Tekst ukazał się w Magazynie Zero#3.
- Polacy mają tendencję do umniejszania swoich osiągnięć i niszczenia własnego kapitału. Zamiast budować narodową dumę wokół takich postaci jak dr Sławosz Uznański czy prof. Piotr Sankowski, wciągamy ich w destrukcyjną „wojnę polsko-polską”.
- Naiwnie wierzymy, że prawda obroni się sama, podczas gdy inne narody mistrzowsko kreują własną narrację. W efekcie świat zapomina o kluczowej roli Polski w obaleniu komunizmu czy o narodowości Marii Skłodowskiej-Curie.
- Historycznie i współcześnie wykazujemy się ogromną ofiarnością, jednak te zrywy są krótkotrwałe. Cechuje nas systemowa, nadmierna skromność – nie potrafimy robić „propagandy sukcesu” na wzór amerykański, przez co świat bierze nasze umniejszanie sobie za dobrą monetę i przypisuje nasze zasługi innym.
Gdy przyszedł do mnie Łukasz Widuliński, który jest twórcą i „niewidzialną siłą sprawczą” wszystkich „Magazynów Zero” i powiedział, że motyw przewodni naszego kolejnego numeru brzmi „Polska jest najlepsza”, zareagowałam niemal euforycznie. Super! Trzeba się w końcu czymś pochwalić.
Ale kiedy zaczęłam się zastanawiać, o czym można tu napisać, szybko pojawił się przede mną spory problem… Bo o czymkolwiek nie pomyślałam – sprowadzało się do tego, że choć moglibyśmy w tym być najlepsi na świecie, to sami sobie bardzo skutecznie podkładamy nogę i przekreślamy własne zasługi. Że sukcesy naszym kosztem (a często też naszymi rękami) odnoszą inni. Że gdy nawet coś nam się uda lepiej niż innym, to nie kto inny, tylko my sami sabotujemy nasze osiągnięcia, umniejszamy je, wysyłamy w świat sygnał, że jednak to coś, w czym okazaliśmy się najlepsi, wcale nie jest aż takie dobre. Ostatecznie, że nawet jeśli czegoś swojego i najlepszego nie sabotujemy otwarcie, to mniej lub bardziej podświadomie ośmieszamy to lub kładziemy kompletnie promocję… I jak już potknęłam się po raz kolejny, to pomyślałam, że chyba trzeba spojrzeć prawdzie w oczy.
1. Polityka historyczna
Powiedzmy sobie wprost, nasze przywary związane z sabotowaniem sukcesów mają początek dawno, dawno temu w odległej galaktyce. Początek jest wręcz historyczny, dlatego od polityki historycznej warto zacząć.
Przykłady tego, jak sami sobie doskonale zaszkodziliśmy, możemy przeczytać w podręcznikach historii. O tym, jakim niemalże imperium była I Rzeczpospolita, pisali nie tylko historycy. W czasach rozbiorów, do których właśnie doprowadziła nie tylko chciwość zaborców, ale i nasza rodzima, odwieczna wojna polsko-polska, o dawnej świetności „ku pokrzepieniu serc” pisał Henryk Sienkiewicz. Pieśni powstawały i poematy. A pokrzepienie serc było właśnie potrzebne dlatego, że koncertowo spartaczyliśmy jako naród swoją potęgę. Przez kłótnie wewnętrzne, przez kupczenie przywilejami, przez wiele rzeczy… Ale dlaczego dziś nie potrafimy wyciągnąć na wierzch tego, co było dobre, wielkie i potężne?
Dlaczego jednak odsiecz wiedeńska nie stała się dla całej Europy czymś równie ważnym, jak na przykład bitwa o Anglię? Relatywnie miała większe znaczenie. Ale nie sądzę, by pytany o choćby rok tej bitwy przypadkowy Niemiec czy Francuz miał pojęcie, kiedy to Polacy (i że to w ogóle Polacy!) zatrzymali Imperium Osmańskie w jego triumfalnym marszu na Europę. Były podejmowane próby, owszem, ale umówmy się, że nawet 340. rocznica, która celebrowana była i w Polsce, i na Kahlenbergu, i nawet w samym Wiedniu, gdzie polskiego ówczesnego premiera i prezydenta przyjmował… burmistrz miasta… nie spełniały wymagań wielkiej historycznej pompy i w świecie przeszły bez echa.
Ale mamy na koncie znacznie większe przewiny niż niedopilnowanie zasług króla Sobieskiego. Ostatnio w Telewizji Polskiej (w Likwidacji) pojawił się „poruszający dokument” zatytułowany „Wśród sąsiadów”, pokazujący historię polskiej wsi, w której po wojnie Polacy mordowali Żydów. Sam film mógłby być przyczynkiem do dyskusji o tym właśnie moim punkcie, ale najlepsza była plansza na koniec: „Nacjonalistyczne próby wybielenia historii polsko-żydowskiej pozostają jednak popularne”. I tak oto władze TVP wpisały się w coraz popularniejszy, że użyję ich sformułowania, trend zrównywania polskich przewin dotyczących Żydów do niemieckiego Holokaustu. Czy mamy swoje przewiny jako naród? Oczywiście. Czy można skalę porównywać? Absolutnie nie można. Czy trzeba każdą taką sytuację piętnować i krzyczeć na świecie, że nie Polacy, a Niemcy dokonywali systemowego mordu na etnicznych Żydach? Trzeba. Czy robimy to? Niedostatecznie często.
Dziś jeszcze żyją ludzie, którzy przez Polaków zostali uratowani przed zagładą. I mogą dać świadectwo. Ale za kilkadziesiąt lat nie będzie już nikogo takiego. A medale Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, których Polacy dostali najwięcej na świecie – wielokrotnie więcej niż inne nacje – pokryją się kurzem niepamięci. Zostanie tylko przekaz, że Polacy wspólnie z nazistami brali udział w Holokauście.
Tak. Z nazistami. Z tymi nazistami, którzy zniewolili Niemców. Bo od Niemców akurat wybielania historii można się wspaniale uczyć. I znów – za kilkadziesiąt lat nie będzie już nikogo, kto będzie miał odwagę podważyć pomału obowiązującą na świecie narrację, że to naziści z Nazistowa wywołali wojnę.
Lata temu była kampania polskiej ambasady w Waszyngtonie, w której dobitnym głosem sprzeciwiano się mówieniu o „polskich obozach koncentracyjnych”. To była dobra kampania. Bo o „polskich obozach” mówił nawet ówczesny prezydent Barack Obama. „Skrót myślowy” – tłumaczono. Ale „Słowa mają znaczenie”. To był tytuł tej kampanii i dziś na szczęście polskie władze coraz szybciej na takie „przejęzyczenia” reagują. Byśmy za kilkadziesiąt lat nie zostali obwinieni nie tylko za Holokaust, ale i za wywołanie II wojny światowej.
Był w naszej historii jeszcze jeden moment, który powinniśmy rozegrać po mistrzowsku, ale znów nam się nie udało. To przecież nie kto inny jak my, Polacy, jako pierwsi wyzwoliliśmy się spod sowieckiego buta i odrzuciliśmy tak zwaną demokrację ludową na rzecz demokracji. To przecież u nas odbyły się pierwsze częściowo wolne wybory i to my nadaliśmy ton zmianom. Pokojowym – co warto podkreślić. Ale co stało się symbolem zwyciężenia komunizmu? Obalony mur berliński.
Fakt, bardziej to było spektakularne od wyborów 4 czerwca, ale czy my musieliśmy odpuścić tę walkę o Polskę jako symbol zmian? Zamiast walczyć o to, byśmy po wsze czasy stali się wzorem powrotu na mapę demokratycznych państw, postanowiliśmy, jak zwykle, walczyć ze sobą o to, czy agent „Bolek” naprawdę ma jakieś zasługi, czy zostawienie przy władzy Czesława Kiszczaka to był świetny pomysł, czy Magdalenka to sukces, czy zdrada, i tak dalej… I w morzu tych własnych wojenek świat zasług nam odjechał. I znów wyprzedzili nas… Niemcy.
2. Wiara w to, że prawda sama się obroni
Ten punkt trochę się łączy z poprzednim. Bo przecież wszyscy wiedzą, że obozy koncentracyjne nie były polskie. Bo przecież wszyscy wiedzą, że Polacy pomagali Żydom. Bo przecież wszyscy wiedzą, że Polska była ofiarą II wojny światowej, a nie sprawcą! Bo wszyscy wiedzą, że to jednak w Polsce odbyły się pierwsze wybory w odradzającej się spod sowieckiej dominacji Europie Wschodniej. Bo w końcu przecież wszyscy wiedzą, że Maria Curie to Maria Skłodowska-Curie!
Przeczytaj także: Tyle wody i energii zużyje sztuczna inteligencja. Eksperci podali prognozy
Ale po pierwsze, wcale nawet już dzisiaj nie wszyscy, a po drugie – to dzisiaj. A za kilkadziesiąt lat wygra ten, który „swoją” prawdę potrafił lepiej przepchnąć. Właśnie przykład Marii Skłodowskiej-Curie jest dość jaskrawy. Ostatnio w Internecie pojawiła się inicjatywa oddolna, by za pomocą memów i hasztagów promować na świecie fakt, że podwójna laureatka Nagrody Nobla była Polką. Ale inicjatywa była oddolna i jeśli ktoś na świecie mógł to zauważyć, to raczej nie potraktował tego aż tak poważnie.
Tu jednak potrzeba czegoś więcej niż przekonania o tym, że prawda sama się obroni. Bo się nie obroni. Nie w masowej świadomości. Jeśli rząd Francji pisze o „Marii Curie”, to raczej on trafi do powszechnej świadomości, a nie memy z gęsią, która goni chłopa i krzyczy „SKŁODOWSKA!!!”. Zwłaszcza że są to memy po polsku.
I znów brak nam trochę inicjatywy i brak nam pomysłów na to, by w świecie chwalić się tym, co mamy najlepszego. A trudno o coś lepszego niż pokazanie światu, że jedyna kobieta w historii, która nie tylko zdobyła dwie Nagrody Nobla, ale zarazem były to nagrody w dwóch różnych dziedzinach nauki, była Polką!
3. Promocja
I znowu, w zasadzie ten punkt wypływa z poprzedniego. Jak już mamy coś naprawdę fajnego, nie potrafimy zadbać o to, by świat się o tym dowiedział. Przykład Marii Skłodowskiej-Curie jest dość jaskrawy, ale przecież nie jedyny. W czerwcu 2025 r. stało się coś, co naprawdę mogło nas wywindować w promocyjnej skali w kosmos. I to dosłownie – że pozwolę sobie na tę niezbyt lotną grę słowną. Pierwszy Polak od niemal pół wieku poleciał na okołoziemską orbitę. Misja Sławosza Uznańskiego mogła być czymś, co nas w świecie wypromuje. Mało tego! Mogła być czymś, co nas połączy! Misja, którą zdecydował się sfinansować poprzedni rząd przeprowadzona za rządu następnego. Kontynuacja, jakich niewiele w naszej rodzimej polityce.
Zresztą doktor Sławosz Uznański-Wiśniewski jest naprawdę nie byle kim, tylko poważnym polskim naukowcem, który karierę naukową robi przecież w naukowej Mekce – szwajcarskim CERN-ie. Który pokonał w wyścigu o wylot na Międzynarodową Stację Kosmiczną setki, jeśli nie tysiące chętnych z całego świata. I cóż, że była to misja komercyjna? Naprawdę miała potencjał na zrobienie z niej czegoś, o czym kolejne pokolenia będą mówić z dumą. I co? Zrobiliśmy z niej pośmiewisko, kolejną arenę wojny polsko-polskiej a z samego Sławosza Uznańskiego zrobiliśmy człowieka-mema.

Sławosz Uznański-Wiśniewski reaguje na zarzuty Polskiej Agencji Kosmicznej. (fot. Jarek Praszkiewicz / PAP)
Zamiast dyskusji o eksperymentach, jakie robił na ISS, które długofalowo mogą się przysłużyć całej ludzkości, telewizje pytały go, czy pierogi to lepiej smakują na Ziemi, czy w kosmosie. A złośliwi internauci zastanawiali się, czy nasz astronauta to w tym kosmicznym mundurku także śpi? Bo na każde wystąpienie publiczne stawia się w uniformie. Mało tego, jak już ktoś chciał poważnie porozmawiać z tym naukowcem i przeprowadzić wywiad, co z perspektywy Polski powinno być najważniejsze – czyli o eksperymentach właśnie i o tym, jak i kiedy skorzysta z nich świat – to piarowcy uznawali, że to nie jest aż tak ważne, jak spożywanie pierogów w śniadaniówkach i lansowanie się na koncertach w rodzinnym mieście. Co zresztą też skończyło się z perspektywy promocji podróży w kosmos dość tragicznie – mianowicie tym, że Doda ze sceny powiedziała, że halo, panie astronauto! Teraz to gwiazdą akurat jestem ja i niech się pan idzie lansować z żoną gdzie indziej.
Przeczytaj także: Awaria na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. NASA wydała komunikat
Kwestię lansu żony na wszelki wypadek, żeby sytuacji nie zaogniać, zostawię na boku. I tak oto kosmiczna promocja poszła się paść. A my co prawda nie zyskaliśmy światowego rozgłosu, ale za to zyskaliśmy kolejnego lokalnego człowieka-mema. I żadne akcje objeżdżania polskich szkół w pół roku po zakończeniu misji już tego nie zmienią na tyle, by można mówić o wielkim sukcesie.
4. Wojna polsko-polska
W pewnym sensie Sławosz Uznański i jego misja stała się też ofiarą słynnej odwiecznej wojny polsko-polskiej. On sam, ale też ludzie, którzy za tę misję odpowiadali z ramienia Polskiej Agencji Kosmicznej. Bo odpowiedzialna za nią i bardzo kompetentna Aleksandra Bukała już przestała pracować w POLSA, została wraz z pracownikami – z nie do końca znanych powodów – zastąpiona nie do końca znanymi osobami. Ale nie tylko tu środowisko naukowe stało się ofiarą wojenki polsko-polskiej.
Pewnie wszyscy pamiętają aferę z IDEAS NCBR. Pokrótce: zaniepokojeni naukowcy napisali jesienią 2024 r. list do premiera z prośbą o interwencję, bo nagle z nieznanych im przyczyn od pracy i w ogóle od ośrodka został odsunięty jego twórca i szef, profesor Piotr Sankowski – światowej klasy fachowiec od sztucznej inteligencji. Po prostu przegrał konkurs na prezesa z mniej znanym w środowisku, ale lepiej znanym niektórym decydentom, naukowcem. A kryteria konkursu do dziś nie zostały ujawnione.
Nie trzeba chyba dodawać, że akurat sztuczna inteligencja w dzisiejszych czasach jest dyscypliną naukową, która rozwija się bardzo prężnie i jest dla wszystkich krajów ważna. Strategiczna. Spółka IDEAS, zdaniem ówczesnego wiceministra nauki, przynosiła straty i trzeba było temu zaradzić. W środowisku naukowym zawrzało i jak rzadko kiedy ta wrzawa rozniosła się przez media pod strzechy. Bo jednak instytuty badawcze nie są od tego, by z marszu przynosić zyski, a od tego, by dokonywać przełomowych odkryć, kształcić kadry i być hubem dla młodych naukowców, którzy mogą się uczyć od najtęższych umysłów w kraju – a nierzadko i na świecie. Bo takim fachowcem był profesor Sankowski. Czego zresztą dowiódł epilog tej smutnej historii.
Wraz z profesorem z rady nadzorczej IDEAS odeszło sześciu innych światowej klasy naukowców… Bo tak, mieliśmy ich aż tylu… Między innymi profesor Martę Kwiatkowską, która była pierwszą w historii kobietą profesorem wydziału nauk komputerowych na Oxfordzie. Ale po co nam tacy naukowcy? Lepiej trochę przyoszczędzić, wrzucić kilku znajomych tu i tam! Po paru zwrotach akcji pracownicy spółki IDEAS, która funkcjonowała pod Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego, zaczęli pracę w Instytucie Badawczym IDEAS, który powstał pod Ministerstwem Cyfryzacji z pomocą Ministerstwa Obrony Narodowej. Przewodzi im profesor Sankowski.
Roczny budżet za to wynosi nieco ponad 2 mln zł, czyli tyle, ile inne kraje wydają na taki instytut w tydzień… A oni jednak wrócili tam do pracy, choć już zachodni biznes z Doliną Krzemową na czele ostrzył sobie zęby na światowej sławy naukowców, którzy właśnie musieli porzucić pracę dla własnego kraju przez to, że kolesiostwo i dusigroszostwo w Polsce prawie wypchnęło ich na prywatny rynek. Ale wrócili, bo wierzą w to, że praca dla kraju ma sens. Niestety, wielu w takiej sytuacji nie wraca i w końcu olewa wojnę polsko-polską i zajmuje się po prostu pracą. Na której zyskuje świat, a nie Polska.
Epizodów wojny polsko-polskiej można się doszukać absolutnie wszędzie. Jesteśmy już chyba na takim etapie jej rozwoju, że jeśli ktoś z jednej strony politycznej barykady mówi „dzień dobry” to ci z drugiej strony oskarżają go o to, że kłamie, bo dzień wcale nie jest dobry, o to, że jest ruską onucą i sieje dezinformację Kremla, że ogólnie jest zły i wstrętny. I na odwrót. Potrafimy idealnie działać, jeśli chcemy komuś drugiemu podstawić nogę i to nie po to, żeby nam było lepiej, ale żeby temu, którego nie lubimy, było gorzej. W myśl zasady, że jak mam jedną krowę a sąsiad dwie, to ja nie chcę drugiej, tylko chcę, żeby mu jedna zdechła.
Przeczytaj także: NASA szykuje rewolucję. Nowy teleskop może odkryć 100 tys. obcych światów
Jest taki piękny, nieśmiertelny rysunek Michała Tomaszka, który przedstawia zgraję naparzających się średniowiecznych, słowiańskich wojów a obok Krzyżaków mówiących do siebie: „chyba zaczęli bez nas”... I tak zawsze sobie o nim myślę, gdy widzę, jak dobrze nam idzie to zasypywanie podziałów i budowanie jedności narodowej. Nawet gdy w grę wchodzi chwała dla kraju, pieniądze na naszą własną innowacyjność i pierwszeństwo w jakiejś naprawdę ważnej dzisiaj dziedzinie, jak choćby badania nad sztuczną inteligencją. Ofiarami wojny polsko-polskiej są najpierw poczucie przyzwoitości, później poczucie humoru a na koniec poczucie proporcji i rzeczywistości.
5. Krótkotrwałość zrywów jednościowych
Są jednak w naszej historii momenty, w których potrafimy być razem, razem działać, nie patrzeć na żadne uprzedzenia, pomagać sobie wzajemnie i bez żadnych komend z góry funkcjonować jak jedna, doskonale naoliwiona maszyna. Są to zazwyczaj tragedie. I w tym jesteśmy naprawdę dobrzy.
Gdy w kilka dni po wybuchu wojny na Ukrainie wracałam do Stanów Zjednoczonych, już na lotnisku niemalże do łez wzruszenia i dumy narodowej doprowadził mnie amerykański celnik sprawdzający dokumenty. Gdy zobaczył mój polski paszport, powiedział:
To jest niesamowite, co twoi rodacy robią w tej chwili dla Ukrainy. Naprawdę to coś niespotykanego, że przyjmujecie uchodźców do własnych domów, że cały naród pomaga im w tym czasie. Powiedz każdemu swojemu rodakowi, jakiego spotkasz, że chylę czoła przed Wami. I nie tylko ja.
Potem słyszałam to jeszcze wiele razy, ale to był ten pierwszy raz i na początku zgłupiałam, że celnik na lotnisku Waszyngton-Dulles w ogóle wie o tym, co się dzieje w moim kraju, a potem naprawdę prawie się rozpłakałam z dumy. Ten zryw to był taki nasz popisowy numer. Jesteśmy w sytuacjach kryzysowych absolutnie niezastąpieni. I nikt chyba na świecie nie robi tego lepiej i bardziej bezinteresownie od nas.
Każdy, kto w 2010 r. był już mniej więcej świadomy, pamięta też inny zryw wspólnotowy. Po katastrofie smoleńskiej przez kilka dni Polska była w prawdziwej żałobie. Poglądy polityczne nie miały żadnego znaczenia, bo przecież w prezydenckim samolocie zginęli ludzie przeróżnych poglądów, zawodów i przekonań. Zjednoczyliśmy się naprawdę… Pamiętam, jak tego dnia (a była to sobota) do redakcji „Teleexpressu”, w której wówczas pracowałam, zupełnie spontanicznie przyjechali niemal wszyscy reporterzy. Na placu Powstańców roiło się od ludzi – operatorów, montażystów, dziennikarzy… Każdy tego dnia, nawet niemający dyżuru, chciał być w pracy, bo tylko tak mieliśmy jakieś poczucie, że cokolwiek jesteśmy w stanie zrobić, jakoś pomóc, włączyć się aktywnie w działanie. Po programie wszyscy poszliśmy przed Pałac Prezydencki, gdzie były już tysiące ludzi…
Niemalże dokładnie pięć lat wcześniej w takim samym społecznym zrywie poszliśmy z kolegami ze studiów późnym wieczorem na Franciszkańską 3 w Krakowie, gdzie też tysiące ludzi już stało ze świeczkami, modliło się, śpiewało i płakało. Wspólnie – po śmierci Jana Pawła II.
Przeczytaj także: POLSA zażądała milczenia. Polski astronauta: próba cenzury, marginalizowania i uciszania
Piękne chwile narodowej, prawdziwej wspólnoty. Tyle że raczej krótkotrwałe. Po kilku, kilkunastu dniach nie tylko wracamy na z góry upatrzone pozycje, ale nawet pogłębiamy swoje okopy i kontynuujemy ulubioną wojnę polsko-polską. (Patrz: punkt 4.)
6. Najlepsi w prowadzeniu cudzych wojen
W wojnie polsko-polskiej jesteśmy historycznie najlepsi, ale co warto zaznaczyć, jesteśmy też historycznie najlepsi w prowadzeniu cudzych wojen! Też zresztą historycznie. Wspomniany tu już Jan III Sobieski największe zwycięstwo ze swoją husarią odniósł ostatecznie pod Wiedniem, ratując w małej skali Święte Cesarstwo Rzymskie, a w większej – cały świat przed Turkami, którzy parli na zachód z siłą wodospadu.
Nie bez powodu mówi się o „odsieczy”. I z taką odsieczą udawaliśmy się i później w różne miejsca świata – z odsieczą nasi żołnierze przepływali ocean, by walczyć o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Też skutecznie. Tadeusz Kościuszko i Kazimierz Pułaski są przecież bohaterami obu krajów. Generał Pułaski nauczył mieszkańców wyzwalającej się brytyjskiej kolonii, jak utworzyć kawalerię – samemu w walkach o to wyzwolenie kolonii ginąc. A Tadeusz Kościuszko, który przeżył – zbudował najbardziej znaną szkołę wojskową w całej Ameryce – West Point.
Również z odsieczą nasi żołnierze szli do armii Napoleona i z nim na wschód. Choć tu sukcesu nie odnieśli. Ale i później nie brakuje nam takich kart w historii. Bitwa o Tobruk, wyzwolenie Holandii, bitwa o Monte Cassino przecież… No i oczywiście bitwa o Anglię. Nasza ofiarność w wojnach, które dotyczyły nas pośrednio albo wcale – jak rewolucja amerykańska – jest wręcz legendarna. Szkoda tylko, że zazwyczaj kończyło się to uściskiem dłoni, a potem kopem w inną część ciała.
Ale nie można powiedzieć, że nie wyciągamy wniosków z historii. W wojnie rosyjsko-ukraińskiej co prawda znów byliśmy gotowi rzucić się z szabelką na czołgi, jednak może wnioski z historii, a może zobowiązania sojusznicze spowodowały, że zamiast się rzucać, toi szabelki, i czołgi przekazaliśmy Ukraińcom. Znów – jako awangarda. I znów bardzo ofiarnie.
Byliśmy od razu gotowi przekazać nawet samoloty F16, ale w tamtym czasie właśnie sojusznik nas powstrzymał. Pamiętam taką trochę zakulisową rozmowę w hotelu Westin w Warszawie, gdzie 24 lutego 2023 r. powstał sztab prasowy Białego Domu. Wtedy z zapowiedzianą wizytą do Polski (a wcześniej z niezapowiedzianą wizytą do Kijowa) przyleciał Joe Biden. Byłam akurat akredytowana przy Białym Domu i robiłam z tamtego miejsca wejścia na żywo do programu specjalnego. Ale wartością tej akredytacji była przede wszystkim możliwość porozmawiania nieoficjalnie z członkami gabinetu ówczesnego prezydenta USA.
Czytaj także: Kostki domina. Jak rozszabrowano największą organizację naukową w Polsce
Wieczorem przyszedł do nas Jake Sullivan, amerykański doradca do spraw bezpieczeństwa. Zapytaliśmy go, czy Stany zgodzą się na to, by Polska oddała Ukrainie myśliwce F16. Sullivan odpowiedział wtedy krótko: „TERAZ nie”. Kilka tygodni później było na to zielone światło.
I co my z tego wszystkiego mamy? Moralne zwycięstwo. Tak, w tym akurat jesteśmy na pewno najlepsi na świecie. W byciu moralnymi zwycięzcami. Ale mam szczerą nadzieję, że akurat w tej sytuacji po zakończeniu wszystkich działań wojennych będziemy mieli w przyszłości coś jeszcze.
7. Nadmierna skromność
Last but not least – umniejszanie swoich zasług. Wręcz zawstydzanie się, gdy ktoś chce nas pochwalić. Wielki Shakespeare pisał: Mówmy o sobie dobrze, bo nikt nie zrobi tego za nas z równym przekonaniem. Tyle że tego akurat nie potrafimy. To paradoksalnie najlepiej opanowali ci, którzy pod koniec XVIII wieku od Wielkiej Brytanii postanowili się krwawo odciąć. Amerykanie.
Jest taki szczególny rodzaj filmów, który uwielbiam i podziwiam za prawdziwy kunszt. Nazywam je roboczo „amerykańskim patetycznym gów***”. Są to superprodukcje, które muszą spełniać kilka warunków. Po pierwsze – mają pokazywać, że Amerykanie uratowali świat (po raz kolejny). Po drugie – muszą wyciskać prawdziwe łzy wzruszenia, choćby ktoś nie chciał. Po trzecie – musi gdzieś powiewać wielka amerykańska flaga. W miarę możliwości zmaltretowana, ale dumna. Po czwarte – po wyjściu z kina bądź po wyłączeniu telewizora, wbrew sobie samemu, widz musi choć przez sekundę chcieć być Amerykaninem.
W tych produkcjach niedoścignionym mistrzem jest Michael Bay, który wyreżyserował dwa moje ulubione filmy z tego gatunku: „Armageddon” i „Pearl Harbor”. Filmów podchodzących pod tę kategorię oczywiście jest więcej, ale niech te posłużą za przykład. W polskiej kinematografii niewiele jest dzieł tego typu. Jeśli opisujemy swoje bohaterskie czyny, to zazwyczaj scenariusz nie kończy się zwycięstwem, tylko tym, co było później – a zazwyczaj później wszyscy nas wystawiali rufą do wiatru.
Aż w końcu powstał polski film amerykański. Taki, który właśnie mógłby być jak ten „Pearl Harbor”. Nazywał się „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” (nie mylić z brytyjsko-polskim filmem z tego samego 2018 r., o tytule „303. Bitwa o Anglię”, który paradoksalnie bardziej dogadzał polskim widzom przyzwyczajonym do braku happy endu).
Było to dzieło, które w końcu pokazywało, że oto polscy piękni chłopcy uratowali świat. I na tym się kończył – że król docenił ich bohaterstwo, wszyscy się cieszyli, wspominali co prawda kolegów, którzy polegli (niczym w amerykańskim kinie gorzko ich opłakiwała widownia), ale zwyciężyli. Pogonili wroga. Uratowali świat. Młodzi, przystojni, radośni… I co? I właśnie nic. Bo polska widownia uznała, że film jest bez sensu, bo nie pokazuje, jakie nam Brytole po wojnie zgotowali piekło. Jak bohaterowie byli znieważani, jak król szybko zapomniał, jak piloci byli prześladowani. I tak dalej…
Czytaj także: „To zmienia nasze spojrzenie”. Niezwykłe odkrycie na krańcach Układu Słonecznego
Jak my, do cholery, mamy tę swoją wspaniałą legendę budować, jeśli nie potrafimy zrobić filmowej propagandy sukcesu nawet na najszczerszej prawdzie historycznej? Gdzie trzeba oddać cesarzowi, co cesarskie – bo w końcu nasi piloci naprawdę tę cholerną Anglię obronili! Czemu my sami sobie to robimy? Czemu nie potrafimy chwalić się tym, co zrobiliśmy dla świata?
Epilog
Rozmawiałam kiedyś ze swoim przyjacielem Arturem Chmielewskim, który od ponad czterech dekad jest jednym z najważniejszych inżynierów w Laboratorium Napędu Odrzutowego NASA, o tym, że przecież nasi inżynierowie to naprawdę jest klasa światowa.
Czemu nie słychać o tym wszędzie? Artur powiedział jedno zdanie: „Nie umiemy się sprzedać”. Zawsze kiedy zrobimy coś świetnie, mówimy: „nieeeee, to przypadek, miałem szczęście, to nic takiego”. I jak taki Amerykanin na przykład słyszy to po raz kolejny, to bierze to wszystko na serio i myśli sobie: „OK, czyli to był przypadek. No, trudno”. I idzie dalej. Bo gdzieś każdy z nas słyszał kiedyś, że to nieładnie się chwalić. Że nie wypada.
Problem jest więc systemowy. Ale może nowe pokolenia już będą uczone, że jednak wręcz trzeba się chwalić! Trzeba wszem wobec trąbić o naszych zaletach, trąbić o naszych bohaterskich czynach, trąbić o naszych bohaterach, którzy robili niesamowite rzeczy – tak, by świat usłyszał! Bo mamy się czym pochwalić. Ale jeśli sami sobie będziemy na każdym kroku podkładać nogi, to tak to my tej światowej potęgi nie zbudujemy, Szanowni Państwo…


