- W 2007 roku początkujący nauczyciel zarabiał równowartość 176 proc. płacy minimalnej – w 2027 roku będzie to już tylko 120 proc., czyli spadek o ponad jedną trzecią.
- W połowie lipca aktywnych było ponad 20 tysięcy ofert pracy dla nauczycieli, a ponad połowa dotyczyła zatrudnienia w wymiarze co najmniej 18 godzin tygodniowo.
- Przewodniczący senackiej Komisji Edukacji Waldemar Witkowski ocenił, że podwyżki z 2024 roku (30 i 33 proc.) powinny były zostać rozłożone na kilka mniejszych transz, bo „apetyt rośnie w miarę jedzenia".
Ministerstwo Edukacji Narodowej przygotowuje propozycje, Ministerstwo Finansów je przelicza, a przewodniczący senackiej Komisji Edukacji zastanawia się, jak należało rozłożyć jedną podwyżkę na kilka politycznych sukcesów. Nauczyciele mają więc cierpliwie czekać, podczas gdy ich płace tracą wartość, szkoły szukają ponad 20 tys. pracowników i z desperacji zatrudniają nawet osoby bez kwalifikacji, a kadrowa zapaść coraz skuteczniej udaje normalne funkcjonowanie systemu.
Ministerstwo Edukacji już wie, że obecny system wynagradzania nauczycieli musi się fundamentalnie zmienić. System oparty na ręcznym, politycznym sterowaniu płacami przez lata prowadził oświatę do kadrowej zapaści. Nauczycieli brakuje, a coraz częściej zatrudnia się osoby słabo przygotowane lub formalnie nieposiadające pełnych kwalifikacji. Niedawno w RMF FM Katarzyna Lubnauer przyznała, że trwają prace nad rozwiązaniem, które miałoby zapewnić stabilniejszy wzrost płac. Nie przedstawiła jednak ani szczegółów projektu, ani harmonogramu. Kilkakrotnie zaznaczyła, że wszystko zależy od uzgodnień z Ministerstwem Finansów.
To ważna zmiana narracji, wynikająca zresztą zapewne ze świadomości, że lód jest coraz cieńszy, a potencjalne strajki coraz bardziej realne. Resort przestaje więc udawać, że coroczne dopisywanie kilku procent do wynagrodzeń rozwiązuje problem. Zapowiadana na 2027 r. podwyżka o 3 proc., tylko nieznacznie przewyższająca prognozowaną inflację, nie odbuduje przecież atrakcyjności zawodu. Co najwyżej pozwoli ogłosić, że nauczyciele znowu coś dostali.
Zobacz także: Zełenski przyleciał do Tuska. Wiadomo, o czym rozmawiali
Popis, jak mówić o takich „sukcesach" z polityczną finezją, dał ostatnio przewodniczący senackiej Komisji Edukacji, Waldemar Witkowski. Stwierdził, że błędem mogło być przyznanie nauczycielom w 2024 r. podwyżek w wysokości 30 i 33 proc. Jego zdaniem należało rozłożyć je na trzy albo cztery mniejsze części, ponieważ „apetyt rośnie w miarę jedzenia".
Chciałbym wierzyć, że mamy tu do czynienia jedynie z niekompetencją. Obawiam się jednak, że wypowiedź ta odsłania sposób myślenia oparty na cynicznym zarządzaniu oczekiwaniami: dawkować pieniądze, kilka razy ogłaszać sukces i liczyć na dłuższe zadowolenie. Nieważne, że podwyżki z 2024 r. nie były łaską. Stanowiły jedynie częściowe odrobienie strat z lat, w których nauczycielskie płace nie nadążały za inflacją i wzrostem najniższego wynagrodzenia. Pozostaje pytanie, czy Witkowski jest ewenementem, czy tylko jednym z wielu polityków myślących podobnie, tyle że jako jedyny się wygadał.
Jak rzetelnie analizować belferskie wynagrodzenia?
W medialnych doniesieniach znajdziemy dwa skrajnie różne obrazy. Jedne mówią o kolejnych podwyżkach, wysokich średnich wynagrodzeniach i wchodzeniu nauczycieli w drugi próg podatkowy. Inne zaś mówią o ciągłym zbliżaniu się do najniższej krajowej i systemowym niszczeniu atrakcyjności zawodu.
Samo porównywanie nominalnych kwot rok do roku niewiele mówi, ponieważ nie uwzględnia utraty wartości pieniądza. Mylące jest również posługiwanie się średnim wynagrodzeniem nauczycieli, obejmującym zapłatę za godziny ponadwymiarowe, zastępstwa oraz dodatkowe obowiązki. Żadne to osiągnięcie zarabiać średnią krajową, pracując na półtora etatu, a bywa, że i na dwa.
Punktem wyjścia powinno być więc minimalne wynagrodzenie zasadnicze nauczycieli, powiększone o stałe składniki zależne od stażu pracy, i zestawione z płacą minimalną. Takie porównanie pozwala ocenić, jak zmieniała się ekonomiczna wartość wykształcenia, kwalifikacji i doświadczenia nauczycieli względem najniżej wynagradzanych pracowników.

Dwadzieścia lat osuwania się płac
W debacie publicznej często słyszymy, że nauczyciele dostają kolejne podwyżki. W sensie nominalnym jest to prawda. Problem polega na tym, że nie doganiają one zwykle wzrostu płacy minimalnej. Efekt jest taki, że przez dwie ostatnie dekady wynagrodzenia nauczycieli systematycznie traciły dystans wobec najniżej opłacanych pracowników. W 2007 r. nauczyciel początkujący zarabiał równowartość 176 proc. płacy minimalnej. W 2027 r. będzie to już tylko 120 proc. Oznacza to spadek o ponad jedną trzecią!
Jeszcze bardziej wymowne jest porównanie nauczyciela dyplomowanego z 20-letnim stażem. W 2007 r. jego podstawowe wynagrodzenie odpowiadało 305 proc. płacy minimalnej. W 2027 r. będzie to jedynie 173 proc. Zawód, który wymaga wyższego wykształcenia, odpowiedzialności za setki uczniów rocznie i wieloletniego doświadczenia, daje dziś więc znacznie mniejszą premię płacową względem pracy minimalnie wynagradzanej niż kilkanaście lat temu.
Prestiż zawodu nie jest oczywiście wyłącznie funkcją wynagrodzenia. Składają się na niego również autonomia zawodowa, warunki pracy, społeczny szacunek czy możliwości rozwoju. Trudno jednak oczekiwać wzrostu prestiżu profesji, której relatywna wartość ekonomiczna przez niemal dwie dekady systematycznie maleje. Wynagrodzenie nie tworzy prestiżu samo w sobie, ale jest jednym z najbardziej czytelnych sygnałów pokazujących, jak państwo wycenia daną pracę.
Podwyżki z 2024 r. przerwały ten proces tylko na moment. Relacja płac nauczycieli do najniższego wynagrodzenia nie wróciła nawet w pobliże poziomu sprzed kilkunastu lat. Co więcej, w kolejnych latach ponownie zaczęła się pogarszać.
Wykres pokazuje więc nie tylko historię kolejnych rozporządzeń płacowych, lecz przede wszystkim stopniowe zanikanie ekonomicznej premii za wykształcenie, kwalifikacje i doświadczenie. Sam sygnał płacowy mówi młodym ludziom jasno: wybór zawodu nauczyciela staje się coraz mniej opłacalny.
Praca na półtora etatu nie jest sukcesem płacowym
Godziny ponadwymiarowe nie są wyłącznie sposobem poprawiania domowego budżetu. Coraz częściej służą również łataniu braków kadrowych. Jeżeli szkoła nie może znaleźć nauczyciela, godziny przejmują osoby już zatrudnione. Formalnie wakat znika albo staje się mniejszy. W rzeczywistości problem zostaje przeniesiony na tych, którzy pozostali w zawodzie.
Dlatego także argument dotyczący drugiego progu podatkowego wymaga ostrożności. Część nauczycieli przekracza go nie dlatego, że ich podstawowe wynagrodzenia są szczególnie wysokie, lecz dlatego, że realizują liczne nadgodziny, pracują w kilku szkołach albo podejmują dodatkowe zajęcia.
Najpierw państwo płaci zbyt mało za jeden etat, a następnie zauważa, że nauczyciel pracujący znacznie więcej zaczyna płacić wyższy podatek.
Ponad 20 tysięcy ofert pracy
W połowie lipca aktywne były 20 032 oferty pracy dla nauczycieli. Ponad połowa dotyczyła zatrudnienia w wymiarze co najmniej 18 godzin. Podważa to wygodną opowieść, według której statystyki wakatów są zawyżane głównie przez drobne oferty obejmujące dwie lub trzy godziny tygodniowo.
Ogłoszenie nie oznacza jeszcze oczywiście, że stanowisko pozostanie nieobsadzone. Dyrektor może ostatecznie znaleźć kandydata z kwalifikacjami. Problem zaczyna się wtedy, gdy nikt taki się nie zgłasza.
Przy tak dużej liczbie ofert będzie zapewne przybywać szkół, które kolejny raz poproszą o pracę emerytowanych nauczycieli. Będzie się również nasilać zatrudnianie osób niemających pełnych kwalifikacji, jeżeli mimo przeprowadzonego naboru nie uda się znaleźć właściwie przygotowanych kandydatów. Kolejne godziny trafią do już przeciążonych pracowników.
Nie wolno więc sprowadzać kryzysu wyłącznie do liczby pustych stanowisk 1 września. Szkoła może formalnie skompletować kadrę, a jednocześnie borykać się z poważnym problemem jakościowym. Znaczenie ma nie tylko to, czy ktoś prowadzi lekcję, lecz również to, jakie ma przygotowanie, ile godzin realizuje i czy zamierza pozostać w zawodzie.
Niskie płace przez lata wpływały bowiem nie tylko na liczbę nauczycieli. Zmieniały także strukturę kadry. Najlepiej przygotowani absolwenci kierunków ścisłych, informatycznych, językowych czy przyrodniczych otrzymywali jasny sygnał, że poza szkołą mogą liczyć na znacznie lepsze warunki. Braki uzupełniano emerytami, dodatkowymi godzinami oraz coraz łatwiejszymi ścieżkami przekwalifikowania.
Kryzys, który wygląda jak normalność
W edukacji najgroźniejsze kryzysy nie wybuchają nagle. Nie ma dnia, w którym wszystkie szkoły zostają zamknięte, a przed ministerstwem ustawia się kolejka dyrektorów oddających klucze.
System osuwa się stopniowo. Najpierw odchodzą najlepiej przygotowani. Później coraz trudniej znaleźć następców. Godziny rozdziela się między tych, którzy zostali, ponownie zatrudnia emerytów, a gdy nabór nie przynosi rezultatu, korzysta z możliwości zatrudnienia osób niemających pełnych kwalifikacji. Wreszcie wszyscy przyzwyczajają się, że tak właśnie wygląda normalna szkoła.
Katarzyna Lubnauer ma rację, gdy mówi, że dobra szkoła zaczyna się od dobrego i dobrze opłacanego nauczyciela. Za tym zdaniem nadal nie stoi jednak ani mechanizm, ani harmonogram, ani zabezpieczone pieniądze. MEN przygotowuje propozycje, Ministerstwo Finansów je przelicza, a przewodniczący senackiej Komisji Edukacji zastanawia się, jak należało dawkować nauczycielom podwyżki kroplomierzem.
Nauczyciele nie potrzebują zarządzania apetytem. Potrzebują trwałego i przewidywalnego mechanizmu wynagradzania, który przywróci ekonomiczny sens zdobywania kwalifikacji, rozwijania kompetencji i pozostawania w zawodzie. Bez niego każda kolejna podwyżka będzie tylko łatą na coraz bardziej dziurawej burcie.


