Nawałnica opóźniła mecz, ale prawdziwa burza z pięcioma golami rozpętała się na murawie. Legendarny stadion Azteca, mordercza wysokość i starcie Meksyku z Anglią, które przejdzie do historii mundiali. Po końcowym gwizdku gospodarze tonęli we łzach, a goście rozkochali w sobie cały kraj. Czy ta podziwiana drużyna Anglii jest w stanie sięgnąć po mistrzostwo świata?

- Drużyna Thomasa Tuchela przetrwała grę w osłabieniu, gigantyczną wysokość i presję trybun, awansując do trzeciego z rzędu ćwierćfinału mistrzostw świata.
- Gwiazdor Realu Madryt strzelił dwa gole, harował w obronie i poprowadził Synów Albionu do historycznego triumfu nad Meksykiem.
- Reprezentacja Anglii potrafi cierpieć na boisku i w niczym nie przypominała dawnych, niespełnionych gwiazd.
Przed laty w cyklu „Kino Nocne” telewizja publiczna puszczała Polakom filmy dla widzów o mocnych nerwach. Marzeniem każdego dorastającego dziecka było zobaczyć choć kawałek, na przykład takiego „Wejścia Smoka” z Bruce’em Lee czy „Szczęk”, thrillera o rekinie ludojadzie.
„Kino Nocne” miało więc wspólny mianownik z meczami mundialu rozgrywanymi o porach przeznaczonych tylko dla dorosłych – choćby podczas meksykańskich mistrzostw w 1986 roku.
Przeczytaj także: Chcą wykluczenia sędziego z mundialu. „30, 40 fauli i zero żółtych kartek”
W nocy z niedzieli na poniedziałek polskie dzieci mogły spać spokojnie. Na MŚ nie ma naszej reprezentacji. Angielskie – przeciwnie. Thomas Tuchel, selekcjoner tamtejszej kadry, prosił kilka dni temu rodziców, by byli wyrozumiali i wypisali usprawiedliwienie dla dziewczynek i chłopców, którzy nie stawią się na lekcjach w trwającym roku szkolnym. Niemiec chyba czuł pismo nosem – nadciągał wielki mecz.
Bójcie się!
Trudno być kibicem reprezentacji Anglii. To permanentne cierpienie, marnowanie kolejnych pokoleń, brak sukcesu na wielkim turnieju od 1966 roku. Sześć dekad nadziei, marzeń, oczekiwań.
Media nie pomagają. Weźmy nocną batalię z Meksykiem. Nikt nie umie tak dobrze postraszyć Synów Albionu jak brytyjscy dziennikarze. Współgospodarze mistrzostw jawili się zatem jako potwór na gigantycznej arenie. Liczby nie kłamały – Meksyk nigdy nie przegrał meczu mundialu na monumentalnym Estadio Azteca.
W tym szaleństwie, pośród grozy i atmosfery wyczekiwania na nadciągające zło, trochę zapomniano o jednym istotnym aspekcie – że Anglia ma lepszych piłkarzy. I ci zawodnicy udowodnili swoją grą, że stają się z meczu na mecz prawdziwą drużyną. Nagrodę za ich postawę dostanie cały świat – czyż starcie Erlinga Haalanda i jego Norwegii z Harrym Kane’em nie zapowiada się ultraekscytująco? Zatarli ręce także pismacy – znów mają czym (kim) straszyć. Karuzela od rana kręci się na nowo.
Świetny Bellingham
Anglicy zmierzyli się w sposób charakterny z legendą obiektu, który na myśl mógł przywołać jedynie traumatyczne wspomnienia. Na szczęście nie w pokoleniu tych piłkarzy, znających porażkę z Argentyną sprzed 40 lat tylko z filmów na YouTube i opowieści starszych kolegów, dziś ekspertów.
Przeczytaj także: FIFA robi wyjątek dla USA. Gwiazdor przywrócony do gry, Trump dziękuje
Meksyk nie miał Diego Maradony strzelającego gola ręką, za to Anglia miała w bramce Jordana Pickforda, który rękami robił rzeczy właściwe i na pewno godne narodowego bohaterstwa. Stadion wrażenia nie zrobił – czemu by miał, skoro Harry Kane, Jude Bellingham i ich kumple także grają co tydzień na wielkich, wypełnionych po brzegi obiektach. Wysokość – 2200 metrów nad poziomem morza – również nie okazała się diabłem, który zabierze Anglików do mundialowego piekła.
Po meczu wygranym z DR Konga Kane, ratujący skórę kolegom w samej końcówce, mówił, że „każdy może zostać bohaterem” – po prostu tym razem padło na niego. Po meczu z Meksykiem podkreślano, że peleryna bohatera była tak duża, iż tym razem zmieściła się w nią cała drużyna, ale warto jednak wyróżnić Jude’a Bellinghama. Piłkarz Realu Madryt zagrał najlepsze spotkanie w barwach narodowych. Był wszędzie. Strzelił dwa gole, bronił dostępu do bramki, biegał, podawał, grał jak w transie.
Wonderwall
Ładnie to wszystko ujął człowiek obsługujący media społecznościowe angielskiej federacji: przekreślając słowo ALTITUDE (wysokość) i wstawiając ATTITUDE (postawa).
Dał tym samym do zrozumienia, że nie jest istotne, na jakiej górce leży stadion, na koniec liczą się inne rzeczy.
Anglicy zdali wielki egzamin, ale każdy kolejny będzie większy. Swoją drogą – to bardzo ciekawe: za kadencji Garetha Southgate’a kadra przyzwyczaiła kibiców do sukcesów, takich jak awanse do ścisłej czołówki na wielkich turniejach. Ale nie potrafiła zaskarbić sobie ich sympatii tak mocno, jak widoczne jest to teraz, po wygranej z Meksykiem czy wcześniej z Chorwacją w grupie. Czuć, że kiedy obie strony śpiewają po końcowym gwizdku „Wonderwall”, przebój grupy Oasis, której najbliżej do Manchesteru City, to w układzie fan–piłkarz przepływa prąd.
Przeczytaj także: Sensacja na mundialu. Haaland: Nie wiem, jak ja to robię
Norwegowie wiosłują w rytm uderzeń Erlinga Haalanda czy Martina Ødegaarda w wielki bęben, Anglicy też mają swoje wzruszające momenty z fanami, właśnie gdy śpiewają wspólnie nieoficjalny hymn reprezentacji. Trudno wyczytać ze wzruszonych tymi wydarzeniami twarzy Bellinghama, Anthony’ego Gordona, czy to grupa ludzi gotowa na mistrzostwo świata. Ale jedno jest pewne – trochę jak w genialnej piosence braci Gallagher, piłkarze stali się dla kibiców kimś, kto nadaje sens ich życiu, i vice versa.
To zresztą ciekawy, choć oczywiście poboczny wątek. Bo Noel Gallagher nigdy jednoznacznie nie wyjaśnił, co oznacza zwrot „Wonderwall”. Interpretacje są różne. Od „kogoś, kto cię uratuje” po „kogoś, na kim możesz się oprzeć”.
Samo słowo „wonderwall” nie ma dosłownego odpowiednika w języku angielskim. Funkcjonuje jako metafora – czegoś lub kogoś, kto daje siłę, poczucie bezpieczeństwa i nadzieję. Dlatego ten kawałek tak dobrze siada na stadionie. Gdy tysiące kibiców śpiewają: „You're gonna be the one that saves me...”, to w tym konkretnym przypadku może to oznaczać: „To wy jesteście naszymi bohaterami”, „To wy daliście nam ten wieczór”, „Wy nas unieśliście”.
Piszę ten tekst, słuchając „Wonderwall”, jednego z moich ulubionych utworów ever, rozmyślając jednocześnie nad poprzednimi drużynami Anglii na wielkich turniejach. Co odróżnia tę konkretną, z 2026 roku, od ekip ze Stevenem Gerrardem, Frankiem Lampardem, Wayne’em Rooneyem? Jak czułby się w tej ekipie Paul Gascoigne? Co takiego ma w sobie Harry Kane, czego nie miał np. Alan Shearer? I czy Tuchel w istocie jest brakującym elementem układanki pt. „mistrzostwo świata”?
I wydaje mi się, że ta drużyna jest ciekawym miksem. Piłkarzy dojrzałych, ale wciąż głodnych, młodych gniewnych i starszych, już z właściwym CV turniejowym, ale bez najważniejszego wpisu – tytułu.
W sporcie jedną z najistotniejszych rzeczy jest porażka. Szczególnie gdy jesteś blisko wielkiego triumfu. Ta paląca rana może stać się paliwem napędowym do samodoskonalenia, obsesją. Rafa Nadal, legendarny tenisista, nie potrafił kiedyś grać na wimbledońskiej trawie, a więc zrobił wszystko, by się nauczyć i pokonać największych w tej sztuce.
Kolejny ćwierćfinał
Oglądamy zatem prawdopodobnie najlepszą reprezentacyjną wersję Bellinghama, najbardziej dojrzałego Kane’a, Pickforda zdolnego do robienia wielkich rzeczy w bramce (mecz życia z Meksykiem i 17. występ na mundialu, jak kiedyś Peter Shilton).
Patrzymy na mądre decyzje trenera, który wie, jak reagować, kogo zdjąć, a kogo wprowadzić, czy jak przemodelować strategię, gdy musisz grać w osłabieniu po czerwonej kartce.
Dobry selekcjoner tak działa. Zarządza zasobami ludzkimi. Nie panikuje, reaguje.
To właśnie Tuchel jest architektem kolejnego ćwierćfinału Anglików, trzeciego z rzędu na mistrzostwach świata. Gonią pod tym względem Brazylię, która odpadła z Norwegią kilka godzin wcześniej – 15 razy w najlepszej ósemce mistrzostw, a także Niemców (odpadli we wcześniejszej rundzie) – 14 ćwierćfinałów.
Kane walczy o koronę króla strzelców, tak jak Haaland, Mbappé i Messi. Ale można być niemal pewnym, że Anglik i jego konkurenci zamieniliby Złotego Buta MŚ na tytuł mistrzowski.
Kapitan Synów Albionu przez lata uchodził za symbol nieudacznictwa Tottenhamu. Choćby strzelił nie wiadomo ile goli, zawsze kibice drużyn przeciwnych pytali: a ile ma trofeów?
Bayern Monachium pozwolił mu zdjąć presję. Z pucharami na koncie Kane zaczął grać lżej, pokazywać jeszcze lepszą wersję siebie, a przecież już wcześniej był świetny.
Przeczytaj także: Chcą wykluczenia sędziego z mundialu. „30, 40 fauli i zero żółtych kartek”
Kane’a podziwiają koledzy z drużyny. Tak, to jest autentyczny podziw. Napastnik dźwiga presję w ważnych momentach i nawet gdy powoduje rzut karny, to wszyscy wiedzą, że wynika to z ambicji – napastnik we własnej szesnastce, broniący dostępu do bramki swojej drużyny. Tak grają i Kane, i Haaland.
Napiszcie do szefów
Być może mecz z Meksykiem jest pewną wskazówką i ma wymiar symboliczny. Pokazał bowiem, że Anglia potrafi grać w cierpieniu, kiedy wszystkie zewnętrzne okoliczności są przeciwko niej. Tytuły rodzą się właśnie w takich okolicznościach. To zresztą ciekawe zjawisko na mundialu – pamiętamy mecz Francji z Paragwajem. Trójkolorowi cierpieli okrutnie, ale wygrali i to było najważniejsze. Kylian Mbappé pięknie powiedział o tym, że on i jego koledzy nie muszą być zawsze grupą ludzi w smokingach, czytaj: grającą piękny futbol. Kiedy trzeba, potrafią się bić na gołe pięści o wygraną, na ubitej ziemi.
Nie wiem, czy narracja, jaka pojawiła się gdzieniegdzie w brytyjskich mediach, o tym, że Anglicy odnieśli największe zwycięstwo od finału w 1966 roku, jest uprawniona, ale wiem jedno – niewiele tak dobrych spotkań z udziałem ich reprezentacji widziałem w życiu.
– Marzę o takich wieczorach. Chcę dawać Anglikom wspomnienia, które zostaną z nimi na lata – mówił po ostatnim gwizdku Bellingham.
I apelował, tym razem do dorosłych, by ci napili się jeszcze jednego shota, a następnie wysłali swoim szefom wiadomość, że nie będzie ich w pracy. Paru z nich skorzystało zapewne z podpowiedzi. A drobne przestoje w jednych gałęziach brytyjskiej gospodarki to zarazem duże skoki w innych.
Estadio Azteca ma zatem już inny wymiar dla kibiców angielskiej kadry. To już nie jest monstrum, które straszy historią o małym-wielkim Argentyńczyku, lecz być może miejsce narodzin drużyny zdolnej do wszystkiego. Prawdziwej drużyny, nie zlepku gwiazd klubowej piłki. Anglia uporała się z wysokością, dopingiem gospodarzy, grą w osłabieniu, ale przede wszystkim poradziła sobie z Meksykiem – bardzo dobrym zespołem, który szedł przez turniej jak burza i może zejść z estrady z podniesioną głową.
