Reklama
Kraj

Jak koalicja przegra wybory przez Martę Cienkowską

Marta Cienkowska uosabia wszystkie cechy, które nie pomagają koalicji w sprawnym rządzeniu – butę, cynizm, ograniczoną sprawczość polityczną i absolutny brak wyczucia społecznego. Z mediów publicznych minister kultury mogła zrobić perłę w koronie. Zamiast tego zdecydowała, że najważniejsze państwowe spółki będą trwać w fikcyjnym procesie likwidacji. To wszystko odbije się czkawką już niedługo.

Marek Mikołajczyk
Opinia autorstwa: Marek Mikołajczyk
Dzisiaj 05:59
18 min
Na zdjęciu minister kultury Marta Cienkowska (fot. Shutterstock)
TYLKO NA
  • Procedowanie projektu nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji po raz kolejny się opóźnia. Mimo zapewnień ze strony Marty Cienkowskiej projekt wciąż nie trafił na posiedzenie Komitetu Stałego Rady Ministrów.
  • W 2025 r. Telewizja Polska 78 proc. czasu antenowego poświęciła partiom rządzącym, natomiast 22 proc. – partiom opozycyjnym – wynika z najnowszego raportu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.
  • – Pani minister, już teraz może pani przecież wyznaczyć do zarządzania TVP ekspertów, a nie bliskich współpracowników tego czy innego polityka. Woli pani jednak trwać w nieładzie, a z projektu ustawy, który nie ma nawet poparcia całej koalicji rządzącej, czynić świętego Graala, który odczaruje media publiczne. Zdradzę pani sekret: tak nie będzie – pisze dziennikarz Zero.pl Marek Mikołajczyk.

Gdy piszę te słowa, przez media przetacza się fala krytyki dopłat do składek emerytalnych artystów. Mowa o rządowym projekcie ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny, który Rada Ministrów przyjęła pod koniec maja 2026 r. i skierowała do dalszych prac w Sejmie.

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego reklamowało projekt jako przełom: w końcu, po wielu latach, artyści pozbawieni stałego źródła dochodu otrzymają wsparcie, które poprawi ich byt.

„Składki będą uzupełniane do poziomu wynikającego z minimalnego wynagrodzenia za pracę, co pozwoli zwiększyć bezpieczeństwo socjalne osób wykonujących zawody artystyczne i zapewnić im dostęp do ochrony, z której korzystają osoby objęte systemem ubezpieczeń” – wskazywał resort. Jak zapewniał, projekt jest „odpowiedzią na wieloletni problem braku stabilnych ram zabezpieczenia dla osób pracujących w kulturze” i powstał „w ramach szerokich konsultacji ze środowiskiem artystów”.

Reklama
Reklama

Jeszcze tego samego dnia w mediach społecznościowych wybuchła burza. Pojawiły się pytania – notabene słuszne – kto w Polsce może nazwać się artystą, kto będzie decydował o przyznaniu wsparcia, na jakiej podstawie ustalono kryteria dochodowe i czy system na pewno został przemyślany. Ot – klasyczny zestaw wątpliwości, który pojawia się przy każdej nieco bardziej kontrowersyjnej ustawie.

Mijały jednak kolejne godziny, a resort kultury milczał. Skończył się dzień pracy, urzędnicy poszli do domów, pijarowcy odtrąbili sukces, a minister zapadła się pod ziemię. Nikt nie przewidział, że wsparcie dla jednej grupy zawodowej może się nie spodobać wszystkim pozostałym.

Żeby przewidzieć społeczny gniew, nie trzeba było pożerać książek o marketingu. Wystarczyło zajrzeć do badań – według „Rankingu Zawodów 2026”, opracowanego przez agencję SW Research, aktorzy należą do najgorzej ocenianych grup zawodowych. Szacunkiem darzy ich 36,7 proc. respondentów, co plasuje ich na 37. miejscu (na 56 możliwych). Nieco lepiej wypadają muzycy – poważa ich 40,4 proc. badanych (32. miejsce). Gorzej oceniani są m.in. politycy, prezenterzy telewizyjni, pośrednicy nieruchomości czy youtuberzy i influencerzy.

Tymczasem komunikacja biura prasowego MKiDN ograniczyła się do… wklejenia linku do filmiku. Pod wpisem Krzysztofa Stanowskiego z pytaniami o finansowanie ustawy resort odpisał: „Świat bez Artystów? Jak Wam się podoba?” (pisownia oryginalna), dołączając odnośnik do strony kampanii społecznej. Minister Cienkowska nie napisała ani słowa. Od 26 maja na jej profilu w serwisie X próżno szukać jakichkolwiek wpisów na ten temat.

Reklama
Reklama

Marta Cienkowska, siostra Nikodema Dyzmy

Gdyby ktoś się zastanawiał, jak Marta Cienkowska znalazła się w Pałacu Potockich, dość szybko odkryłby, że odpowiedź sprowadza się do jednego słowa: przypadek. Ciechanowianka, absolwentka politologii na Uniwersytecie Warszawskim, przez lata zajmowała się kampaniami reklamowymi. O działalności jej firmy szerzej mówił na Kanale Zero Waldemar Stankiewicz.

W 2023 r. Cienkowska nie dostała się do Sejmu – zdobycie niewiele ponad 6,5 tys. głosów nie wystarczyło do objęcia mandatu. Musiała uznać wyższość ludowców: mandaty z listy Trzeciej Drogi w okręgu płockim zdobyli Piotr Zgorzelski (obecnie wicemarszałek Sejmu) i dr Mirosław Orliński.

Polityczna układanka okazała się jednak dla niej dość łaskawa. Jako reprezentantka Polski 2050 w grudniu 2023 r. objęła funkcję podsekretarza stanu w resorcie kultury. W ministerstwie, zarządzanym twardą ręką przez Bartłomieja Sienkiewicza, powierzono jej nadzór nad dwoma departamentami: funduszy i spraw europejskich oraz współpracy z zagranicą.

Reklama
Reklama

Nie ma co ukrywać: nie był to core działalności MKiDN, zwłaszcza na przełomie 2023 i 2024 r., gdy w resorcie królował temat zmian w mediach publicznych. Plan dnia układali wspólnie ówczesny minister i jego zastępca Andrzej Wyrobiec, nazywany przez wielu „szarą eminencją” Pałacu Potockich. Reszta kierownictwa – chcąc nie chcąc – była raczej dodatkiem.

Przewagą Cienkowskiej był jednak fakt, że nigdy nie traktowała MKiDN jako przystanku w politycznej karierze. Tego samego nie mogą o sobie powiedzieć ani Sienkiewicz – który jako człowiek od zadań specjalnych (dosłownie!) przyszedł do resortu z konkretną misją – ani Wyrobiec, który przy pierwszej lepszej okazji wrócił do Krakowa i bliskiego jego sercu Teatru Bagatela.

Na stanowisku szefowej resortu długo nie utrzymała się także Hanna Wróblewska – bezpartyjna (choć z rekomendacji Koalicji Obywatelskiej) historyk sztuki, która zdążyła się pokłócić ze środowiskiem artystycznym: aktorami, filmowcami i dyrektorami teatrów. Najgłośniejszym echem odbił się jej konflikt z Karoliną Rozwód, która przez cztery miesiące zarządzała Polskim Instytutem Sztuki Filmowej. Rozstanie nie należało do aksamitnych, pełnomocnik Rozwód mówił o rezygnacji „wymuszonej bezprawną groźbą”.

Reklama
Reklama

Wróblewska pożegnała się z resortem w lipcu 2025 r. I tu znowu do gry wróciły „przypadek” i niesamowite szczęście minister Cienkowskiej. W wyniku koalicyjnych przepychanek Szymon Hołownia wywalczył dla swojego ugrupowania tekę wicepremiera i kolejne ministerstwo. Obietnicę Donald Tusk zrealizował częściowo – oddał resort w ręce „żółtych” kolegów.

Na zdjęciu kierownictwo resortu kultury: Andrzej Wyrobiec, Hanna Wróblewska i Marta Cienkowska podczas konferencji prasowej w maju 2024 r. (fot. Adam Chełstowski / Forum Polska Agencja Fotografów)

Nie jest jednak tajemnicą, że Marta Cienkowska nie była ani wyborem numer jeden, ani nawet numer dwa. O tym, że ministrem kultury miała zostać Aleksandra Leo (wówczas wiceszefowa klubu parlamentarnego Polski 2050, dziś związana z klubem Centrum), napisano już wiele.

Rzadko wspomina się jednak, że na czele resortu miał stanąć dr Adam Rudawski, ekonomista z Uniwersytetu Szczecińskiego, były prezes Polskiego Radia Szczecin, dziś wojewoda zachodniopomorski z Polski 2050. Rudawski – uchodzący w partii za eksperta od mediów publicznych – odmówił. I tak w ostatniej chwili, trochę z braku laku, padło na Cienkowską.

Reklama
Reklama

Media publiczne umierają w ciszy

Pierwsze miesiące Cienkowskiej jako szefowej MKiDN nie należały do najłatwiejszych. Niecały miesiąc po jej nominacji dziennikarze Paweł Figurski i Patryk Słowik (wówczas związani z Wirtualną Polską, dziś z Zero.pl) opisali, jak resort kultury ujawnił dane sygnalistki informującej o nieprawidłowościach w Instytucie Pileckiego. Po wybuchu skandalu Cienkowska tłumaczyła, że autorka listu, Hanna Radziejowska, nigdy nie została objęta ochroną przysługującą sygnalistom, a status przyznano jej przez pomyłkę.

Na barki Cienkowskiej spadł też potężny problem: reforma mediów publicznych. W sejmowych kuluarach można czasem usłyszeć, że to gorący kartofel pozostawiony w resorcie przez Bartłomieja Sienkiewicza. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że Cienkowska doskonale wiedziała, na co się pisze.

Na miesiąc przed jej nominacją ogłoszono bowiem „piątkę Polski 2050”, reklamowaną jako „pięć priorytetów rządowych, za które Polska 2050 bierze bezpośrednią odpowiedzialność”. Wśród nich – a jakże! – znalazła się reforma mediów publicznych, które „mają służyć obywatelom, a nie partii rządzącej”.

Cienkowska poszła za ciosem. Obejmując urząd, przejęła bezpośredni nadzór nad departamentem mediów (wcześniej sprawował go jeden z wiceministrów), a w ocenie skutków regulacji projektu nowej ustawy medialnej wpisała siebie jako osobę za niego odpowiedzialną.

Reklama
Reklama

Nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji to jeden z najdłużej powstających projektów tej kadencji. Przepisy przygotowywał jeszcze wiceminister Andrzej Wyrobiec, później temat przejęli Sławomir Rogowski i Maciej Wróbel, a następnie pod swoje skrzydła wzięła go bezpośrednio Marta Cienkowska. Harmonogram prac legislacyjnych zmieniano wielokrotnie. Do Sejmu projekt pierwotnie miał trafić jeszcze w czerwcu 2025 r. Tak się jednak nie stało – na wiele miesięcy utknął w ministerialnych szufladach.

Powód? Brak konsensusu w koalicji rządzącej odnośnie do kształtu projektowanych przepisów. Kością niezgody stała się kwestia finansowania mediów publicznych. Projekt zakłada likwidację abonamentu radiowo-telewizyjnego – media publiczne miałyby być rokrocznie dotowane bezpośrednio z budżetu państwa kwotą 2,5 mld zł. Na takie rozwiązanie nie zgadza się Ministerstwo Finansów.

Cienkowska zaklina jednak rzeczywistość. Mimo że Ministerstwo Finansów wprost pisało do resortu kultury, że „przedstawiona kwota jest niemożliwa do poniesienia przez budżet i będzie miała negatywny wpływ na sektor instytucji rządowych i samorządowych”, minister w lutowej rozmowie z Zero.pl powoływała się na enigmatyczną zgodę, którą miała uzyskać od szefa resortu finansów Andrzeja Domańskiego.

Na zdjęciu minister Marta Cienkowska i wiceminister Maciej Wróbel podczas październikowej konferencji prasowej, na której zaprezentowano założenia do projektu nowej ustawy medialnej (fot. Jacek Szydłowski / Forum Polska Agencja Fotografów)

Reklama
Reklama

Parę miesięcy temu zadaliśmy resortowi finansów pytania o domniemane nieformalne ustalenia między Domańskim a Cienkowską. Do dziś – pomimo kilkukrotnych ponagleń – nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Faktem jest jednak, że od lutego w sprawie reformy niewiele się wydarzyło.

W kwietniowej rozmowie z Radiem Katowice Cienkowska zapewniała, że projekt ustawy medialnej trafi pod obrady Stałego Komitetu Rady Ministrów na początku maja. Tak się jednak nie stało. W rządowym protokole rozbieżności nadal widnieje kwestia finansowania mediów publicznych. Jak słyszymy, decyzji na razie nie ma – zaplanowano za to kolejne międzyresortowe spotkania.

Kwestia abonamentu to niejedyny problem reformy. Kształt projektowanych przepisów, w tym gruntowna przebudowa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, budzi szereg zastrzeżeń niezależnych ekspertów. To właśnie nowa KRRiT ma być – w myśl proponowanych przepisów – głównym ośrodkiem podejmowania najważniejszych decyzji w mediach publicznych.

Zastrzeżenia ma chociażby rzecznik praw obywatelskich prof. Marcin Wiącek, który zwracał m.in. uwagę, że kształt nowych przepisów budzi wątpliwości co do „gwarancji niezależności KRRiT od podmiotów zewnętrznych”. „Przyznanie możliwości powoływania 2/3 członków (KRRiT) parlamentowi będzie wiązać się ze zwiększeniem wpływu Sejmu i Senatu na obsadę KRRiT” – podkreśla RPO w piśmie do szefowej MKiDN.

Reklama
Reklama

Prof. Wiącek wskazuje przy tym, że zapisana w projekcie propozycja skrócenia kadencji obecnej KRRiT nie została wystarczająco uzasadniona. Zwrócił też uwagę, że w projekcie zabrakło zakazu wydawania prasy przez jednostki samorządu terytorialnego.

Chodzi o tzw. samorządowe propagandówki wydawane przez wójtów gmin oraz burmistrzów i prezydentów miast. W pierwotnej wersji taki zakaz się znalazł, ale po naciskach samorządowców przepis zniknął z ustawy. Włodarze nadal więc będą mogli wydawać pieniądze z gminnych budżetów na swoje propagandowe tuby.

RPO nie był zresztą jedynym krytykiem. Uwagi mieli również eksperci Rady Europy, którzy wydali opinię na wniosek Towarzystwa Dziennikarskiego. Zwracają w niej uwagę, że nowa KRRiT – wyposażona w cały wachlarz kompetencji: wpływ na obsadę władz mediów publicznych, przydzielanie koncesji, rozdysponowywanie środków finansowych, nadzór nad etyką mediów i ocenę pluralizmu – pozostanie uzależniona od polityków, bo to oni ostatecznie ukształtują jej skład. Rola strony społecznej przy wyborze nowych członków pozostaje mocno ograniczona.

Po dwóch i pół roku od siłowych zmian w Telewizji Polskiej i Polskim Radiu jesteśmy więc w punkcie wyjścia. Nowej ustawy nie ma, a nawet jeśli powstanie, nie jest powiedziane, że kiedykolwiek wejdzie w życie.

Reklama
Reklama

Gdy w lutym wspólnie z Anną Wittenberg pytaliśmy minister Cienkowską, czy w ogóle konsultowała się w tej sprawie z prezydentem, odpowiedziała gburowato, że jej praca „nie polega na dyskutowaniu z prezydentem”. Po ostatnich zawirowaniach w resorcie odnoszę wrażenie, że praca minister Cienkowskiej nie polega na dyskutowaniu z kimkolwiek. Ani z ekspertami, ani z osobami zwracającymi uwagę na słabe punkty proponowanych przez nią ustaw, a już na pewno nie z głową państwa, od której zależy los wszystkich przygotowanych w jej resorcie przepisów.

Najprawdopodobniej pozostaje nam więc tkwić w chorej sytuacji, w której media publiczne – wpisane na rządową listę spółek o istotnym znaczeniu dla gospodarki państwa – trwają w fikcyjnym procesie likwidacji. Procesie, który utrudnia życie tysiącom osób pracujących na co dzień przy ul. Woronicza, pl. Powstańców Warszawy czy al. Niepodległości, a także w kilkudziesięciu innych miejscach w Polsce. Osobom, które uczciwie wykonują swoją pracę, czasem dorabiają do emerytury, a nie mogą nawet wziąć odkurzacza na raty, bo bank uznaje ich państwowego pracodawcę za mało wiarygodnego.

Trwać będziemy również w rzeczywistości, w której rzekomo przywracana jest „godność mediów publicznych”. Godność ta polega najwyraźniej na tym, że telewizji publicznej w Polsce się nie ogląda, kanały tematyczne się omija, a informacje czerpie się zewsząd, tylko nie z TVP Info.

Reklama
Reklama

W 2025 r. udział w widowni programów Telewizji Polskiej SA w likwidacji wyniósł łącznie 20,5 proc.; dla porównania w 2024 r. było to 21,5 proc., a w 2023 r. 26,8 proc., co oznacza, że telewizja publiczna straciła ponad 6 pkt proc. Spadki zanotowały programy ogólnokrajowe Jedynka i Dwójka. Programy wyspecjalizowane – TVP Info, TVP Sport, TVP HD, TVP Rozrywka, TVP Historia czy program regionalny TVP 3 – również straciły widzów.

Sprawozdanie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji z działalności w 2025 r.

Skandalem jest bowiem to, że przeszliśmy do porządku dziennego nad faktem, że TVP Info – kanał, który powinien być wzorem rzetelności i kształtować polską debatę publiczną – ogląda dziś zaledwie 1,71 proc. telewidzów. Dla porównania: widzowie znacznie częściej sięgają po Telewizję Republika (6,14 proc.) i TVN24 (5,17 proc.).

Przed ogłoszeniem likwidacji – w 2023 r. TVP Info miała 4,93 proc. udziałów – a więc niemal trzykrotnie więcej niż obecnie i była czołową telewizją informacyjną. Sytuacja ta poddaje w wątpliwość możliwość dalszego skutecznego wypełniania misji publicznej w zakresie informacji przez TVP SA w likwidacji. Także wyniki oglądalności głównego programu informacyjnego „19.30” oraz „Teleexpressu” i „Panoramy” – pokazujące stratę kilkuset tysięcy widzów – mogą świadczyć o braku realnych zdolności TVP SA w likwidacji do wypełniania art. 21 ust. 1 ustawy o radiofonii i telewizji.

Sprawozdanie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji z działalności w 2025 r.

I byłbym nawet w stanie przymknąć oko na wyniki szorujące po dnie, gdyby nie fakt, że widzowi chcącemu oglądać publiczne media oferuje się jednostronną narrację, wybiórczy dobór tematów, ekspertów powtarzających te same formułki oraz prezenterów o jasno sprecyzowanych poglądach politycznych, nieumiejących na wizji ani na chwilę schować przekonań do kieszeni. Mamy więc kiepską telewizję, której nie ogląda prawie nikt.

Reklama
Reklama

Z danych przesłanych przez nadawców wynika, że w 2025 r. średni udział partii politycznych (w czasie przeznaczonym na prezentacje stanowisk wszystkich partii politycznych) w programach wszystkich spółek mediów publicznych wyniósł 62 proc. dla partii rządzących oraz 38 proc. dla partii opozycyjnych. W 2024 r. proporcje te kształtowały się na poziomie 65 proc. do 35 proc. W 2025 roku TVP SA w likwidacji, jako największy publiczny nadawca, 78 proc. czasu antenowego poświęcił partiom rządzącym, natomiast 22 proc. – partiom opozycyjnym.

Sprawozdanie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji z działalności w 2025 r.

Miało być lepiej, wyszło jak zawsze. Gdy spojrzymy na umowę koalicyjną, w 17. punkcie znajdziemy deklarację: „Naprawimy i odpolitycznimy media publiczne”. „Stały się one w dużej mierze odpowiedzialne za rozłam w społeczeństwie, szerzenie kłamstw oraz celowo urządzane nagonki i kampanie nienawiści, prowadzące do rozbicia wspólnoty narodowej. Zobowiązujemy się podjąć wszystkie niezbędne kroki, by niezwłocznie przerwać ten proceder i wyciągnąć konsekwencje wobec siejących nienawiść za pieniądze publiczne” – czytamy w dokumencie.

Na zdjęciu minister Marta Cienkowska podczas konferencji prasowej w październiku 2025 r. (fot. Paweł Supernak / PAP)

Pani minister, może pani dalej opowiadać w wywiadach, że reformuje pani media publiczne. Że ustawa będzie „lada chwila”, że „odpolitycznienie TVP” niedługo nastąpi. Prawda jest jednak taka, że w rzeczywistości nie robi pani niemal nic. W TVP nadal nie płynie „czysta woda”, nie ma równowagi w politycznej narracji, a z programu „19.30” wciąż trudno dowiedzieć się o najważniejszych wydarzeniach w kraju (jak w przypadku „przemilczanego” referendum w Krakowie).

Reklama
Reklama

Ma pani wszelkie uprawnienia, by przygotować ponadpartyjny projekt ustawy. Ale to nie wszystko – już teraz może pani przecież wyznaczyć do zarządzania TVP ekspertów, a nie bliskich współpracowników tego czy innego polityka. To decyzja, która nie wymaga niczyjej zgody. Ma pani w rękach konkretne narzędzia – Bartłomiej Sienkiewicz pokazał, że likwidatora da się wskazać jedną decyzją. Pani tymczasem przyjęła postawę bierną. Woli pani trwać w nieładzie, a z projektu ustawy, który nie ma nawet poparcia całej koalicji rządzącej, czynić świętego Graala, który odczaruje media publiczne. Zdradzę pani sekret: tak nie będzie.

Średnia sondażowa od wielu miesięcy pokazuje, że koalicja rządząca pożegna się z władzą po najbliższych wyborach parlamentarnych. Marta Cienkowska nie zostanie najpewniej uznana za architekta wyborczej porażki koalicji. Ba, najpewniej nie znajdzie się nawet w pierwszej dziesiątce osób obarczanych publicznie winą za słaby wynik ugrupowań wchodzących dziś w skład rządu.

Polityczni komentatorzy znajdą kilkadziesiąt innych powodów, aby uzasadnić, co nie zagrało w kampanii, kto został w domu i na co Donald Tusk nie postawił wystarczającego akcentu – od spraw społecznych, przez wymiar sprawiedliwości aż po ochronę zdrowia.

Reklama
Reklama

O szefowej MKiDN zapewne nie będzie mówił nikt. To błąd. Marta Cienkowska miała bowiem wystarczająco dużo czasu, by stosunkowo niewielkim nakładem sił zbudować coś, co byłoby perłą w koronie tego rządu – pokazać, że media publiczne mogą być naprawdę publiczne. Że telewizja wciąż jest w stanie wyznaczać trendy. Że najważniejsze debaty o kierunku polityki mogą toczyć się przy Woronicza, a nie na YouTubie. Że określenie „polskie BBC” nie musi brzmieć jak żart. Nie zdecydowała się na to. Nie wykorzystała tej szansy, choć mogła.

Wolała w tym czasie nagrywać rolki na TikToka, kłócić się na partyjnych forach, organizować przewrót wyborczy we własnej partii, mówić o „pseudodziennikarzach” i – pardon my French – „jeb… przychylne media”. Reforma mediów zeszła na dalszy plan. Trudno. Jak jeb…, to jeb….

Źródło: Zero.pl