Reklama
Świat

Dyplomatyczny majstersztyk Berlina. Jak Niemcy kupili sobie „pojednanie” za bezcen

Trzy dekady po podpisaniu traktatu o dobrym sąsiedztwie polsko‑niemieckie pojednanie coraz bardziej przypomina pusty rytuał. Symbole i rocznice zastąpiły realną politykę, a większość Polaków wciąż uważa, że Niemcy nie rozliczyły się ani z historią, ani z odpowiedzialnością za wojnę.

Sławomir Dębski
Opinia autorstwa: Sławomir Dębski
Dzisiaj 06:01
18 min
Podczas mszy świętej odprawianej przez biskupa opolskiego Alfonsa Nossola Tadeusz Mazowiecki wymienił znak pokoju z kanclerzem Niemiec Helmutem Kohlem. (fot. Grzegorz Rogiński / PAP)
TYLKO NA
  • Trzydzieści pięć lat po podpisaniu traktatu o dobrym sąsiedztwie polsko-niemieckie pojednanie stało się fasadowym rytuałem dyplomatycznym pozbawionym społecznego poparcia.
  • Większość Polaków wciąż uważa, że Berlin nie rozliczył się z odpowiedzialności za straty wojenne, a oficjalne uroczystości służą jedynie maskowaniu braku realnych działań odszkodowawczych.
  • Badania opinii publicznej jednoznacznie pokazują, że polskie społeczeństwo nie ufa Niemcom w kwestiach strategicznego bezpieczeństwa i obronności. Niemiecka opieszałość w obliczu rosyjskiej agresji na Ukrainę utwierdziła Polaków w przekonaniu, że Niemcy to partner konieczny, lecz niewiarygodny.
  • Kluczem do zrozumienia obecnego kryzysu relacji nie jest rzekoma polska neuroza, ale zakorzeniona w niemieckiej kulturze wielowiekowa tradycja traktowania Polaków z pozycji wyższości. Bez uczciwego przepracowania tej strukturalnej pogardy oraz realnego wyrównania krzywd, każda kolejna deklaracja solidarności pozostanie jedynie pustym frazesem.

W tym roku przypada 35. rocznica zawarcia Traktatu między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy, podpisanego w Bonn 17 czerwca 1991 r. Uroczystym celebracjom z udziałem zawodowych halabardników pojednania zapewne nie będzie końca.

Pierwsza z nich odbyła się już 30 marca 2026 r. w Krzyżowej, gdzie minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski wspólnie ze swoim niemieckim odpowiednikiem Johannem Wadephulem wziął udział w polityczno-dyplomatycznej rekonstrukcji historycznej: świeckiej liturgii pojednania.

Czytaj też: Nowy polski algorytm strategiczny. Fragment książki Rajmunda Andrzejczaka i Sławomira Dębskiego

Reklama
Reklama

Ta dyplomatyczna tradycja narodziła się w Krzyżowej w niedzielę 12 listopada 1989 r., w dawnej posiadłości rodziny von Moltke, gdzie w czasie II wojny światowej spotykali się członkowie antyhitlerowskiego „Kręgu z Krzyżowej”. Podczas mszy świętej odprawianej przez biskupa opolskiego Alfonsa Nossola Tadeusz Mazowiecki – pierwszy niekomunistyczny szef polskiego rządu po II wojnie światowej – wymienił znak pokoju z kanclerzem Niemiec Helmutem Kohlem. Z tego gestu zbudowano później jeden z najważniejszych mitów założycielskich stosunków polsko-niemieckich po 1989 r.

Symbol pokoju

Traktatu pokojowego kończącego wojnę między Niemcami i Polską, wywołaną przez kanclerza Niemiec Adolfa Hitlera 1 września 1939 r., nigdy nie było. Po zjednoczeniu Niemiec zastąpił go pakiet politycznych umów z lat 1990–1991: najpierw traktat graniczny, a następnie traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy. Polityczne warunki „zakończenia wojny” między Niemcami i Polską można streścić następująco: w zamian za de facto rezygnację Polski z aktywnego dochodzenia odszkodowań i reparacji od Niemiec oraz przyznanie niemieckiej mniejszości w Polsce szczególnego statusu, Polska otrzymywała ostateczne potwierdzenie granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej oraz niemieckie poparcie dla polskich aspiracji do członkostwa we Wspólnotach Europejskich. Później dołączono do tego również poparcie dla członkostwa Polski w NATO.

Dla niemieckiej dyplomacji Krzyżowa stała się więc symbolem „pokoju z Polską”, zawartego na warunkach bardzo korzystnych dla Niemiec. Berlin potwierdzał przebieg granicy ustalonej przez zwycięskie mocarstwa – granicy, której samodzielnie nie był już w stanie zakwestionować – a w zamian uzyskiwał polityczne zamknięcie rachunków z ofiarą niemieckiej agresji: państwem zrujnowanym wojną, przez czterdzieści lat trzymanym pod sowiecką dominacją, potrzebującym niemieckiej pomocy w reintegracji z gospodarką światową i przezwyciężaniu rozwojowego zapóźnienia.

Reklama
Reklama

Nic dziwnego, że wśród niemieckich dyplomatów warunki „pokoju” z Polską uchodzą za majstersztyk dyplomacji. Udało się doprowadzić do zjednoczenia Niemiec, uzyskać stabilizację granicy wschodniej i uniknąć realnego rozliczenia materialnych skutków niemieckiej agresji wobec Polski.

Minister Wadephul sprzedawał więc w Krzyżowej solidny produkt niemieckiej dyplomacji. „Nic nigdy nie będzie w stanie cofnąć niewyobrażalnych cierpień, które my Niemcy sprowadziliśmy na Polskę za sprawą wojny i okupacji” – mówił – dodając, że Niemcy „przejęły odpowiedzialność, by ten najstraszliwszy rozdział nie stał się nigdy ostatnim słowem naszej bardzo ściśle powiązanej historii”. Brzmiało to pięknie. Problem w tym, że była to odpowiedzialność dość tania.

Dla polskich dyplomatów obsługujących relacje z Niemcami Krzyżowa stała się z kolei poprawną politycznie, lecz coraz bardziej pustą w treści okazją do powtarzania formuł, które Berlin lubi słyszeć. Minister Sikorski podkreślał więc, że Krzyżowa to „instytucja-symbol w relacjach polsko-niemieckich”, a Msza Pojednania „była nie tylko wydarzeniem religijnym, ale też mocnym symbolem nowej, jednoczącej się Europy”, pokazującym, że „nawet w najtrudniejszych doświadczeniach historii narody mogą budować wspólną przyszłość, opartą na wzajemnym szacunku i europejskiej solidarności”.

Reklama
Reklama

To koniunkturalna interpretacja, sformułowana po to, „aby było miło”. Msza w Krzyżowej była wydarzeniem polityczno-religijnym, ale jej późniejsza mitologizacja znacznie przekroczyła realne znaczenie tamtego dnia. Dla strony niemieckiej ważniejsza od symboliki pojednania była wówczas możliwość spotkania kanclerza z niemiecką mniejszością i „Ślązakami”. W dodatku wszystko odbywało się w wyjątkowo niesprzyjających okolicznościach. Kohl myślami był już w Berlinie, gdzie właśnie walił się mur.

Przeczytaj także: O banalności ludobójstwa (Polaków), czyli skandaliczny apel Seweryna-Frasyniuka

W dzienniku Horsta Teltschika, najbliższego doradcy politycznego Kohla, pod datą 11 listopada 1989 r. znajdujemy znamienny zapis:

Niespodzianka. Nasi gospodarze chcą odwołać zaplanowane na jutro w Krzyżowej nabożeństwo, ponieważ mgła uniemożliwia lot do Wrocławia. Kanclerz wie, że tysiące Ślązaków są już w drodze na miejsce. Wpada w gniew i doprowadza do tego, że jeszcze w nocy wyruszamy autobusem. Dzień kończy się spokojnie kolacją w wąskim gronie.

Reklama
Reklama

Pod datą 12 listopada nie ma żadnego wielkiego wpisu o pojednaniu. Kolejny zapis, z 14 listopada, zaczyna się słowami: „Wróciliśmy do Bonn”. Tyle zostało z wielkiej chwili w dzienniku człowieka, który był najbliżej kanclerza.

„Msza Pojednania” stała się więc propagandowym mitem – wygodnym przede wszystkim dla strony niemieckiej – na którym przez trzy dekady budowano coś w rodzaju „Kościoła Krzyżowej”. Problem w tym, że ten kościół coraz mniej przejmuje się „pojednaniem narodów”. Stał się raczej związkiem zawodowym pracowników różnych instytucji korzystających z rządowych dotacji — niemieckich i polskich – zainteresowanych statusem politycznych rentierów procesu pojednania. Brak kryteriów sukcesu sprawia, że sam proces jest sukcesem i wydane nań pieniądze, które trafiają do konkretnych kieszeni. Dziś w Kościele Krzyżowej nie ma wiernych. Zostali głównie ministranci: zawodowi niemieccy i polscy dyplomaci, urzędnicy niemiecko-polskich fundacji, „kierownicy projektów” i strażnicy rytuału, który coraz słabiej odpowiada na realne pytania społeczeństw.

Społeczne nastroje: pojednanie bez ratyfikacji

Opublikowane badanie Instytutu Zachodniego – instytucji publicznej nadzorowanej przez Kancelarię Premiera – pokazuje, że 55,7 proc. badanych Polaków uważa, iż Polska powinna domagać się od Niemiec zadośćuczynienia za II wojnę światową. 58 proc. twierdzi, że Niemcy nie rozliczyły się za poniesione przez Polskę straty wojenne, 54 proc. uważa, że nie uznały skali polskich ofiar, a 49 proc. jest przekonanych, że Niemcy pouczają Polaków w sprawie historii, choć sami się z niej nie rozliczyli. O jakim więc pojednaniu mówimy? Narzuconym, zadekretowanym, w Niemczech wygodnym, a w Polsce społecznie odrzucanym.

Przeczytaj także: Od „Bohaterów UPA” do kolejnego pęknięcia w polsko-ukraińskim pojednaniu

Reklama
Reklama

Jeszcze wyraźniej widać to w badaniu przeprowadzonym przez Instytut Badań Pollster w dniach 5–6 maja 2026 r. na reprezentatywnej grupie dorosłych Polaków. Zadano w nim pytanie proste i brutalnie konkretne: „Czy uważasz, że jeżeli Rosja zaatakowałaby Polskę, to Niemcy udzieliłyby Polsce militarnej pomocy?”. „Zdecydowanie tak” odpowiedziało jedynie 10 proc. badanych, „raczej tak” – 30 proc. Po drugiej stronie znalazło się 26 proc. odpowiedzi „raczej nie” i 20 proc. „zdecydowanie nie”. 14 proc. nie miało zdania. Innymi słowy: tylko 40 proc. Polaków zakłada, że Niemcy przyszłyby Polsce z pomocą, podczas gdy 46 proc. uważa, że raczej albo zdecydowanie by tego nie zrobiły. To nie jest drobna rysa na obrazie pojednania. To jest polityczny fakt: Niemcy są dla Polaków sojusznikiem ograniczonego zaufania.

Dla niemieckiej dyplomacji Krzyżowa stała się więc symbolem „pokoju z Polską” zawartego na warunkach bardzo korzystnych dla Niemiec. (fot. Thomas Imo / Getty Images)

W swoim tegorocznym exposé sejmowym minister Sikorski mówił:

Pod koniec stycznia pracownia badawcza zapytała Polaków, czy Stany Zjednoczone są wiarygodnym sojusznikiem. Większość – 54 proc. – odpowiedziała, że nie są. Przeciwnego zdania było jedynie 35 proc. (…) Chcę jedynie powiedzieć, że żaden demokratyczny rząd nie może ignorować tak istotnych nastrojów społecznych.

Reklama
Reklama

To trafna uwaga. Problem w tym, że dokładnie ta sama zasada powinna odnosić się do Niemiec. Skoro rząd nie może ignorować społecznego zwątpienia w wiarygodność Ameryki, tym bardziej nie powinien ignorować społecznego deficytu zaufania wobec Berlina.

Zrabowane przez Niemcy polskie dobra kultury wciąż w ogromnej części nie wróciły do kraju. A gdy sprawa powraca, ze strony niemieckiej regularnie słyszymy tę samą logikę: porozmawiajmy o wszystkim naraz, najlepiej także o „Berlince”, czyli zbiorach Biblioteki Pruskiej odnalezionych po wojnie na ziemiach przyznanych Polsce i przechowywanych w Bibliotece Jagiellońskiej. W praktyce argument ten stawia znak równości między agresorem a ofiarą agresji. Sugeruje, że rachunki można po prostu wyzerować, jakby po jednej stronie leżały rękopisy i starodruki, a po drugiej sześć milionów obywateli, zburzona stolica, złupiona kultura i kraj cofnięty rozwojowo o całe pokolenia.

Źródła nieufności, czyli problem strategiczny

Właśnie tutaj kończy się dyplomatyczna poezja, a zaczyna polityczna rzeczywistość. Bo jeśli po 35 latach od traktatu o dobrym sąsiedztwie większość Polaków uważa, że sprawa zadośćuczynienia pozostaje niezamknięta, a niemal połowa nie wierzy, że Niemcy udzieliłyby Polsce militarnej pomocy w razie rosyjskiego ataku, to znaczy, że projekt pojednania nie uzyskał społecznej ratyfikacji. Oba rządy tymczasem ten fakt omijają. Berlin ucieka w prawny formalizm, rząd Donalda Tuska przykrywa go celebracją pustych rytuałów.

Warto przy tym zauważyć, że polska opinia publiczna wcale nie jest antyniemiecka. Przeciwnie – jest pragmatyczna. Polacy nie domagają się ograniczenia współpracy z Niemcami, lecz uregulowania niemieckiego długu odszkodowawczego wobec Polski i potwierdzenia, że niemiecka odpowiedzialność historyczna ma realne konsekwencje polityczne.

Reklama
Reklama

Instynktownie wiążą problem zadośćuczynienia z niemiecką wiarygodnością sojuszniczą. Trudno bowiem uważać za w pełni wiarygodnego sojusznika kogoś, kto unika uregulowania własnego zadłużenia – także moralnego, ale przede wszystkim politycznego. Dlatego termin „pojednanie” źle opisuje dzisiejsze relacje polsko-niemieckie. Rzeczywistość lepiej oddaje pojęcie „ograniczone zaufanie”.

 

Przeczytaj także: Gra o przetrwanie. Czy Kuba wytrzyma amerykański nacisk?

Inne dane pokazują ten sam problem z jeszcze jednej strony. Tylko 28 proc. badanych uważa, że w sprawach bezpieczeństwa Polska może ufać Niemcom. 36 proc. sądzi, że Niemcom ufać nie wolno. Aż 44 proc. zgadza się ze stwierdzeniem, że Polska widzi w Rosji zagrożenie, podczas gdy Niemcy nadal liczą na możliwość przywrócenia współpracy z Rosją. Co jeszcze bardziej wymowne, więcej respondentów uważa, że w kryzysie to Niemcy mogą liczyć na Polskę, niż że Polska może liczyć na Niemcy. W polskiej świadomości Niemcy pozostają więc partnerem potrzebnym, lecz niewiarygodnym.

Reklama
Reklama

Źródła tego stanu rzeczy są starsze niż obecny kryzys bezpieczeństwa. W niemieckiej wielkiej strategii Europa Środkowa zbyt często funkcjonowała nie jako wspólnota równych narodów, lecz jako strefa buforowa oddzielająca Niemcy od Rosji. A strefa buforowa jest z definicji czymś, czym można handlować, co można poświęcić, przesunąć albo oddać pod cudze wpływy, byle kupić sobie strategiczny komfort. Długie dekady niemiecko-rosyjskiego myślenia ponad głowami narodów regionu nie są dla Polaków muzealnym eksponatem, lecz strategiczną lekcją, która powraca zawsze wtedy, gdy Berlin zaczyna mówić językiem realizmu oderwanego od pamięci.

Rosyjska agresja na Ukrainę w 2022 r. tę pamięć tylko odświeżyła. W pierwszej fazie wojny Niemcy nie wierzyły, że Ukraina może się obronić. Polska wierzyła i robiła wszystko, aby Ukraińcy zatrzymali Rosjan. Niemiecka ostrożność, zwłoka, strategiczny bezruch i lęk, że zbyt zdecydowane wsparcie dla Kijowa źle odbije się na niemieckich relacjach z Rosją, zostały w Polsce odczytane nie jako zwykła różnica politycznych temperamentów, lecz jako powrót starych strategicznych instynktów. Oto znowu narody Europy Środkowej i Wschodniej miały przyjąć pierwszy cios, wytrzymać pierwsze uderzenie i ginąć, byle Niemcy mogły kupić sobie czas i spokój. W tym sensie wojna na Ukrainie brutalnie potwierdziła polskie obawy wobec Berlina.

Co z tym zrobić?

Nie piszę tego po to, by pastwić się nad fiaskiem kościoła Krzyżowej. Przeciwnie, uważam, że brak zaufania do polityki Niemiec w Polsce to istotny problem strategiczny i od lat postuluję, aby Polska i Niemcy wspólnie zrobiły coś z tym deficytem zaufania. W marcu pisałem w amerykańskim „War on the Rocks”, że jednym z możliwych rozwiązań byłoby przekształcenie niemieckiej odpowiedzialności historycznej w długoterminowy wkład w rozbudowę polskiego potencjału obronnego.

Nie chodziłoby o gest symboliczny ani o kreatywną księgowość, której jedynym celem byłoby zamknięcie rachunku reparacyjnego. Chodziłoby o nowoczesny instrument strategiczny: niemieckie finansowanie konkretnych zdolności wojskowych Polski, które wzmacniałyby jednocześnie NATO, wschodnią flankę i bezpieczeństwo samych Niemiec.

Reklama
Reklama

Taki mechanizm mógłby objąć środki rażenia dalekiego zasięgu, obronę powietrzną i przeciwrakietową, rozpoznanie satelitarne, zdolności cybernetyczne, amunicję precyzyjną, logistykę, środki walki radioelektronicznej, tankowanie w powietrzu albo elementy polskiego programu lotniczego. Nie chodziłoby o to, aby Berlin wybierał Polsce uzbrojenie. Chodziłoby o stworzenie wieloletniego, przejrzystego funduszu, uzgodnionego politycznie i osadzonego w planowaniu NATO. Niemcy mogłyby w ten sposób pokazać, że ich rosnąca potęga wojskowa nie jest dla Polski powodem do obaw, lecz realnym wkładem w polskie bezpieczeństwo.

Pojednanie jako rytuał bez treści

Dlatego cała obrzędowość pojednania odsłania dziś swoją pustkę. Rytuał został odprawiony. Były msze, znaki pokoju, rocznice, deklaracje, przemówienia i fotografie o starannie dobranej symbolice. Ale polityczne pojednanie nie polega na tym, że strony wspólnie obchodzą własną moralną dojrzałość. Polega na tym, że usuwają realne źródła nieufności. A w tej sprawie zrobiono zbyt mało.

Metoda „na Krzyżową” po prostu nie działa. Nie wystarczy powtarzać, że historia zobowiązuje, jeśli nie chce się z tej historii wyciągnąć konkretnych konsekwencji politycznych. Nie wystarczy wracać do Krzyżowej, jeśli równocześnie unika się odpowiedzi na pytanie, skąd bierze się polska rezerwa i dlaczego przez tyle lat niemieckie elity wolały traktować ją jak kłopotliwy folklor.

Przeczytaj także: Jak koalicja przegra wybory przez Martę Cienkowską

Reklama
Reklama

Problem nie sprowadza się wyłącznie do nierozliczonego długu odszkodowawczego. Głębiej leży coś jeszcze trudniejszego: historyczna tradycja niemieckiej pogardy wobec Polaków. Nie chodzi o to, aby przypisywać ją dzisiejszym Niemcom jako winę dziedziczną. Chodzi o to, że bez uczciwego przepracowania tego dziedzictwa pojednanie pozostanie niepełne.

Wybitny niemiecki historyk Heinrich August Winkler pisał w swojej historii Niemiec: „Niemiecki stosunek do Polski był nacechowany rasistowskimi przesądami — raczej podobny był do antysemityzmu niż do typowej manifestacji nacjonalizmu. Jednak nikomu nie przyszłoby na myśl wmawiać Polakom to, co wmawiano Żydom — że dążą do panowania nad Niemcami, a nawet całym światem. Tego rodzaju domieszka poczucia niższości istniała jedynie w [niemieckim] antysemityzmie. Patrząc z tego punktu widzenia, nienawiść do Żydów była jednak czymś innym niż typowy rasizm, jaki dochodził do głosu wobec Polaków”.

To zdanie powinno wybrzmieć mocniej w niemieckiej debacie publicznej niż setki okolicznościowych deklaracji. Pokazuje bowiem, że pogarda wobec Polaków nie była jedynie produktem nazizmu. Miała głębsze, kulturowe i polityczne zakorzenienie. Polak był w tej perspektywie kimś niższym, mniej cywilizowanym, mniej zdolnym do państwowości, mniej godnym podmiotowości.

I ten cień nie znika tylko dlatego, że współczesny niemiecki minister wypowie kilka słusznych zdań o polskim cierpieniu. Bez uczciwego przepracowania pamięci pogardy każde pojednanie będzie ułomne. Bo nie chodzi jedynie o pamięć ofiar. Chodzi także o pamięć hierarchii, w której Polska przez stulecia była lokowana niżej.

Reklama
Reklama

Dlatego błędem jest traktowanie polskiego braku zaufania jako problemu psychologicznego, który z czasem sam się rozpuści. Nie wystarczy czekać, aż wymrą pokolenia pamiętające II wojnę światową, a nad relacjami niemiecko-polskimi zaświeci tęcza. Nic takiego się nie stanie, jeśli będziemy oszukiwać się rytuałem Krzyżowej. To jest problem polityczny i strategiczny.

Nieufność między Polską a Niemcami osłabia bezpieczeństwo Europy, bo utrudnia przekształcenie formalnego sojuszu w realną wspólnotę strategiczną. Sojusze nie opierają się wyłącznie na traktatach, procedurach i sztabowych planach. Opierają się także na społecznym przekonaniu, że partner w chwili próby nie wróci do dawnych odruchów. Jeśli tego przekonania nie ma, każda deklaracja solidarności będzie przyjmowana z zastrzeżeniem, a każde przesilenie będzie uruchamiało stare podejrzenia.

Krzyżowa, 30.03.2026. Wicepremier, minister spraw zagranicznych RP Radosław Sikorski i minister spraw zagranicznych Niemiec Johann Wadephul podczas wspólnej konferencji prasowej po spotkaniu w siedzibie Fundacji Krzyżowa dla Porozumienia Europejskiego w Krzyżowej. (fot. Maciej Kulczyński / PAP)

I właśnie tutaj widać słabość elit rządzących po obu stronach Odry. Nie są zdolne potraktować tego problemu poważnie. Albo nie wierzą w jego istnienie, albo uważają go za temat politycznie niewygodny, który najlepiej przykryć językiem rocznic, wzniosłych przemówień o pamięci i pojednawczych ceremonii. To krótkowzroczność. Nierozwiązany problem nie znika, lecz nabrzmiewa.

Reklama
Reklama

Przeczytaj również: Iluzja wielkiego rynku. Dlaczego zachodni biznes nigdy nie zrozumie decyzji Pekinu

Dziś deficyt zaufania obciąża przede wszystkim politykę bezpieczeństwa i debatę historyczną. Jutro coraz mocniej zacznie wpływać także na relacje gospodarcze. Niemiecki biznes w Polsce będzie miał trudniej nie dlatego, że Polacy odrzucą współpracę z Niemcami, lecz dlatego, że w warunkach słabnącego zaufania niemiecka marka przestanie automatycznie korzystać z dawnego kredytu wiarygodności.

Na tym polega realny koszt pustej obrzędowości pojednania. Symbol zaczął wypierać treść. Krzyżowa miała być początkiem trudnej pracy politycznej, a stała się wygodnym alibi, że ta praca została już wykonana. Tymczasem nie została. Niemcy pozostają dla Polski partnerem koniecznym, ale sojusznikiem ograniczonego zaufania. I dopóki niemieckie elity nie uznają, że źródłem tego stanu rzeczy nie jest polska emocjonalność, lecz ich własna historia, ich własne zaniedbania i ich własne strategiczne odruchy, dopóty pojednanie polsko-niemieckie będzie przypominało kościół bez wiernych: piękny gmach, pełen podniosłych gestów, ale pusty w środku.

Pozostaje pytanie, co w tym pustym kościele robi polska dyplomacja. Jeśli naprawdę chce budować z Niemcami wspólnotę strategiczną, powinna przestać klęczeć przed rytuałem i zacząć domagać się treści. A treść jest dziś oczywista: Berlin powinien pomóc sfinansować rozbudowę polskiego potencjału obronnego. Nie z łaski. Nie z sentymentu. Z odpowiedzialności – i z dobrze pojętego niemieckiego interesu bezpieczeństwa.

Źródło: Zero.pl
Sławomir Dębski
Sławomir DębskiProfesor strategii i stosunków międzynarodowych w Kolegium Europejskim w Natolinie. Współautor programu Ground Zero