Reklama
Kultura

Minister potrzebowała żywej tarczy. Zrobiła ją sobie z malarki

Minister kultury, broniąc projektu emerytur dla artystów, wystawiła anonimową malarkę na hejt internautów. Powinna była przewidzieć, że gdy twarzą politycznego sporu zostanie artystka tworząca kontrowersyjne prace, dyskusja szybko przestanie dotyczyć ustawy, a zacznie samej malarki. No chyba że właśnie o to chodziło.

Anna Wittenberg
Opinia autorstwa: Anna Wittenberg
Dzisiaj 12:26
6 min
Aktualizacja: Dzisiaj 13:04
Minister Marta Cienkowska chce pokazywać pracę artystów. Na razie im zaszkodziła. (fot. Rafał Guz / PAP)

Minister Marta Cienkowska postanowiła bronić projektu dopłat do emerytur dla artystów uruchamiając na Instagramie cykl „Minister u artystów”. W pierwszym odcinku odwiedziła pracownię malarki Gosi Bartosik, która opowiedziała o tym, jak trudno utrzymać się ze sprzedaży obrazów. Krótko mówiąc: nieustannie musi szukać fuch.
Filmik był kręcony w pracowni, więc komentatorzy natychmiast wyłapali, co Gosia Bartosik maluje. W skrócie: sztuka obraca się wokół nagości i genitaliów.

Urzędniczki państwowe nadużywają pozycji

Zachowanie szefowej resortu kultury tak po ludzku jest dość podłe. Przegrywając medialną wojnę o ustawę dotyczącą emerytur dla artystów (wg. Res Futury na 52,7 tys. wzmianek o minister, 97,7 proc. było negatywnych), wciągnęła do niej cywilów. W charakterze żywej tarczy wystąpiła właśnie pani Gosia Bartosik, do tej pory anonimowa dla szerokiej publiczności osoba.

Na rolce widać, że pani Gosia Bartosik jest zestresowana, a kiedy mówi o tym, że wychowanie dziecka kosztuje, robi to w dość niezręczny sposób. Wycięte i wyeksponowane w socialach wypowiedzi są łatwe do wyśmiania. Podobnie jak jej prace.

Reklama
Reklama

Pani minister jako osoba obyta z mediami powinna była wyobrazić sobie, co spotka panią Bartosik po takiej ekspozycji, a mimo to uznała, że to dobry pomysł, by poprosić ją o pomoc. Ta pewnie mogła odmówić, ale czy racjonalne byłoby odmówić ministrowi kultury?
To dokładnie ta sama sytuacja, co pani lodziarka z Pszczyny, która odwołała akcję rozdawania lodów  dzieciom z czerwonym paskiem na świadectwie, bo dostała pismo z orzełkiem i podpisem Rzeczniczki Praw Dziecka. Szczerze współczuję obu ofiarom nadużywania pozycji przez wysokie urzędniczki państwowe.

Co musi się stać, żeby człowiek kupił obraz? 

Obcując przez kilka minut tej rolki ze sztuką pani Bartosik myślałam też trochę nad jej problemem – mało kto kupuje obrazy, a jak już ktoś chce kupić, to negocjuje cenę. Przypomniały mi się moje ostatnie spotkania z malarzami, które zbliżyły mnie lub moich znajomych do zakupu obrazów. 

Jakiś czas temu znalazłam się w domu, a zarazem mini galerii, malarza ze Staszowa w woj. Świętokrzyskim. Zawiózł mnie tam w ramach atrakcji sąsiad z działki. Spędziliśmy u malarza dobre dwie godziny, wypiliśmy mnóstwo herbaty i poznaliśmy historię chyba każdego obrazu, który wisiał na ścianie. Do rozmowy z gośćmi, czyli nami, włączyła się też żona malarza. Wydaje mi się, że włączyła do niej też domowe ciasto. Razem dostarczyli nam bardzo wielu opowieści o całej okolicy. 

Reklama
Reklama

Sąsiadowi obrazy bardzo się spodobały. A że malarz uwieczniał na nich także nasze działkowe okolice, to jeszcze budziły w nim dobre emocje. Wyjechał z postanowieniem, że obraz od malarza musi zawisnąć u niego w domu. Będzie sobie zimą patrzył na brzozy, które widzi z okna latem.

Godzina na klienta 

Ostatnio trafiłam do małego atelier innego malarza. Przyznaję, po prostu zgubiliśmy się z dziećmi w wielkim centrum handlowym wracając z przedszkolnego kinderbalu w sali zabaw.
Zatrzymałam się tylko po to, żeby zaśmiać się z golasa wystawionego w witrynie (ok, to niska pobudka), ale zanim zdążyłam palnąć jakąś głupotę, zza pleców wyrósł nam właśnie malarz i zaprosił do środka. Dowiedział się, jak moje dzieci mają na imię, a później poprosił, żeby pokazali mu po jednym obrazie, który im się podoba. Dziewczyny wybrały końskie motywy, a syn stwierdził, że jemu najbardziej podoba się ogromny biegnący byk. A potem jednak uznał, że lepsza rzeźba z brązu.

U tego malarza też spędziliśmy dobrą godzinę. Opowiedział nam o swojej rodzinie, synu który też maluje i przyjaciołach, którzy też prezentowali u niego swoje prace, w tym o gigantycznym obrazie wanny zajmującym dużą część przestrzeni. A potem usiadł i w jakieś półtorej minuty namalował cienkopisem i akwarelą trzy konie. Napisał na nich dedykację, a z tyłu swój numer telefonu, puścił do mnie oko i wręczył zachwyconym dzieciom.

Reklama
Reklama

Być może kiedyś moje dzieci dostaną po obrazie od pana malarza z centrum handlowego. Jeśli tak będzie, to głównie dlatego, że nawiązał z nimi relację i będą chciały do niego wrócić. I dlatego, że po prostu obrazy im się spodobały.

Rynek sztuki w Polsce jest mikroskopijny 

Obrazów malarki Gosi Bartosik, bohaterki rolki pani minister Cienkowskiej, moje dzieci za to nie dostaną. Wybitnie im nie podeszły. Mi zresztą też nie. Powiedzmy eufemistycznie: to sztuka bardzo niszowa, skierowana do wąskiego grona odbiorców.

Biorąc pod uwagę, że polski rynek sztuki wyceniany jest na ok. 670 mln zł rocznie (większość to aukcje w domach aukcyjnych), szansa na to, że w tym wąskim gronie znajdzie się ktoś gotów zapłacić za obrazy pani Bartosik, rzeczywiście nie jest duża. 

Natomiast tego problemu w żaden sposób nie rozwiązuje ustawa przygotowywana przez minister Cienkowską. Za dopłatę do składek ZUS malarka nie utrzyma syna. 

Reklama
Reklama

W odpowiedzi – pewnie niestety dla zamysłu artystycznego malarki – pokazałabym palcem raczej malarzy z moich przygód, którzy nie tylko malowali to, co podoba się klientom, ale też potrafili nawiązać z nimi relację. Takimi szarakami, którzy – o ile nie wybiorą grafik z ramek w IKEI, kupią sobie maksymalnie kilka obrazów w życiu, żeby powiesić je w domu albo gabinecie. 

Rynek sztuki w Polsce jest mikroskopijny. Nie ma szans, żeby utrzymywał każdą artystyczną wizję. Albo więc osoby utrzymujące się ze sztuki będą malowały to, co się ludziom spodoba, albo aktywnie poszukają mecenasów, którzy uwierzą w wartość artystyczną tych projektów. Inaczej trzeba pogodzić się z tym, że ceną za niezależność i totalną wolność artystyczną jest brak finansowego docenienia.

Czytaj także: Jaś Kapela i koniec lewicy ludowej. Od obrony robotników do pogardy wobec kasjerek

Źródło: Zero.pl
Anna Wittenberg
Anna WittenbergRedaktor naczelna