Reklama
Reklama
Reklama

Gliński o emeryturach dla artystów: Ludzie nie będą chcieli płacić na Jandę

TYLKO NA
white-14
Gliński: ustawa została tak napompowana, że w obecnej formie właściwie nie nadaje się do przyjęcia. (fot. Andrzej Jackowski / Radek Pietruszka / PAP)

– Obecny rząd z jednej strony cynicznie gra pod środowiska celebryckie, a z drugiej kompletnie nie rozumie społecznych nastrojów – mówi w rozmowie z Zero.pl Piotr Gliński (PiS), były wicepremier i minister kultury. – Jeśli ludzie widzą kolejne przywileje dla środowisk, które często otwarcie nimi gardzą, reakcja będzie jednoznaczna – ocenia. Chodzi o pomysł dopłat do emerytur dla artystów.

Jak ocenia pan projekt minister Marty Cienkowskiej?

Przede wszystkim trzeba powiedzieć jasno: obecna władza nie dba o kulturę. Po raz pierwszy w historii zmniejszono budżet na kulturę, więc opowieści o trosce o artystów są zwyczajnie niewiarygodne. „To ściema”. Co więcej, ta ustawa była wcześniej wpisana do „100 konkretów”, ale po wyborach nic z nią nie zrobiono. Teraz wraca wyłącznie w kontekście kampanii wyborczej. I została tak zmieniona, tak „napompowana”, że w obecnej formie właściwie nie nadaje się do przyjęcia.

Czym różni się obecny projekt od rozwiązań przygotowywanych wcześniej przez PiS?

Nasza propozycja była skierowana do artystów, którzy faktycznie znajdują się w trudnej sytuacji – nie pracują na etacie, nie mają zabezpieczeń socjalnych i potrzebują wsparcia. Ale to miał być system solidarnościowy.

Reklama
Reklama

Bogatsi artyści mieli współfinansować wsparcie dla biedniejszych twórców. A koszt projektu wynosił około 150 milionów złotych, a nie 400 milionów jak dziś! I co najważniejsze: ciężar nie miał spadać na całe społeczeństwo. Środki miały pochodzić z dochodów z praw autorskich tych artystów, którym się bardziej powodzi. Rozmawialiśmy o tym ze środowiskami artystycznymi i mimo różnych emocji byli gotowi zaakceptować taki mechanizm.

Emerytury dla artystów. Czytaj także:

Dlaczego więc projekt nie został ostatecznie wdrożony?

Im bardziej celebryci zabierali głos w debacie publicznej, tym mniejsze było społeczne przyzwolenie na tego typu rozwiązania. Jak miałem wytłumaczyć przeciętnemu wyborcy, że państwo ma tworzyć specjalny mechanizm wsparcia dla środowiska, które jednocześnie obraża Polaków i pogardza wspólnotą narodową? Dlatego nie zdecydowałem się forsować tej ustawy, mimo że była przygotowana.

Reklama
Reklama

Zarzuca pan części środowiska artystycznego dystans wobec wspólnoty narodowej?

To nie jest wyłącznie problem współczesny, ale w Polsce szczególnie widoczny. Część środowisk bardzo chętnie kpi z polskości, odwołując się przy tym powierzchownie, jak wspomniałem wcześniej, do Gombrowicza czy Witkacego. Tymczasem polskość nie jest powodem do wstydu. To ogromna wartość, o którą przez pokolenia walczono zarówno orężem jak i na polu kultury i którą pielęgnowano.

W Kanale Zero na temat projektu ustawy wypowiadał się Jaś Kapela. Podkreślał solidarnościowy charakter ustawy. Czyżby Kapela mówił językiem konserwatystów? Że kultura ma swoje obowiązki wobec wspólnoty?

Celebryci – niestety – są dziś opiniotwórczy i przyczyniają się do kryzysu współczesnej kultury. Problemem jest brak odpowiedzialności wielu liderów tego środowiska. Nie chodzi wyłącznie o Jasia Kapelę, ale również o osoby takie jak Andrzej Seweryn czy Joanna Szczepkowska, którzy angażują się politycznie w sposób skrajnie nieodpowiedzialny.
Sprawa jest zgoła odwrotna. Postawa celebrytów jest postawą antysolidarnościową. Oni zajmują się wyłącznie własną wizją świata, nie rozumiejąc, że społeczeństwo, wspólnota narodowa i kulturowa są ogromną wartością. Wielu z nich to ludzie utalentowani, wybitni nawet, ale jednocześnie przekraczający granice własnych kompetencji i wpływający destrukcyjnie na debatę publiczną.

Destrukcyjnie?

Reklama
Reklama

Tak, bo jeśli ktoś podsyca nienawiść i dzieli wspólnotę narodową, to uderza nie tylko w społeczeństwo, ale wręcz w polską rację stanu. Przykładem są wypowiedzi Andrzeja Seweryna, który sugerował fizyczne wykluczanie politycznych przeciwników. To nie ma nic wspólnego z demokracją czy dialogiem, z wartością, jaką jest różnorodna wspólnota kulturowa i narodowa. A mimo to takie osoby nadal funkcjonują w życiu publicznym, są honorowane i wspierane przez środowiska polityczne oraz celebryckie. To pokazuje skalę problemu.

Wróćmy do samego projektu. Twierdzi pan, że ma wyłącznie polityczny charakter?

Dokładnie tak. To projekt przygotowany pod wybory i jednocześnie projekt, o którym autorzy wiedzą, że może nie przejść. My już podczas prac komisji sejmowej zwracaliśmy uwagę, że po zmianach ta ustawa stanie się nieakceptowalna społecznie i politycznie.
Zmieniały się też terminy jej wejścia w życie – najpierw miało to być po 100 dniach, potem od stycznia 2026 roku, później od stycznia 2027, teraz mówi się o połowie przyszłego roku. To pokazuje chaos i brak realnej strategii.

Nie uważa pan jednak, że koalicja rządząca musiała przewidywać opór społeczny i możliwe weto prezydenta?

Najwyraźniej tego nie przewidzieli. To w gruncie rzeczy gang Olsena. My doskonale zdawaliśmy sobie z tego sprawę, dlatego mimo wieloletnich przygotowań nie zdecydowaliśmy się wprowadzić projektu.

Reklama
Reklama

Obecny rząd z jednej strony cynicznie gra pod środowiska celebryckie, a z drugiej kompletnie nie rozumie społecznych nastrojów. Można być popularnym w swojej medialnej bańce, ale to nie znaczy, że społeczeństwo zaakceptuje kolejne przywileje finansowane z budżetu państwa.

Czy uważa pan, że ta sprawa może zaszkodzić rządowi politycznie?

Już szkodzi. To przykład kompletnego niezrozumienia społecznych emocji. Można mieć wsparcie części celebrytów i mediów, ale to ma ograniczone znaczenie. Jeśli ludzie widzą kolejne przywileje dla środowisk, które często otwarcie nimi gardzą, reakcja będzie jednoznaczna. I właśnie dlatego ta sprawa kończy się dziś politycznym kryzysem dla rządu. Z jednej strony to są cyniczni gracze, a z drugiej strony – powtarzam - to jest Gang Olsena, który nie przewidział, że ludzie nie będą chcieli wiecznie płacić na panią Jandę czy panią Szczepkowską.

Nie od dziś wiadomo, że polityka jest grą błędów: kto zrobi większy błąd, ten przegrywa. Tusk, jak widzimy, jest tutaj bardziej utalentowany niż my, chociaż przypisuje mu się wiele innych zdolności, nie dostrzegając tego wybitnego talentu. Mamy kolejny występ z podwójnym saltem wprzód, jak podczas słynnego wywiadu Tuska u Rymanowskiego, który pogrzebał kampanię Trzaskowskiego. Tylko tyle powiem.

Reklama
Reklama