– Obecny rząd z jednej strony cynicznie gra pod środowiska celebryckie, a z drugiej kompletnie nie rozumie społecznych nastrojów – mówi w rozmowie z Zero.pl Piotr Gliński (PiS), były wicepremier i minister kultury. – Jeśli ludzie widzą kolejne przywileje dla środowisk, które często otwarcie nimi gardzą, reakcja będzie jednoznaczna – ocenia. Chodzi o pomysł dopłat do emerytur dla artystów.

Jak ocenia pan projekt minister Marty Cienkowskiej?
Przede wszystkim trzeba powiedzieć jasno: obecna władza nie dba o kulturę. Po raz pierwszy w historii zmniejszono budżet na kulturę, więc opowieści o trosce o artystów są zwyczajnie niewiarygodne. „To ściema”. Co więcej, ta ustawa była wcześniej wpisana do „100 konkretów”, ale po wyborach nic z nią nie zrobiono. Teraz wraca wyłącznie w kontekście kampanii wyborczej. I została tak zmieniona, tak „napompowana”, że w obecnej formie właściwie nie nadaje się do przyjęcia.
Czym różni się obecny projekt od rozwiązań przygotowywanych wcześniej przez PiS?
Nasza propozycja była skierowana do artystów, którzy faktycznie znajdują się w trudnej sytuacji – nie pracują na etacie, nie mają zabezpieczeń socjalnych i potrzebują wsparcia. Ale to miał być system solidarnościowy.
Bogatsi artyści mieli współfinansować wsparcie dla biedniejszych twórców. A koszt projektu wynosił około 150 milionów złotych, a nie 400 milionów jak dziś! I co najważniejsze: ciężar nie miał spadać na całe społeczeństwo. Środki miały pochodzić z dochodów z praw autorskich tych artystów, którym się bardziej powodzi. Rozmawialiśmy o tym ze środowiskami artystycznymi i mimo różnych emocji byli gotowi zaakceptować taki mechanizm.
Emerytury dla artystów. Czytaj także:
- Jaś Kapela – od obrony robotników do pogardy wobec kasjerek
- Kradzież metodą „na artystę”. Stanowski: wstydu nie macie
- Dopłaty do emerytur artystów? „Biedni zapłacą za bogatszych”
- Kto jest artystą w epoce streamów erotycznych?
- Łepkowska broni wsparcia dla artystów. „Dopłacamy też do emerytur rolników”
Dlaczego więc projekt nie został ostatecznie wdrożony?
Im bardziej celebryci zabierali głos w debacie publicznej, tym mniejsze było społeczne przyzwolenie na tego typu rozwiązania. Jak miałem wytłumaczyć przeciętnemu wyborcy, że państwo ma tworzyć specjalny mechanizm wsparcia dla środowiska, które jednocześnie obraża Polaków i pogardza wspólnotą narodową? Dlatego nie zdecydowałem się forsować tej ustawy, mimo że była przygotowana.
Zarzuca pan części środowiska artystycznego dystans wobec wspólnoty narodowej?
To nie jest wyłącznie problem współczesny, ale w Polsce szczególnie widoczny. Część środowisk bardzo chętnie kpi z polskości, odwołując się przy tym powierzchownie, jak wspomniałem wcześniej, do Gombrowicza czy Witkacego. Tymczasem polskość nie jest powodem do wstydu. To ogromna wartość, o którą przez pokolenia walczono zarówno orężem jak i na polu kultury i którą pielęgnowano.
W Kanale Zero na temat projektu ustawy wypowiadał się Jaś Kapela. Podkreślał solidarnościowy charakter ustawy. Czyżby Kapela mówił językiem konserwatystów? Że kultura ma swoje obowiązki wobec wspólnoty?
Celebryci – niestety – są dziś opiniotwórczy i przyczyniają się do kryzysu współczesnej kultury. Problemem jest brak odpowiedzialności wielu liderów tego środowiska. Nie chodzi wyłącznie o Jasia Kapelę, ale również o osoby takie jak Andrzej Seweryn czy Joanna Szczepkowska, którzy angażują się politycznie w sposób skrajnie nieodpowiedzialny.
Sprawa jest zgoła odwrotna. Postawa celebrytów jest postawą antysolidarnościową. Oni zajmują się wyłącznie własną wizją świata, nie rozumiejąc, że społeczeństwo, wspólnota narodowa i kulturowa są ogromną wartością. Wielu z nich to ludzie utalentowani, wybitni nawet, ale jednocześnie przekraczający granice własnych kompetencji i wpływający destrukcyjnie na debatę publiczną.
Destrukcyjnie?
Tak, bo jeśli ktoś podsyca nienawiść i dzieli wspólnotę narodową, to uderza nie tylko w społeczeństwo, ale wręcz w polską rację stanu. Przykładem są wypowiedzi Andrzeja Seweryna, który sugerował fizyczne wykluczanie politycznych przeciwników. To nie ma nic wspólnego z demokracją czy dialogiem, z wartością, jaką jest różnorodna wspólnota kulturowa i narodowa. A mimo to takie osoby nadal funkcjonują w życiu publicznym, są honorowane i wspierane przez środowiska polityczne oraz celebryckie. To pokazuje skalę problemu.
Wróćmy do samego projektu. Twierdzi pan, że ma wyłącznie polityczny charakter?
Dokładnie tak. To projekt przygotowany pod wybory i jednocześnie projekt, o którym autorzy wiedzą, że może nie przejść. My już podczas prac komisji sejmowej zwracaliśmy uwagę, że po zmianach ta ustawa stanie się nieakceptowalna społecznie i politycznie.
Zmieniały się też terminy jej wejścia w życie – najpierw miało to być po 100 dniach, potem od stycznia 2026 roku, później od stycznia 2027, teraz mówi się o połowie przyszłego roku. To pokazuje chaos i brak realnej strategii.
Nie uważa pan jednak, że koalicja rządząca musiała przewidywać opór społeczny i możliwe weto prezydenta?
Najwyraźniej tego nie przewidzieli. To w gruncie rzeczy gang Olsena. My doskonale zdawaliśmy sobie z tego sprawę, dlatego mimo wieloletnich przygotowań nie zdecydowaliśmy się wprowadzić projektu.
Obecny rząd z jednej strony cynicznie gra pod środowiska celebryckie, a z drugiej kompletnie nie rozumie społecznych nastrojów. Można być popularnym w swojej medialnej bańce, ale to nie znaczy, że społeczeństwo zaakceptuje kolejne przywileje finansowane z budżetu państwa.
Czy uważa pan, że ta sprawa może zaszkodzić rządowi politycznie?
Już szkodzi. To przykład kompletnego niezrozumienia społecznych emocji. Można mieć wsparcie części celebrytów i mediów, ale to ma ograniczone znaczenie. Jeśli ludzie widzą kolejne przywileje dla środowisk, które często otwarcie nimi gardzą, reakcja będzie jednoznaczna. I właśnie dlatego ta sprawa kończy się dziś politycznym kryzysem dla rządu. Z jednej strony to są cyniczni gracze, a z drugiej strony – powtarzam - to jest Gang Olsena, który nie przewidział, że ludzie nie będą chcieli wiecznie płacić na panią Jandę czy panią Szczepkowską.
Nie od dziś wiadomo, że polityka jest grą błędów: kto zrobi większy błąd, ten przegrywa. Tusk, jak widzimy, jest tutaj bardziej utalentowany niż my, chociaż przypisuje mu się wiele innych zdolności, nie dostrzegając tego wybitnego talentu. Mamy kolejny występ z podwójnym saltem wprzód, jak podczas słynnego wywiadu Tuska u Rymanowskiego, który pogrzebał kampanię Trzaskowskiego. Tylko tyle powiem.
