytu, przedsiębiorstwa międzynarodowe mogą nie tylko ograniczyć produkcję na danym obszarze, ale także przenieść ją do najbardziej rentownej lokalizacji” – podkreślała Komisja Europejska 25 lat temu w dokumencie „The EU economy: 2001 review Investing in the future”. Uznając, iż w dobie globalizacji, nie należy stawiać przeszkód firmom pragnącym przenosić produkcję do rejonów świata, gdzie jej koszty są dużo niższe. W ten sposób je optymalizowali. Wkrótce słowa „relokacja” i „delokacja” zaczęły w urzędowych dokumentach w Brukseli oraz biznesplanach największych koncernów  Europy,  robić zawrotną karierę. W wydanej w 2024 r. naukowej monografii „Relocation: an old problem in search of new answers European Trade” zajmujący się tą problematyką Andrea Allamprese, Silvia Borelli i Giovanni Orlandini zauważają fundamentalną rzecz. Kolejne traktaty unijne i dyrektywy były pisane tak aby nic nie mogło utrudniać relokacji produkcji. Ukoronowaniem tego stał się artykuł 49. Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej (TFUE). Możliwość relokacji wkomponowano w podstawowe swobody gospodarcze, silnie chronione przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Z takim podejściem próbował nie zgodzić się wówczas Parlament Europejski. Odpływ fabryk głównie na Daleki Wschód zaczął bowiem owocować coraz bardziej bolesnymi zmianami społecznymi i ekonomicznymi. Znikaniu przemysłu towarzyszyło znikanie zamożniejszej warstwy klasy robotniczej, spadały płace i wpływy z podatków (zwłaszcza lokalnych), obniżała się jakość życia. Pogarszała się opieka medyczna i socjalna. Malała także innowacyjność. Rosło za to bezrobocie. W roku 2006 Parlament Europejski swymi rezolucjami usiłował zmusić Komisję Europejską do zmiany strategii i ograniczenia zjawiska relokowania przemysłu. Jak opisują autorzy „Relocation: an old problem in search of new answers European Trade” parlament w odpowiedzi otrzymał od KE raport miażdżący te zachcianki.


Reklama

Napisano w nim m.in.: „za wszelką cenę i w każdym momencie należy unikać powrotu do protekcjonizmu. Handel, konkurencja międzynarodowa i zmiany technologiczne są głównymi filarami i siłami napędowymi procesu specjalizacji i przewagi komparatywnej, na których budowane jest nasze bogactwo i dobrobyt”.


Reklama

Trwała więc w Unii epoka optymalizacji zysków, coraz łatwiejszych do pomnażania dzięki przyjęciu w 2001 r. komunistycznych Chin do Światowej Organizacji Handlu (WTO). Koncerny z krajów Unii i Stanów Zjednoczonych masowo relokowały fabryki i łańcuchy dostaw do Państw Środka, dając Chinom niepotarzaną szansę na odbudowę swej dawnej potęgi. Przywódcy KPCh wykorzystali ją w stu procentach, wspierając rodzimych producentów. Aż w końcu ci, masowo kupując lub kradnąc europejskie technologie i naśladując organizację produkcji, zaczęli dostarczać na rynek wyroby równie konkurencyjne, jak te pochodzące z Unii Europejskiej. W efekcie to Chiny stały się fabryką świata, koncentrując na swym terytorium aż 30 proc. globalnej produkcji przemysłowej. Zaś ich koncerny okazały się zdolne wyruszyć na podbój Starego Kontynentu.

 


Reklama

Dodo z instynktem samobójczym


Reklama

Unia wpisana w globalizację i neoliberalizm stała się stowarzyszeniem państw, w których w pierwszej dekadzie XXI w. następowało odwracanie procesu ścisłego powiązania interesów elit politycznych z interesem wyborców. Po II wojnie światowej, w demokratycznych krajach Europy Zachodniej, ta korelacja była coraz mocniejsza. Zatem elity polityczne musiały bardzo liczyć się ze zdaniem zwykłych obywateli. Poza tym pozostawały skazane na konkurowanie z partiami ekstremistycznymi, wspieranymi przez wrogów Zachodu na czele ze Związkiem Radzieckim. Siła posłusznych woli Kremla partii komunistycznych zmuszała ugrupowania demokratyczne, by stale zabiegały o sympatię ludu. Konkurencja osłabła z upadkiem ZSRR, a wygasła wraz z nadejściem globalizacji i „nowej lewicy”, ukształtowanej przez Tony’ego Blaira oraz Gerharda Schrödera.

Liberalna lewica jedynie w kwestii ideowych drobiazgów, rozdmuchiwanych do rangi fundamentalnych problemów (związanych z kwestiami obyczajowymi i seksualnymi) różniła się od liberalnej prawicy. To zaś ostatecznie wygasiło na scenie politycznej realną konkurencję. Zlewanie się elit politycznych w jeden mainstream dodatkowo ułatwiało samo istnienie Unii Europejskiej. Jej instytucje oferowały  możność robienia kariery politycznej w zupełnym oderwaniu od poparcia wyborców. Podobnie rzecz się miała z procesem decyzyjnym na szczeblu unijnym. Uwzględniał on interesy państw i osób nimi rządzących, lecz z czasem zaczęło się okazywać, iż nie jest to równoznaczne z interesem obywateli.

Obok pojawienia się w poszczególnych krajach przestrzeni dla ruchów populistycznych, z natury swej antyunijnych, a odwołujących się do „woli ludu”, ta zmiana generowała też przemodelowanie gospodarczych strategii. W trakcie światowego kryzysu ekonomicznego, który wybuchł w 2008 r., rządzące elity uświadomiły sobie, że gospodarki krajów UE „przespały” rewolucję cyfrową. Jej beneficjantami stały się przede wszystkim amerykańskie korporacje. To one opanowały nową, potężną branżę, jaką stało się dostarczanie oprogramowania dla sprzętu elektronicznego, a następnie Internet i wszelkie usługi z nim związane.


Reklama

Fantastyczna konkurencyjność wyrobów przemysłowych z krajów UE sprawiała, że wielkie korporacje ze Starego Kontynentu nie widziały sensu mocnego angażowania się w nowych obszarach. Z kolei technologiczne firmy z Europy, próbujące to robić, z racji ograniczonego rynku kapitałowego szybko przegrywały konkurencję i upadały lub stawały się łupem amerykańskich gigantów. Tak jak fińska Nokia w 2014 r., kończąca swą globalną karierę, jako zdobycz Microsoftu, który wyprowadził z niej wszystko, co potrzebował, pozostawiając przy życiu marne resztki.


Reklama

Budynek Berlaymont, siedziba Komisji Europejskiej. (fot. Mirko Kuzmanovic / Shutterstock)

Uświadomienie sobie słabości, przy jednoczesnym braku zagrożeń zewnętrznych i oderwaniu od woli wyborców, zaowocowało niezwykły zwrotem ekonomiczno-politycznym. Unia Europejska, coraz bardziej zdominowana przez Niemcy ruszyła do boju z zagrożeniami, które miały nadjeść w dość odległej przyszłości. Mianowicie z przyśpieszającymi zmianami klimatycznymi łącząc to, jednocześnie z planem uniezależnienia się od paliw kopalnych. Paradoks sytuacji polegał na tym, że transformacja energetyczna wymagała – zwłaszcza w przypadku Niemiec – dostępu ich jak najtańszej puli paliw. Walcząca ze zmianami klimatycznymi Unia, „hodowała” więc sobie tak drugi obok Chin zagrożenie, w postaci putinowskiej Rosji. Do Państwa Środka płynęły więc inwestycje i Hi-tech powalające stworzyć przemysł lepszy od europejskiego. Moskwie Unia zapewniała środki na modernizację i rozbudowę sił zbrojnych. Jednocześnie 32 tys. urzędników, pracowników i ekspertów zatrudnionych przez Komisje Europejską w pocie czoła w 2019 r. wykuwało założenia Europejskiego Zielonego Ładu. Czegoś, co stanowiło ukoronowania unijnej transformacji energetyczno-ekonomicznej. Wykuwanej przy użyciu dziesiątek tysięcy dyrektyw, strategii i ich korekt.

Zważywszy na to, jak się sześć lat później Zielony Ład ma się do rzeczywistości, powiedzeniem, iż „coś poszło nie tak”, jest bardzo delikatnym określeniem dla różnicy między teorią a praktyką.


Reklama

Tak oto Unii Europejskiej udało się upodobnić do tłuściutkiego ptaka dodo, w momencie, gdy holenderscy żeglarze przybili już do brzegów Mauritiusu. Przywożąc ze sobą na okrętach szczury oraz psy. Po czym cała ta czereda zgodnie zachwyciła się smakiem gospodarza wyspy, a także tym, iż nie potrafił latać ani nawet uciekać. Zjedzenie dodo do ostatniej sztuki zajęło przybyszom zaledwie kilkadziesiąt lat.

Na szczęście dla mieszkańców krajów Unii, tworzące ją państwa w odwrotności do ptaka dodo nadal posiadają olbrzymi potencjał i zachowały zdolności do rozwijania się. Uzbrojenie się po zęby, czy odzyskanie zdolności do konkurowania, nie jest czymś, czego by nie były w stanie osiągnąć w ciągu kilku lat. Największym problemem jest sama Unia Europejska, zbudowana wedle wzorców, których największą ułomnością jest brak konieczności dbania o dobro obywateli. To, jak ją ukształtowano w dobie globalizacji sprawia, że gwarantuje przewagę interesów elit, kosztem zwykłych ludzi. Jest odwrotnością tego, czym stawały się demokratyczne państwa w Europie Zachodniej po II wojnie światowej. I jeśli się tej fundamentalnej rzeczy nie zmieni, to nie tylko europejski przemysł nie odzyska dawnej konkurencyjności. Również cała Unia w świecie agresywnych mocarstw nie przetrwa.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Andrzej Krajewski
Andrzej KrajewskiPublicysta, historyk, autor książek „Ropa. Krew cywilizacji” i „Rzeczpospolita kryzysowa”