Reklama
Zdrowie

Lekarze znów wygrali z rządem. Pacjent jak zwykle może poczekać

Polski rząd znalazł właśnie skuteczne lekarstwo na patologie w ochronie zdrowia. Dawkowanie jest proste. Najpierw po wybuchu afery należy zapowiedzieć stanowcze reformy. Następnie trzeba zapewnić, że nie ma od nich odwrotu. Potem wystarczy poczekać, aż ludzie zajmą się czymś innym. I wtedy ogłosić, że zmiany oczywiście będą, ale później. Najlepiej już po wyborach.

Patryk Słowik
Opinia autorstwa: Patryk Słowik
Dzisiaj 18:54
6 min
Minister Jolanta Sobierańska-Grenda poinformowała właśnie, że resort „wsłuchał się w głosy środowiska” i proponuje, aby nowa ustawa zaczęła obowiązywać po dwunastu miesiącach (czyli w praktyce będzie to najwcześniej końcówka 2027 r., bo przepisy nie trafiły jeszcze nawet do Sejmu). (fot. PAP/Adam Warżawa/PAP/Albert Zawada/Shutterstock)

Tak, tak, Moi Drodzy, lekarze znów wygrali z rządem. Nie wszyscy, rzecz jasna, bo większość nie zarabia po 100, 200 czy 300 tys. zł miesięcznie i nie wykazuje tylu godzin, że doba musiałaby mieć ich co najmniej trzydzieści siedem. Wygrali ci, którzy na obecnym systemie zarabiają najlepiej, oraz organizacje potrafiące każdą próbę naruszenia status quo przedstawić jako zamach na bezpieczeństwo pacjentów.

A rząd? Rząd po raz kolejny pokazał, że jest niezwykle odważny, dopóki odwaga mieści się w zapowiedzi na konferencji prasowej.

Donald się wściekł, więc trzeba było coś zrobić

Donald Tusk w lipcu naprawdę się wściekł! Po ujawnieniu przez Zero.pl afery w Szpitalu Południowym władza obiecała uporządkować wynagrodzenia, czas pracy oraz konkursy na kontrakty. Premier deklarował, że rząd będzie pilnował „każdej godziny i każdego dnia”, aby ustawy jak najszybciej trafiły pod głosowanie. Początek września na porządki nazywał terminem „bardzo realistycznym”.

Tusk nie miał wyjścia. Opinia publiczna poznała Dawida Kacprzyka, młodego lekarza i polityka Koalicji Obywatelskiej, który w 2025 r. rzekomo przepracował w Warszawskim Szpitalu Południowym 3976 godzin. Rzekomo, bo w praktyce na części dyżurów zajmował się innymi szalenie ważnymi kwestiami, jak np. występy w państwowej telewizji albo publiczne wychwalanie Rafała Trzaskowskiego.

Reklama
Reklama

Gdy więc Tusk się wściekł, minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda musiała szefa rządu udobruchać. Przygotowała więc reformę publicznego systemu ochrony zdrowia dotyczącą wynagrodzeń lekarzy. Maksymalna stawka na kontrakcie miała wynosić 240 zł brutto za godzinę, a miesięczne wynagrodzenie finansowane w publicznym systemie – nie więcej niż szesnastokrotność płacy minimalnej, czyli 76,8 tys. zł brutto. Do tego maksymalnie dwa etaty w publicznym systemie, obowiązek rzetelnego raportowania czasu pracy, większa jawność konkursów i zakaz wynagradzania lekarza procentem od wartości wykonanej procedury.

Premier ujął zresztą dość celnie, odnosząc się do zarzutów, że chce zrobić z lekarzy pariasów: „biedy nie ma”. Zapowiadał też, że wynagrodzenie procentowe od procedury zniknie, ponieważ leczenie nie jest biznesem.

Reklama
Reklama

Tusk przegrał z medykami

I co? I nic. Szef samorządu lekarskiego Łukasz Jankowski ogłosił niedawno na zamkniętej grupie lekarskiej (tak zamkniętej, że wszystko wycieka z niej do mediów), że jeszcze żaden rząd nie wygrał z lekarzami. Niektórzy się oburzyli na te słowa. Tymczasem Jankowski powiedział prawdę. Rząd Tuska też nie wygrał. A właściwie przegrał.

Minister Jolanta Sobierańska-Grenda poinformowała właśnie, że resort „wsłuchał się w głosy środowiska” i proponuje, aby nowa ustawa zaczęła obowiązywać po dwunastu miesiącach (czyli w praktyce będzie to najwcześniej końcówka 2027 r., bo przepisy nie trafiły jeszcze nawet do Sejmu). Pierwotnie nowe regulacje miały wejść w życie od początku 2027 r.

Inaczej mówiąc, reforma ma zacząć obowiązywać po wyborach. Co oznacza, że nie wiadomo czy zacznie obowiązywać kiedykolwiek.

Tarcza z pacjentów

Żeby była jasność: projekt Ministerstwa Zdrowia nie był doskonały. Sztywny obowiązek pracy co najmniej na pół etatu w jednym szpitalu mógł uderzać w placówki, które potrzebują specjalisty przez kilka godzin tygodniowo, na co zwracało uwagę Porozumienie Rezydentów. Dyrektorzy pytali, jak zapełnią grafiki tam, gdzie już dziś lekarzy brakuje. Naczelna Izba Lekarska ostrzegała, że część medyków odpłynie do sektora prywatnego.

Reklama
Reklama

I to były rozsądne argumenty, nad którymi należało pracować. Być może trzeba przewidzieć wyjątki dla deficytowych specjalizacji i regionów, być może zmienić wymóg połowy etatu, być może wprowadzić dalej idące w projekcie zmiany. Tu jednak wybrano wariant odłożenia wszystkiego na półkę, a nie poprawienia.

W sporach o ochronę zdrowia pacjent pełni rolę tarczy balistycznej. Wszyscy lubią wycierać sobie nim mordę, wszyscy mówią, że to on jest najważniejszy.

Rząd głosi, że ograniczy czas pracy lekarzy dla bezpieczeństwa pacjenta. Organizacje lekarskie odpowiadają, że ograniczenie czasu pracy zaszkodzi pacjentowi. Dyrektorzy szpitali przekonują, że bez wysokich stawek nie będą mieli kim leczyć pacjenta.

Tylko ten biedny pacjent siedzi i wciąż czeka w kolejce. A gdy się w niej nudzi, czyta na swoim smartfonie doniesienia o kolejnych milionowych zarobkach lekarzy, którzy są w zawodzie od 2-3 lat.

I nie kupuję argumentu, że limit wynagrodzenia zniszczy publiczne lecznictwo. Jeżeli istnienie systemu zależy od tego, czy pojedynczy lekarz dostanie 77 tys., 120 tys. czy 200 tys. zł miesięcznie, to mamy do czynienia z modelem zakładniczym, a nie leczniczym. Bo rozumiem zrobienie wyjątku dla najwybitniejszych specjalistów wykonujących najbardziej skomplikowane zabiegi. Ale gdy słyszę, że limit zarobków spowoduje, że w ogóle nie uda się znaleźć lekarzy, gdy widzę, że protestują 30-latkowie tuż po studiach – no to przyznaję, że szlag mnie trafia.

Reklama
Reklama

Filozofia rządzenia

Nie mam pretensji do lekarzy, że walczą o własny interes. Każda grupa chciałaby zarabiać jak najwięcej i wpływać na dotyczące jej przepisy. Lekarze robią to wyjątkowo skutecznie: są niezbędni, brakuje ich w części specjalizacji i regionów, a każdą groźbę ograniczenia świadczeń rząd odbiera jak sygnał katastrofy wyborczej.

Pretensje mam do państwa. Filozofia rządzenia, jak się bowiem okazuje, wygląda tak: reforma wynagrodzeń ma sens tylko wtedy, gdy zaakceptują ją ci, których zarobki mają zostać ograniczone. Idąc tym tropem, podwyżkę każdego podatku należałoby uzgodnić z podatnikami, a mandat – z kierowcą.

Wprowadzenie rocznej vacatio legis pokazuje, jak władza zarządza skandalem. Gdy temat wybucha, rządzący mówią twardo i konkretnie. Gdy kamery odjeżdżają, zaczyna się „dialog”, „analizowanie rekomendacji” i „dawanie czasu na dostosowanie”. Ot, wystarczy, że ludzie zapomną i już nie trzeba nic robić.

Pozostaje jedynie współczuć premierowi Tuskowi. W lipcu zapewniał, że będzie pilnował „każdej godziny i każdego dnia”, aby projekty możliwie szybko doprowadzić do głosowania w Sejmie i ustawy weszły w życie. Jeśli rzeczywiście zamierza dotrzymać słowa, czeka go wyjątkowo długi dyżur.