Reklama
Nauka

Jonathan Haidt bije na alarm. Tak smartfony zmieniły dzieciństwo

Jest taki znany mem: aktor, który grał Spidermana, patrzy na coś bez okularów. Potem zakłada okulary i widzi coś zupełnie innego. Dla mnie takimi okularami są ostatnio książki Jonathana Haidta. Nie jest może tak, że Haidt rozwalił mój dotychczasowy światopogląd i zastąpił nowym. Natomiast zdecydowanie wyostrzył obraz, który widziałem. Bo owszem – miałem rozmaite intuicje i przemyślenia, ale tliły się one we mnie dość nieśmiało. Haidt chlusnął na ten żar benzyną.

Igor Zalewski
Opinia autorstwa: Igor Zalewski
Dzisiaj 20:04
20 min
To zetki, które nie znają świata bez smartfonów, zaludniły gabinety psychiatrów i oddziały intensywnej terapii – twierdzi Haidt. (fot. tło; Jonathan Haidt: Getty Images)
TYLKO NA

Tekst ukazał się w Magazynie Zero#2.

Na przykład. Kilkanaście lat temu zakiełkowała mi myśl, że nadopiekuńczość rodzicielska może mieć negatywny wpływ na dzieci. Nawet pamiętam dokładnie moment, kiedy to się stało. To było w przedszkolu mojego syna. Razem z innymi rodzicami omawialiśmy kwestię wycieczki grupy Panter i ktoś zaproponował, żeby Pantery do celu dotarły pociągiem. – Pociągiem? Przecież oni mogą tam spotkać element! – obruszyła się jedna mama, której celem życiowym było niedopuszczanie do zetknięcia się jej kruszynki z jakimkolwiek negatywnym aspektem rzeczywistości. – Hm… – pomyślałem wtedy błyskotliwie i nawet napisałem jakiś felieton o nadopiekuńczych mamach. Pantery pojechały na wycieczkę wynajętym autokarem. I nie spotkały żadnego elementu.

Następny felieton napisałem, gdy w internecie natknąłem się na lament innej matki, która wygrażała szkole i całemu polskiemu systemowi edukacji za to, że zmusiły jej córkę do przeczytania „Chłopców z Placu Broni”. Książka, jeżeli ktoś nie pamięta, kończy się śmiercią małego Nemeczka. Każdy normalny człowiek musi uronić choć kilka łez. Córeczka owej mamusi przeżyła książkę mocno, co rozwścieczyło mamę, domagającą się wyjaśnień, jak można polecać dzieciom powieści, które wzbudzają emocje, a nawet – o zgrozo! – wzruszają.

Czytaj także: Legenda polskiego kina w nowej roli. Zanussi pojawi się w Gdyni

Reklama
Reklama

Jej wściekły wpis wywołał lawinę komentarzy (jak to wściekłe wpisy) innych rodziców, których również niebywale oburzył fakt, że dzieci zmusza się do obcowania z literaturą, która porusza, powoduje wypieki na twarzy, a także wyciska łzy. Ich zdaniem, dzieci powinny żyć jak najdłużej pośród kolorowych krasnali, puchowych poduszek i słodkich tęczy rozciągniętych na niebie, na którym nie ma ani jednej chmurki. Powinny żyć pod kopułą, która chroni ich przed jakimikolwiek negatywnymi bodźcami z zewnętrznego świata. Nawet jeśli to tylko świat literacki. Inaczej bowiem nie są i nie będą szczęśliwe.

Epidemia chorób psychicznych w pokoleniu zetek bierze się z nadopiekuńczości – twierdzi Haidt.

We wspomnianym felietonie napisałem, że mamy chyba do czynienia ze zjawiskiem nadopiekuńczych rodziców, a ich nadopiekuńczość może mieć nie do końca pozytywny wpływ na młode pokolenie. A kilka lat później przeczytałem „Rozpieszczony umysł” Grega Lukianoffa i Jonathana Haidta. Pomyślałem: kurczę, mogłem nieco więcej wycisnąć z tej konstatacji.

Przygotuj dziecko do drogi, a nie drogę do dziecka

„Rozpieszczony umysł” to książka, która opowiada o doskonałym świecie (amerykańskim świecie, ale dotyczy tak naprawdę całego świata Zachodu), który utyka w ślepej uliczce z powodu trzech wielkich nieprawd, które wyznaje. Pierwsza wielka nieprawda brzmi: „co cię nie zabije, uczyni cię słabszym”. Haidt i Lukianoff opowiadają z jednej strony o nadopiekuńczości rodziców, ale z drugiej o kulcie „sejfityzmu”. Czyli obsesji bezpieczeństwa, także emocjonalnego, która opanowała amerykańskie uniwersytety, a z nich przedarła się do życia publicznego. Polega to z grubsza na tym, że jeśli się z czymś nie zgadzasz, to masz prawo żądać, żeby to zniknęło, bo jest to raniące i okrutne dla twojej psychiki. Stąd „kanselowanie” osób o niewygodnych poglądach. 

Reklama
Reklama

Sprawdź również: Pogrzeb Jana Frycza. Na Powązkach Wojskowych pożegnano wybitnego aktora

Jeżeli na jakiś uniwersytet przybywa kontrowersyjny wykładowca (na przykład twierdzący, że istnieją tylko dwie płcie), to masz prawo protestować przeciwko jego przybyciu, nawet przy użyciu kamieni. A jeśli protest nie przynosi efektu w postaci cenzury i zablokowania wykładu, to uczelnia – świadoma, jak bardzo będziesz cierpiał, gdy w okolicy grasuje ktoś, kto mówi coś, z czym się nie zgadzasz – przygotowuje dla ciebie i innych równie krzywdzonych osób „bezpieczne strefy”. Czyli schron, w którym pośród układanek, balonów, poduch i ciastek masz szansę jakoś przetrwać ten barbarzyński atak na twoje dobre samopoczucie. Schronienia w takich bezpiecznych strefach szukają dwudziestolatkowie. Nic dziwnego, że potem na rozmowy o pracę przychodzą z mamami.

Kult sejfityzmu dotarł już do Polski, o czym zaświadczają liczni wykładowcy uniwersyteccy, którzy niespodziewanie dla siebie „ranią” młodych ludzi tezami, które nigdy nikogo wcześniej nie raniły. Sejfityzm prowadzi do licznych absurdów, ale też autentycznych niebezpieczeństw o totalitarnym posmaku, z których najważniejszym jest zagrożenie dla życia uniwersyteckiego czy naukowego.

Władze uczelni w imię „bezpieczeństwa” studentów płacących czesne są gotowe blokować swobodną dyskusję, a nawet zwalniać wykładowców. Byle tylko nie urazić czyichś uczuć. Brzmi to śmiesznie, ale tak naprawdę jest to przerażające – Lukianoff i Haidt opisują sporo konkretnych przypadków, które wydają się wyjęte z czasów „rewolucji kulturalnej” w Chinach, ale dotyczą amerykańskich uniwersytetów czasów obecnych. Studenci, którzy kiedyś walczyli o wolność słowa, teraz walczą z wolnością słowa. A uczelnie ochoczo im w tym pomagają.

Reklama
Reklama

Ale to niejedyny negatywny efekt tej wielkiej nieprawdy: co cię nie zabije, to cię osłabi. Bo kiedy przygotowuje się drogę dla dziecka, a nie dziecko do drogi (pamiętacie mamę, która bała się spotkania z elementem?), to dziecko jest słabe, łatwo się załamuje, cierpi z byle powodu i szybko się poddaje. Takie szklarniane warunki wychowania i kształcenia powodują, że dzisiaj młodzi ludzie nie są odporni. A w efekcie – są nieszczęśliwi. Epidemia chorób psychicznych w pokoleniu zetek bierze się właśnie z nadopiekuńczości – twierdzi Haidt. Oraz smartfonów, ale do tej kwestii jeszcze wrócimy.

Polecamy także: Nawrocki o sile literatury. „Przenosi polskość przez pokolenia”

Wielkie nieprawdy rządzą

Jakie są pozostałe dwie wielkie nieprawdy? „Druga to: zawsze ufaj swoim uczuciom. Trzecia – życie to wojna między dobrymi i złymi ludźmi”. Obie odciskają głębokie piętno na życiu społecznym, prowadząc do tak zwanych zniekształceń poznawczych. Katastrofizacja, myślenie dychotomiczne (czarno-białe), czy odrzucanie pozytywów to coś, co zebrane do kupy tworzy jakże dobrze nam znaną polaryzację. 

„Rozpieszczony umysł” bardzo przenikliwie i krok po kroku pokazuje, jak taka polaryzacja się rodzi, jak zakorzenia się w ludzkich umysłach i jak trudno ją z nich usunąć. A w rezultacie inteligentny, wykształcony człowiek mówi mi, że Andrzej Duda jest największym zbrodniarzem w historii. A kiedy pytam, czy gorszym od Pol Pota, z całej siły potakuje. Wydawałoby się, że jesteśmy zbyt mądrzy na to, by wierzyć, że granica między dobrem i złem przebiega między PO i PiS-em, a jednak nie – takich ludzi jest bez liku. Wielkie Nieprawdy mają wielką moc.

Nie chcę spoilerować i drobiazgowo streszczać „Rozpieszczonego umysłu”, bo z całych sił zachęcam do przeczytania tej książki. Jeśli czytacie tylko jedną książkę w roku, to niech w 2025 będzie to „Rozpieszczony umysł”. Nie pożałujecie. Obraz naprawdę się wam wyostrzy.

Reklama
Reklama

Dobra, a co to właściwie za jeden ten Jonathan Haidt? Otóż to psycholog społeczny, który specjalizuje się w badaniach nad moralnością, emocjami moralnymi i polaryzacją polityczną. Urodził się w 1963 roku, studiował na uniwersytecie Yale i jest zdeklarowanym demokratą. Pochodzi z rodziny ateistycznych Żydów i jest niewierzący. We wszelkich wyborach głosuje na kandydatów demokratycznych i wcale tego nie ukrywa.

Warto przeczytać: Grzegorz Braun na koncercie Sanah. Apel o Order Odrodzenia Polski

Bez zaorania

Ale – i to chyba najbardziej mnie ujęło w jego pracach – nie jest więźniem swoich poglądów. Ani swego środowiska czy partii politycznej. Potrafi wyjść poza własny krąg, co dzisiaj – nie oszukujmy się – nie jest zbyt częste. A w gruncie rzeczy nigdy się nie zdarza. Bo każda opinia wyłamująca się z ideowego frontu jest natychmiast torpedowana przez „swoich”, a autor jest oskarżany o zdradę, apostazję albo przynajmniej o bycie pożytecznym idiotą.

Natomiast Haidt ma duszę i osobowość prawdziwego naukowca czy człowieka uniwersytetu. Zapewne, kiedy pisałem powyżej o sejfityzmie panującym na amerykańskich uczelniach i krytykowanym w „Rozpieszczonym umyśle”, to ten i ów czytelnik uznał, że Haidt jest pewnie jakimś konserwatywnym zakapiorem walczącym z lewactwem, a tu pudło – lewicowy, ateistyczny amerykański Żyd, a zatem idealny materiał na nośnik stereotypowych poglądów.

Reklama
Reklama

Haidt nie czyni z ludzi, z którymi się nie zgadza, karykatur.

Tymczasem Haidt jest zdecydowanie niestereotypowy. I w imponujący sposób poza ten stereotyp wykracza. Dzieje się to na kilku poziomach. Najważniejszy jest ten, że Haidt dochodzi często do konkluzji sprzecznych albo pozornie sprzecznych ze swoim światopoglądem. To człowiek, który z całych sił stara się być uczciwy wobec osób czy zjawisk, które opisuje. Kiedy na przykład pisze o prawicowych, radykalnych publicystach, to czyni to z szacunkiem. Nie ulega czemuś, co sam wytyka współczesności – to znaczy nie katastrofizuje, nie – przepraszam za określenie – dychotomizuje.

Sprawdź również: Adrian Szymaniak nie żyje. Uczestnik „Ślubu od pierwszego wejrzenia” miał 39 lat

Nie czyni z ludzi, z którymi się nie zgadza, karykatur. Co dziś jest wszak nagminne. Haidt bardzo stara się nikogo nie urazić i o każdym pisać z szacunkiem, nawet o Trumpie, któremu wytyka jakieś grzeszki. I to jest – przepraszam za patos – cecha mędrca. On szanuje ludzi i rzeczowo oddaje ich poglądy. Proste, ale raczej niespotykane w czasach, kiedy wszyscy próbują wszystkich „zaorać” albo przynajmniej „zgrillować”.

Właściwie tylko w jednym miejscu czuć osobistą antypatię Haidta (i Lukianoffa) do kogoś. Opisują oni nagonkę studentów jednego z prestiżowych uniwersytetów na wykładowcę Breta Weinsteina, którego zdroworozsądkowe poglądy młodzi ludzie uznali za rasizm (bardzo częsty przypadek). Po kilku wiecach i rozkręceniu istnego polowania na czarownice studenci w końcu opanowali siłą uczelnię przy całkowitej bierności rektora Bridgesa. Ów rektor jest właśnie jedyną postacią, której Haidt i Lukianoff ewidentnie nie poważają, widząc w nim ucieleśnienie tego wszystkiego, czym rektor być nie powinien.

Reklama
Reklama

Czytaj też: Czas przeszły niedokonany. Od „Amadeusza” po „Amelię”, klasyka znów rządzi w kinach

Liberał jak konserwatysta

A gdzie te konkluzje sprzeczne z własnym światopoglądem? Znajdziemy je na przykład w pierwszej książce Haidta pt. „Hipotezy szczęścia”. Ze streszczenia wynikać może, że to jakiś coachowy poradnik, mający pomóc nam odnaleźć szczęście w życiu. I… trochę tak jest. Tylko że autor nie zachwala swojej metody na szczęście w trzech prostych krokach, lecz stara się zebrać do kupy nauki starożytnych filozofów, religijnych proroków oraz nowoczesne trendy psychologiczne. Książka jest gęsta od treści, ale podanych w łatwo przyswajalny sposób.

W pewnym momencie Haidt dochodzi do kwestii religii i opowiada, jak długo – jako ateistyczny liberał – miał problem z tym aspektem życia, którego najzwyczajniej w świecie nie rozumiał. I dużo czasu mu zabrało, by pojąć, że wiara wzbogaca nasze życie w dodatkowy wymiar, który dla osób takich jak on – pozbawionych pewnego zmysłu – jest niedostępny. Porównuje to do życia w dwóch (niewierzący) lub trzech (wierzący) wymiarach. I jeśli tracimy ów trzeci wymiar z oczu, stajemy się po prostu ubożsi.

Haidt widzi oczywiście niebezpieczeństwo narzucania tego trzeciego wymiaru tym, którzy go nie widzą. Ale pisze o tym tak: Demokratyczne społeczeństwa zachodnie mają wiele istotnych powodów, aby sprzeciwiać się tak pojmowanemu fundamentalizmowi. Sądzę jednak, że pierwszym krokiem ku jego odrzuceniu powinno być dogłębne i pełne szacunku zrozumienie motywów moralnych tkwiących u podłoża fundamentalizmu. I w kolejnych rozdziałach nie tylko naukowo rozbiera wiarę na czynniki pierwsze bez grama agresji i poczucia wyższości, ale dochodzi do przykrej z punktu widzenia ateisty konstatacji, że wierzący mają lepiej. Są szczęśliwsi, tworzą bardziej zintegrowane siatki relacji, no i zdecydowanie rzadziej popełniają samobójstwa.

Pamiętacie bekę, którą urządzono po użyciu przez Przemysława Czarnka sformułowania „cnoty niewieście”? Oto co na temat cnót (ale ludzkich, nie płciowych) sądzi Haidt. W „Hipotezach szczęścia” dowodzi, że Zachód popełnił fundamentalny błąd, odchodząc od lubianego przez starożytnych pojęcia charakteru. Charakter można było kształtować, ćwicząc go i prowadząc cnotliwe życie. Czyli uczciwe, prawe, bez gniewu, nie koncentrujące się na przyjemności i wygodzie.

Reklama
Reklama

Sprawdź również: Sąd nakazał zwrot obrazu skradzionego przez nazistów

Już Benjamin Franklin sporządził listę 13 cnót (wśród nich były np. umiar, oszczędność, wstrzemięźliwość seksualna) i starał się żyć zgodnie z nimi, prowadząc swego rodzaju „dzienniczek cnót”. Nie zawsze mu się udawało, ale – jak twierdził – już same próby czyniły go lepszym. I on, i starożytni twierdzili, że charakter trzeba kształtować poprzez nieustanną pracę nad nim. Niestety – twierdzi Haidt – potem Zachód porzucił pojęcie charakteru na rzecz konstruktu osobowości, a ta koncepcja zawsze ma rozgrzeszenia dla wszelkich ludzkich słabości. Liberał, a gada jak konserwatysta. Czasami.

Nasz umysł to słoń (emocje) prowadzony przez jeźdźca (rozum, intelekt).

No właśnie. Bo Haidt to liberał, który nikogo nie demonizuje. Więcej – on salomonowo widzi rację u jednych i drugich. W finale „Hipotez szczęścia” pisze tak: Społeczeństwo pozbawione liberałów byłoby zbyt surowe dla wielu spośród swych członków i skłonne do stosowania ucisku. Społeczeństwo bez konserwatystów straciłoby wiele ze swych struktur i ograniczeń społecznych, które – jak dowiódł Durkheim – są niezwykle istotne. Większej wolności towarzyszyłby wzrost poziomu anomii. Dlatego warto szukać mądrości tam, gdzie najmniej spodziewałbyś się ją znaleźć – w umysłach swoich przeciwników.

Reklama
Reklama

Polecamy także: „Po co mi Kłeczek, skoro mam AI”? Internetowa papka w Telewizji Republika

Rozum, czyli adwokat emocji

W kolejnej swej książce pt. „Prawy umysł” Haidt przekonuje nas, że wszyscy w naszych działaniach (może z wyjątkiem psychopatów), kierujemy się motywacją moralną. Ale to nie znaczy, że wszyscy kierujemy się tymi samymi przesłankami. Moralność ma bowiem kilka fundamentów i w zależności od tego, które wartości są nam bliższe, stajemy się albo ludźmi lewicy albo prawicy. Jeśli przemawiają do nas takie pojęcia jak autorytet, świętość, wolność (od rządu), czy sprawiedliwość, to pewnie będziemy konserwatystami. Jeśli cenimy troskę, sprawiedliwość rozumianą jako wyrównywanie różnic między ludźmi, wolność od ucisku, to ani chybi jesteśmy liberałami.

Moralność, czyli kombinacja tych fundamentów, jest tym, co najmocniej jednoczy ludzi. Ale też czyni ich ślepymi na perspektywę innych. Na przykład liberałowie nie są po prostu w stanie objąć umysłem pojęcia świętości, które jest dla nich całkowicie puste, co prowadzi do tego, że są mniej tolerancyjni od konserwatystów. Ci bowiem w jakimś stopniu „czują” wszystkie wartości.

Taka mapka fundamentów moralnych niebywale ułatwia poznawanie innych ludzi, zazwyczaj bowiem pasują oni do tego schematu. Ułatwia też ich przekonywanie. Nie ma bowiem najmniejszego sensu perswazja odwołująca się do wartości, których druga strona nie wyznaje („Jak możesz nie rozumieć, że aborcja to morderstwo?!” – no właśnie, zwolennik aborcji ceni sobie wolność, a nie świętość – w tym wypadku życia. Równie dobrze moglibyśmy niewidomemu opowiadać o kolorach).

Reklama
Reklama

Jeśli już jesteśmy przy przekonywaniu. Haidt uważa, że nasz umysł to słoń (emocje) prowadzony przez jeźdźca (rozum, intelekt). W tym układzie słoń jest oczywiście znacznie silniejszy i z reguły jeźdźcowi nie udaje się nad nim panować. Co najwyżej wydaje mu się, że rządzi, ale tak naprawdę zmierzamy w stronę wytyczoną przez słonia. Intuicja przychodzi pierwsza, rozumowanie drugie – pisze Haidt. Przy czym rozumowanie w ogóle może nie nadejść. Dlatego będziemy znacznie skuteczniejsi w dyskusji, odwołując się do czyichś emocji, a nie intelektu. Wiedzą o tym doskonale politycy, którzy kierują swój przekaz do słoni, a nie do jeźdźców. Ci, którzy robią na odwrót, zazwyczaj przegrywają.

Czytaj też: Ali G jest rasistowski? Protesty przeciw nowemu filmowi Sachy Barona Cohena

Ale czy to nie przesada? Owszem, czasami na gorąco zdarza nam się podejmować złe decyzje, ale potem na chłodno jesteśmy w stanie myśleć racjonalnie. Otóż Haidt twierdzi, że to jedynie złudzenie. Tłumaczy to w doskonałej sentencji: Nasze umysły są jak adwokaci, nie sędziowie. Szukamy argumentów na poparcie własnej intuicji. Tylko nieliczni ludzie potrafią naprawdę panować nad swoimi emocjami i kontrolować słonia. Żeby osiągnąć ten stan, trzeba solidnie nad sobą popracować.

Reklama
Reklama

Większości z nas nigdy się to nie udaje, chociaż oczywiście sądzimy, że jesteśmy bardzo racjonalni. Kampania wyborcza to zresztą jeden wielki dowód, że się mylimy. Zobaczmy, jak łatwo tłumaczymy swoich faworytów, gdy zrobią coś niestosownego. I jak łatwo potępiamy polityków, których nie lubimy, gdy zrobią rzecz identyczną. Zanim się obruszycie, okiełznajcie na chwilę swojego słonia i przeanalizujcie to na chłodno. Na pewno przyznacie mi (i Haidtowi) rację. No chyba, że słoń znowu was poniósł.

Sprawdź również: Pierwszy strajk kobiet? Jak rzymskie matrony wywalczyły swoje prawa

Epidemia nieszczęścia

Tak oto dochodzimy do najnowszej książki Jonathana Haidta, która w Stanach Zjednoczonych wywołała sporo hałasu i jest mocno dyskutowana. U nas zresztą też powinna. „Niespokojne pokolenie” tłumaczy, dlaczego generacja Zet jest tak rozpaczliwie nieszczęśliwa, czego dowodem są niezliczone samobójstwa, okaleczenia, depresje i stany lękowe młodych ludzi. Haidt bazuje na danych amerykańskich i innych krajów anglosaskich. Ale istna eksplozja problemów psychicznych młodzieży dotyczy całego Zachodu, w tym także niestety Polski.

Gdzie Haidt szuka przyczyn tego straszliwego zjawiska? Odpowiedź znajdziemy w podtytule książki: „Jak wielkie przeprogramowanie dzieciństwa wywołało epidemię chorób psychicznych”. Okazuje się, że „patologiczne” dzieciństwo moje i moich rówieśników (czyli z grubsza dziadersów), spędzone na trzepaku, boisku i popijaniu piwa w czasach licealnych było znacznie zdrowsze niż dzisiejsza nadopiekuńczość rodziców, którzy zapełniają kalendarze dzieci niekończącymi się zajęciami.

Reklama
Reklama

Może Cię zainteresować: Tak daleko, tak blisko. Dlaczego kochamy i nienawidzimy znanych ludzi?

I do minimum ograniczają swobodne zabawy na podwórku (bo tam można spotkać „element”). Zabawy, podczas których od zawsze zdobywano doświadczenia i uczono się postępowania z innymi ludźmi. Zamiast tego pod ten sterylny klosz został zaproszony na stałe jeden nieodstępujący młodego człowieka na krok towarzysz – smartfon.

Haidt wskazuje, że zapaść psychiczna młodzieży jest nieprzypadkowo związana z pojawieniem się smartfona. Jeszcze wcześniejsza generacja millenialsów, która posługiwała się telefonami z „klapkami” czy też numeryczną klawiaturą, nie różniła się od poprzedników, jeśli chodzi o stan zdrowia psychicznego. To zetki, które nie znają świata bez smartfonów i co za tym idzie, wiecznego dostępu do Internetu, zaludniły gabinety psychiatrów, psychologów oraz oddziałów intensywnej terapii, gdzie ratuje się je po próbach samobójczych. Tych, jak zwykle, więcej mają na swoim koncie chłopcy, ale liczby dziewczyn też są przerażające.

Haidt porównuje masowe korzystanie ze smartfonów przez dzieci do pionierskiego lotu na Marsa.

I znów. Nie chcę powiedzieć zbyt wiele, żeby nie zabierać wam przyjemności z czytania „Niespokojnego pokolenia”. Napiszę jedynie, że Haidt porównuje masowe korzystanie ze smartfonów przez dzieci do pionierskiego lotu na Marsa. Obie czynności mają to do siebie, że są w gruncie rzeczy wielkim eksperymentem, którego koniec jest niewiadomy.

Reklama
Reklama

Tyle że eksperyment ze smartfonami odbywa się na żywym organizmie setek milionów młodych istnień. Nie będę przytaczał kolejnych wywodów Haidta, wspomnę jedynie o postulatach, które naukowiec zamieszcza również na swoim profilu na Instagramie (no cóż, kiedyś w telewizji mówiono, że telewizja ogłupia). Program Haidta jest – z punktu widzenia współczesnego nastolatka oraz jego rodzica – drakoński. Składa się z czterech punktów:

  1. Żadnych smartfonów przed szkołą średnią
  2. Żadnych mediów społecznościowych przed 16. rokiem życia
  3. Szkoły wolne od telefonów (Szymon Hołownia lubi to)
  4. Znacznie mniej nadzoru nad zabawami i większa niezależność dzieci.

Jeśli w tym momencie wasz słoń zawył, to dajcie szansę jeźdźcowi – przeczytajcie „Niespokojne pokolenie”. I w ogóle zakolegujcie się z Haidtem. Z jego pomocą świat nie staje się lepszy, ale nieco bardziej zrozumiały. A to już dużo.

 

Źródło: Magazyn Zero
Igor Zalewski
Igor ZalewskiDziennikarz Kanału Zero