- Odblokowanie funduszy europejskich to wymierny sukces rządu Donalda Tuska. Trudniej jednak ocenić, czy powrót do unijnego głównego nurtu przełożył się na trwały wzrost wpływów Warszawy i zdolność do kształtowania strategicznych decyzji Europy.
- Ochrona granicy i modernizacja armii przyniosły konkretne rezultaty, ale nie wszystkie obietnice zostały spełnione. Szlak przemytniczy nie zniknął, a zapowiadana biała księga dotycząca wojskowych zakupów nie powstała w obiecanej formie. Bilans wymaga więc oddzielenia realnych działań od politycznych deklaracji.
- Polska chce odgrywać istotną rolę w Europie, lecz wciąż musi udowodnić swoją sprawczość. W obliczu rywalizacji gospodarczej z Chinami, wojny w Ukrainie i sporu między rządem a prezydentem o kierunek polityki zagranicznej samo miejsce przy europejskim stole nie wystarczy. Liczy się zdolność do wpływania na decyzje, które przesądzą o bezpieczeństwie i przyszłości polskiej gospodarki.
Do wyborów parlamentarnych został rok. Czas zatem, bez kolorowych świateł sentymentów, przyjrzeć się dokonaniom ekipy Donalda Tuska w polityce zagranicznej. Abstrahując od międzypartyjnych uszczypliwości, warto zacząć od konkretów. A właściwie – od „stu konkretów”. Dla Koalicji Obywatelskiej – lecz nie, co należy podkreślić, dla całej koalicji – miały być mapą drogową. Co ja mówię, zakotwiczającą i wiążącą deklaracją gruntownego rozliczenia poprzednich rządów, a także zobowiązaniem naprawiającym kondycję polskiego państwa. We wszystkich obszarach – od sądów, przez publiczne wydatki, na polityce zagranicznej kończąc.
W swoich przedwyborczych zapowiedziach Koalicja Obywatelska często wskazywała na błędy poprzedniego rządu. Pod tym względem objawiały się dwie charakterystyczne cechy rodzimej polityki.
Z jednej strony, zakompleksienie. Dyplomacja PiS, wedle szykujących się wówczas do przejmowania władzy polityków, była wsobna, samotna, nie potrafiąca znaleźć ani trwałych, ani taktycznych sojuszników w Unii Europejskiej dla swoich koncepcji (osławione „dwadzieścia siedem do jednego” powtarzane od rana do wieczora jak zadrapana płyta). Słowem: Polska nie umiała za PiS-u być taka jak reszta. Nie grała unijną kolegialnością. Wstydzono się Polski krnąbrnej niczym zagrodowy sarmata.
Z drugiej, podkreślano rozległe, międzynarodowe kontakty ubiegającej się o władzę KO. Ileż to razy słyszeliśmy: „mnie w Unii nikt nie ogra”?
Sufit politycznej groteski przebił jednak Radosław Sikorski, gdy w rozmowie z Krzysztofem Stanowskim na Kanale Zero ogłosił Donalda Tuska najbardziej wpływowym żyjącym Polakiem w historii.
I tutaj objawiał się polski prowincjonalizm. Zachwyt nad mizerią towarzysko-polityczną poprzedników i analogiczny triumfalizm z powodu wysoce symbolicznych stanowisk w Brukseli. Bo czy ktokolwiek w Belgii wywyższa ponad króla Leopolda czy Dyla Sowizdrzała Hermana van Rompuya?
A teraz, z ręką na sercu, czy ktoś potrafi z imienia i nazwiska wskazać obecnego przewodniczącego Rady Europejskiej?
Już w 1630 r. francuski inżynier Guillaume de Beauplan dostrzegł osobliwą hierarchię polskich manier. Szlachcic potrafił być uniżony wobec możniejszych, uprzejmy wobec równych sobie i kurtuazyjny wobec cudzoziemców. Cały jego wykwint znikał jednak, gdy stawał twarzą w twarz z człowiekiem niższego stanu. Wtedy spod kontusza wychodziła na jaw pycha, a grzeczność ustępowała miejsca arogancji. W tej obyczajowej miniaturze Beauplana pobrzmiewa gorzka prawda o polskim genie kompleksu wobec Zachodu.
Sekstaśmy Kołodziejczaka. Rutkowski mówi o teście na narkotyki
Co zrealizowano ze „stu konkretów”?
Ale wróćmy do zapowiadanej recenzji „stu konkretów”. Z pomocą przychodzi niezrównany Demagog. Ostatnia jeszcze uwaga. Wśród stu punktów znalazły się również zobowiązania dotyczące bezpieczeństwa, współpracy z Unią Europejską, modernizacji armii i ochrony granicy z Białorusią.
Nie był to kompletny program polskiej polityki zagranicznej. Raczej katalog konkretnych działań, za pomocą których Koalicja Obywatelska chciała pokazać, że potrafi zmienić sposób prowadzenia spraw międzynarodowych. Po niemal trzech latach od wyborów można już sprawdzić, co z tych zapowiedzi zostało zrealizowane.
Trzeba jednak zachować elementarną ostrożność. W polityce bezpieczeństwa podpisanie umowy nie oznacza jeszcze dostarczenia sprzętu, a przyjęcie projektu ustawy nie jest równoznaczne z wejściem przepisów w życie. Podobnie odblokowanie pieniędzy z Unii Europejskiej nie oznacza, że wszystkie środki zostały już wydane. Rozliczanie rządu wymaga więc oddzielenia deklaracji, podjętych działań i osiągniętych rezultatów.
Konkret numer 78 brzmiał: „Uzyskamy pieniądze z funduszy unijnych i wrócimy do grupy decyzyjnej w instytucjach UE”.
W tym przypadku trudno mówić o porażce. Polska uzyskała dostęp do środków z Krajowego Planu Odbudowy, a Komisja Europejska potwierdziła, co intrygujące, w „magiczny” sposób, spełnienie warunków umożliwiających korzystanie z funduszy europejskich. W kwietniu 2024 r. do Polski trafiła pierwsza płatność z KPO w wysokości około 27 mld zł. Później uruchamiano kolejne wypłaty.
Jaką miarą mierzyć „powrót do grupy decyzyjnej w instytucjach UE”? Stanowiskiem Komisarza należnym każdemu państwu członkowskiemu z automatu? Polskimi wpływami w Parlamencie, w Komisji albo w Radzie?
Doprawdy trudno na tym polu znaleźć powody do dumy. Albowiem nie sposób uznać za polski sukces uchwalanie kolejnych pakietów sankcyjnych wobec Rosji. Tutaj panuje mało spotykany w Unii konsensus. Nie ma również w Brukseli dyskusji nad potrzebą militarnego usamodzielnienia kontynentu.
Polska uczestniczy w ukonstytuowanej z inicjatywy prezydenta Francji „Koalicji chętnych”. Nie siedzi jednak przy stole negocjacyjnym mającym zakończyć wojnę w Ukrainie. Złośliwi wskazują na zdjęcia z Kijowa i pogubionego w gronie niemiecko-francusko-brytyjskim Donalda Tuska. Mowa także o oddzielnym pociągu dla szefa polskiego rządu. Uszczypliwości nie byłyby funta kłaków warte, gdyby „rzeczywistość obrazu” nie pokrywała się z rzeczywistością nominalną.
Martwi natomiast nieobecność w polskiej debacie rosnącego zagrożenia ekonomicznego ze strony Chin. Tym bardziej zastanawia, że kwestia odpierania agresywnej polityki Kremla idzie w parze z podkreśleniem sukcesów ekonomicznych i profitów merkantylnych obecności Polski w strukturach Unii Europejskiej. A że Unia dogmatycznie podchodzi do spraw „zielonego przeobrażenia” i coraz gorzej wypada w międzynarodowym anturażu wielkiego przemysłu, to i jej wpływy stają się coraz mniejsze, eufemistycznie rzecz ujmując, śmielsze. Temu zagadnieniu warto poświęcić kilka linijek.
Sandały, khat i pociski balistyczne, czyli jak biedaarmia Huti paraliżuje saudyjskie mocarstwo
Europa musi nauczyć się mówić „nie” Chinom. A gdzie w tej grze jest Polska?
Chiny nie tyle konkurują z Europą, ile systematycznie przebudowują reguły gospodarczej gry. Państwo dotuje własne przedsiębiorstwa, wspiera ekspansję przemysłową i wykorzystuje zależność handlową jako narzędzie geopolitycznego nacisku. Skala problemu jest ogromna: w 2025 r. deficyt Unii Europejskiej w handlu towarami z Chinami sięgnął 360 mld euro. Zdaniem Pascala Canfina, autora analizy opublikowanej na łamach „Le Grand Continent”, utrzymywanie status quo grozi Europie utratą kolejnych gałęzi przemysłu.
Odpowiedzią nie powinny być ani bezwarunkowy wolny handel, ani chaotyczna wojna celna. Europa musi inwestować we własne technologie, ograniczać strategiczne zależności i nauczyć się wykorzystywać siłę swojego wspólnego rynku. Dostęp do niego powinien stać się instrumentem polityki przemysłowej, a nie przywilejem rozdawanym bez oglądania się na konsekwencje. Bruksela dysponuje już narzędziami ochrony rynku, lecz wciąż brakuje politycznej woli, by stosować je konsekwentnie.
Canfin wskazuje również na konieczność budowania sojuszy z państwami podzielającymi europejskie interesy, między innymi Kanadą, Japonią i Koreą Południową. Warunkiem powodzenia jest jednak jedność Unii – zwłaszcza porozumienie Francji i Niemiec, których przemysł szczególnie mocno odczuwa chińską ekspansję.
W tej opowieści uderza nie tylko skala chińskiej ofensywy, lecz także nieobecność Polski. W analizie poświęconej strategicznej przyszłości europejskiego przemysłu polska dyplomacja właściwie nie występuje jako samodzielny uczestnik gry.
Tymczasem decyzje o przyszłości europejskiego rynku, łańcuchów dostaw, elektromobilności i przemysłu obronnego będą dotyczyć również polskiej gospodarki. Jeśli Europa ma nauczyć się mówić Pekinowi „nie”, Warszawa nie może ograniczać się do słuchania, co postanowią inni.
Co z innymi konkretami?
Zamknijmy chińską dygresję i wróćmy do analizy. Konkret numer 29 łączył dwa zobowiązania: pozyskanie unijnych pieniędzy na obronę granicy oraz zlikwidowanie szlaku przemytników prowadzącego przez Białoruś do Polski i dalej do Unii Europejskiej.
Pierwszą część udało się zrealizować w istotnym zakresie. Rozbudowano monitoring, modernizowano zaporę fizyczną i elektroniczną, a na granicznych rzekach powstawały dodatkowe zabezpieczenia. Rząd rozwijał również projekt Tarczy Wschód.
Nie zniknęła jednak presja migracyjna. Straż Graniczna nadal odnotowywała próby nielegalnego przekraczania granicy, a działalność przemytników nie została całkowicie wyeliminowana.
Państwo wzmocniło narzędzia ochrony granicy, lecz nie osiągnęło deklarowanego celu całkowitej likwidacji szlaku.
Konkret numer 73 należał do najbardziej ambitnych deklaracji dotyczących bezpieczeństwa. Tusk zapowiedział przedstawienie w ciągu stu dni programu modernizacji polskiej armii, pozyskanie kolejnych sześciu baterii Patriot, śmigłowców wielozadaniowych i bojowych, nowoczesnych dronów oraz innych elementów obrony powietrznej.
W tej dziedzinie można wskazać realne postępy. Rząd kontynuował pozyskiwanie uzbrojenia, rozwijał programy obrony powietrznej i prowadził działania związane z zakupem śmigłowców Apache. W lutym 2024 r. podpisano umowę dotyczącą zintegrowanego systemu dowodzenia IBCS dla kolejnej fazy programu Wisła i programu Narew. To właśnie w tym przedsięwzięciu przewidziano sześć kolejnych baterii Patriot.
Nie wszystkie te projekty rozpoczęły się jednak za rządów Tuska. Część była przygotowywana jeszcze przez poprzednią ekipę. Przypisywanie obecnemu rządowi całej zasługi za zakupy kontynuowane po zmianie władzy byłoby równie nierzetelne jak pomijanie jego udziału w ich realizacji.
W 2026 r. doszedł kolejny element: unijny instrument SAFE. Polska uzyskała około 43,7 mld euro na inwestycje obronne, a umowę dotyczącą finansowania podpisano w maju 2026 r. Środki mają wspierać między innymi obronę przeciwlotniczą, systemy antydronowe, artylerię i Tarczę Wschód. To istotne wzmocnienie zdolności obronnych, ale nie dowód na terminowe wykonanie wszystkich elementów konkretu 73.
SAFE przedstawia się jako receptę na europejskie bezpieczeństwo, ale pod warstwą strategicznych deklaracji kryje się pytanie, którego nie wolno zagłuszyć chórem entuzjastów integracji: czy państwo, zaciągając wielomiliardowe zobowiązania na obronność, rzeczywiście wzmacnia swoją suwerenność, czy też uzależnia ją od kolejnego mechanizmu finansowego projektowanego w Brukseli?
Konkret numer 72 zakładał kontrolę procedur dotyczących awansów i zakupów w wojsku od 2015 r. oraz stworzenie białej księgi dokumentującej decyzje pociągające za sobą znaczące skutki finansowe. Zapowiadano również rozliczenie nieprawidłowości.
Ministerstwo przeprowadziło przegląd programów i systemu pozyskiwania sprzętu. Przedstawiono też informacje o problemach planistycznych, niedoszacowaniu kosztów oraz przygotowaniu infrastruktury.
Nie opublikowano jednak obiecanej białej księgi obejmującej wszystkie wskazane obszary. Nie ma zatem podstaw, by uznać, że wykonano cały punkt programu.
Bilans wybranych obietnic z obszaru polityki zagranicznej i bezpieczeństwa nie jest ani triumfalny, ani całkowicie negatywny. Rząd może wskazać realne osiągnięcia: odblokowanie funduszy unijnych, rozbudowę zabezpieczeń granicznych, kontynuację zakupów uzbrojenia i przystąpienie do Prokuratury Europejskiej.
Walka między dwiema koncepcjami
Z pewnym przejęciem obserwujemy również dwa, rozdzielne ośrodki prowadzenia polityki zagranicznej. Prezydent i premier prowadzą tutaj grę niebezpieczną, na granicy własnych konstytucyjnych kompetencji. Wielu komentatorów widziałoby możliwą zaletę dwugłosu, umowne rozdzielenie ról. Prezydent Karol Nawrocki przewodziłby polityce transatlantyckiej, a premier Donald Tusk z Radosławem Sikorskim – europejskiej. Niestety, zarówno jeden ośrodek, jak i drugi nie potrafią – a może nie chcą? – przyjąć takiego podziału, który byłby i korzystny, i komplementarny.
Polityka zagraniczna staje się krzywym zwierciadłem sporów wewnętrznych. Nie trzeba być przenikliwą Kasandrą, aby przepowiedzieć, że elektoralny rok spór ten tylko zaostrzy do granic wytrzymałości. I niestety, może mieć opłakane skutki.
Konstytucja nie pozostawia w tej sprawie całkowitej dowolności. Artykuł 133 stanowi, że prezydent reprezentuje państwo w stosunkach zewnętrznych, ratyfikuje umowy międzynarodowe i mianuje ambasadorów, ale zarazem nakłada na niego obowiązek współdziałania z premierem oraz właściwym ministrem – w tym kontekście z szefem MSZ-u.
Nie przewiduje zatem dwóch równoległych polityk zagranicznych, z których każda miałaby własną geografię, własne ambicje i własną definicję polskiej racji stanu. Tymczasem spór o unijny program SAFE pokazał, jak szybko różnica w ocenie strategicznych narzędzi może przerodzić się w instytucjonalną konfrontację.
W marcu 2026 r. Karol Nawrocki zawetował ustawę umożliwiającą wykorzystanie unijnych pożyczek na obronność, argumentując, że rozwiązanie zagraża polskiej suwerenności, podczas gdy Donald Tusk zapowiadał wykorzystanie środków innymi drogami. Premier, jak wiemy, dopiął swego.
Różnice między obozem prezydenckim a rządem dotyczą między innymi stosunku do integracji europejskiej, relacji z USA i polityki wobec Ukrainy; czerwcowy spór o odznaczenie Wołodymyra Zełenskiego dodatkowo unaocznił, jak krajowe konflikty mogą komplikować stosunki z kluczowym sąsiadem.
Nie chodzi o to, by prezydent i premier wyrzekli się różnic ani by politykę zagraniczną zamknąć w sterylnym laboratorium ponadpartyjnego konsensusu. Chodzi o rozróżnienie między sporem o środki a wspólnym rozpoznaniem celu. W przeciwnym razie zbliżający się rok wyborczy może zamienić dyplomację w kolejną scenę krajowego spektaklu, w którym każda strona będzie liczyła polityczne punkty, a rachunek za brak spójności wystawią nam inni.
Zamiast konkluzji. O polskim duchu narodowym
Polska w „Dziennikach” Witolda Gombrowicza wydaje się schwytana w kosmiczną zasadzkę. Zarówno mentalną, jak i geograficzną, a przede wszystkim – cywilizacyjną. Pisarz nie szczędzi ostrych słów, gani nas za kołtuństwo, zakompleksienie, małostkowość połączoną z megalomanią, duszenie się w hultajskim bigosie dziejów, którego głównymi składnikami są brak jasno określonej formy, resentymenty oraz prowincjonalizmy.
Zarówno „Dzienniki”, jak i „Transatlantyk” są gorzkimi diagnozami odwiecznych pytań o skrystalizowanie „polskości” i jednocześnie próby wyjścia z owej „problematycznej polskości”, używając wyświechtanego sformułowania Donalda Tuska. Nawiasem mówiąc, cytat o polskiej „nienormalności” z zamierzchłego tekstu premiera wyrwany jest ze swojego kontekstu i był nawiązaniem do gorzkich diagnoz Andrzeja Bobkowskiego.
Gani nas Gombrowicz co rusz. Zachwycamy się pałacami, które blado wypadają przy włoskich miastach-skarbnicach stworzonych przez Medyceuszy. Podkreślamy z dumą naszą rycerskość i symbole „słusznego” oporu wobec ciemiężcy-hegemona, kiedy na świecie triumfuje pragmatyzm i gramatyka siły. Polski duch, nostalgiczna tęsknota za modernizacyjnymi zrywami II i potęgi I Rzeczpospolitej, diagnozuje Gombrowicz, czyniąc z nas nieporadnymi i płaczliwymi dziedzicami utraconej, zdaje się bezpowrotnie, wielkości.
Nie znajdując już oparcia w rzeczywistości, miarę swoją umniejszamy, kanonizując wartości pozaracjonalne. Nie rozgrywamy wielkich partii na ogólnoświatowej i cywilizacyjnej szachownicy. Za to podkreślamy „moralną słuszność” politycznych wyborów i diagnoz. Upodobniamy się do kultur sławiących własną przeszłość, nie potrafiąc jednocześnie poradzić sobie z wyzwaniami teraźniejszości, a także nie znajdując już treści do wypełnienia przyszłości.
Polityka zagraniczna Donalda Tuska oraz Radosława Sikorskiego miała być antidotum na narodowe przypadłości. Miała wyprowadzić Polskę z prowincjonalnego kompleksu, zastąpić samotność europejską podmiotowością, a historyczne resentymenty – pragmatyzmem.
Nie wystarczy jednak odzyskać zaproszenia do stołu, jeśli nie potrafi się przy nim samodzielnie rozgrywać własnych interesów. Między brukselskim zachwytem a sarmacką nieufnością rozciąga się przestrzeń, w której powinna mieścić się dojrzała polska racja stanu. To tam należałoby szukać miary sukcesu: nie w liczbie uściśniętych dłoni, złośliwościach, w tyradach zrywających ciągłość instytucjonalną państwa, lecz w zdolności do wpływania na decyzje, które przesądzą o bezpieczeństwie i gospodarczej przyszłości państwa.
Może Cię również zainteresuje:


