Możemy zwiększać ilość sprzętu; możemy zwiększać szybkość reagowania, ale bez odpowiedzi na pytanie o naszą teorię bezpieczeństwa – a gdy ta zawiedzie – o naszą teorię zwycięstwa, nie będziemy wiedzieć, czy to, co kupujemy i to, co robimy, układa się w jakąś spójną całość. W efekcie może będziemy szybciej „biegać” do kolejnych „pożarów”, nie mając pewności, czy naprawdę zapobiegamy ich wybuchaniu. Na Zero.pl publikujemy fragment książki gen. Rajmunda T. Andrzejczaka oraz Sławomira Dębskiego pt. „Nowy Algorytm Strategiczny Polski”.

Moment „końca historii”, będący częścią amerykańskiej wielkiej strategii zagospodarowania masy upadłościowej po zimnej wojnie, stworzył dla Polski wyjątkowo korzystne uwarunkowania strategiczne. Rzeczpospolita dostosowała się do koniunktury, kształtując własną Wielką Strategię zakładającą reintegrację z Zachodem, wyrwanie się z „ruchomych piasków” Europy poprzez uzyskanie członkostwa w NATO i Unii Europejskiej.
Ważnym instrumentem służącym realizacji tego celu był sojusz ze Stanami Zjednoczonymi. Polska stała się pożądanym sojusznikiem między innymi ze względu na rolę, jaką odegrał związek zawodowy „Solidarność” w zwiększeniu świadomości zachodnich społeczeństw (w tym amerykańskiego) w zakresie faktycznego znaczenia „jałtańskiego” podziału Europy – i że nie sprowadzał się on jedynie do kwestii niemieckiej. Zwycięstwo demokratycznej opozycji w Polsce w 1989 roku pomogło administracji prezydenta George’a H. Busha w przedstawianiu upadku żelaznej kurtyny jako sukcesu polityki tej administracji – kontynuującej „krucjatę wolności” zainicjowaną przez wcześniejsze republikańskie administracje Ronalda Reagana.
To stworzyło w Waszyngtonie zapotrzebowanie na Polskę jako politycznego sojusznika Ameryki w budowie „Europy zjednoczonej, wspólnej i pokojowej”. Rzeczpospolita uczestniczyła w realizacji tej wizji, między innymi zawierając traktaty o granicach, przyjaźni i dobrosąsiedzkiej współpracy z wszystkimi swoimi sąsiadami. Korzystała także z amerykańskiego wsparcia i pomocy w redukcji zadłużenia, wycofywaniu wojsk rosyjskich z kraju oraz ostatecznie w dążeniu do instytucjonalizacji polsko-amerykańskiego sojuszu poprzez członkostwo w NATO.
Czytaj też: Czy NATO ma głos w sprawie Iranu? Europa kontra Waszyngton
W amerykańskiej wizji Europy wspólnej, zjednoczonej i pokojowej Niemcy stawały się sojusznikiem Polski, co rozmontowywało tradycyjne niemiecko-rosyjskie kleszcze, które w polskiej pamięci strategicznej zawsze stanowiły zagrożenie egzystencjalne. Rodzima Wielka Strategia kształtowała się wówczas w sposób niemal naturalny. Aspiracje społeczeństwa do pokoju i zamożności, siła oddziaływania kultury strategicznej – zwłaszcza tej nieuświadomionej – oraz sprzyjająca koniunktura utrzymywały Polskę na kursie szybkiego rozwoju, pomnażania dobrobytu i własnej potęgi pomimo strukturalnych słabości państwa. Ten „złoty wiek” Rzeczypospolitej jest produktem sukcesu pokoleń Polaków, doświadczeń klęsk i niepowodzeń, ale też ogromnej determinacji, która się z nich zrodziła i kształtowała polską Wielką Strategię wykorzystania nadzwyczajnie sprzyjających naszemu krajowi uwarunkowań międzynarodowych po zakończeniu zimnej wojny.
Korzystna koniunktura międzynarodowa jednak się wyczerpuje, a strukturalne słabości zaczynają przeszkadzać w kształtowaniu samodzielnych strategii. Wchodzimy w epokę narodowych egoizmów. Nie wiemy, jak długo ona potrwa, ale trzeba się liczyć z tym, że w jej trakcie mobilizowanie sojuszników do wykonywania zobowiązań traktatowych będzie znacznie trudniejsze. I nie, to nie jest „efekt Trumpa”. Nie łudźmy się, że wraz z zakończeniem jego kadencji wszystko powróci na swoje miejsce i będzie „jak było”. Nie będzie.
Wielu uczestników amerykańskiej debaty strategicznej wcale z Trumpem nie sympatyzuje, ale popiera skracanie przez Amerykę frontu, przymuszanie sojuszników do cięższej pracy oraz ponoszenia większego ryzyka i kosztów na rzecz wspólnoty – nie wszystkich – interesów. W nowej epoce żadne normy traktatowe, zwyczaje polityczne, a nawet kalkulacje oparte na policzalnych interesach nie będą czynnikami automatycznie uruchamiającymi sojusze.
W tej logice „spychanie sojuszników z sanek” i/lub „wrzucanie ich pod autobus” może być nie tylko politycznie dopuszczalne, lecz także społecznie akceptowalne. Przypomnijmy myśl Wessa Mitchella: Ameryka może tymczasowo zaakceptować większe regionalne ryzyko, aby skoncentrować się na mobilizacji własnego potencjału. To dlatego część amerykańskiego establishmentu jest gotowa szukać sposobu wywikłania się z kosztów wojny rosyjsko-ukraińskiej – także poprzez presję na szybkie „domknięcie” konfliktu – by móc przestać płacić rachunek i przerzucić zasoby gdzie indziej. Oczywiście, szukając dealu, Waszyngton będzie chciał zrobić to tak, aby Rosja nie wzmocniła się nadmiernie na jego warunkach. Tak wygląda pole manewru prezydenta Zełenskiego.
Na dodatek amerykańska kultura strategiczna przechowuje tradycję zamieniania adwersarzy w sojuszników. Dlatego w Waszyngtonie nie wyklucza się scenariusza oderwania Rosji od Chin i włączenia jej do jakiejś antychińskiej konstelacji. W naszej części świata uważamy, że to mrzonki. Ale to nie my zamienialiśmy postnazistowskie Niemcy w sojusznika kilka lat po zakończeniu II wojny światowej. To także nie my zawieraliśmy sojusz z Japonią chwilę po tym, jak zrzuciliśmy na nią dwie bomby atomowe. I to nie my zatrzymaliśmy rozliczenia z komunizmem w Europie Środkowej po zakończeniu zimnej wojny, by wspólnie z ekskomunistami móc budować „Europę wolną, zjednoczoną i pokojową”.
Nasza kultura strategiczna różni się od amerykańskiej. Obok interesów wspólnych mamy też interesy sprzeczne i nie wolno udawać, że ta różnica jest detalem.
I tak dochodzimy do konkluzji: wiele wskazuje na to, że nowa epoka będzie charakteryzować się częstszym i bardziej otwartym odwoływaniem się do argumentu siły, niekoniecznie równoznacznym z jej użyciem, ale tworzącym normę w polityce między państwami. Normy prawa międzynarodowego będą musiały być egzekwowalne, nie przez ich uniwersalne ciche akceptowanie, ale przez gotowość do użycia siły w ich obronie. Polacy muszą się do tej sytuacji szybko zaadaptować, jeśli nie chcą utracić tego, co udało im się osiągnąć w ciągu ostatnich trzech dekad spektakularnego rozwoju. Nigdy nie byliśmy tak zasobnym społeczeństwem jak obecnie. Dlatego potrzebujemy polskiej Wielkiej Strategii, aby nie dopuścić do wojny i zniszczenia naszych osiągnięć w erze globalnych turbulencji. Potrzebujemy także strategii użycia siły – lub gotowości do jej użycia – w oparciu o zakorzenione w naszej kulturze strategicznej kryteria i wartości oraz ich hierarchie.
Elity polityczne często biorą na sztandar hasło: „Polska silna w NATO”. Ale czy zdajemy sobie sprawę, co to w rzeczywistości oznacza? Silny sojusznik to nie ten, który dysponuje potężną armią, lecz ten, który jest gotów jej użyć w obronie innego sojusznika. Odstrasza nie sam potencjał militarny, nie procent PKB przeznaczany na obronność, nie Tarcza Wschód i hektary pól minowych, a nawet nie ewentualne posiadanie przez Polskę broni jądrowej. Odstrasza gotowość użycia posiadanego potencjału do narzucenia agresorowi własnej politycznej woli. To wola użycia siły kształtuje sojuszniczą atrakcyjność. Powiedz mi, jak jesteś gotów używać siły, a powiem ci, czy jesteś atrakcyjnym sojusznikiem – bo sojusze opierają się na zasadzie wzajemności. Jeśli liczymy, że Finlandia przyjdzie nam z pomocą w razie rosyjskiej agresji, musimy być gotowi iść na pomoc zaatakowanym Estończykom.
Warto mieć też świadomość, że nawet gdyby amerykańskie przywództwo w NATO uległo daleko idącej redukcji, co dziś nie jest scenariuszem abstrakcyjnym, Sojusz pozostaje zobowiązaniem wielostronnym, a nie „przymierzem Europy ze Stanami Zjednoczonymi”. Nadal bylibyśmy sojusznikiem Norwegii, Szwecji, Finlandii, Estonii, Łotwy, Litwy, Rumunii i Turcji zobowiązanym do udzielenia im pomocy w przypadku zbrojnej napaści. Sojusz Północnoatlantycki jest oparty na prostej zasadzie muszkieterów: „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. I jeśli chcemy zwiększać nasze bezpieczeństwo, musimy czuć się tą zasadą związani nawet wtedy, gdy d’Artagnan będzie zajęty innym teatrem.
Francuski parasol atomowy nad Polską? „Nie ma takiego pomysłu”
Obecne amerykańskie dążenia do ograniczenia kosztów utrzymywania pokoju w Europie zwiększają ryzyko rosyjskiej agresji. Gdyby doszło do niej dziś, amerykańskie zaangażowanie sojusznicze byłoby najprawdopodobniej uzależnione od tego, czy:
1) narody bałtyckie stawią zbrojny opór; oraz
2) czy przyjdą im z pomocą europejscy sojusznicy?
Mówiąc precyzyjniej: czy przyjdą im z pomocą Polska, Finlandia Szwecja oraz Niemcy? W sprawie bezpieczeństwa Europy, Europejczycy „first”!
Jeśli nie, cóż, Amerykanie nikomu nie będą bronić ojczyzn, jeśli sami zainteresowani nie są gotowi ich bronić. Nam także. Jeśli komuś się wydawało inaczej, ulegał złudzeniu. „A co na to NATO? Sojusz nas obroni! Amerykanie nas obronią! Po to przecież wysłaliśmy naszych żołnierzy do Iraku i Afganistanu!” niestety, taką fałszywą retoryką raczono polskie społeczeństwo, dlatego potrzebuje ono dziś strategicznej reedukacji.
Dla ludzi zaznajomionych z myślą strategiczną wszystko to jest banalne. Ale społeczeństwo wychowywane w epoce „końca historii” – przekonane, że stres, przemoc i rywalizacja są anomaliami – wymaga szybkiej resocjalizacji do realnego życia. W nowej epoce dziejów strategiczny analfabetyzm staje się groźną patologią. Na szczęście redefinicja amerykańskiego zaangażowania w sojusze następuje w czasie, gdy Rosja została poważnie osłabiona przez skuteczny ukraiński opór. W dokumentach strategicznych administracji Trumpa Rosja bywa opisywana jako wyzwanie „zarządzalne” (manageable), nawet przez europejskich sojuszników działających bardziej samodzielnie. Rosja jest więc osłabiona – i to jest okno możliwości, którego nie wolno zmarnować.
Można powiedzieć, że Ukraina uratowała nam skórę. Ofiara ukraińskich żołnierzy mogła oszczędzić nam powtórki z zapisanych w zbiorowej pamięci zdarzeń: rzezi Pragi, reduty Ordona i katyńskiego lasku. Sto lat temu Józef Piłsudski próbował z niepodległej Ukrainy zbudować dla Polski bufor odgradzający ją od Rosji. Wtedy się nie udało. Ale po stu latach polska myśl strategiczna odniosła tryumf: Ukraina – także dzięki polskiemu wsparciu materialnemu i politycznemu – skutecznie stawiła Rosji zbrojny opór. Walczy i ściera rosyjski potencjał, który w czasach globalnej turbulencji stanowiłby dla Polski bardzo realne i bezpośrednie zagrożenie.
Tymczasem w Polsce chór strategicznych analfabetów wzywa do zaprzestania udzielania Ukrainie wsparcia. Strategia narzuca bezwzględną hierarchizację problemów. Clausewitz ostrzegał przed błędnym rozpoznaniem ich hierarchii. Tego błędu nie wolno popełniać w epoce, w której wraca argument siły.
To są okoliczności wymuszające powrót do narodowego, autonomicznego myślenia strategicznego. Tymczasem członkostwo w NATO i UE rozleniwiło polskie elity polityczne – które debatę o przyszłości tych organizacji chętnie pozostawiały aktywności innych członków lub organom tychże organizacji. Rozpleniło się przekonanie, że organizacje międzynarodowe w równym stopniu dbają o interesy państw świadomie korzystających z nich jako narzędzi realizacji własnych celów strategicznych oraz tych, które zrezygnowały z myślenia o instytucjach jako instrumentach polityki. Przy takim nastawieniu trudno się dziwić, że bywa nam ciężko, gdy inni sojusznicy traktują NATO jako narzędzie własnej polityki bezpieczeństwa, a w Unii – jak to bywa – wszyscy są równi, ale są też równi i równiejsi.
Kluczowym deficytem pozostaje niechęć elit politycznych do określania strategicznych celów. A bez zdefiniowania celu nie da się opracować żadnej strategii: ani Wielkiej Strategii rozumianej jako teoria bezpieczeństwa, ani strategii – rozumianej jako teoria zwycięstwa. Wciąż brakuje precyzyjnych odpowiedzi na pytanie podstawowe: w jaki sposób chcielibyśmy korzystać z siły własnego państwa? W jakiej perspektywie czasowej? Jakimi metodami i środkami? Co uznamy za zwycięstwo, a co za porażkę w wymiarze strategicznym – nawet bez przegranej walnej bitwy?
Zanim zaczniemy porządkować instrumenty, musimy nazwać bezpieczeństwo i określić jego pożądany poziom. Zanim zaczniemy debatować o technologii przyszłej wojny, musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, jaką rolę Polska zamierza odgrywać w jej zapobieganiu, a jeśli to się nie uda – jak zamierza ją rozstrzygnąć na własną korzyść i jaki rezultat polityczny pragnie w jej wyniku osiągnąć. To nie jest zadanie dla wojska, przemysłu ani ekspertów technicznych. To jest zadanie dla decydentów politycznych, bo dotyczy sensu, a nie wykonania.
Amerykański atomowy parasol czy polska parasolka?
Dopóki ta odpowiedź nie padnie, dopóty będziemy poruszać się w kręgu narzędzi, mnożyć analizy i symulacje, a jednocześnie powielać błąd pierwotny: budować zdolności bez teorii bezpieczeństwa, siłę bez jasno nazwanej roli i nowoczesność, bez dojrzałości strategicznej. Bez zdefiniowania celów jesteśmy skazani na przypadkowy dryf i podatni na cudze interesy. I nic dziwnego, że debata publiczna tak łatwo skręca w stronę środków, narzędzi i zdolności: spór o drony, czołgi, systemy obrony czy architekturę dowodzenia jest politycznie bezpieczniejszy, bo pozwala się różnić i korygować kurs bez brania odpowiedzialności za całość. Łatwiej rozmawiać o platformach bojowych i innowacjach niż o tym, do czego są nam potrzebne: do wojny o jakim charakterze? W jaki sposób te zdolności mają obsługiwać naszą Wielką Strategię – zwiększając nasze bezpieczeństwo – i jak mają być użyte, jeśli zawiedzie odstraszanie, aby wojnę wygrać?
Systemy uzbrojenia nie służą do defilad i politycznych pikników. Są instrumentem w polityce państwa odwołującej się do siły zbrojnej, której użycie ma na celu narzucenie przeciwnikowi naszej politycznej woli. Dobór tych narzędzi zależy od odpowiedzi na pytanie o kryteria zwycięstwa. Gdybyśmy – czysto hipotetycznie – za zwycięstwo uznali utratę części terytorium, powiedzmy 20 procent, czyli proporcjonalnie do obszaru porównywalnego do tego, który Ukraina utraciła w toku kilku lat wojny, zapotrzebowanie polskich sił zbrojnych na żołnierzy, uzbrojenie i materiały wojenne byłoby inne niż w wariancie obrony całości terytorium. To ćwiczenie intelektualne ma jedynie pokazać związek między sposobem definiowania celu politycznego użycia siły a konkretnymi zdolnościami, które trzeba zbudować, by ten cel osiągnąć.
W przeciwnym razie organy państwa i administracja będą miotać się pod wpływem grup interesów: przedstawicieli handlowych oferujących kolejne platformy, użytkowników, którzy chcą mieć na czym pływać, z czego skakać, na czym jeździć – i w dobrej wierze domagać się „więcej”. Tymczasem jedne systemy walki wychodzą z użycia, inne są komparatywnie kosztowne, jeszcze inne mniej efektywne wobec zakładanych rezultatów. Aby nie ulegać tym presjom, trzeba zacząć od celu. Dopiero potem dostosowuje się metody do możliwości, a następnie do metod dobiera się zdolności i uzbrojenie.
Kolejnym problemem, obok ucieczki od odpowiedzialności za definiowanie celów, jest deficyt szacunku dla ciągłości instytucji i myślenia państwowego wykraczającego poza logikę bieżącej polityki. W momentach przesilenia uruchamia się u nas instynkt insurekcyjny: improwizacji i zrywu, z dużą akceptacją ryzyka. Często jesteśmy do tego zmuszeni wskutek wcześniejszych zaniedbań: braku długofalowego myślenia, planowania i projektowania własnego bezpieczeństwa. Państwo ma skłonność do polityki reaktywnej – formułowanej pod wpływem doraźnych bodźców i presji – zamiast polityki proaktywnej, wychodzącej od jasno określonych celów. Nasza kultura strategiczna wymaga więc suplementacji: uporządkowanej refleksji o naturze siły państwa, generowaniu potencjału oraz o sposobach jego użycia w celu osiągnięcia określonego, politycznego rezultatu.
Punktem wyjścia do rozważań strategicznych musi być świadomość niezbywalnych wartości, w obronie których Naród jest gotów stanąć do walki i wykorzystać potencjał państwa do narzucenia przeciwnikowi swojej woli. Rozstrzygnięcia politycznego wymaga odpowiedź na pytanie, co mieści się w granicach akceptowalnego kompromisu. Jaki wynik konkurencji – także zbrojnej – uznamy za zwycięstwo. Jak zdefiniujemy strategiczną klęskę, nawet bez przegranej walnej bitwy.
Rozstrzygnięcie tych dylematów wymaga publicznej debaty. Nie da się bez niej określić akceptowalnego społecznie celu użycia siły lub gotowości do jej użycia. A skoro nie ma celu – nie będzie też spójnego sposobu doboru środków, nie będzie konsekwentnego planowania, nie będzie wreszcie wiarygodnej strategii odstraszania. W takim świecie nie wystarczy powtarzać, że „Polska jest silna”. Trzeba jeszcze odpowiedzieć na pytanie: w jakim celu, zgodnie z jakimi kryteriami jest gotowa użyć tej siły?
Polska budzi się ze strategicznego letargu, ale ze zdziwieniem dowiaduje się, że musi na nowo nauczyć się korzystać z własnych mięśni i narzędzi i nikt, żadna instytucja ani sojusznik jej w tym nie pomoże. Nie chodzi o brak pieniędzy, wysiłku czy determinacji. W ostatnich latach państwo inwestuje w bezpieczeństwo jak nigdy wcześniej. Kupujemy sprzęt, zwiększamy liczebność sił zbrojnych, budujemy infrastrukturę, ćwiczymy, reformujemy instytucje. Problem nie polega na tym, że „nic się nie dzieje”. Problem polega na tym, że dzieje się bardzo dużo – tylko nie zawsze w jasno określonym kierunku.
Odwróciliśmy kolejność myślenia. Zamiast zaczynać od politycznej odpowiedzi na pytanie: co chcemy osiągnąć? Jak zdefiniujemy sukces? Zaczynamy od narzędzi. Najpierw pojawia się platforma, system, program modernizacyjny, deklaracja polityczna. Dopiero później próbujemy dopasować do nich sens. To trochę tak, jakby ktoś budował dom, zaczynając od kupowania mebli – bardzo dobrych, nowoczesnych, kosztownych – zanim zdecyduje, ile pokoi będzie miał budynek i do czego mają one służyć.
W rezultacie powstaje system, który operacyjnie staje się coraz sprawniejszy, ale strategicznie pozostaje niejednoznaczny. Rozwijamy siły zbrojne, lecz unikamy odpowiedzi na pytanie, do jakiej wojny musimy przygotować państwo i jaki rezultat polityczny ma przynieść użycie polskiej siły? Mówimy o odstraszaniu, ale rzadko precyzujemy, co w naszym rozumieniu oznacza odstraszanie skuteczne. Czy chodzi o uniknięcie konfliktu za wszelką cenę? Czy też chcemy odstraszać Rosję, poprzez nieuchronność kary? Czy może poprzez odcięcie jej od zwycięstwa, wiarygodnie grożąc jej klęską, rozwijając zdolność do szybkiego rozstrzygnięcia konfliktu? A może chcemy zbudować potencjał odstraszania, który będzie narzucał przeciwnikowi określone ograniczenia jeszcze przed wybuchem wojny?
Bez takich rozstrzygnięć system zaczyna przypominać zbiór dobrze działających elementów, które nie są podporządkowane jednej logice. Każdy komponent z osobna może być racjonalny. Problem pojawia się wtedy, gdy trzeba odpowiedzieć na pytanie, czemu one wszystkie razem mają służyć.
Zilustrujemy to anegdotą: jeden z samorządów po serii pożarów zdecydował się na spektakularną modernizację straży pożarnej. Kupiono nowe wozy, rozbudowano jednostki, przeszkolono ludzi. Statystyki czasu reakcji poprawiły się znacząco. Tyle że liczba pożarów wcale nie spadła. Dopiero po kilku latach ktoś zadał pytanie, czy problemem nie są przestarzałe instalacje elektryczne i brak egzekwowania norm budowlanych. Straż była coraz lepsza, ale miasto nadal trawiła fala pożarów.
W polityce bezpieczeństwa bywa podobnie. Możemy zwiększać ilość sprzętu: czołgów, samolotów, śmigłowców i okrętów; możemy zwiększać szybkość reagowania, ale bez odpowiedzi na pytanie o naszą teorię bezpieczeństwa – a gdy ta zawiedzie – o naszą teorię zwycięstwa, nie będziemy wiedzieć, czy to, co kupujemy i to, co robimy, układa się w jakąś spójną całość, zwiększa nasz potencjał odstraszania oparty o wolę użycia naszego potencjału. W efekcie może będziemy szybciej „biegać” do kolejnych „pożarów”, nie mając pewności, czy naprawdę zapobiegamy ich wybuchaniu.
To zjawisko można nazwać galwanizacją strategiczną. System wygląda na dynamiczny i nowoczesny. Energia krąży: tworzone są programy, dokumenty, inicjatywy. Problem polega na tym, że ruch nie zawsze oznacza pokonywanie dystansu we właściwym kierunku. Galwanizacja daje wrażenie życia, lecz nie zastępuje decyzji politycznej o tym, dokąd zmierzamy.
W próżni strategicznej decyzje nie znikają – są po prostu podejmowane gdzie indziej. Jeśli politycy nie definiują jasno celu, administracja zaczyna wypełniać lukę. Czasami z powodu biurokratycznej inercji, innym razem pod naciskiem organów kontroli, których brak kierunkowych decyzji politycznych nie interesuje. Rozliczają urzędy „od sztuki” – wydawania wymaganych prawem decyzji i dokumentów. I tak powstają strategie pisane przez urzędników, często ambitnych i kompetentnych, ale nieponoszących politycznej odpowiedzialności za ich konsekwencje. Dokumenty trafiają do podpisu ministrów. Ci bezrefleksyjnie nadają im status formalny, który następnie zaczyna funkcjonować jak dogmat. Z czasem coś robi się nie dlatego, że prowadzi do jasno określonego rezultatu, lecz dlatego, że „tak jest w strategii”, „tak się przyjęło”, „nie ma alternatywy”.
Historia zna wiele przykładów takiej inercji. W latach trzydziestych część państw europejskich modernizowała swoje armie według logiki poprzedniej wojny. Inwestowano w to, co znane i oswojone, bo tak było bezpieczniej politycznie. Problem polegał na tym, że przeciwnik myślał już inaczej. Brak jasnej odpowiedzi na pytanie o charakter przyszłego konfliktu sprawił, że modernizacja nie przełożyła się na przewagę strategiczną.
Najbardziej niebezpieczne jest mylenie aktywności z kierunkiem. W świecie skracającego się czasu decyzji i rosnącej presji międzynarodowej taka pomyłka może mieć konsekwencje nieodwracalne. Jeśli cel nie zostaje nazwany w czasie pokoju, rozstrzygnięcia zapadają pod presją kryzysu. A decyzje podejmowane w warunkach presji są droższe – politycznie, finansowo i militarnie.
Dlatego punktem wyjścia musi być odpowiedź na kilka fundamentalnych pytań. Jakie wartości uznajemy za nienegocjowalne? Jaki poziom ryzyka jesteśmy gotowi zaakceptować? Co uznamy za zwycięstwo, a co za strategiczną porażkę – nawet jeśli nie dojdzie do spektakularnej przegranej bitwy? Czy utrata części terytorium jest w jakichkolwiek warunkach akceptowalna? Czy dopuszczamy scenariusz długotrwałej wojny wyniszczającej? Jak definiujemy pokój, który chcemy utrzymać?
To nie są pytania techniczne, ale polityczne. Bez ich rozstrzygnięcia nie sposób racjonalnie dobrać metody i środki. W przeciwnym razie będziemy budować siłę bez jasno nazwanej roli. Modernizować bez wizji. Uczyć się reagować, ale nie projektować przyszłości. Będziemy podatni na wpływ grup interesów – handlowych, instytucjonalnych, środowiskowych – które naturalnie będą promować własne rozwiązania. To nie jest kwestia złej woli. To naturalna konsekwencja braku nadrzędnego rozstrzygnięcia.
W epoce, w której powraca argument siły, nie wystarczy powiedzieć, że „Polska jest silna”. Trzeba odpowiedzieć na pytanie: w jakim celu, w jakich okolicznościach i kierując się jakimi kryteriami jest gotowa tej siły użyć? Od tej odpowiedzi zależy wiarygodność odstraszania, atrakcyjność sojusznicza i odporność państwa na presję.
Bez jasno określonego celu będziemy dryfować między projektami i inicjatywami, zwiększając wysiłek, lecz niekoniecznie zwiększając bezpieczeństwo. A różnica między ruchem a kierunkiem w polityce strategicznej bywa różnicą między przetrwaniem a kryzysem, który wymusza decyzje wtedy, gdy jest już za późno na spokojne wybory. To dlatego konieczna jest refleksja nad nowym algorytmem strategicznym dla Rzeczpospolitej, odpowiadającym epoce „powrotu do narodowych egoizmów”, z jasno zdefiniowaną Wielką Strategią, uwzględniającą kryteria bezpieczeństwa państwa, oraz strategią użycia siły uwzględniającą kryteria zwycięstwa."
Link do książki: Nowy Algorytm Strategiczny Polski - gen. Rajmund T. Andrzejczak i Sławomir Dębski
STANOWSKI, ANDRZEJCZAK, DĘBSKI | GROUND ZERO #118 - NOWY ALGORYTM STRATEGICZNY POLSKI

