Kinematografia irańska jest dziś pierwszą linią bezkrwawego oporu przeciw reżimowi ajatollahów. Oto pięć (względnie) nowych filmów, które pozwolą wam ją lepiej zrozumieć.

Nie jestem specjalistą od irańskiego kina. Gdybym był, musiałbym snuć opowieść o fałszywych rymach; o pozornej zbieżności kultur oraz nierównoległych losach sztuki. Słowem – o kinie, które w teorii jest podobne do naszego, niemieckiego, francuskiego, czy włoskiego, lecz w praktyce nici jego DNA splatają się w zupełnie inny wzór.
Widziałem natomiast wystarczająco dużo irańskich filmów, by wiedzieć, że jest to jedna z najważniejszych współczesnych kinematografii. Być może z powodu swojej gatunkowej rozpiętości oraz zakresu tematycznych poszukiwań. A może dlatego, że atmosfera towarzysząca zmaganiom filmowców przypomina tę z Polski czasów PRL-u, Ukrainy w dobie rosyjskiej inwazji oraz Ameryki na smyczy senatora McCarthy'ego. Jednocześnie.
Bunt przeciw pokoleniu ojców
Kino pojawiło się w Iranie, tak jak w większości miejsc, na początku XX wieku. I to zaledwie pięć lat po swoich narodzinach w Paryżu. Najpierw nadworny fotograf piątego szacha dynastii Kadżarów sprowadził kinematograf do Teheranu. A później jakoś już poszło. W latach 30. kino nieme przegrało z dźwiękowym. W latach 50. zachwyt nad amerykańskim kinem gatunków sprawił, że Irańczycy zaczęli szyć cudzą konfekcję na lokalną miarę. Potem, jak w zegarku, przypłynęła Nowa Fala – podobnie jak we Francji, Włoszech, Brazylii i paru innych krajach, młodzi filmowcy zbuntowali się przeciw pokoleniu ojców.
Jeśli zaś idzie o czasy nowożytne, których cezurę wyznacza upaństwowienie kinematografii pod rządami ajatollahów, trudno wyobrazić sobie pejzaż światowego kina bez Iranu. Generalizując na potrzeby poniższych rekomendacji, Irańczycy uprawiają dziś najciekawszą odmianę filmowego buntu przeciw władzy.
Jej jakość potwierdziły zwycięskie biegi przez Berlin, Wenecję i Cannes, dwa Oscary (obydwa dla Asghara Farhadiego, twórcy takich filmów jak „Rozstanie” i „Klient”), a także snobizm na kilku irańskich klasyków, z nieodżałowanym Abbasem Kiarostamim na czele. Jeśli na przełomie wieków spytalibyście przechodnia o najlepszy film w dziejach kina, istniałaby szansa, że jeden na stu uzna wyższość „Smaku wiśni” nad „Ojcem chrzestnym”. To, wbrew pozorom, nienajgorszy wynik.
Ponieważ przez większość swojej bogatej historii kinematografie Iranu oraz zachodniej Europy sunęły po dwupasmówce w stronę wspólnego jutra, czyli ważnych nagród i wielkich imprez, łatwo zapomnieć o zasadniczych różnicach między nimi. Na przykład o języku kina kształtującym się w bezpośredniej odpowiedzi na język religijnego fundamentalizmu.
Poetyckość owego języka „zakwitła” na jałowym gruncie rewolucji islamskiej. Jego symboliczność i alegoryczność „zawdzięczamy” religijnemu reżimowi. I jak to zwykle w takich przypadkach bywa, na cmentarzu marzeń o kinie wolnym od politycznego chomąta kwitną najpiękniejsze idee. Jedna z nich głosi, że sztuka, zwłaszcza ta, która walczy pod butem systemu o każdy haust powietrza, jest drogą do wolności.
1. „To był zwykły przypadek”: Kino zemsty. Ale czy słusznej? (do obejrzenia w kinach)
Pamiętam kilka scen z różnych filmów Jafara Panahiego. W jednej z nich zaglądamy do prowizorycznej celi na dachu stadionu Azadi w Teheranie. Choć okienko wychodzi na płytę boiska, gdzie Iran gra mecz eliminacyjny do mundialu, zatrzymana w celi dziewczyna słyszy jedynie odgłosy rywalizacji.

Kadr z filmu „To był zwykły przypadek”, reż. Jafar Panahi, 2025 (fot. mat.dystrybutora)
Pod powiekami mam też taksówkę przeciskającą się przez zatłoczony Teheran oraz handlarkę pirackimi filmami, która oferuje kierowcy zagraniczne hity. A także mężczyznę z miarką i taśmą klejącą, który, uwięziony przez władzę we własnym mieszkaniu, wyznacza granice nieistniejącej filmowej scenografii.
Facetem z taśmą i miarką jest sam Panahi. Taksówkarzem – też. Jako reżyser balansujący na cieniutkiej granicy oddzielającej dokument od fabuły, lubi pojawiać się na ekranie. Niekoniecznie po to, by kreować rzeczywistość, naginać ją pod konkretny efekt. Raczej po to, by rozruszać jej atomy i pokazać, że jako obywatel też jest częścią opowieści o krwawiącym państwie. Miejsce w historii kina zapewniła mu monumentalna kronika irańskiej codzienności, którą spisuje od ponad trzech dekad. Międzynarodową sławę zyskał z kolei dzięki upolitycznionym sądom oskarżającym go o „antyrządową propagandę”.
Panahi był skazywany na areszt domowy i więzienie, miał 20-letni zakaz kręcenia filmów, wielokrotnie konfiskowano mu paszport, prowadził też strajk głodowy. Dziś promuje nagrodzony Złotą Palmą w Cannes film „To był zwykły przypadek”. Lecz już po Oscarach zamierza wrócić do domu. Jeśli wróci, znów trafi za kraty.
W jednej z pierwszych scen canneńskiego hitu mechanik samochodowy Vahid rozpoznaje w swoim kliencie dawnego oprawcę z policji. Być może to właśnie on torturował go po protestach przeciwko ajatollahom. Być może nie. Dla pewności Panahi zalewa Vahida karmazynowym światłem. Metafora jest czytelna: oto gruby woal emocji przesłaniający skomplikowaną prawdę.
Akty rebelii w wykonaniu Panahiego miewały różną temperaturę i zazwyczaj przynosiły wielowymiarowe portrety rozdartego społeczeństwa. W „To był zwykły przypadek” narracyjnym paliwem jest gniew. Zanim spirala absurdu rozkręci się na dobre, scenarzysta zdąży jeszcze ustawić na szachownicy kilka pionków; ofiar tego samego systemu, które – czy aby na pewno? – ucierpiały z rąk przedstawiciela władzy.
Zaczyna się sąd, który czasem przypomina komedię, kiedy indziej thriller, to znów psychodramę. Ton opowieści zmienia się co kwadrans, by nadążyć za kolejnymi wielkimi tematami. Granica oddzielająca zemstę od sprawiedliwości, dynamika „teatru” zbiorowej odpowiedzialności, trauma jednostki infekująca postronnych… Mówiąc krótko, jest czym się ekscytować w trakcie seansu i nad czym dumać po napisach końcowych.
2. „Holy Spider” – seryjny morderca jako bohater narodowy (dostępny m.in. w TVP VOD)
Urodzonemu w Teheranie i wychowanemu w Szwecji Alemu Abassiemu więzienie raczej nie grozi. Groźby przeciw niemu mają charakter symboliczny, choć w 2022 r., po canneńskiej premierze filmu „Holy Spider”, rządowe media wzywały ajatollaha Choimeniego do wydania fatwy.

Kadr z filmu „Holy Spider”, reż. Ali Abassi, 2022 (fot. mat.dystrybutora)
Gdyby reżyser podzielił los Salmana Rushdiego, byłoby to, mimo wszystko, zaskoczenie. Jako artysta Abassi nie jest bowiem zafiksowany na kraju urodzenia. Na koncie ma oniryczny melodramat o trollicy uwodzącej celnika („Granica”), horror o opętanej rumuńskiej surogatce („Shelley”), kilka odcinków serialowej ekranizacji gry wideo „The Last of Us”, a także zrealizowaną w Hollywood biografię Donalda Trumpa („Wybraniec”). Pieniądze na to, nad czym aktualnie pracuje, powinno się stawiać u bukmacherów.
„Holy Spider” jest w jego filmografii pozycją o tyle wyjątkową, że skomplikowana opowieść o polityczno-społecznej rzeczywistości Iranu przełomu wieków ma umocowanie w faktach. Inspirowana jest historią seryjnego mordercy pracownic seksualnych z Teheranu. W 2000 r. żył nią cały kraj. Z tym, że nie wszyscy w tymże kraju byli zgodni co do tego, kto jest w niej czarnym charakterem. Według islamskich radykałów tytułowy „Pająk” czyścił miasto z moralnego plugastwa.
Zderzenie porządku klasycznego thrillera policyjnego z rzeczywistością teokratycznej dyktatury wydaje się perwersyjne nie tylko na papierze. Film Abassiego ogląda się trochę jak alternatywną wersję „Siedem” Davida Finchera, w której mieszkańcy Nowego Jorku kibicują psychopacie i opluwają na ulicy Brada Pitta.
Po części surowe kino społeczne, częściowo czarny kryminał, „Holy Spider” wędruje przez rozmaite gatunkowe rejony, by w finale zatrzymać się na sali sądowej. To tam rozpoczyna się najważniejsza opowieść: ta o roli kobiet w irańskim społeczeństwie oraz o korumpującej sile władzy. Smutną kodę dopisało do niej życie: prześladowana za rolę niezłomnej policjantki aktorka Zar Amir Ebrahimi musiała zbiec z kraju.
3. „Tatami” – sport, czyli arena politycznych nacisków (dostępny w Canal+)
Wyjazd Ebrahimi okazał się dobry i dla niej, i dla nas. We współreżyserowanym z Guyem Nattivem „Tatami” artystka zabiera nas na mistrzostwa świata w judo. Dzięki prostej metaforze sportu jako sfery politycznych machinacji zderza indywidualne ambicje sportsmenek z państwowym interesem republiki.

Kadr z filmu „Tatami”, reż. Zar Amir Ebrahimi, Guy Nattiv, 2023 (fot. mat.dystrybutora)
Oto irańska dżudoczka ma zmierzyć się w finale zawodów z reprezentantką Izraela. Mułłowie, mówiąc kurtuazyjnie, pozostają niechętni takiemu starciu (z perspektywy szyickich interpretatorów doktryny jest to wizerunkowy blamaż) i stopniowo zamieniają życie ambitnej dziewczyny w piekło.
To, co następuje później, jest blisko dwugodzinnym szarpaniem nerwów – opowieścią o ludzkiej godności uginającej się pod ciężarem opresyjnej kultury. Zaś przy okazji – sprawnie zrealizowanym filmem o wyścigu z czasem, który ustawicznie spycha nas na krawędź fotela.
Mam do „Tatami” sporo zarzutów. Na przykład takie, że dżudocy są na ekranie celebrytami większymi od gwiazd popu, ich międzynarodowy związek zawodowy to jednocześnie ONZ, lecznica psychoterapeutyczna oraz korporacja ochroniarska, zaś sport traktowany jest przez scenarzystów pretekstowo. Ostatecznie jednak przekonuje mnie uniwersalny wymiar opowieści. Nie tak znowu trudno przeciągnąć stąd nitkę do gomułkowskiej Polski, albo przerzucić kilkanaście mostów między krajami, w których sport był kołem zamachowym propagandowej machiny.
4. „Nasienie świętej figi” – jak przesłuchać własną rodzinę? (dostępny m.in. w TVP VOD)
O ile Panahi, Abassi i Ebrahimi poruszają się w obrębie znajomych, rytualnych konwencji, od komedii charakterów, przez thriller, po dramat sportowy, o tyle Mohammad Rasoulof to już waga ciężka. W przeszłości kręcił filmy o bezdomnych z zardzewiałego tankowca w Zatoce Perskiej, prawniczce uwięzionej w Iranie bez prawa do wykonywania zawodu, a także polifoniczne kino o karze śmierci oraz – nie jest to metafora – poemat o kolekcjonerze cudzych łez.

Kadr z filmu „Nasienie świętej figi”, reż. Mohammad Rasoulof, 2024 (fot. mat.dystrybutora)
Jego „Nasienie świętej figi” to równie interesujący dramat o egzystencjalnie patowej sytuacji. Oto pod jednym dachem mieszkają ojciec – sędzia śledczy i funkcjonariusz reżimu oraz dwie córki, które wychodzą na ulice po śmierci kurdyjskiej studentki Mashy Aminii z rąk policji obyczajowej. Miasto płonie, z szafki nocnej znika broń patriarchy, nad rodziną zawisa złowróżbne fatum. To nie pierwszy raz, gdy Rasoulof dostrzega w rodakach bohaterów antycznej tragedii.
Formuła konfrontacji przy rodzinnym stole to motyw wałkowany w kinie do znudzenia – w Polsce znamy go aż za dobrze. U Rasoulofa to znajome studium charakterów szybko zamienia się jednak w laboratorium domowego terroru. Oczywiście, familia jest tu metaforą całego państwa, zaś sytuacja bez wyjścia – przeglądem najróżniejszych postaw wobec reżimu.
Jako że film powstawał w partyzanckich warunkach, z dala od premiującego usłużne przeciętniactwo systemu dotacyjno-cenzorskiego, wzbogacono go prawdziwymi nagraniami z protestów. Dzięki tej social-mediowej podszewce przypomina jednocześnie relację na gorąco z pospolitego ruszenia, jak i autobiograficzną opowieść o pryncypiach artysty. Opluwani, skazywani, więzieni, wypuszczani za granicę i zawracani do kraju filmowcy formatu Rasoulofa trwają w przedziwnej grze w władzą, w której owe pryncypia są ich jedyną bronią.
5. „Moje ulubione ciasto” – ostatni taki romans (dostępny w HBO Max)
Twórcy „Mojego ulubionego ciasta” Maryam Moghaddam i Behtasha Sanaeehy też wychodzą od protestów z 2022 r., by pokazać, że nawet tak wyeksploatowany gatunek jak melodramat da się uszlachetnić na potrzeby filmowej partyzantki.

Kadr z filmu „Moje ulubione ciasto”, reż. Maryam Moghadam, Behtash Sanaeeha, 2024 (fot. mat.dystrybutora)
Tytuł nie kłamie. Na ekranie sporo się piecze. Zaś jeszcze więcej – plecie. Bohaterowie, owdowiała 70-latka Mahin oraz straumatyzowany wojną taksówkarz Faramarz, gadają o rzeczach istotnych i błahych; o przeszłości, którą woleliby pogrzebać oraz przyszłości, która nigdy nie nadeszła; o kulturze, polityce, dzieciach i rodzicach. Spalają się powolutku w cichym, i najpewniej ostatnim w życiu, romantycznym akcie.
Humor jest tu czymś więcej niż filtrem, przez który oglądamy posiniaczone państwo. To również koło zamachowe buntu. Nasycone są nim sceny tańca, picia alkoholu, spacerów bez hidżabu. Dość powiedzieć, że za ten rodzaj rebelianckiej energii Moghaddam i Sanaeeha też są dziś na cenzurowanym.
Jak przekonują twórcy, zakorzeniona w religii obietnica życia wiecznego to ciasto, którego nigdy nie zjemy; odkładane na wieczność, stygnące przez lata upokorzeń, szykowane na chwilę dowolnie rozumianej wolności. Zaś tych, którymi sycimy się na co dzień, nie musimy wcale jeść na kolanach.
