Jednym z powodów, a być może powodem najważniejszym, szerokiego otwarcia drzwi dla migracji zarobkowej w Polsce jest potrzeba przedsiębiorców i biznesu. Niesłychana uległość polityków wobec amerykańskiego kapitału to jedno. Rzecz druga to presja krajowych branż, od budownictwa, przez przemysł, rolnictwo, aż po usługi kurierskie, by dokładnie tak polityka migracyjna wyglądała. W Zero.pl publikujemy przedpremierowo fragment książki Jakuba Dymka „Rewolucja ambicji. Jak zmienia się Polska?”.

W zasadniczym aspekcie polityki migracyjnej Polska poszła co najmniej tak daleko, jeśli nie dalej, jak Francja, Niemcy czy Wielka Brytania. To, co się stało w Polsce po 2015 roku, należałoby nazwać „prywatyzacją migracji”. A więc może nie tyle jest to polityka migracyjna, ile abdykacja z polityki? Taką tezę postawił profesor Paweł Kaczmarczyk, od którego zapożyczyłem to określenie.
Czytaj także: Molestowanie na uczelni w Siedlcach. Jest decyzja ws. rektora Minkiny
„W Polsce nie ma obecnie żadnego oficjalnego dokumentu, który porządkowałby tę sferę i w szczególności formułował politykę migracyjną. Oczywiście jakaś polityka migracyjna jest, składają się na nią akty różnych szczebli i działanie konkretnych instytucji. Natomiast nie mamy czegoś, co badacze migracji określają zwykle mianem doktryny migracyjnej. Nie zostało wyartykułowane, powiedziane ani zapisane w jasny sposób, jaki system migracyjny tak naprawdę mamy, do czego dążymy, czyli jaki chcielibyśmy mieć, i jakie cele sobie stawiamy na przyszłość” – tłumaczył w wywiadzie, który przeprowadziłem z nim w 2023 roku.
Jednocześnie, choć nie ma polskiej „doktryny migracyjnej”, jakiś model migracji jest w praktyce realizowany. Bazuje on na milcząco przyjmowanym założeniu, że przyjezdni pracownicy są po prostu potrzebni, firmy ich chcą, a dobro gospodarki, utożsamiane często po prostu z interesem właścicieli przedsiębiorstw, jest wartością nadrzędną. „Tych analiz nie ma, ale zapotrzebowanie na migrantów jak najbardziej istnieje. Bo pracodawcy ich potrzebują. Polska wydaje więc pozwolenia na pracę i zgadza się na ściąganie pracowników, również milcząco przyjmując założenie, że oni do nas przyjadą, popracują i wyjadą. Choć dla większości powinno być oczywiste, że nie wszyscy wyjadą” – kontynuował Kaczmarczyk.
NEWS DNIA: „Jedziemy z tym, nie ma odwrotu”. Stanowski ogłasza start telewizji ZERO
Problem zaczął narastać, gdy stało się coraz bardziej jasne, że spór o migrację jest nie tylko sporem „ksenofobii” z „otwartością”, ale także sporem różnych interesów. O podział zysków i strat. Bo że z napływu cudzoziemców do pracy wynikają i jedne, i drugie, powinno być – choć nie było w naszej debacie publicznej – jasne. „To, że migracje wiążą się z kosztami i korzyściami, jest oczywiste. Równie oczywiste jest to, że te koszty i korzyści mogą się różnie rozkładać” – konkludował profesor. Niezauważenie tego w porę doprowadziło do napięć. Dało o sobie znać także w swoistym przejściu od miłości do nienawiści wobec Ukraińców, a ta emocja zajmuje coraz więcej miejsca w polskim życiu publicznym.
Ale diagnoza tego, co się stało po 2015 roku, powinna być jeszcze ostrzejsza. W Polsce nie mamy – wbrew temu, co czasami mówią politycy – problemu z masową, niekontrolowaną i nielegalną migracją. Przeciwnie, migracja skutkująca napięciami społecznymi w Polsce jest najczęściej ograniczona, legalna i kontrolowana, tylko że przez potrzeby biznesu.
Prywatyzacja migracji w Polsce polega na tym, że zasad jej funkcjonowania nie uchwalił rząd, nie wprowadziła Komisja Europejska ani żadne eksperckie ciało czy organ urzędniczy, ani tym bardziej nie wypowiedzieli się na ten temat obywatele w wyborach i referendach. Zajęli się tym lobby biznesowe, wielkie międzynarodowe korporacje i cała branża agencji pracy tymczasowej oraz „pośrednicy i partnerzy” w Polsce.
Decyzji, czy w Polsce będą pracowali Kolumbijczycy albo Hindusi, nie podjęło państwo polskie ani tym bardziej nie zakomunikowało tego rodakom. Podjęli ją pan Janusz z panem Arkiem, z których jeden prowadzi zakład rozbioru drobiu, a drugi agencję pracy.
Albo państwo Katherine i Kim: lobbystka amerykańskich firm w naszym kraju i prezes dużego koreańskiego inwestora. Ich partnerem został burmistrz lub prezydent małego miasta, który powie później badaczom i dziennikarzom – a znamy takie historie – że prywatnie wspiera Konfederację, ale biznes w jego gminie musi się kręcić i lokalni przedsiębiorcy chcą ściągać Filipińczyków. Zaś koszty i ryzyko weźmie na siebie przeciążony system ochrony zdrowia, edukacji i mieszkalnictwa. Na przykładzie migracji zarobkowej do Polski dobrze widzimy, jak działa mechanizm „prywatyzacji zysków i uspołecznienia kosztów”.
Bo w prywatyzacji i o ten element zjawiska chodzi. Migracja została sprywatyzowana nie tylko w sensie oddania decyzji o polityce migracyjnej w prywatne ręce. Ale także w tym wymiarze, że przedsiębiorcy, branża obsługująca ten model migracji czy właściciele mieszkań i kwater czerpią z niej znaczne zyski. Koszty w postaci wyższych nakładów na ochronę zdrowia, droższych mieszkań czy spadającego poziomu bezpieczeństwa i nowych problemów dla policji musi wziąć na barki społeczeństwo.
Jednym z powodów, a być może powodem najważniejszym, szerokiego otwarcia drzwi dla migracji zarobkowej w Polsce jest potrzeba przedsiębiorców i biznesu. Niesłychana uległość polityków wobec amerykańskiego kapitału to jedno. Dzięki niej firmy parataksówkarskie czy kurierskie zatrudniające jako kierowców ludzi, którzy ledwo co wysiedli z samolotu do Polski, miały i mają legislacyjny raj. Rzecz druga to presja krajowych branż, od budownictwa, przez przemysł, rolnictwo, aż po usługi kurierskie, by dokładnie tak polityka migracyjna wyglądała. Paradoksalnie: pomimo szumnych zapowiedzi, że Polska nie pójdzie drogą Francji lub Niemiec, aktualna ścieżka jest ćwiczeniem w powieleniu wszystkich ich błędów, bez wyciągnięcia żadnych lekcji. A w niektórych aspektach jest może nawet i gorzej.
