Reklama
Technologia

Polacy znowu podbiją świat gier? Recenzja The Blood of Dawnwalker. Wciągająca, ale nie bez wad

The Blood of Dawnwalker przed premierą zapowiadał się na nową nadzieję polskiego gamingu. Wielka szansa na kolejny towar eksportowy. Gra obiecywała bardzo dużo, dowiozła całkiem sporo i choć znalazło się po drodze trochę potknięć, to bardzo dobrze spędziłem z nią długie godziny. Czy warto zainwestować w nią swoje pieniądze?

Arkadiusz Dziermański
Opinia autorstwa: Arkadiusz Dziermański
Dzisiaj 17:04
21 min
The Blood of Dawnwalker (fot. Arkadiusz Dziermański / Zero.pl)

Wpatruję się właśnie w ekran znad klawiatury i czuję się trochę jak po ukończeniu prologu The Blood of Dawnwalker. Czyli trochę nie bardzo wiem, jak to wszystko zacząć... Zaraz wyjaśnię, skąd takie odczucia, ale może najpierw klasycznie zajrzyjmy w to, co słychać w fabule.

Najpierw jednak dodam, że recenzja powstała na podstawie wersji PC. 

O co chodzi w The Blood of Dawnwalker?

The Blood of Dawnwalker. Osad w grze jest stosunkowo niewiele. Dominują tu tereny niezamieszkałe. (fot. Zero.pl)

Pokaz przedpremierowy i informacje udostępniane przed premierą miały wiele niedomówień, które szybko wyjaśniają się tuż po przejściu prologu. Dlatego też, bez większych spoilerów, mogę nieco rozwinąć niektóre wątki.

Reklama
Reklama

Gra toczy się w Kotlinie Sangorskiej – fikcyjnej lokacji położonej w rzeczywistych Karpatach. W grze przewijają się inne europejskie lokacje, ale wyłącznie w opowieściach spotykanych postaci. Teren był zarządzany przez mało lubianego władcę, który lubił torturować i prześladować swoich poddanych. Jak czytamy na ekranach przerywnikowych podczas ładowania gry, lud modlił się o zmiany i... chyba nie tego się spodziewał.

The Blood of Dawnwalker. Grafiki ekranów ładowania są bardzo ładnie zrobione.

Kotlinę Sangorską opanowała zaraza. Ludzie umierali, a wybawieniem od choroby i władcy-tyrana okazały się wampiry, nazywane w grze wrakirami. Układ był prosty – wrakiry poją ludzi swoją krwią, co utrzymuje ich w zdrowiu, w zamian, podczas cotygodniowych mszy ludzie, dzielą się własną. Jednocześnie cała chrześcijańska wiara zostaje zastąpiona czczeniem nowych przybyszów, którzy jawią się jako wysłannicy samego Boga. Grę rozpoczynamy mniej więcej dwa lata po tym wydarzeniu.

Powstaje praktycznie nowy kult, i warto w trakcie rozgrywki dokładnie przyglądać się obrazom, np. w katedrze głównego miasta. Trzeba oddać twórcom, że nie zabrakło im fantazji podczas tworzenia sakralnych dzieł przedstawiających wrakiry w miejscu świętych. 

The Blood of Dawnwalker. Twórczość sakralna w tej grze jest godna uwagi. (fot. Inne)

Tyle wiemy z prologu, ale po jego zakończeniu szybko można zauważyć, że nie do końca wszystko jest takie różowe. Pomijając to, że nie brakuje osób tęskniących za dawną religią, wampirzy przyboczni nowego władcy Brencisa na swoje sposoby terroryzują mieszkańców kotliny.

Reklama
Reklama

Wiedźma Xanthe porywa młode dziewczyny i misja, w której dowiadujemy się dlaczego, jest jedną z mocniejszych i trudniejszych w odbiorze w całej grze. Bakir, wojowniczy Tatar, lubi sobie czasem spalić jakąś wioskę i urządzać zawody ku swojej uciesze. Z kolei najmłodszy i ambitny Ambrus kolekcjonuje krew i... tak, skądś ta krew się bierze i nie mówimy o zwierzętach.

Ciekawy jest też wątek odpowiadający na pytanie – dlaczego Kotlina Sangorska? Miejsce bogate w srebro, którego wrakiry boją się tak samo mocno, jak słońca. Jak się z czasem okaże, to nie o bogactwo naturalne w tym wszystkim chodzi. 

Wracając do głównej historii, prolog kończy się w momencie stłumienia buntu we wsi naszego bohatera, w trakcie którego mieszkańcy częściowo zostają wybici, a nasza rodzina porwana przez Brencisa. W trakcie buntu Coen, bo tak nazywa się główna postać, zostaje ugryziony przez wampiry, ale nie przechodzi całkowitej transformacji. Zostaje Wędrowcem, który w nocy staje się wrakirem, a w dzień pozostaje człowiekiem. Naszym zadaniem jest odzyskanie rodziny, na co mamy 30 dni i nocy. 

The Blood of Dawnwalker na konsolach jednak z trybem wydajności. O co ta afera?

Zarządzanie czasem jest ważnym elementem The Blood of Dawnwalker, ale warto przestać się nim stresować

Wykonując różne czynności w grze, widzimy postępujący czas. Sama eksploracja, jak również szybka podróż (tak, jest tu dostępna dzięki rozsianym po mapie kapliczkom) nie mają na niego wpływu. Ale już niemal wszystko pozostałe – tak. 

Reklama
Reklama

Gra w większości przypadków informuje nas, ile czasu będzie nas „kosztować” dana czynność lub zadanie. W większości, ale nie zawsze, i tak jak np. zaatakujemy obóz przeciwników spotkany po drodze, czas przesunie się o jeden segment. Gra nam to zasygnalizuje mrugającym wskaźnikiem na osi czasu, ale niekiedy można to przegapić, jeśli od razu rzucimy się w wir walki.

The Blood of Dawnwalker. Wizja czyśćca. (fot. Inne)

Czas na początku gry stresuje. Trochę strach jest zaczynać jakieś zadanie, bo nie wiadomo, czy tego czasu nam później nie zabraknie. Śmiało mogę powiedzieć, że nie ma co się tym przejmować. Na dużo rzeczy go wystarczy i kończyłem grę mając w zapasie osiem wirtualnych dni, wykonanych dużo aktywności niezwiązanych bezpośrednio z głównym wątkiem i zdobyty bardzo solidny ekwipunek. Na co też trzeba poświęcić sporo czasu. Śmiało mogłem rozegrać jeszcze kilka wirtualnych dni, ale czas na publikację recenzji zbliżał się nieubłaganie. 

The Blood of Dawnwalker. Drzewko umiejętności. (fot. Inne)

Czas można oszczędzać. Jeśli jakaś postać proponuje nam wspólną podróż na miejsce wykonania zadania, to może kosztować jedną lub więcej jednostek czasu, ale jeśli udamy się na miejsce sami, zrobimy to „za darmo”. 

Reklama
Reklama

Jest jednak jedna rzecz, na której trzeba oszczędzać i jest to rozwój postaci. Zrobiony jest ciekawie, bo nie jest to klasyczne drzewko, które odblokowuje się wraz z kolejnymi poziomami. Rozwinięcie umiejętności „ludzkich” i magicznych wymaga znalezienia i przeczytania książek. Trafiamy na nie w przeróżnych miejscach i dosyć często. Dopiero wtedy odblokowuje się dana umiejętność lub jej kolejny poziom. Umiejętności wampirze pojawiają się wraz z tym, jak mocno oddajemy się wampirzej naturze. 

Każdy wydany punkt umiejętności to jeden segment na osi czasu. Więc jeśli chcemy naraz rozdać dużo punktów, może nam na to zejść nawet kilka dni i nocy. Sam nachomikowałem maksymalnie ponad 40 punktów i szkoda mi było czasu na ich rozdysponowanie. 

Grałem w The Blood of Dawnwalker. Gra twórców Wiedźmina 3 zapowiada się obiecująco

Gra nie ma klasycznej fabuły. Mamy cel i od nas zależy, jak go osiągniemy

The Blood of Dawnwalker. Mapa gry nie mieści się w całości na ekranie. To mniej niż 1/3 jej powierzchni. (fot. Inne)

Tu wracamy do momentu, kiedy początkowo nie bardzo wiedziałem, co ze sobą zrobić. Po zakończeniu prologu mamy przed sobą ogromną mapę ubogą w znaczniki i brak perspektyw. Więc zacząłem się błąkać z miejsca na miejsce, przemierzając kolejne lasy i bagna, z pięknymi widokami na Karpaty. Tak trafiłem na pierwsze zadania. Te wiązały się z kolejnymi i nawet nie wiem kiedy, po kilkudziesięciu minutach konkretnej nudy, wsiąkłem w kolejne historie na długie godziny. 

Reklama
Reklama

Zadania w The Blood of Dawnwalker są bardzo dobrze zrobione. Z jednej strony są osobnymi historiami i nie są przesadnie przeciągnięte. Ich realizacja zajmuje maksymalnie kilkadziesiąt minut. Z drugiej w jakiś sposób się łączą albo z głównym zadaniem, albo z postaciami, albo też nawiązują do całej Kotliny Sangorskiej. Wszystko to zachęca do poznawania kolejnych miejsc i postaci, a tajemnic do odkrycia jest tu bardzo dużo. Dzięki temu nawet jeśli gdzieś oddalamy się od głównego celu, to ciągle ma się wrażenie, że odkrywamy coś nowego lub coś, co może nam się przydać. 

The Blood of Dawnwalker. Na Instagramie ten efekt nazywa się Moody Green. (fot. Inne)

Tak też warto podchodzić do wyborów, jakie gra przed nami stawia. Zawsze warto pomyśleć, jaki będzie to miało wpływ na dalsze wydarzenia i czy może przypadkiem nam się to do czegoś nie przyda. 

Nie ma tu co prawda żadnych barier i możemy wykonywać zadania w dowolnej kolejności, ale niektóre obszary gry wymagają zdobycia nieco wyższego poziomu i doświadczenia. Niemniej może się zdarzyć sytuacja, kiedy na stosunkowo wczesnym etapie zdobędziemy legendarny miecz lub zbroję i będą to przedmioty tak dobre, że eksploracja i poszukiwanie innego ekwipunku będzie w zasadzie bezcelowe. Nic lepszego nie znajdziemy, ale i tak warto go szukać i sprzedawać. Każdy przedmiot w grze można ulepszyć i można to robić stale, wraz z rosnącym poziomem bohatera. To jednak swoje kosztuje. 

The Blood of Dawnwalker. Im więcej rozrabiamy w grze, tym bardziej stajemy się rozpoznawalni. Co chwilę ktoś biegnie po autograf. (fot. Inne)

W grze wiele rzeczy ma swoje konsekwencje. Im bardziej uprzykrzamy życie wrakirom, tym mocniej rośnie nasza rozpoznawalność. Jeśli szybko osiągniemy wysoki poziom infamii, tym trudniej będzie nam bez przeszkód wchodzić do wsi i miasta. 

Reklama
Reklama

Dialogi nie są specjalnie wybitne, podobnie jak gra aktorska. Nie jest to zdecydowanie poziom gier CD Projekt, ale to, co dostajemy, wystarcza do tego, aby wczuć się w rozmowy. Postaci są na ogół wyraziste i bardzo dopracowane, ale nie naprawiono zgrzytów w postaci niedopasowania głosu i wieku do rozmówcy. Bywa tak, że kobieta na oko lat 35-40 mówi babcinym głosem, że jest stara. Choć to nie występuje często. 

The Blood of Dawnwalker. Tak kończą się zabawy z proszeniem diabła o pomoc. Siostra Leonica ostrzega – nie róbcie tego w domu ani żeńskim klasztorze. ZWŁASZCZA w żeńskim klasztorze.  (fot. Inne)

Dubbing jest dobrze zrobiony, ale wypowiadane kwestie nie zawsze pasują do ruchu ust. To nie wynika tylko z tego, że animacje są zrobione pod język angielski. Czasem rozjazd jest bardzo duży. W grze usłyszymy wiele znajomych głosów, a w pamięci najbardziej utkwiła mi Beata Jewiarz, czyli głos Yennefer z Wiedźmina 3. Dubbinguje ona jedną z postaci pobocznych w dosyć krótkim wątku. 

Najlepszy rok ever. 30 lat temu wszyscy zostaliśmy graczami

Walka to jedna z największych zalet, jak i źródło wad The Blood of Dawnwalker

The Blood of Dawnwalker. Kolega atakuje z prawej, czyli albo blokujemy z prawej i po czym atakujemy go z lewej, albo robimy unik w prawo i uderzamy z prawej. Proste! (fot. Inne)

Walka jest bardzo angażująca, o ile tego chcemy. Tak, można w zasadzie na oślep atakować i blokować, ale nie daje to takiej satysfakcji. Ataki i blok robimy kierunkowo góra-dół i lewo-prawo. Na dwóch niższych poziomach trudności widzimy na ekranie symbol kierunku ataku przeciwnika, co pozwala nam wykonać blok lub unik. Jeśli zrobimy to w odpowiednim czasie, pojawi się opcja skontrowania i zadania większych obrażeń. Na wyższych musimy obserwować ułożenie ciała przeciwnika i jego ruchy. 

Reklama
Reklama

Walki są zmienne. Są przeciwnicy wolniejsi i szybsi. Jeśli mamy dynamicznego przeciwnika i ciężki miecz, trzeba się solidnie zmęczyć albo jeśli mamy noc, porzucić miecz na rzecz wampirzych pazurów. Żonglowanie między nimi a mieczem mocno zmienia pojedynki.

The Blood of Dawnwalker. Uriasze, inaczej kozłoludy. Zapomniana rasa żyjąca wysoko w górach, za czasów rządów Brencisa wyszła z ukrycia. (fot. Inne)

Walki są dosyć długie i tu nie ma przeciwników do położenia na dwa, trzy czy nawet cztery uderzenia. Przy długich wymianach ciosów i bloków daje to masę satysfakcji oraz zwyczajnie przyjemnie się patrzy na kolejne sekwencje. Cały czas musimy zmieniać kierunki bloku, uników i ataku. 

Nie wszystko jest tu jednak takie różowe. Zdecydowana większość walk toczy się z wieloma przeciwnikami, a nasz bohater nie bardzo umie w ataki obszarowe jak Geralt w Wiedźminie. Skupiamy się na jednym przeciwniku i widzimy sygnalizację jego ataków, ale w dowolnym momencie mogą nas z innego kierunku zaatakować pozostali. Tu nie zawsze wszystko widać. Oprócz tego Coen atakuje jednego przeciwnika, ale jeśli nie zablokujemy celu, potrafi się znikąd przełączyć na innego. Jest to irytujące, szczególnie jeśli temu wcześniejszemu do dobicia brakowało jednego ciosu. 

The Blood of Dawnwalker. Wschody i zachody Słońca ociekają epickością. (fot. Inne)

Walka wymaga ciągłego skupienia, szczególnie wtedy, kiedy przeciwników jest więcej, a my jesteśmy jeszcze na takim etapie, że musimy uważać na każdy cios. Na ekranie potrafi się dziać tak dużo, że szczególnie na większym ekranie lub telewizorze odwrócenie głowy w róg ekranu w celu zobaczenia, czy np. mamy już aktywną umiejętność, potrafi nas kosztować oberwanie mieczem w plecy. 

The Blood of Dawnwalker. Taki ekwipunek wymaga poszukiwań i wypełnienia kilku różnych zadań. (fot. Inne)

Uciec od walki jest niezwykle trudno. Jak już Coen wyciągnie miecz, to koniec. Trzeba się solidnie napocić, aby uciec. Nie ma tu żadnego przycisku przerwania walki. Dodatkowo postać przechodzi nam w tryb bojowy i traci umiejętność pokonywania przeszkód. Więc byle kamień nas zablokuje. 

Reklama
Reklama

Najgłupszą mechaniką jest tu umiejętność sypania piaskiem. Co oślepia przeciwnika i pozwala go nieskrępowanie atakować. Mogłoby się wydawać... Mając wielu przeciwników, Coen sypie piaskiem w oczy i od razu przełącza się na atakowanie kolejnego. Tamten oślepiony jest wyłączony z walki, ale nie jest łatwo wrócić z atakami w jego kierunku. Kompletnie zero logiki. 

The Blood of Dawnwalker. Krokodyle, dziki, wilki, nieumarłe psy, psy-duchy, gargulce z poćwiartowanych ludzi, zjawy... Przeciwników nie brakuje. (fot. Inne)

Z walką jest jeszcze jeden problem. Niektóre misje wykonujemy z towarzyszami. O ile plusem jest to, że nasi kompani się nie blokują, nie gubią w terenie i dotrzymują nam kroku, nawet jak szybko biegniemy, tak w walce są mało użyteczni. A nieraz towarzyszą nam potężne postaci w świecie gry, a i tak pożytku z nich nie ma żadnego. Możemy położyć 10 przeciwników, a nasz towarzysz będzie w tym czasie dalej okładać jednego i tego samego. 

Otwierasz „GTA VI”, a tam zdrapka. Jak żyć (i grać) w cyfrowym świecie?

Ta jedna nieścisłość wymaga osobnego akapitu

The Blood of Dawnwalker. Lasy miejscami wyglądają tu bardzo polsko. (fot. Inne)

Pod względem osadzenia historyczno-geograficznego gra wypada bardzo pozytywnie. Może poza tym, że tu nie występuje broń dystansowa. Niektórzy przeciwnicy potrafią tylko rzucić nożem. Ale jedna rzecz mocno utkwiła mi w pamięci. Coen jest prostym, młodym chłopakiem z XIV-wiecznej wsi otoczonej górami. Choć oczytanym, bo uczy się łaciny pod okiem miejscowej zielarki. Byłej zakonnicy, która towarzyszy nam w dalszym etapie gry i tu mały spoiler, z czasem to może być znacznie głębsza znajomość. 

Reklama
Reklama

W jednej z misji widzimy wizję dalekiej przeszłości ważnej postaci, kiedy była ona rzymskim legionistą. My to wiemy, bo kojarzymy, jak wygląda legionista rzymski, oglądało się w końcu choćby Gladiatora. Tymczasem Coen wypala: „O! Był rzymskim legionistą!” Skąd młody chłopak z XIV-wiecznej, zapomnianej przez świat wsi ma wiedzieć, jak wygląda rzymski legionista?!

Microsoft nie umie tego zrobić. Za uśmiercenie Windowsa 10 wzięła się Nvidia

The Blood of Dawnwalker wygląda dobrze. Gra jest bardzo brutalna

The Blood of Dawnwalker. To jeden z mniej drastycznych widoków w grze. (fot. Inne)

Wizualnie trudno jest grze coś zarzucić. Grałem w wersji na PC, na maksymalnych detalach w rozdzielczości 4K, jak i 5120 x 1440, ze zbalansowanymi ustawieniami Nvidia DLSS i przez cały czas miałem idealnie płynną animację. Z niewyjaśnionych przyczyn gra wyłączyła mi się dwa razy na ponad 30 godzin rozgrywki. 

W grze nie spotkałem się z rażącymi błędami technicznymi. Bardzo sporadycznie pojawiły się pojedyncze prześwitujące tekstury, kilka razy miałem problem z wdrapaniem się na jakąś przeszkodę. W czym pomógł patch udostępniony pod koniec recenzji. 

The Blood of Dawnwalker. Historia Xanthe i wątek z nią związany może rodzić wiele dylematów i trudnych wyborów. (fot. Inne)

Gra prezentuje się bardzo ładnie. Piękne lasy, majestatyczne góry, ładne tekstury, dopracowane postacie, zbroje, stroje, wnętrza. Do tego piękne, efektowne oświetlenie, wschody i zachody słońca i księżyca. Tu zwyczajnie jest na co popatrzeć.

Reklama
Reklama

Również pod względem brutalnych szczegółów gry. Studio Rebel Wolves nie oszczędza gracza i fruwające kończyny oraz tryskająca krew to nic w porównaniu z tym, co zobaczymy choćby w dworze Xanthe. Obrazki są momentami drastyczne, ale klimat nie jest przesadzony i całość bardzo dobrze pasuje do czasów i tematyki gry.

The Blood of Dawnwalker. Katedra w Svartrau to najbardziej efektowny budynek w grze. (fot. Inne)

Jednocześnie bardzo mnie ciekawiło, czy obok tej brutalności twórcy przypadkiem nie podejdą przesadnie grzecznie do nagości i scen łóżkowych. No i nie, ten element też jest zdecydowanie 18+ i nie ma tu żadnego ugrzecznienia. 

Stare gry w nowym wydaniu. Atari x Activision Collection z zawrotną ceną

Za dnia pięknością, w nocy zaś... wrakirem

The Blood of Dawnwalker. Mamy Spider-Mana w domu. (fot. Inne)

The Blood of Dawnwalker inaczej wygląda za dnia, inaczej w nocy. Przede wszystkim są ńmisje, które można wykonać tylko o konkretnej porze, bo np. tylko w nocy możemy wdrapać się na dach budynku, a tylko w dzień otwarta jest katedra. 

Zmienia się też sposób walki, bo w dzień mamy do dyspozycji tylko miecz, w nocy dodatkowo szybsze pazury. W dzień możemy korzystać z magii, ale wymaga ona okaleczenia ciała, co jest niemożliwe w przypadku samoregenerującej się postaci wrakira. W dzień możemy się leczyć tylko jedzeniem, w nocy możemy pić krew przeciwników, ale i napotkanych zwierząt. Z czasem, w miarę rozwoju postaci, regeneruje nas też sama walka i zadawanie obrażeń przeciwnikom.

The Blood of Dawnwalker. Spacerowanie po dachach to domena wampirzej natury Coena, ale niektóre da się zwiedzić w dzień. (fot. Inne)

Jako wrakir musimy też uważać podczas rozmów, bo jeśli mamy zbyt mało zapełniony pasek życia, tracimy możliwość wybrania niektórych opcji dialogowych i w skrajnych przypadkach zamiast odpowiedzieć, Coen wygłodniały wgryzie się w rozmówcę. 

Reklama
Reklama

Remake Heroes of Might and Magic III to odważna próba odświeżenia świętości

The Blood of Dawnwalker ma jedno zakończenie, ale w różnych wariantach. Gra kończy się jak Castlevania

The Blood of Dawnwalker. W Kotlinie Sangorskiej nie zawsze pada deszcz. (fot. Inne)

Grę w The Blood of Dawnwalker zakończyłem na bodajże pięć różnych sposobów. Tu może pojawić się spoiler, więc jeśli nie chcesz go poznać, przeskocz do kolejnego rozdziału.

Gra ma z góry narzucone, jedno zakończenie. Losy głównego bohatera i jeden ważny szczegół fabuły pozostają bez zmian. Ale to od nas zależy, jak do tego dojdzie, jakie będą losy Kotliny Sangorskiej i jej mieszkańców oraz przede wszystkim – kto z spośród wielu postaci mniej lub bardziej pobocznych przeżyje. Tutaj wariantów jest całkiem sporo i strzelam, że może ich być nawet kilkanaście. 

Ukończenie głównego celu związanego z rodziną przenosi nas do zakończenia i na tym gra się kończy. Nie możemy jej kontynuować. 

The Blood of Dawnwalker. Pozostałości dawnej religii. (fot. Inne)

Idę o zakład, że niedługo po premierze pojawią się nagrania osób, które ukończą grę w nie więcej niż dwie-trzy godziny i tak, jest to możliwe. Można od razu po prologu udać się na ratunek rodzinie, ale trzeba będzie się solidnie namęczyć. W zasadzie od tego, co zrobimy podczas całej gry i o ile osłabimy w tym czasie głównego przeciwnika zależy to, jak łatwo będzie nam na jej końcu. Realnie The Blood of Dawnwalker można ukończyć w kilkanaście godzin. Przy 22-25 godzinach pochłoniemy znaczną część zawartości, ale nawet rozciągnięcie tego na 40-50 godzin nie powinno nudzić. 

The Blood of Dawnwalker. Wypatrywanie ważnych miejsc z punktów widokowych trąci Asasynem. (fot. Inne)

The Blood of Dawnwalker kończy się niemal tak, jak Castlevania: Lords of Shadow. Kto grał, ten wie. To otwiera dużo możliwości stworzenia kontynuacji. Zarówno losy samej Kotliny Sangorskiej, jak i dalsze losy Coena można rozwinąć na przeróżne sposoby i twórcy zostawili sobie tutaj duże pole do popisu. 

Reklama
Reklama

System Cell Broadcast zamiast Alertu RCB. Operatorzy czekają na wytyczne

Ile Wiedźmina 3 ma w sobie The Blood of Dawnwalker i czy warto w niego zagrać?

The Blood of Dawnwalker. Spa na bagnach. (fot. Inne)

Obie gry mają tego samego reżysera i to widać. Ale choć The Blood of Dawnwalker mocno przypomina Wiedźmina 3, to jednocześnie bardzo się od niego różni.

Mamy tu bardzo podobny, szeroko pojęty klimat. Wygląd świata, modele budynków, kolorystykę, sposób pokazywania postaci podczas dialogów, dialogi, które słyszymy w tle podczas eksploracji, niektóre grafiki w ekwipunku, sposób przedstawiania statystyk przedmiotów. Jest podobnie, bardzo znajomo, ale nadal inaczej.

Najbliższa Wiedźminowi 3 jest muzyka. Choć mogłaby być momentami bardziej wyrazista i mogłoby być jej nieco więcej. Natomiast charakterystyczny „słowiański zaśpiew”, który towarzyszy pojedynkom, jest jak żywcem wyjęty z przygód Geralta. 

The Blood of Dawnwalker. Opuszczona gospoda zachęca do zwiedzania. (fot. Inne)

W The Blood of Dawnwalker zmieniłbym kilka rzeczy. Choć walka jest wciągająca i daje dużo satysfakcji, przydałoby się ją lepiej dopasować do dużej liczby przeciwników, co towarzyszy nam przez większość pojedynków. Przydałby się większy balans w użyteczności towarzyszy i lepsze dopasowanie głosów postaci do ich wyglądu. 

Reklama
Reklama

Niemniej The Blood of Dawnwalker to kolejna polska gra, z której możemy być dumni. Ma sporo nowych elementów, wciąga i oferuje co najmniej kilkanaście godzin bardzo dobrej rozrywki. Część niedociągnięć w tak dużej grze można wybaczyć, część być może uda się z czasem poprawić. Sam na pewno wrócę do Kotliny Sangorskiej, bo zostało mi jeszcze sporo tajemnic do odkrycia. 

Źródło: Zero.pl
Arkadiusz Dziermański
Arkadiusz DziermańskiDziennikarz