- Polsko-słowacka umowa z 2005 r. uznawała słowacki tytuł docenta za równoważny polskiej habilitacji – mechanizm ten zyskał nazwę „turystyki habilitacyjnej”.
- Prof. Bogusław Śliwerski, autor książki o zjawisku, opisywał przypadki wykorzystania wcześniejszych prac (w tym autoplagiat) jako podstawy słowackich habilitacji.
- Od 1 czerwca 2016 r. nowe słowackie docentury nie są już automatycznie uznawane za odpowiednik habilitacji – ale wcześniej przyznane pozostają w mocy.
- Sam fakt uzyskania słowackiej docentury nie dowodzi nierzetelności – w przypadku Sławomira Cudaka otwartą kwestią pozostają wyłącznie rozbieżności w opisie zakresu jego awansu.
- W bazie Ludzie Nauki habilitacja Sławomira Cudaka z 2008 r. jest przypisana do socjologii, na portalu Akademii Wymiaru Sprawiedliwości opisana jako pedagogika, a w sprawozdaniu słowackiej uczelni figuruje jako „praca socjalna” – trzy różne opisy tego samego awansu naukowego.
W sporze o kierownictwo Akademii Wymiaru Sprawiedliwości (AWS) powróciła historia słowackich docentur. Powodem jest awans Sławomira Cudaka, który politycy opozycji powiązali z dawną turystyką habilitacyjną. Przywołane źródła różnie opisują zakres jego kwalifikacji. To punkt wyjścia do przyjrzenia się zasadom uznawania zagranicznych awansów.
Trzeba jednak od razu postawić granicę: historia nadużyć innych osób nie rozstrzyga o przypadku Sławomira Cudaka. Sam fakt uzyskania kwalifikacji na Słowacji nie pozwala ocenić rzetelności konkretnego postępowania. W jego przypadku pozostaje natomiast pytanie, dlaczego oficjalne źródła różnie opisują zakres uzyskanej w 2008 roku kwalifikacji.
W politycznym stylu
Chwilę temu byliśmy świadkami wojenki o to, kto ma kierować Akademią Wymiaru Sprawiedliwości. Minister odwołuje rektora Michała Sopińskiego. Odwołany rektor kwestionuje skuteczność decyzji. Sławomir Cudak, który ma pełnić obowiązki rektora-komendanta, próbuje dostać się do swojego nowego gabinetu. Na miejscu pojawiają się funkcjonariusze, politycy i kamery.
Zmiana dokonuje się w typowym dla współczesnego krajobrazu politycznego stylu. Rządzić będzie ten, kto fizycznie utrzyma lub przejmie pomieszczenia instytucji. Nietrudno wyobrazić sobie kolejne scenariusze awaryjne, znane z innych politycznych konfliktów: stawianie jednostki w stan likwidacji czy „głodzenie” jej przez optymalizację budżetu. Tym razem nie było to konieczne.
Czytaj także: Policja w Akademii Wymiaru Sprawiedliwości. Żurek: Państwo prawa działa
Każda tego typu wojenka ma to do siebie, że równie szybko zaskakuje publiczność, co jest przez nią zapominana. W tym sporze pojawił się jednak wątek słowackiej docentury Sławomira Cudaka. Politycy opozycji powiązali jego awans z historią tak zwanej turystyki habilitacyjnej. Warto więc wyjaśnić, czego dotyczyła ta historia i dlaczego nadal powraca.
Uczelnia i służba w jednym
Jeśli w ostatnich dniach ktoś jest zdziwiony tym, że uczelnia występuje w roli scenografii do kolejnej odsłony dramatyczno-kabaretowej walki o przejęcie instytucji, to wyjaśniam: nie ma powodu. AWS to uczelnia resortowa.
Sam nadzór określonego ministerstwa nie oznacza jeszcze organizacyjnego podporządkowania uczelni podległej mu formacji. Uczelnie medyczne, artystyczne czy morskie również mają swoich ministrów nadzorujących. Zachowują przy tym kluczową dla akademickości autonomię, realizowaną w granicach prawa, w zakresie organizacji, badań i kształcenia. Prawa do współdecydowania o sprawach uczelni mają także studenci oraz doktoranci, tworzący odpowiednie samorządy.
Uczelnie służb państwowych mają jednak szczególny charakter. Kształcą kadry potrzebne określonym formacjom i bywają zarazem ich jednostkami organizacyjnymi. AWS jest jednostką organizacyjną Służby Więziennej. Akademicka samorządność zderza się tu ze służbowym podporządkowaniem. I zwykle przegrywa.
Przyznam szczerze, że tego typu instytucje są dla mnie z założenia swoistymi dziwolągami. Z jednej strony rozsądne wydaje się to, że specyfika pewnych organów wymaga kształcenia odpowiednich kadr. Z drugiej nie rozumiem, dlaczego musi być to ubierane w akademickie togi. A gdy jeszcze dodatkowo czytam, że rektor-komendant nie może być „polityczny”, i tego ma dopilnować minister, czyli polityk, to zaczynam coraz mocniej drapać się po głowie. Kartki da się zadrukować dowolnymi przepisami. Ale przy takim modelu organizacyjnym kadrowe przepychanki będą trwałą cechą systemu. Historia obsadzania kolejnych władz AWS zresztą to potwierdza.
Sprawdź również: Polskiej nauki portret własny. Co wynika ze sprawy Barbary Mróz-Gorgoń?
Trzy opisy jednego awansu
Gdy tylko Cudak został wskazany do pełnienia obowiązków rektora-komendanta AWS, Paweł Jabłoński, poseł i były wiceminister spraw zagranicznych, w mediach społecznościowych zakwestionował rzetelność jego naukowej kariery. W szczególności zwrócił uwagę na awans uzyskany w 2008 roku na Katolickim Uniwersytecie w Rużomberku na Słowacji. Przypomniał przy tym historię „szybkich doktoratów” i „jeszcze szybszych habilitacji”.
Sam fakt uzyskania słowackiej docentury nie jest jednak dowodem nierzetelności konkretnego postępowania. W przypadku Cudaka uwagę zwraca coś innego: trzy oficjalne źródła różnie opisują zakres tego samego awansu. Życiorys naukowy Cudaka możemy poznać, analizując oficjalne informacje zawarte w bazie Ludzie Nauki, pochodzące z systemu POL-on. Jego kariera zaczęła się w obszarze nauk technicznych. Nowy p.o. rektora-komendanta ukończył bowiem w 1990 roku Politechnikę Częstochowską jako magister inżynier mechanik. W 2005 roku uzyskał doktorat z pedagogiki w Instytucie Badań Edukacyjnych w Warszawie.
Polecamy także: Rekordowa matura, rekordowy tłok. Uczelnie nie były gotowe na ten rocznik
W bazie Ludzie Nauki, w sekcji „Stopnie i tytuły”, przy roku 2008 widnieje stopień doktora habilitowanego przypisany do dziedziny nauk humanistycznych i socjologii. To trzy lata po doktoracie. Baza nie wskazuje instytucji nadającej kwalifikację, natomiast przy jej rejestracji wymienia Akademię Wymiaru Sprawiedliwości. Tymczasem biogram na portalu AWS opisuje ten awans jako habilitację w zakresie pedagogiki, uzyskaną na Katolickim Uniwersytecie w Rużomberku. W oficjalnym sprawozdaniu tej uczelni za 2008 rok Sławomir Cudak figuruje zaś wśród osób, które ukończyły postępowanie habilitacyjne, pod nagłówkiem „Sociálna práca”, czyli praca socjalna (s. 130, pod pozycją 8).
Socjologia, pedagogika, praca socjalna. Trzy źródła przedstawiają trzy różne opisy zakresu tego awansu. To w końcu jakiego zakresu dotyczył nadany tytuł docenta i na jakiej podstawie opisywano go w Polsce? Na podstawie samych tych wpisów nie można ustalić przyczyny rozbieżności ani przypisać odpowiedzialności za ich powstanie. Nie rozstrzygają one również o rzetelności postępowania awansowego. W tym tekście odnotowuję różnice w publicznych opisach; nie przeprowadzam oceny dorobku Cudaka ani jego słowackiej docentury.
Warto przeczytać: Polskie uczelnie daleko od światowej czołówki. Najnowsze wydanie rankingu
Moim zdaniem warto, aby nowy p.o. rektora-komendanta wyjaśnił te rozbieżności. Samo wskazanie podstawy prawnej równoważności nie odpowiada na pytanie, dlaczego przywołane źródła różnie opisują zakres kwalifikacji z 2008 roku. I właśnie tutaj zaczyna się szersza historia.
Turystyka habilitacyjna na Słowację
Odstawmy w tym momencie osobę p.o. rektora-komendanta na bok i przyjrzyjmy się samemu mechanizmowi, który wywołał wieloletni spór w polskim środowisku akademickim.
Na Słowacji docent to tytuł naukowo-pedagogiczny, który nie występuje w takiej postaci w polskim systemie kwalifikacji naukowych. Na mocy postanowień umowy między oboma krajami z 2005 roku był jednak uznawany za równoważny polskiemu stopniowi naukowemu doktora habilitowanego. Krytycy wskazywali, że rozwiązanie to sprzyjało wyjazdom po awans uzyskiwany według innych wymagań, lecz zapewniający w Polsce uprawnienia związane z habilitacją. Zjawisko zyskało nazwę turystyki habilitacyjnej.
Spór o jego skalę i konsekwencje angażował naukowców, komitety Polskiej Akademii Nauk, ministerstwo i media. Zjawisko przez lata badał i dokumentował prof. Bogusław Śliwerski. W 2018 roku opublikował w Wydawnictwie Uniwersytetu Łódzkiego książkę „Turystyka habilitacyjna Polaków na Słowację w latach 2005-2016. Studium krytyczne”. Przedstawił w niej mechanizm prawny, jego instytucjonalne skutki oraz konkretne przypadki nadużyć. Gorąco polecam jej lekturę.
Żeby zrozumieć istotę sporu, trzeba rozróżnić dwie słowackie kwalifikacje. Obok tytułu naukowo-pedagogicznego docenta funkcjonuje wyższy stopień naukowy doktora nauk, DrSc. Są to odrębne elementy systemu awansu. Tymczasem polsko-słowacka umowa z 2005 roku ustanowiła równoważność z polskim stopniem doktora habilitowanego zarówno stopnia DrSc., jak i tytułu docenta. Różnym kwalifikacjom przypisano więc tę samą równoważność prawną w Polsce. To właśnie zasadność takiego rozwiązania, obok rzetelności poszczególnych postępowań, stała się przedmiotem krytyki.
Może Cię zainteresować: Jonathan Haidt bije na alarm. Tak smartfony zmieniły dzieciństwo
Stawka była konkretna. Stopień naukowy doktora habilitowanego zapewnia szczególną pozycję w systemie awansów, możliwość pełnienia określonych funkcji i udziału w ocenianiu kolejnych kandydatów. Przez lata miał również zasadnicze znaczenie dla spełniania przez uczelnie wymagań kadrowych. Słowacki dokument stawał się w Polsce czymś znacznie więcej niż świadectwem zagranicznego doświadczenia.
To była afera, nie akademicka ciekawostka
„Forum Akademickie” i „Wprost” opisywały kontrowersje wokół słowackich awansów polskich naukowców. Marek Wroński w artykule „Koniec słowackiego eldorado?” przedstawiał konkretne przypadki ponownego wykorzystania wcześniejszych prac jako podstawy habilitacji oraz reakcje uczelni na ujawnione nieprawidłowości. „Wprost” podejmował natomiast temat skali zjawiska i zarzutów dotyczących sposobu uzyskiwania oraz przedstawiania zagranicznych kwalifikacji.
Prasa opisywała szybkie awanse i postępowania podejmowane często po habilitacyjnych niepowodzeniach w kraju lub wobec świadomości niespełniania krajowych kryteriów. Problem narastał przez lata, zanim zmieniono umowę. Opisywane przypadki nie dają podstaw do uznania każdego słowackiego awansu za nierzetelny. Ale przedstawianie całej historii jako niewinnego korzystania z międzynarodowej mobilności byłoby naiwne i nieprawdziwe.
Czytaj też: Giertych broni byłego szefa Zondacrypto. Polacy ocenili jego decyzję
Śliwerski opisał wykorzystywanie dorobku negatywnie ocenionego wcześniej w Polsce, nierzetelności dokumentacyjne, problemy z recenzowaniem i przypisywaniem kwalifikacji do innych dyscyplin. Pokazał mechanizm, w którym dogodna regulacja spotkała się z zapotrzebowaniem uczelni na osoby posiadające określone uprawnienia.
Na czym polegała atrakcyjność tej drogi?
Kandydat znał konkretne progi ilościowe dotyczące dorobku, znacznie niższe niż w przypadku polskiej habilitacji. Mógł przedstawić pracę po polsku, w maszynopisie, bez wcześniejszych recenzji wydawniczych. Śliwerski opisywał także możliwość wskazywania recenzentów spośród osób, które wcześniej przetarły słowacki szlak. Sama przejrzystość wymagań nie była wadą. Problem zaczynał się wtedy, gdy spełnienie formalności zastępowało rzetelną ocenę jakości.
Zdarzały się przypadki daleko poważniejsze. Marek Wroński opisał w „Forum Akademickim” postępowanie, w którym przedstawiona praca zawierała około 70 procent tekstu wcześniejszej pracy magisterskiej tego samego autora. Był to autoplagiat. Zainteresowany tłumaczył, że do takiego zabiegu namówił go profesor znający realia Rużomberku, który inną jego monografię miał uznać za „zbyt trudną”. W tym przypadku tytułu ostatecznie odmówiono. Wroński opisywał jednak również zakończone awansem wykorzystanie połowy wcześniejszej rozprawy doktorskiej.
Przyznany tytuł naukowo-pedagogiczny docenta przynosił tymczasem w Polsce skutki równoważności ze stopniem naukowym doktora habilitowanego. W ówczesnym polskim modelu awansu zasadnicze znaczenie miał dorobek uzyskany po doktoracie. Ponowne wykorzystanie pracy, która posłużyła już do wcześniejszego awansu, podważało więc sens potwierdzania dalszego rozwoju naukowego.
Szczególnie wymowna była także swoboda przedstawiania zakresu awansu. Praca socjalna w polskim obiegu mogła pojawiać się jako pedagogika, socjologia czy kwalifikacja sugerująca stopień naukowy doktora habilitowanego nauk medycznych. To nie był drobiazg translatorski. W ten sposób autorytet uzyskany w jednym obszarze przenoszono niekiedy do zupełnie innego. Badanie sytuacji społecznej pacjentów nie jest przecież tym samym co badanie mechanizmu choroby. Opieka paliatywna może być przedmiotem pracy socjalnej, ale taki awans nie staje się przez to stopniem naukowym doktora habilitowanego nauk medycznych. Nawet wspólny temat nie oznacza tożsamości dyscyplin i metod.
Sprawdź również: Kierwiński chce postawić Macierewicza przed sądem. Jest stanowcza odpowiedź
Samo skorzystanie z obowiązującej umowy było legalne. Opisane przypadki nierzetelności uderzały jednak w standardy, na których opiera się zaufanie do kwalifikacji naukowych. Legalność dokumentu nie rozstrzygała ani o jakości dorobku, ani o uczciwości jego późniejszego przedstawiania.
Słowackie Collegium Humanum? Nie do końca
W ostatnich dniach można spotkać porównania słowackich awansów do Collegium Humanum. Jest to publicystycznie nośne, ale łatwo zaciera istotne różnice. Tytuł naukowo-pedagogiczny docenta był legalnym elementem słowackiego systemu, a jego uzyskanie wiązało się z postępowaniem obejmującym ocenę osiągnięć naukowych i dydaktycznych. Polskie przepisy nadawały mu określone skutki.
Samo skorzystanie z tej możliwości nie dowodzi kupienia dyplomu ani nierzetelności awansu. W historii turystyki habilitacyjnej splatały się dwa problemy. Pierwszy dotyczył opisanych przez badaczy i dziennikarzy nieprawidłowości w konkretnych postępowaniach. Drugi dotyczył zasad, na podstawie których Polska uznawała słowackie kwalifikacje za równoważne własnym. Krytyczna ocena tych zasad nie przesądza o jakości każdego dorobku ani o uczciwości każdej osoby, która uzyskała docenturę.
Polecamy także: Przewrót polityczny w Gdyni. Prezydent miasta zrywa koalicję z KO
To rozróżnienie ma znaczenie również w przypadku Sławomira Cudaka. Miejsce i data jego awansu tłumaczą, dlaczego w politycznej dyskusji przywołano historię słowackich docentur. Nie pozwalają jednak przenieść na jego postępowanie zarzutów dotyczących innych osób. Opisane w tym artykule przypadki stanowią tło debaty, a nie dowody nierzetelności jego awansu.
Pozostaje natomiast kwestia odpowiedzialności polskich instytucji. To polskie państwo zgodziło się na ustanowienie równoważności. Polskie instytucje stosowały umowę, a uczelnie zatrudniały posiadaczy uznawanych na jej podstawie kwalifikacji i powierzały im zadania związane z awansami naukowymi.
Ocena skutków tego rozwiązania wymaga więc spojrzenia także na decyzje podejmowane w kraju. Słowacka uczelnia nie mogła samodzielnie zdecydować, jakie uprawnienia jej docentura zapewni w Polsce. O tym zdecydowaliśmy tutaj.
Warto przeczytać: Tragiczne plany lekcji? Uczniów mi żal, rodziców nie zawsze
Stare grzechy rzucają długie cienie
Od 1 czerwca 2016 roku nowe słowackie docentury nie korzystają już z automatycznego uznania za odpowiednik polskiego stopnia naukowego doktora habilitowanego na podstawie tej umowy. To rozwiązało problem, ale nie odwróciło jego skutków. Ponieważ prawo nie działa wstecz, docentury już uznane za równoważne habilitacjom nadal formalnie nimi są. A to oznacza określone konsekwencje.
Wielu habilitacyjnych turystów pełniło i nadal pełni funkcje promotorów i recenzentów rozpraw doktorskich oraz uczestniczy w nadawaniu stopni naukowych następnym osobom. Śliwerski opisał także przypadki, w których posiadacze docentury z pracy socjalnej uczestniczyli w postępowaniach dotyczących doktoratów medycznych. Nie trzeba wymieniać nazwisk, żeby dostrzec problem.
Jeden awans wpływał na kolejne. Jego beneficjent mógł oceniać cudze osiągnięcia, współdecydować o stopniach i kształtować standardy obowiązujące następnych kandydatów. Nie oznacza to, że każda taka recenzja była nierzetelna. Nie oznacza też, że od słowackiego awansu nikt nie rozwinął dorobku ani nie zdobył kolejnych kwalifikacji. Historia naukowca nie zatrzymuje się w dniu otrzymania dyplomu. Ale pamięć instytucji nie powinna się kończyć wraz ze zmianą przepisów.
Zmiana przepisów zakończyła automatyczne uznawanie nowych słowackich docentur, ale nie zamknęła dyskusji o skutkach wcześniejszego rozwiązania. Pozostały kariery, decyzje kadrowe i udział w awansach kolejnych naukowców. Jest więc do czego wracać, również poza rytmem politycznych sporów.
Przypadek Sławomira Cudaka przypomniał tę historię, lecz jej nie rozstrzyga. Rozbieżności w publicznych opisach jego kwalifikacji zasługują na wyjaśnienie. Nie zastępują jednak oceny dorobku ani przebiegu postępowania awansowego. Od instytucji akademickich można oczekiwać przejrzystości w przedstawianiu kwalifikacji, a od uczestników debaty – rzetelności w formułowaniu zarzutów. Żeby wyjaśnić, skąd wzięły się trzy różne opisy tego awansu, nie trzeba rozstrzygać całego sporu o słowackie docentury. Trzeba sięgnąć do dokumentów.


