Reklama
Moto

Chińska i kliencka presja ma sens. W tym wypadku w garść wzięli się w Mercedesie

Odwrót od małych silników przynajmniej w dużych autach i nie taka gwałtowna elektryfikacja – wygląda na to, że w Mercedesie poszli po rozum do głowy. Marka, którą jeszcze niedawno w social mediach wręcz wyśmiewano za niektóre wybory biznesowe, zdaje się wracać na dobre tory. A piszę o tym przy okazji premiery kilku nowych aut: zmodernizowanych GLE i GLS oraz po światowej premierze całkowicie nowego GLA.

Piotr Rodzik
Opinia autorstwa: Piotr Rodzik
Dzisiaj 13:52
9 min
Mercedes pokazał nowe GLE, GLS i GLA. (fot. materiały prasowe)

Na początek kartka z kalendarza. Wiedzą państwo, co wydarzyło się we wrześniu 2022 r.? Mercedes pokazywał wtedy nową wersję kultowego C63 AMG. Fani jednak przecierali oczy ze zdumienia, ponieważ znane i lubiane (kochane?) czterolitrowe V8 zastąpiono... dwulitrową hybrydą plug-in.

Owszem, osiągi się zgadzały, bo samochód oferował 680 KM, ale przecież nie po to się kupuje C63 AMG, żeby pod maską siedział silnik od kosiarki wspomagany elektrycznym odkurzaczem. A teraz robimy szybki przeskok do lutego tego roku. Co się wtedy stało? Otóż C63 AMG został zdjęty z oferty bez następcy.

I to jest nawet zabawne, bo podobno nawet nie chodziło o wyniki sprzedaży. To jeszcze nie jest powód – pod pewnymi warunkami – do wycofania samochodu z oferty. Ale wycofano go, ponieważ hybrydowy silnik był nie do dostosowania pod wymogi normy Euro 7.

W Polsce są już cztery strefy czystego transportu. Ich łączny absurd osiąga masę krytyczną

Reklama
Reklama

To brzmi jak ironia, ale tak, dwulitrowa hybryda nie była ekologiczna. A przecież o to chodziło. Ale już nieważne. A piszę o tym wszystkim po to, żeby odnotować ważną rzecz.

Z Mercedesów GLE i GLS znikają dwulitrowe silniki

Tak, historia zatoczyła koło, a flagowe (i odpowiadające za całkiem spory procent sprzedaży całej marki) SUV-y nie są już do kupienia z dwulitrowymi silnikami. Pewnie po prostu nie chcieli ich klienci i dorabiam filozofię do prostej decyzji biznesowej, ale stało się. I to chyba największa nowość po liftingu – bo to nie są tak naprawdę całkowicie nowe modele – GLE i GLS.

Swoją drogą – jeśli ktoś oglądał ostatnie porównanie aut w Kanale Zero, gdzie razem ze Złomnikiem porównywaliśmy Mercedesa GLE do Chery Tiggo 9 PHEV, to pokazany GLE 450d nie jest już najnowszą wersją tego auta. Lifting może nie jest duży, ale w kontekście gamy silnikowej jednak znaczący. Tu można obejrzeć to szalone porównanie:

W każdym razie wracając do GLE i GLS – czy to w przypadku diesla, czy w przypadku benzyny, nie ma silników mniejszych niż trzylitrowych, sześciocylindrowych.

I co ciekawe – norma Euro 7, ta sama, przez którą poległ dwulitrowy C63 AMG, nie stanowi dla tych jednostek żadnego problemu. W gamie są więc diesle 350d i 450d, rzędowe szóstki o mocy odpowiednio 286 i 367 KM. Do tego dochodzą dwie benzyny, też R6, 450 i 450e. Ta pierwsza daje kierowcy 381 KM, a hybryda 326. W gamie będzie jeszcze wersja 580 z silnikiem z widlastą ósemką, ale ta nie będzie dostępna w Polsce.

Reklama
Reklama

Wisienką na torcie jest oczywiście wersja AMG – i ta już jest u nas dostępna. Jest nawet wyceniona, ale o tym może zaraz, bo nerwowo wyłączycie tekst. W każdym razie podwójnie doładowane, czterolitrowe V8 generuje 612 KM i 850 Nm, ale mamy jeszcze układ miękkiej hybrydy, który daje kolejne 23 KM i 205 Nm. Taka zabawka do setki rusza w 3,9 sekundy. Powodzenia przy dystrybutorach paliwa. I w sumie to u dealera, bo taka wersja to niemal… 800 tys. zł. Jednak nie powstrzymałem się, musiałem to już napisać.

A poza tym wiadomo – zmienione światła, poprawione zawieszenie, dodatkowy wielki ekran w środku. To największe wyróżniki zmodernizowanego GLE. Chociaż Mercedes twierdzi, że zmienił 3000 elementów w tym aucie. Wiecie, superkomputer pokładowy z AI, najnowsza generacja reflektorów DIGITAL LIGHT w technice micro-LED, nowy system kamer 360 itd. Ogólnie zmiany są, ale w te 3000 elementów to wierzę na słowo.

Nowe Mercedesy GLE i GLS. (fot. materiały prasowe)

Do tego wersja AMG ma ostrzejsze zawieszenie, wydech AMG Performance i zmieniony wygląd. Bo w końcu nie chodzi tylko o prucie po prostej, choć to pewnie będzie hobby właścicieli tych aut.

Zmiany nastąpiły oczywiście także w GLS. Tutaj również zmodernizowano wygląd, żeby bardziej wpisywał się w nową linię Mercedesów. Mi się akurat bardziej podobał przed liftingiem, ale jestem pewien, że te efekciarskie reflektory z sygnaturą świetlną odwzorowującą logo niemieckiej marki znajdą swoich amatorów.

Reklama
Reklama

Pojawiają się dwa diesle – 350d i 450d – o mocy 313 i 367 KM, oczywiście są to silniki R6. Dalej jest benzyna 450 (381 KM) i 580 z V8, ale ona, tak jak w przypadku GLE, w Polsce dostępna nie będzie. Jest za to wersja AMG. Silnik w GLS 63 jest ten sam, co w GLE 63. A ponieważ to nieco większe auto, jest też nieco wolniejsze. Z drugiej strony 4,2 sek. do 100 km/h w takim aucie brzmi jak proszenie się o kłopoty. Samochód jest naturalnie również droższy od GLE – na fakturze dojdzie dodatkowe zero.

Wnętrze Mercedesa GLE po liftingu. (fot. Fot. materiały prasowe)

Co do zmian technologicznych, to są one dość tożsame do tych w GLE. Mercedes po prostu do obu modeli wrzucił wszystko to, co ma teraz najlepsze. Tylko jedno auto jest duże, a drugie... no właśnie. Za duże? Nie mi to oceniać.

Nie samymi furami za milion człowiek żyje: oto nowy Mercedes GLA

Ze światowej perspektywy w cieniu nowych GLE i GLS na rynek wchodzi też nowy Mercedes GLA. Świadomie podparłem się światową perspektywą, ponieważ ten samochód został zaprezentowany w tym tygodniu... w Warszawie. I jest to taki pierwszy, historyczny przypadek.

Miło, że Niemcy tak docenili nasz rynek, chociaż obawiam się, że przynajmniej z początku ze sprzedaży GLA zachwyceni nie będą. Bo na start do sprzedaży wchodzą tylko i wyłącznie dość drogie wersje elektryczne, a GLA spalinowe (znacznie tańsze) dojdzie do oferty w przyszłym roku.

Reklama
Reklama

Pierwsze spostrzeżenie: GLA wyładniało. Zrobił się z tego całkiem spory SUV(ik) z całkiem pokaźnym rozstawem osi, idealny miejski wojownik, ewentualnie auto dla rodziny 2+1. I to w przeciwieństwie do GLE i GLS całkowicie nowe, zaprojektowane od podstaw auto.

To widać. W porównaniu z poprzednią generacją samochód jest o 20 milimetrów niższy, ale rozstaw osi zwiększono aż o 61 milimetrów, do 2790 milimetrów. W aucie przybyło miejsca na nogi i to po prostu w środku czuć.

I jeśli ktoś uważa, że zmodernizowane GLE i GLS są efekciarskie, to... nie widział podświetlanego grilla w nowym GLA. Składa się on z panelu z efektem przyciemnionego szkła, który otoczono listwą świetlną. W jego wnętrzu jest 608 podświetlanych punktów oraz 158 mikro diod LED odpowiedzialnych za animacje. Wygląda to... dobrze. Granica kiczu z podświetlanymi grillami została przekroczona, samochód wygląda jak z tych instagramowych rolek pokazujących rozświetlone chińskie Chongqing albo inne Shenzhen.

W środku kierowcę witają gigantyczne ekrany (nazywa się to MBUX Superscreen i jest dość kosztowną opcją), ogólnie panuje tu w miarę minimalizm, choć nie udało się według mnie uciec (ale może nikt nie chciał?) od takiego typowego, mercedesowskiego baroku. Do tego dużo AI, dużo aplikacji, Google Maps itd. To samochód na nowe czasy, który goni najlepsze rozwiązania rodem z Tesli, której ekosystem wg mnie dalej jest niedoścignionym wzorem.

Wnętrze nowego Mercedesa GLA. (fot. Mercedes-Benz AG – Communicati / materiały prasowe)

W gamie na razie są trzy wersje elektryczne o mocach 224, 272 i 345 KM. Bateria w najsłabszej wersji ma 58 kWh i jest to w tej wersji auto raczej typowo miejskie, a w dwóch mocniejszych pojemność użytkowa to solidne 85 kWh. Co ważne, najmocniejsza wersja rusza do 100 km/h w raptem 5,4 sek., a maksymalna moc ładowania to solidne 320 kW.

Reklama
Reklama

Polaków pewnie najbardziej zainteresuje GLA jednak za rok, kiedy do gamy wpadnie benzyna 1.5 z układem miękkiej hybrydy. Takie auto będzie też sporo tańsze, bo elektryk startuje od 205 tys. zł. To dość sporo.

Używany samochód elektryczny w cenie do 50 tys. zł: trudne się wylosowało

Krytyka klientów i chiński blitzkrieg ewidentnie pomogły inżynierom ze Stuttgartu

Moje przemyślenie po tych premierach: Mercedes obudził się z letargu, co jest dobrą informacją dla nas wszystkich, bo chciał nie chciał, dla takich firm jak Mercedes pracują polscy podwykonawcy, a nie dla Chery czy innego BYD.

Nie każdy może przecież o tym pamiętać, ale Mercedes w ostatnich latach nie miał szczęścia do dobrych decyzji. Do elektromobilnego wyścigu wparował spóźniony, z kiepskim modelem EQC przygotowanym na bazie GLC. To był SUV z prześwitem rodem z... Toyoty Auris czy Opla Corsy. Tak mu ciążył pakiet baterii.

Cała linia EQ nie miała z początku zresztą zbyt dobrej prasy ze względu na awaryjność. O zawirowaniach z klasą C AMG wspomniałem już na początku tekstu.

Na swoje szczęście Niemcy zauważyli w porę, co się dzieje, i po pierwsze zaczęli zasypywać rynek nowymi premierami, w czym przecież tak lubują się Chińczycy, a po drugie skupili się na tym, w czym są naprawdę mocni. Bo o ile w elektromobilności Chińczycy mają swoje przewagi, to nikt tam nie złoży takiego V8 czy R6, jak w Europie.