Reklama
Reklama
Zdrowie

System się sypie, pacjenci umierają. Tego nie da się już ukryć

To, co rząd robi z ochroną zdrowia, to powolna anihilacja Polaków. Siedzimy niemal wszyscy w garze, a Donald Tusk z ekipą tylko rozgrzewają palnik. „Niemal wszyscy”, bo obawiać nie muszą się ludzie władzy i przyjaciele. Jest w rządzie nawet specjalne stanowisko do załatwiania miejsc w VIP-owskim szpitalu.

Patryk Słowik
Felieton autorstwa: Patryk Słowik
02 kwietnia
10 minut
Szpitale przestają przyjmować pacjentów, rząd ogranicza wydatki na diagnostykę (fot. Damian Burzykowski, Marcin Banaszkiewicz, Grzegorz Niewiadomski, Michał Kość / Newspix.pl/Agencja Wschód/Reporter/East News)

Reklama

Nie ma miesiąca, byśmy nie poznali nowego rządowego planu oszczędności na zdrowiu. Nie ma tygodnia, aby media nie donosiły o kolejnych zamykanych oddziałach szpitalnych. Nie ma wreszcie dnia, by pacjenci nie umierali w kolejkach do lekarza.


Reklama

I nie ma godziny, by rządzący nie okazywali pogardy zwyczajnym ludziom bez „wjazdu” do rządowego szpitala MSWiA albo nie wyśmiewali „wieśniaków” leczących się w jakimś tam Krotoszynie, a nie w wielkiej Warszawie.

Skutki politycznych decyzji

Warto nazywać rzeczy po imieniu. To, że Donald Tusk postanowił oszczędzać na systemie ochrony zdrowia, skutkuje zgonami Polaków. To, że „ekspercka” minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda specjalizuje się w nagrywaniu filmików na media społecznościowe, a nie w walce o pieniądze na leczenie ludzi, skutkuje zgonami Polaków. To, że obrotowy prezes Narodowego Funduszu Zdrowia Filip Nowak, jest rzecznikiem rządzących polityków, a nie pacjentów, skutkuje zgonami Polaków.

Może nie widać krwi na rękach, może to wszystko robione jest w dobrze skrojonych garniturach i garsonkach, ale po prostu ludzie umierają przez to, że nie mogą doczekać się wizyty u specjalisty, czekają po kilkanaście godzin na SOR-ach albo rezygnują z diagnostyki, bo w najbliższym szpitalu pozabijano okna deskami.


Reklama

A dowodem na to, że scenariusz, który Wam właśnie przedstawiam, nie jest moją przesadą, są słowa dyrektorów szpitali. Raptem wczoraj dyrektor szpitala w Garwolinie powiedział Zero.pl, że ludzie będą umierać wskutek wprowadzanych właśnie oszczędności (przy czym dyrektor ten jest równocześnie radnym sejmiku województwa mazowieckiego wybranym z list Prawa i Sprawiedliwości – co nie musi, ale może wpływać na jego ocenę).


Reklama

Politycy nie leczą się w Krotoszynie

Co gorsza, politycy gardzą obywatelami. Dosłownie gardzą. Pokazują to raz za razem.

Raptem dwa dni temu szpital w Krotoszynie poinformował, że najprawdopodobniej zamknięty zostanie oddział onkologii. Leczenie nowotworów bowiem szpitalom w Polsce się nie bilansuje – tzn. więcej szpital wydaje niż otrzymuje z Narodowego Funduszu Zdrowia. A od dyrektorów szpitali oczekuje się, że ich placówki nie popadną w długi.


Reklama

Bartosz Arłukowicz, były minister zdrowia i europoseł Koalicji Obywatelskiej, spytał na X rzecznika Naczelnej Izby Lekarskiej, który opublikował informację z Krotoszyna: „Rozumiem, że gdyby ktoś z pańskich bliskich (czego nie życzę!) zachorował na czerniaka, glejaka czy raka żołądka z czystym sumieniem wysłałby pan chorego na diagnostykę i leczenie do szpitala powiatowego w Krotoszynie. Dobrze rozumiem pana doktora?”.


Reklama

Posłowi Arłukowiczowi nie mieści się najwyraźniej w głowie, że niektórzy obywatele leczą się - uwaga, uwaga! - w Krotoszynie.

Sprawdziłem. Tak zwane nadwykonania (o których więcej za chwilę) w leczeniu szpitalnym w zakresie chemioterapii były ostatnio w krotoszyńskim szpitalu na poziomie 119 proc. Innymi słowy: w Krotoszynie leczy się więcej ludzi na raka, niż polskie państwo zaplanowało. I szpital te osoby leczy w znacznej mierze na własny koszt.

Bartosz Arłukowicz może się zastanawiać, dlaczego ludzie leczą się w Krotoszynie, a nie w najnowocześniejszych klinikach w największych miastach w Polsce, np. w Warszawie.


Reklama

Cóż, po pierwsze – bo do Warszawy trzeba dojechać, a nie każdy ma darmowe loty i przejazdy, które przysługują politykom.


Reklama

Po drugie, bo w Warszawie do nowoczesnej placówki wcale nie tak łatwo się dostać. A nie każdy zna Wiesława Szczepańskiego, wiceministra spraw wewnętrznych, który na spotkaniu z kolegami-politykami, chwalił się, że nadzoruje rządowy szpital dla VIP-ów (to w nim poza kolejką przyjęto 97 proc. chorych na raka trzustki).

Po trzecie wreszcie, bo niemal wszędzie na świecie rozumieją, że dobrze działający system ochrony zdrowia opiera się na tym, że diagnostyka i zaawansowane świadczenia w zakresie onkologii odbywają się w wyspecjalizowanych ośrodkach, ale już chemioterapia i radioterapia powinny odbywać się jak najbliżej domu pacjenta. Raz, że szkoda zasobów na proste w gruncie rzeczy procedury medyczne w najwyższej klasy ośrodkach, a dwa – wyniszczeni chorobą ludzie powinni otrzymywać pomoc blisko domu, a nie podróżować po kraju.

Nieuczciwie jest chorować

Tydzień temu Maciej Berek, nadminister w kancelarii premiera odpowiedzialny za nadzorowanie innych ministrów, powiedział w Radiu ZET: „Nadwykonania oznaczają, że szpital realizuje więcej świadczeń, niż się umówił. Czy za zrealizowanie tego, co było ponad umowę, mamy płacić 100 proc., czy powiedzieć, że to nie jest uczciwe?”.


Reklama

Mityczne nadwykonania to tak naprawdę zakład państwa (a dokładniej Narodowego Funduszu Zdrowia) ze szpitalami. Polega to na tym, że NFZ płaci za iks zabiegów i za igrek wizyt lekarskich. Za wszystko, co szpital zrealizuje ponad ustalony próg, NFZ może zapłacić, ale nie musi. A jako że ma kłopoty finansowe, o czym wszyscy wiedzą, szpitale nie chcą nadwykonań realizować, bo istnieje ryzyko, że fundusz nie zapłaci lub zapłaci z dużym opóźnieniem. Teraz zaś, gdy Berek powiedział, że nieuczciwe byłoby płacić kwotę odpowiadającą potrzebom, szpitale zrealizują narzuconą przez NFZ normę i przestaną leczyć.


Reklama

Tłumacząc to jeszcze prościej – zawały serca miejcie do czerwca, udary do maja, a złamane nogi najdalej do kwietnia. Na leczenie pacjentów, którzy będą potrzebowali pomocy w sierpniu, nie mówiąc już o październiku, pieniędzy nie będzie.

Gdybyście chcieli mieć zawał lub udar w grudniu – opanujcie się, ludzie, i przypomnijcie sobie słowa nadministra Berka, że to nieuczciwe.

Rządzący tak bardzo chcą zniszczyć system ochrony zdrowia, że postanowili ograniczyć wydatki na badania diagnostyczne. Krótko mówiąc, rząd oszczędza na szybkim wykrywaniu chorób.


Reklama

Robi to na dodatek w sposób żenujący, kłamliwy. Oto bowiem ogłoszono plan oszczędności: placówki medyczne miały dostać tylko 40 proc. wartości nadwykonań w kolonoskopii, gastroskopii, tomografii komputerowej i rezonansie magnetycznym. Czyli znów: lepiej badać się do kwietnia, najdalej do maja.


Reklama

NFZ jednak, pod naporem krytyki, ostatecznie postanowił płacić 60 proc. wartości nadwykonań w kolonoskopii i gastroskopii, a 50 proc. w tomografii komputerowej i rezonansie magnetycznym. To zaś oznacza, że wiele placówek odmówi przeprowadzania ponad limit, bo do każdego kolejnego badania musiałyby dopłacać.

Władza zmniejsza finansowanie badań. A jednocześnie NFZ opublikował grafikę pokazującą wzrost wycen. Tyle że jako podstawę wzięto nigdy niewprowadzone niższe wartości, a nie obecnie obowiązujące 100 proc.


Reklama

PiS, PO, jedno dobro

Politycy obecnej władzy lubią mówić, że za wszystko, co w ochronie zdrowia złe, odpowiadają poprzednicy. Złe Prawo i Sprawiedliwość, wiadomo. To wygodna narracja polityczna, bo niektórym wystarczy taki komunikat, a niektórzy się nie znają.


Reklama

Warto więc w tym miejscu zauważyć, że Filip Nowak to najbardziej komiczny prezes Narodowego Funduszu Zdrowia, jaki kiedykolwiek istniał. To człowiek, który dosłownie każdej opcji politycznej wejdzie w tyłek, żeby zachować stanowisko. A żeby nie było, że przesadzam – Nowak jako prezes NFZ za rządów PiS-u popierał każdą możliwą zmianę. A za rządu KO – każdą zmianę z czasów PiS-u krytykuje lub, w najlepszym razie, milczy, gdy krytykują ją jego zwierzchnicy. Oczywiście nie dodaje, że narzeka na to, co sam wprowadzał.

To mówi najwięcej, jeśli chodzi o sposób działania obecnie rządzących. Narzekają na poprzedników i utyskują, że naprawiają błędy, a to musi potrwać. A na najważniejszym stanowisku polityczno-zdrowotnym - bo prezes NFZ jest tak naprawdę ważniejszy od ministra zdrowia – trzymają popisowską sierotę.

Darmowe porady medyczne

Łatwo jest krytykować, trudniej coś sensownego doradzić. Pozwólcie więc, że coś – przez nikogo nieproszony – doradzę.


Reklama

Po pierwsze, zanim rządzący zaczną wyśmiewać ludzi leczących się w Krotoszynie albo przekonywać, że trzeba zamknąć porodówkę w Lesku, bo mało kobiet tam rodzi, trzeba zrobić dwie rzeczy. Jedną z nich jest mądre zaplanowanie wygaszania usług społecznych w miejscowościach, z których ludzie emigrują. To, że w mniejszych miastach jest coraz mniej osób i w razie potrzeby wybierają często większe ośrodki – to fakt. Ale nadal jest wielu Polaków, którzy potrzebują lekarza na miejscu. I nie można ot tak im tego odebrać. Być może nie w każdym szpitalu potrzebne są wszystkie oddziały, ale trzeba mieć pomysł, jak zapewnić ludziom dostęp do infrastruktury społecznej zamykanej w ich miejscach pobytu. Dotyczy to zresztą nie tylko szpitali, lecz także szkół, bibliotek itd.


Reklama

Drugą kwestią – szczególnie istotną w kontekście zamykanych porodówek – jest reforma ratownictwa i transportu medycznego. Rządzący najpierw powinni zadbać o to, by w razie potrzeby karetka pogotowia szybko zawiozła z domu do dobrze wyposażonego szpitala, a potem zamykać gorzej wyposażone szpitale i ich oddziały. Odwrotna kolejność to skazywanie ludzi na w najlepszym razie stres, a w gorszym – narażanie ich na utratę zdrowia, a nawet życia.

Po drugie, nie wolno oszczędzać na diagnostyce. Najzwyczajniej w świecie: nie wolno. Oszczędności na diagnostyce powodują, że potem więcej wydajemy jako państwo na leczenie ludzi z późno wykrytymi chorobami. Fakt, że rządzący tego nie rozumieją, zdumiewa. Wystarczyłoby przecież zajrzeć na stronę NFZ, by dowiedzieć się, jak istotna jest profilaktyka i wczesna diagnostyka.

Plan na prywatyzację

Choć tu, na koniec już, należałoby postawić pytanie, czy rządzący faktycznie nie rozumieją, że robią źle.


Reklama

W lutym 2026 r. Aleksandra Owca, współprzewodnicząca Partii Razem, zauważyła w wywiadzie z Zero.pl, że w Polsce doskonale funkcjonują prywatne firmy zyskujące na tym, że nie da dostać się do lekarza na NFZ w rozsądnym terminie. To nie przypadek, że te firmy szybko się rozwijają. Przecież one są zachwalane przez polityków, z przedstawicielami tego biznesu spotykają się ministrowie, finansują imprezy powiązane z rządzącymi partiami politycznymi.


Reklama

– Powiedzmy sobie wprost: mamy w Polsce polityków, którzy chcą przeprowadzić prywatyzację ochrony zdrowia poprzez zagłodzenie publicznego systemu. To się nie wydarzy wskutek decyzji Sejmu. Nie będzie też referendum z pytaniami typu „czy chcesz płacić kilkadziesiąt tysięcy złotych za poród?” oraz „czy chcesz wpaść w długi, bo wezwałeś karetkę?”. To będzie powolny proces, który zaczyna się od zohydzania publicznego systemu ochrony zdrowia w oczach opinii publicznej – stwierdziła Owca.

Uznałem wtedy, że przesadza; że jednak to, co dzieje się z ochroną zdrowia, to nieudolność, a nie plan.

Dzisiaj mam więcej wątpliwości. Coraz bardziej wygląda to jak plan. Akcja: prywatyzacja. Tylko ludzi żal.