Reklama
Reklama
Kraj

„Wszyscy chcieli być w Katyniu”. Mija 16 lat od katastrofy smoleńskiej

Szesnaście lat po katastrofie smoleńskiej wciąż nie znamy pełnej prawdy o jej przebiegu. Brakuje wraku, brakuje kluczowych dowodów, a zamiast odpowiedzi narasta tylko polityczny spór, który na trwałe podzielił Polskę.

Maria Stepan
Felieton autorstwa: Maria Stepan
Dzisiaj 06:03
12 min
Szczątki polskiego samolotu Tu-154M. (fot. YURI KOCHETKOV / PAP)

Reklama

TYLKO NA

10 kwietnia 2010. Najtragiczniejsza katastrofa lotnicza w dziejach współczesnej Polski. Pod Smoleńskiem ginie 96 osób – polska elita z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele.


Reklama

Mija 16 lat i wciąż nie wiemy, jak mogło do tej tragedii dojść. Nie mamy wraku samolotu, nie mamy dowodów na udział osób trzecich, nie mamy też niezbitych dowodów, że była to po prostu, jakby to źle nie zabrzmiało, po prostu tragedia, wynikająca ze splotu tragicznych okoliczności. Mamy za to niekończący się spór.

Polska przez 16 lat tkwi i utwierdza się w podziale: zamach albo tragedia właśnie.

Były oczywiście komisje, były śledztwa, dwa z nich wciąż przecież trwają i… No właśnie. 


Reklama

08:41

10 kwietnia 2010 roku. Do Smoleńska na obchody 70. rocznicy Zbrodni Katyńskiej rządowym, należącym do 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, samolotem Tu-154M wylatuje liczna państwowa delegacja.


Reklama

Prezydent Lech Kaczyński z małżonką Marią, ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, wysocy urzędnicy państwowi, dowódcy wszystkich rodzajów Sił Zbrojnych RP, parlamentarzyści, duchowni różnych wyznań i przedstawiciele rodzin katyńskich. Wszyscy chcieli tam być. Wszyscy chcieli być w Katyniu. Samolot jednak podczas podchodzenia do lądowania, w gęstej mgle, rozbija się tuż przy lotnisku Smoleńsk-Siewiernyj i wszyscy giną.

Na cmentarzu katyńskim na delegację czekają potomkowie zamordowanych przez Sowietów polskich żołnierzy, parlamentarzyści, dziennikarze i dyplomaci. Większość z nich przyjechała na te uroczystości specjalnym pociągiem. Miały to być prezydenckie obchody 70. rocznicy Zbrodni Katyńskiej.


Reklama

Trzy dni wcześniej, w tym samym katyńskim lesie, swoje obchody zorganizował ówczesny premier Federacji Rosyjskiej Władimir Putin. Zaprosił na nie jednak tylko swojego odpowiednika – ówczesnego premiera Donalda Tuska. Polski prezydent Lech Kaczyński zorganizował więc 10 kwietnia, dokładnie w rocznicę mordu, obchody prezydenckie, na które zaprosił ówczesnego prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa.


Reklama

Pamiętam spór o te obchody. Te żenujące kłótnie – między „małym” a „dużym” pałacem, między parlamentarzystami, w mediach – kto, kiedy i z kim ma pochylić się nad grobami katyńskimi. 

Czy Rosjanie rozegrali nas jak dzieci? I tak, i nie. Rosjanie wykorzystali po prostu polski spór, polskie podziały. Mniej więcej do końca stycznia przygotowywano przecież wspólne obchody. Na początku lutego jednak do Donalda Tuska zadzwonił Władimir Putin i zaprosił go do Katynia. Polski premier zaproszenie przyjął i cały plan wspólnych obchodów runął.

Sobota, 10 kwietnia

Pamiętam ogromne billboardy w Warszawie: DRUGI KATYŃ. Pamiętam ten informacyjny chaos na początku, telefony, jak odczytywaliśmy w redakcji nazwiska z tzw. „białej książeczki”. Protokół dyplomatyczny Ministerstwa Spraw Zagranicznych przygotowuje ją przed każdą oficjalną wizytą. Jest tam podany skład całej delegacji, szczegółowy, rozpisany co do minuty, program wizyty, dane logistyczne, kontakty. Biała książeczka z 10 kwietnia 2010 r. była wyjątkowo gruba. 88 osób plus 8 osób załogi na pokładzie. Plus nazwiska osób, które miały uczestniczyć w obchodach, ale były już na miejscu.


Reklama

Pracowałam wtedy w „Wiadomościach” TVP. Miałam przygotować reportaż o człowieku, który po raz pierwszy jedzie na grób swojego ojca do Katynia, 70 lat od zbrodni. Ale najpierw popełniliśmy błąd przy akredytacji i nie zmieściliśmy się do „pociągu katyńskiego”, a potem nie zmieściliśmy się do samolotu. Ponieważ było tak wielu chętnych na tę podróż z prezydentem, dziennikarzy wysłano małym Jakiem. Jedyną szansą był duży, prezydencki samolot, ale szef kancelarii prezydenta, minister Władysław Stasiak, nie zgodził się na żadne wyjątki. Zostałam, zła, rozżalona w piątek, w Warszawie.


Reklama

W sobotę, 10 kwietnia, w specjalnym wydaniu „Wiadomości”, odczytywałam, nazwisko po nazwisku, listę ofiar. 

11 kwietnia przed południem byliśmy już w Moskwie, pod prosektorium, do którego ze Smoleńska przewożono ciała ofiar. W niedzielę wieczorem do Moskwy przyleciały też rodziny, by móc zidentyfikować najbliższych.

W poniedziałek kolejne. I wszyscy ci ludzie autokarami przywożeni byli do tego prosektorium na południowych obrzeżach Moskwy. Położone było mniej więcej 20 kilometrów od Kremla, około kilometra od stacji metra Kantemirowskaja. Centralne Biuro Ekspertyz Sądowych, Tarnyj Projezd 3. Upiorne miejsce za betonowym płotem, naprzeciwko którego, niemal na wprost, było śmierdzące, nielegalne wysypisko śmieci.


Reklama

Maria Kaczyńska

Ciało prezydenta Lecha Kaczyńskiego zostało odnalezione i zidentyfikowane jeszcze w Smoleńsku, 10 kwietnia. Dzień później było już w Warszawie. W tym czasie, w niedzielę, już w Moskwie zostało zidentyfikowanych kolejnych 20 ciał. Z dzisiejszej perspektywy, to irracjonalne, ale wtedy wszyscy zastanawiali się, gdzie jest małżonka prezydenta? Kiedy zostanie odnaleziona? I dlaczego jeszcze nie?


Reklama

W niedzielę wieczorem do Moskwy razem z częścią rodzin ofiar przylatuje ówczesna minister zdrowia Ewa Kopacz. Pomaga przy identyfikacji, koordynuje, rozmawia z rodzinami i dziennikarzami. I to ona w poniedziałek wychodzi do nas przed prosektorium i opowiada, jak to odnalazła Panią Prezydentową. Jak rozpoznała, po obrączce ślubnej i kolorze lakieru do paznokci.

Pamiętam, jak przejęta opowiadała o telefonie do Warszawy, o jej pytaniach, jakiego koloru był lakier do paznokci Marii Kaczyńskiej, co było napisane na wewnętrznej stronie obrączki. Nie mieliśmy powodu, by jej nie wierzyć, przecież. Dzień później jednak, gdy ciało Marii Kaczyńskiej było uroczyście transportowane z prosektorium na lotnisko, a potem do Polski, jednej z dziennikarek udało się krótko porozmawiać z bratem Marii Kaczyńskiej Konradem Mackiewiczem. To on oficjalnie identyfikował ciało. Opowieści Kopacz podsumował krótko: przecież wystarczyło Marię tylko trochę umyć z tego błota…


Reklama

Pogrzeb prezydenta

Gdy wróciłam z Moskwy, dzień przed pogrzebem Pary Prezydenckiej trafiłam na Krakowskie Przedmieście, przed Pałac Prezydencki. Tłum, żałoba, palące się znicze i zaczynający się złowieszczy pomruk sporu, który rozdzieli nas na lata. Potem, tuż po pogrzebie, sprzątane w pośpiechu przez warszawskie służby miejskie sprzed pałacu ukochane przez Marię Kaczyńską, przyniesione tam w hołdzie dla niej, żółte tulipany.


Reklama

Pamiętam też wybuch wulkanu na Islandii, którego nazwy nikt nie potrafił poprawnie wymówić (Eyjafjallajökull), a który sparaliżował na kilka dni loty nad Europą. Wulkan był uśpiony przez prawie 190 lat i postanowił się uaktywnić akurat tuż przed pogrzebem polskiego prezydenta. Unoszący się nad Europą pył spowodował, że zamiast stu delegacji na pogrzeb Pary Prezydenckiej do Krakowa dotarło zaledwie kilkanaście. Lądem dotarli jednak i Wiktor Juszczenko, i Dmitrij Miedwiediew, i Horst Köhler, i jakimś cudem, zza oceanu, w ostatniej chwili, Micheil Saakaszwili.

Wawel. I to o Wawel jako miejsce spoczynku Pary Prezydenckiej najpierw wybuchł spór. Wszystko zaczęło się od Wawelu. Potem ruszyła lawina.

Pośpiech Rosjan

Tuż po katastrofie, jeszcze tego samego dnia 10 kwietnia, Rosjanie uruchamiają MAK, czyli oficjalnie międzyrządową organizację regionalną państw postradzieckich, komisję techniczną do badania wypadków lotniczych. Nieoficjalnie i praktycznie, komisja jest rosyjska: przewodniczącą jest Rosjanka Tatiana Anodina, w Moskwie zapadają też wszystkie decyzje. Listkiem figowym byli polscy eksperci (m.in. z Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa Lotów), którzy jeszcze tego samego dnia polecieli do Moskwy.


Reklama

Polska Komisja Badania Wypadków Lotniczych rozpoczyna prace 5 dni później, 15 kwietnia. 28 kwietnia jej przewodniczącym zostaje ówczesny minister spraw wewnętrznych i administracji Jerzy Miller (stąd jej potoczna nazwa: komisja Millera).


Reklama

Wspólna komisja nie powstała. Rosja zachowała kontrolę nad miejscem katastrofy, wrakiem i kluczowymi dowodami.

W styczniu 2011 roku MAK ogłasza swój raport, w którym główną winą obarcza polską załogę. Pół roku później, w lipcu, komisja Millera potwierdza w zasadzie wnioski MAK, że zawinili przede wszystkim piloci, ale wytyka też błędy rosyjskim kontrolerom i służbom lotniska.

Niezależnie od prac tych komisji, w Sejmie, w lipcu 2010 roku, powstaje tzw. zespół Macierewicza, czyli Zespół Parlamentarny ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy. W 2016 roku ówczesny minister obrony Antoni Macierewicz powołuje podkomisję do ponownego zbadania katastrofy smoleńskiej, tzw. podkomisję smoleńską. Zanim została zlikwidowana tuż po przejęciu władzy przez koalicję w grudniu 2023 roku, opublikowała raport techniczny (w 2018 r.) i cząstkowy raport końcowy (w kwietniu 2022 r.), w którym stwierdziła, że do katastrofy doprowadził zamach.


Reklama

Wciąż w sprawie przyczyn i okoliczności katastrofy smoleńskiej trwa główne śledztwo Prokuratury Krajowej. 16 lat… jedno z najdłuższych śledztw w historii polskiej prokuratury. Ponad dwa tysiące tomów akt, ponad tysiąc przesłuchanych świadków. Zarzuty sprowadzenia katastrofy w ruchu powietrznym postawiono trzem rosyjskim kontrolerom lotów – są poszukiwani listami gończymi, bo Rosja odmówiła współpracy. Odmówiła też współpracy w sprawie pociągnięcia do odpowiedzialności rosyjskich biegłych medyków sądowych, którzy mieli fałszować dokumentację sekcji zwłok ofiar katastrofy.


Reklama

Wciąż trwa też śledztwo rosyjskiej prokuratury. Właściwie chyba tylko po to, by mieć oficjalny powód nieoddania nam wraku.

Wstyd

21 grudnia 1988 r. Boeing 747 lecący z Londynu do Nowego Jorku eksploduje nad Lockerbie w Szkocji. Ginie 270 osób. Brytyjczycy zbierają tysiące fragmentów wraku, rozrzuconych w promieniu dwóch tysięcy kilometrów kwadratowych, w sumie około 319 ton szczątków. W specjalnym hangarze odtwarzają, fragment po fragmencie, centralną sekcję kadłuba na metalowej ramie.

17 lipca 2014 r. Boeing 777 lecący z Amsterdamu do Kuala Lumpur (lot MH17) zostaje zestrzelony przez Rosjan nad wschodnią Ukrainą. Ginie 298 osób. Holenderska Rada Bezpieczeństwa i Joint Investigation Team zbierają tysiące fragmentów wraku rozrzucone na obszarze około 50 kilometrów kwadratowych, okupowanym wtedy przez tzw. prorosyjskich separatystów. W hangarze bazy lotniczej w Holandii odtwarzają znaczną część kadłuba na metalowym szkielecie.


Reklama

I w przypadku katastrofy w Lockerbie, i katastrofy lotu MH17 odtworzenie wraków było jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym elementem ustalenia przyczyn tych katastrof.


Reklama

10 kwietnia 2010 r. Tu-154M roztrzaskuje się tuż przed rosyjskim lotniskiem Smoleńsk-Siewiernyj. Ginie 96 osób. Ani Polacy, ani Rosjanie niczego nie zbierają. Nikt nie odtwarza kadłuba. Wrak od ponad 16 lat gnije pod Smoleńskiem.

Zamiast tego przez 16 lat mamy na zmianę, a to polityczny spektakl, a to festiwal niekompetencji, a to dyplomatyczną bezradność.

Styczeń 2011 r. – sejmowa debata w sprawie katastrofy smoleńskiej. Minister zdrowia Ewa Kopacz zapewnia: „przekopaliśmy ziemię na metr w głąb”. Przekonuje, że tuż po katastrofie zebrano wszystkie szczątki ofiar, że dołożono wszelkich starań podczas identyfikacji i sekcji zwłok. 


Reklama

Kości ofiar i ich rzeczy osobiste – dokumenty, ubrania – znajdowane były w smoleńskim błocie i w maju, i w październiku 2010 r. Potem i jesienią 2012 r., i w lutym 2013 r., gdy Rosjanie dopuścili nas do wraku.


Reklama

Ślubowanie czterech sędziów TK w Sejmie. Bez prezydenta

Pogrzeby ofiar katastrofy smoleńskiej trwały niemal do końca kwietnia. Do końca kwietnia przez wiele miast i wiosek przetaczały się uroczyste kondukty. Potem rozpoczęły się ekshumacje. Najpierw pojedyncze, na wnioski rodzin ofiar, potem, w 2016 r., już masowe – na wniosek prokuratury. Po to, by zweryfikować rosyjskie sekcje i sprawdzić tezy o zamachu. Tez o zamachu nie potwierdzono. Potwierdzono za to liczne błędy i zaniedbania rosyjskich patomorfologów. 

Andrzej Śliwka: Chciałbym, aby klucze do sejfu miał polski prezydent i rząd, a nie Ursula von der Leyen


Reklama

W trumnie polskiego prezydenta znaleziono fragmenty ciał dwóch innych osób. Dodatkowe różne szczątki ludzkie znaleziono w sumie w 69 trumnach. W wielu przypadkach były tam też śmieci – rękawiczki sekcyjne, jakieś sznurki, fragmenty ubrań. W 90 proc. przypadków stwierdzono koszmarne błędy (nie zgadzały się choćby opisy obrażeń) w dokumentacji medycznej.


Reklama

Kilka rodzin pochowało nie swoich bliskich. Najbardziej znane zamiany ciał, to przypadek ostatniego prezydenta RP na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego i Anny Walentynowicz. Rodzina legendy „Solidarności” przeżyła już dwa jej pogrzeby i do dziś nie ma pewności, kto tak naprawdę spoczywa na cmentarzu Srebrzysko w Gdańsku…

Wielu, z wielu przyczyn, nie chce już ani rozmawiać, ani słyszeć o katastrofie smoleńskiej. Wielu to właśnie ją – katastrofę – obwinia o to potężne pęknięcie w narodzie.

A to nieprawda. To nie katastrofa nas podzieliła, a my sami. My sami, po otarciu największych łez, podjudzeni przez polityków, skoczyliśmy sobie do gardeł. To politycy, z każdej opcji, wykorzystują katastrofę do własnych celów.

16 lat po tej tragedii warto po prostu wspomnieć o ludziach, którzy wtedy zginęli. Jak ktoś umie i może, niech się pomodli, ale przymusu nie ma.