- Analfabetyzm to nasz raj utracony – odkąd nauczyliśmy się czytać i pisać, Europa zaczęła się systematycznie rozpadać.
- Gutenberg nie podarował nam wiedzy – podarował nam broń masowego rażenia: miliony ludzi czytających brednie.
- Im więcej ludzi umie czytać i pisać, tym więcej się mordujemy – historia Europy dowodzi tego z matematyczną precyzją.
Źródłem upadku cywilizacji europejskiej jest alfabetyzm. Niestety, alfabetyzm uznajemy za zjawisko tak naturalne, a wręcz nawet korzystne, że miast zastanowić się nad jego destrukcyjnym wpływem na nasze wartości, kulturę, dobrobyt, bezpieczeństwo, prawdę, dobro i piękno – z entuzjazmem szaleńców robimy wszystko, by alfabetyzm szerzyć. Ku własnej zgubie.
Przepraszam, powinienem zacząć oczywiście od wyjaśnienia. Alfabetyzm to przeciwieństwo analfabetyzmu. Zaś analfabetyzm to według kryteriów UNESCO brak umiejętności czytania, pisania i wykonywania czterech podstawowych działań matematycznych u osób dorosłych.
Alfabetyzm polega więc na tym, że dorośli ludzie potrafią czytać, pisać i liczyć. I to właśnie – powtórzę – szerzenie tych niebezpiecznych umiejętności jest przyczyną postępującego upadku naszej cywilizacji. A jeśli ludzkość szerzeniu się tej europejskiej zarazy nie zapobiegnie – stanie się ona również przyczyną upadku ludzkości jako takiej.
Stare dobre czasy
W dawnych dobrych czasach średniowiecza bardzo niewielu ludzi potrafiło czytać, a jeszcze mniej – pisać. Z liczeniem było trochę gorzej, umiejętność tę na podstawowym poziomie posiadali niestety wszyscy, ale dało się tym jakoś zarządzać.
Twórcy potęgi cywilizacji europejskiej doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jak niebezpieczną jest umiejętność pisania i dostęp do niej rozsądnie limitowali – głównie do duchowieństwa, kupców i elit miejskich. Nawet ówczesnych władców do umiejętności pisania raczej nie dopuszczano.
Niech sobie polują na grubego zwierza, palą, gwałcą, wbijają na pale – proszę bardzo. Ale pełnią zbyt odpowiedzialne funkcje, by umożliwiać im przelewanie ich myśli na papier. Jak mają jakiś pomysł, to przyjdzie odpowiednio wykształcony człowiek i zrobi to za nich. A mordujemy jak Pan Bóg przykazał – lokalnie, ręcznie oraz bez manifestów programowych w nakładzie masowym.
Największy comeback w polskim tenisie. Niezwykła historia Mai Chwalińskiej
Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby taki na przykład Piotr I Okrutny, król Kastylii, albo Karol VI Szalony z Francji, zaczęli pisać, co im we łbie gra, i rozsyłać to po całej Europie? Albo publikować na X? Ludzie średniowiecza modliliby się o nadejście Trumpa, a w przydrożnych kapliczkach stałyby figurki Sikorskiego i Muska.
Dobrze działający system zaczął się jednak sypać. Winny: Johannes Gutenberg. Wynalazł druk. Gdzie? No jakżeby gdzie? Moguncja. Niemcy. Kolebka późniejszego nazizmu. A głównym ośrodkiem drukarstwa stała się… No właśnie! Norymberga! Naprawdę wierzycie, że to przypadek…?
Wynalezienie druku w oczywisty sposób zwiększyło podaż słowa pisanego. I momentalnie doprowadziło do chaosu. Wcześniej ksiądz mówił z ambony ludowi, jak świat jest poukładany. Mówił lepiej, gorzej – ale według spójnych dyrektyw z centrali.
A nagle zajęci do tej pory uczciwą pracą ludzie zaczęli czytać Biblię sami. I oczywiście interpretować po swojemu. I się spierać. I dyskutować. I przybijać jakieś tezy na jakichś drzwiach, żeby każdy mógł przeczytać… Skutek?
Wymordowanie od siedmiu do trzynastu milionów ludzi z 75–80-milionowej populacji Europy w XVI i XVII wieku. Zależnie od obliczeń – między 9 a 17 proc. ludności. Herr Gutenbergowi dankeszejnujemy…
Tego pierwszego ostrzeżenia nikt jednak nie wziął poważnie i epidemia alfabetyzmu zaczęła się rozszerzać. W 1763 r. Fryderyk II wydał regulację nakazującą edukację elementarną, zwłaszcza na obszarach wiejskich.
To nie oznaczało od razu pełnej likwidacji analfabetyzmu, ale był to duży krok w stronę masowej eksterminacji… przepraszam, oczywiście chciałem napisać – masowej edukacji społeczeństwa.
Kto kandydatem KO na prezydenta Krakowa? Padły trzy nazwiska
Jednak umiejętność czytania nie była jeszcze najgorsza. Żeby czytać, trzeba mieć co. A więc najpierw trzeba napisać. Stąd konieczne rozróżnienie między pisarzami – czyli tymi, którzy piszą, a czytelnikami – czyli tymi, którzy czytają. Pisanie – to jest dopiero źródło wszelkiego zła! Czytelnicy to jedynie nosiciele choroby, a pacjentem zero zawsze jest pisarz.
Umiejętność pisania starano się więc przytomnie ograniczać. Po prostu rozumiano przysłowie, które my dzisiaj już tylko bezmyślnie powtarzamy – pióro ostrzejsze od miecza… Niech sobie ten czy inny Iwan, Piotr, Karol czy Dracula wyprawiają mieczem co i z kim chcą, ale od pióra – z daleka!
Francuskie choroby są z Francji
Niestety, wstydliwa choroba pisania zaczęła się tam, gdzie wszystkie wstydliwe choroby – we Francji. Od Rousseau z jego szatańskim pomysłem człowieka „z natury dobrego” i od specjalisty od osiemnastowiecznej komunikacji publicznej – Woltera.
To, że ten drugi popularyzował wolność słowa, ile wlezie, choć jednocześnie nazywał Katarzynę Wielką „Semiramidą Północy” i łasił się do niej jak polski profesor do aktualnego ministra nauki można jeszcze zrozumieć. Ktoś przecież musiał stać się inspiracją dla Sartre’a i Aragona zachwyconych Stalinem. Ale Rousseau to ja w tym felietoniku nie daruję…
Skoro największym sukcesem diabła jest przekonanie ludzi, że nie istnieje, to Rousseau jako krzewiciel idei o naturalnej dobroci człowieka zepsutej przez nadającą się do naprawy cywilizację jest diabła sekretarzem. Jak się mówi A, to trzeba powiedzieć B. No i Rousseau jedzie z tym koksem – albo raczej na koksie – dalej.
Gdyby po prostu sobie siedział w tym swoim Montmorency i bredził o tym, że ludzie mogą sami wymyślać ustrój polityczny, to byłby tylko jednym z tysięcy wariatów na przestrzeni naszych dziejów. Ale nie. Rączki świerzbią. On musiał koniecznie napisać! I wydać!
Jakby nie znał podstawowej prawdy każdego szczęśliwego korpoludzika: Nie myśl. Jak myślisz, to nie mów. Jak mówisz, to nie pisz. Jak piszesz, to się nie podpisuj. A jak podpisałeś, to się potem k… nie dziw!
Jak koalicja przegra wybory przez Martę Cienkowską
No i poszło… Rok 1762: „O umowie społecznej, czyli zasady prawa politycznego”. Jaki tam naturalny porządek świata?? Sami możemy sobie wymyślić lepszy ustrój! Umowę nawet zawrzeć! Taką, wiecie, konstytucję, którą wszyscy będziemy szanować… No, może oprócz Donka. Albo Jarka. Zależy, którą telewizję oglądacie.
Niewiarygodne… Ale tłum czyta i wierzy... Wiecie, że 1762, rok wydania tego dzieła, to również rok urodzin Martina Hiedlera, pradziadka innego bohatera tego felietonu…? Kolejny niby-przypadek, tak…?
Ponieważ w czasach Rousseau ludzie nie byli jeszcze kompletnie skretyniali, więc książkę objęto zakazem rozpowszechniania. Rousseau publicznie potępiono i wydano nakaz aresztowania. Musiał uciekać, jak Ziobro. No, może tu trochę przesadziłem… Jak Giertych.
Ale cóż z tego, skoro mleko już się rozlało? Setki tysięcy Europejczyków potrafiło już czytać… W Szwecji podobno nawet 80 proc… Normalnie katastrofa humanitarna. Choć w tamtych latach jeszcze nie każdy mógł wypisywać brednie na X, to prawie każdy mógł już brednie czytać!
No i się zaczyna. Rewolucja Francuska: sami sobie zaprojektujemy system, a co! Bóg umarł! 300 tys. ludzi do piachu. Wojny napoleońskie – 6,5 mln. Ale spokojnie, Europa dopiero się rozgrzewa.
Ilia Uljanow, urzędnik oświatowy guberni symbirskiej, nie ma jeszcze szansy spłodzić małego Wołodię, a Alois Schicklgruber, austriacki urzędnik celny, jeszcze nie wie, że mały Adi będzie nosił nazwisko po pradziadku z czasów Rousseau. Czujecie, jak się wszystko gmatwa?
Alfabetyzm w rozkwicie, cywilizacja w uwiądzie
Lenin i Hitler to już nieodrodne dzieci Oświecenia. Dekle zryte marzeniami o zbudowaniu lepszego świata. Takiego, wiecie, poprawionego. Ulepszonego. Żebyśmy byli szczęśliwsi. A co najgorsze, obaj potrafią pisać. No to piszą, zamiast uczciwie pracować – jak ja.
Jeden wymyśla sobie na zesłaniu, że pierwsze na świecie państwo robotników powstanie w państwie, w którym nie ma robotników. Chyba mu mózg do samowara nad tym Jenisejem przymarzł. A ponieważ nijak nie da się tego pomysłu nazwać marksizmem, no to autor wymyśla nową nazwę – marksizm-leninizm.
Ale przecież papier przyjmie wszystko, więc Lenin się rozkręca. To najbardziej nowoczesne i awangardowe państwo na świecie klasa, której nie ma, zbuduje w sojuszu z klasą najbardziej konserwatywną we wszystkich epokach, ustrojach i klimatach – z chłopami.
I to pod wodzą zawodowych polityków – czyli ludzi, którzy nigdy w życiu nie pracowali. A co! Kto nam zabroni tak napisać? Jenisej ciągle zamarznięty, a Krupska jeszcze nie dojechała, żeby – nomen omen chłopa – rozgrzać albo do pionu postawić.
50 cech, które posiada każdy prawdziwy Polak
No i mamy sojusz robotniczo-chłopski. Fundament radzieckiego państwa. Druk bredni idzie w miliony. Marks w trumnie rwie włosy z brody, a towarzysz Stalin wysyła do piachu każdego, kto wątpi w koncepcję Lenina.
I żeby to wszystko jakoś ogarnąć publikuje jeszcze większą brednię – teorię zaostrzającej się walki klas. Czyli, że im bardziej zwyciężamy, tym więcej mamy wrogów. Trocki kończy z czekanem w głowie, a Leszek Kołakowski pisze swoje opus magnum – „Główne nurty marksizmu”. To lektura lepsza niż „Suma wszystkich strachów” Toma Clancy’ego – nie ściemniam. Tytuły bym tylko zamienił.
Ale mały Adi też potrafi pisać. Może nie tyle, co Lenin, ale za to jak! Czytaliście „Mein Kampf”? Ja czytałem. Dwa razy. Podobno ta książka jest zakazana. Osobiście uważam ów zakaz za spisek zamaskowanych neonazistów, którzy chronią Wodza.
Ja bym z „Mein Kampf” zrobił lekturę obowiązkową w każdej klasie liceum. Każdy, kto się przez bełkot Hitlera zacznie przebijać, w połowie pierwszego rozdziału zostaje zoologicznym antynazistą. A po zakończeniu lektury zaczyna wyszukiwać informacji o miejscu pochówku Hitlera, żeby mieć co zbezcześcić.
Nie chodzi nawet o same idee, które czeski frajter nam serwuje. Nie takie brednie publikowano od czasów Gutenberga. Ale chaos, koszmarny styl i bełkot przerywany w nieprzewidywalnych momentach bluzgami najwyraźniej naćpanego maniaka o Żydach sprawiają, że lektura tego dzieła to tortura.
Swojego syna zmusiłem do przeczytania skróconej wersji. Od tego czasu jak widzi swastykę, to się odpala bardziej niż ja na widok gronostajennych. Przepraszam – gronostajennych. Powtarzam – w każdej demokracji „Mein Kampf” powinno być lekturą obowiązkową. Uczniowie zaczną na przerwach polować na neonazistów.
Tak czy inaczej, Wowuszka i Adilein swoje brednie napisali. Bo umieli pisać. Analfabetyzm skutecznie zwalczony, no to teraz miliony zaczęły czytać. I wcielać w czyn. Ani Lenin, ani Hitler nikomu osobiście krzywdy nie zrobili. W polemikach cięci i bezwzględni, prywatnie podobno wyrozumiali i uprzejmi.
Iluzja wielkiego rynku. Dlaczego zachodni biznes nigdy nie zrozumie decyzji Pekinu
Hitler szarmancki wobec kobiet, Lenin serdeczny wobec współpracowników. Ale co z tego? Pisząc pracę magisterską odkryłem, że wiszący nad bramami niemieckich obozów koncentracyjnych napis „Arbeit macht frei” jest dosłownym zapożyczeniem rosyjskiego „Czerez trud k swobodie”, namalowanego na bramie wielu sowieckich łagrów.
Zwyczajnie – uczniowie uczyli się od nauczycieli. Jedni brednie pisali, a inni czytali. I naprawiali nasz świat, że aż wapna do dołów nie wystarczało.
Byle czego się nie pisze
W tym wszystkim najbardziej bezczelne jest odwrócenie pojęć. Dobre czasy, gdy w Europie tylko wąska elita potrafiła czytać i pisać, nikt nikogo przemysłowo nie mordował i nikt nie pisał o sobie jak o największym przywódcy wszechczasów – nazwaliśmy wiekami ciemnymi.
A czasy, w których miliony czytają i komentują wpisy pijanego polityka o deficytach seksualnych nielubianego dziennikarza – nazywamy czasami oświeconymi.
Historia zachodnioeuropejskiej cywilizacji jasno pokazuje, że regularnemu spadkowi poziomu analfabetyzmu towarzyszył równie regularny spadek przyzwoitości i zdrowego rozsądku. Im więcej ludzi potrafiło czytać i pisać, tym więcej ludzi się mordowało. I nikt mi nie wmówi, że zapomniałem wykładu Urchsa o błędzie mylenia następstwa czasowego z następstwem przyczynowo-skutkowym. Swoje wiem.
Państwo z kartonu, wymagania z kosmosu. Polska nauka ma dość prowizorki
Ale nie wszystko jeszcze stracone. Jest szansa na to, że analfabetyzm powróci i świat zacznie być znowu miejscem względnie bezpiecznym i uczciwym. Wprawdzie wszystkie te nowe technologie, te całe Internety, te sztuczne inteligencje, te automatyczne tłumacze pozwalają już wszystkim na naszej planecie czytać wszystko, ale dzięki Bogu coraz mniej ludzi rozumie to, co czyta. Może to jest światełko w tunelu?
Może historia zatoczy koło, uratuje nas wtórny analfabetyzm, a smartfon, rolka wrzucona na X i prezydent w szatach Chrystusa dadzą nam zbawienie?
Pamiętacie przecudną „Konopielkę” Leszczyńskiego, film na podstawie powieści Redlińskiego? Do wsi na Podlasiu przyjeżdża „uczycielka” i wszystko zaczyna szlag trafiać.
Ludzie przestają jeść ze wspólnej miski, a plon kosą żniwują. Krowy się źrebią, kobyły cielą, a baba na chłopa włazi – Sodoma i Gomora. I kiedy mały Ziutek po przyjściu ze szkoły chwali się, że nauczył się pisać, to Kaziuk, jego rozsądny, zatroskany o przyszłość syna ojciec spuszcza mu lanie. A na rzucone hardo, choć przez łzy, wyzwanie, by sam coś napisał, odpowiada mądrze i prosto – „Byle czego się nie pisze!”
Muszę się teraz zastanowić, czy treść tego felietonu jest dowodem na słuszność postawionej w nim tezy o katastroficznych skutkach umiejętności pisania, czy też jej zaprzeczeniem? Proszę nie odpowiadać pod tekstem – ciężko przeżywam złośliwości.
A poza tym sądzę, że Pałac Kultury winien być zburzony.

