Reklama
Reklama

Reklama

Czy wolno słuchać Michaela Jacksona? Dlaczego oklaskujemy upadłych idoli

Reklama

Wchodząca na ekrany kin biografia Michaela Jacksona to urocza laurka, w której zabrakło miejsca na niewygodną prawdę. Szkoda. Mówimy w końcu o człowieku, którego próbowaliśmy wymazać z popkultury, ale okazał się dla niej (i dla nas) zbyt ważny. Co jego przypadek mówi o innych moralnie skompromitowanych idolach?

michael-2026-review-half-a-movie
Jaafar Jackson w filmie „Michael", reż. Antoine Fuqua, prod. Lionsgate Films, 2026 (fot. Glen Wilson / Lionsgate)
  • „Michael” to lukrowana biografia Michaela Jacksona. Więcej w niej nostalgii i klisz niż rzeczowej analizy fenomenu jednego z najważniejszych artystów w historii popkultury.
  •  „Kultura unieważniania” to w dużej mierze fikcja. Upadają tylko płotki, giganci pozostają nietykalni.
  •  Od Króla Popu, przez Romana Polańskiego, aż po bywalców wyspy Jeffreya Epsteina. Michael Jackson stoi na czele korowodu twórców, którzy okazali się zbyt ważni, by wymazać ich z popkultury. Czy jesteśmy cynikami, których moralność kończy się tam, gdzie zaczyna się ulubiona piosenka?

Reklama

„Uciekłem tego dnia, w którym się urodziłem. A zrobiłem to, bo usłyszałem, jak ojciec i matka rozmawiali o tym, kim zostanę, gdy będę dorosły” – rzekł wieczny chłopiec, który w akcie buntu skrył się w świecie wyobraźni. Łatwo pomylić go z Michaelem Jacksonem, ale to słowa Piotrusia Pana. 

W filmie „Michael” przyszły Król Popu bunkruje się w swoim pokoju i namiętnie czyta przygody Piotrusia Pana. Do Nibylandii ucieka najpierw przed apodyktycznym ojcem, później przed cynicznymi graczami z branży muzycznej, wreszcie – przed całym światem. Pielęgnowanie wewnętrznego dziecka to jednak coś więcej niż mechanizm obronny. Jak przekonują autorzy filmu, to również paliwo do tworzenia nieśmiertelnej sztuki. 

Refleksje na temat tego, czy Jackson pozostał dzieckiem, gdy zapraszał młodych chłopców do własnej Nibylandii, scenarzyści zostawiają na sequel. Oto efekt ponad czterogodzinnego metrażu pierwotnej wersji filmu. A także ugody zawartej jeszcze w latach 90. pomiędzy Jacksonem a Evanem Chandlerem, ojcem jednej z jego pierwszych domniemanych ofiar.


Reklama

Sęk w tym, że jako widzowie znamy ciąg dalszy tej historii. I odpowiedzi na pytania w niej zawarte przydałyby nam się na ekranie już teraz.


Reklama

Live Nation zapłaci 15,3 mln zł kary. UOKiK zakwestionował regulaminy

Michael Jackson jak z obrazka

Wieczne pacholęctwo Michaela Jacksona dostrzegamy w aksamitnym głosie oraz miękkich ruchach dwóch aktorów: 12-latka Juliano Krue Valdiego oraz dorosłego bratanka muzycznej legendy, Jaafara Jacksona.

Jaafar Jackson w filmie „Michael", reż. Antoine Fuqua, prod. Lionsgate Films, 2026 (fot. Glen Wilson / Lionsgate)


Reklama

Obaj tańczą na granicy oddzielającej zbiorową fantazję od człowieka z krwi i kości. Manieryzmy Jacksona, jego mimikę, ekspresję oraz język ciała naśladują bez pudła. Tym większa szkoda, że nie dostali zgody na jakąkolwiek subtelność. W skrzynce z narzędziami reżyser Antoine Fuqua ma wyłącznie młotek. Zaś młody Michael ma być przede wszystkim ofiarą – jaskrawą kontrą dla swojego ojca.


Reklama

Patriarcha rodu przypomina jednocześnie bezwstydnego uwodziciela, sierżanta z filmu wojennego oraz diabła z cyrografem za pazuchą. Swoje dzieciaki musztruje bez litości i bez ustanku – czasem słowem, najczęściej pasem.

Jego metody wychowawcze oraz bierna, wynikająca w dużej mierze ze strachu postawa matki są oczywiście umocowane w faktach. Niestety, film jest tak mało wyrafinowany w budowaniu ekranowych opozycji, że główny bohater wydaje się całkowicie zwolniony z odpowiedzialności za własne życie i decyzje. 


Reklama

Fakt, że „Michael” prześlizguje się po traumatyzujących wydarzeniach, które ukształtowały losy jednego z największych artystów w historii, nie powinien dziwić. Za produkcję odpowiadają bowiem dziedzice fortuny Jacksona oraz strażnicy jego wizerunku. Całość powstała pod czujnym okiem Johna Branki, legendarnego prawnika zarządzającego majątkiem gwiazdora. 


Reklama

Wielkim zaskoczeniem nie jest również to, że „Michael” przypomina dworski portret. Zarówno czasy triumfu rodzinnego przedsiębiorstwa, którym od początku było The Jackson 5, jak i początki solowej kariery gwiazdora pokazane są z nieznośną hagiograficzną manierą. Jackson w pojedynkę kończy wieloletnie wojny gangów w Los Angeles, spełnia ostatnie życzenia chorych na raka dzieci, a na fajrancie je lody z mamą i wzdycha do Piotrusia Pana. Do chłopca o perfekcyjnym nosie i idealnym kolorze skóry.

Tym, co autentycznie mnie dziwi, jest natomiast opowieść o Jacksonie jako artyście. Jasne, gdy z kinowych głośników płyną pierwsze takty „Thrillera” bądź „Beat It”, nóżka zaczyna tupać, a w mózgu otwierają się szufladki ze wspomnieniami.

Problem w tym, że sam proces tworzenia pozostaje na ekranie wielką zagadką, to jakieś samospalenie się w twórczym akcie, czary-mary w układanych bez polotu sekwencjach montażowych. Próba zgłębienia geniuszu artysty wydaje się przez to naskórkowa. Na pokrytym laminatem nostalgii wizerunku nie dostrzeżemy żadnej rysy.


Reklama

W normalnych okolicznościach wszystkie elementy tego wizerunku (a co za tym idzie – filmu) funkcjonowałyby w próżni. Okoliczności nie są jednak normalne. Po „Michaelu” spodziewaliśmy się bowiem nie tylko zrealizowanej od linijki biografii, lecz także zabrania głosu w szerszej dyskusji na temat tego, co, kiedy i w jakich okolicznościach wybaczamy naszym upadłym idolom. 


Reklama

Przemilczane kontrowersje

Moment na „Micheala” jest dobry jak każdy inny. Od czasu swojej śmierci w 2009 r. Jackson „zarobił” blisko 3 mld dol. z rozmaitych źródeł – od transmisji telewizyjnych, przez streamingowe platformy, po hitowe musicale. A przecież w 2019 r. próbowaliśmy się umówić, że w świetle poważnych oskarżeń o molestowanie najmłodszych  wypadałoby tupnąć nogą. W chwili, gdy piszę te słowa, jego utwory notują po 11 mln odtworzeń dziennie. Na Spotify słucha go blisko 70 mln użytkowników miesięcznie.

Jest to dziedzictwo, z którym trudno dyskutować. I na które warto byłoby rzucić światło z kilku stron. Tymczasem akcja „Michaela” kończy się na sześć lat przed tym, gdy Evan Chandler oskarżył Jacksona o molestowanie seksualne jego 12-letniego syna Jordana. Scenarzysta John Logan uwzględnił ten wątek. Na mocy ugody zawartej przez Jacksona z Chandlerem twórcy nie mogli go jednak wykorzystać.

Kanye West nie wystąpi w Polsce. Jest decyzja


Reklama

Dość powiedzieć, że bez niego „Michael” jest nie tyle niekompletny, co najzwyczajniej w świecie – niepotrzebny, a przynajmniej nie w aktualnym kształcie. Bez względu na skalę geniuszu Jacksona, nie da się opowiadać o nim bez narracji o przekraczaniu moralnych granic; bez kroniki dziwactw, które często mroziły krew w żyłach; bez kontekstu filmu „Leaving Neverland” Dana Reeda, w którym dwóch dorosłych mężczyzn oskarżyło Króla Popu o wieloletnie molestowanie seksualne. 


Reklama

„Leaving Neverland” powstało w 2019 r. Dokument oglądaliśmy w zenicie tzw. cancel culture, czyli fali „unieważniania” i usuwania z przestrzeni publicznej gwiazd oskarżanych (lub skazanych) za rozmaite przestępstwa, głównie o charakterze seksualnym. „Czy Michael Jackson jest zbyt duży, by go scancelować?” – pytał wówczas „Billboard”. „Czy wciąż powinniśmy słuchać muzyki Michaela Jacksona?” – zastanawiali się dziennikarze „Guardiana”. 

Wpływ Jacksona na kulturę popularną okazał się tak duży, że nawet przed siedmioma laty były to pytania retoryczne. Próba zredukowania jego muzyki do czegoś w rodzaju dokumentu historycznego wyglądała jak zamach na całą popkulturę. Jackson nie został skazany przez sąd. Z kolei relacje bohaterów i reżysera dokumentu były kwestionowane, przede wszystkim z powodu jednostronnej narracji, tendencyjnego doboru świadków oraz logicznych nieścisłości.


Reklama

Nie do przecenienia był również fakt, że artysta miał potężny wpływ na nowe pokolenie muzyków – od The Weeknd i Bruno Marsa, po k-popową supergrupę BTS. Nie mówiąc nawet o setkach, jeśli nie tysiącach zespołów i wykonawców, które przeszły pod medialnym radarem.


Reklama

Co i dlaczego wybaczamy?

Jeśli płynie z tego wszystkiego jakaś nauka, to najpewniej taka, że nie przestrzegamy granic, które sami sobie wytyczyliśmy. Dobra wiadomość jest taka, że możemy dzięki temu na nowo otworzyć dyskusję o „kulturze wymazywania”.

Kanye West w towarzystwie legendy NFL, Jima Browna, na spotkaniu w Gabinecie Owalnym z prezydentem Donaldem Trumpem, Waszyngton, październik 2018 (fot. Consolidated News Photos / Shutterstock)

Wypadkowa natury zbrodni, medialnej ekspozycji sprawy oraz wyroku skazującego to w takiej dyskusji ważne kryterium. Nie sądzę, by ktokolwiek z nas oddawał się dziś nostalgicznym podróżom z „Bill Cosby Show” albo śpiewał pod prysznicem szlagiery skazanego za liczne przestępstwa seksualne R. Kelly’ego (choć 5 mln słuchaczy na Spotify może wskazywać, że to nie jest reguła). Nie widzę też tekstów wspominkowych o tym, jak dobrym producentem filmowym był Harvey Weinstein – największy drapieżnik seksualny w historii Hollywood.


Reklama

Co jednak z raperem Kanye Westem, który pomimo regularnych antysemickich wypowiedzi oraz paradowania w T-shirtach ze swastyką, wciąż ma oddane grono fanów i którego koncert miał niedawno się odbyć w Polsce? Albo z reżyserem Romanem Polańskim, który w 1977 r. przyznał się do stosunku z 13-letnią Samanthą Geimer, a następnie zbiegł z USA, unikając wyroku amerykańskiego sądu? (Przypomnę tylko, że jego oscarowy „Pianista” powraca właśnie na ekrany rodzimych kin). Co ze wszystkimi twórcami, których uważamy za zbyt wielkich na upadek? Ich sztuka powinna przetrwać – to oczywiste. Ale czy powinna być dalej kultywowana?


Reklama

Gdybym był złośliwy, napisałbym, że problem Polańskiego rozwiązał się sam. Od lat nie nakręcił niczego, o czym w ogóle warto byłoby rozmawiać. Trudno jednak o sarkazm, gdy mówimy o poważnych mechanizmach psychologicznych i społecznych: o wyparciu, hipokryzji, podwójnych standardach.

Dyskusja o cancel culture zazwyczaj tonie w gorących emocjach, domysłach, niekompletnych informacjach, półprawdach. Sprawa aktora Kevina Spacey’a jest dobrym przykładem tego informacyjnego chaosu. Choć oczyszczono go z dziewięciu zarzutów przestępstw seksualnych, to zawarte w innych sprawach ugody sprawiają, że wciąż spoglądamy na niego podejrzliwie. I chyba nie tylko my, skoro laureat dwóch Oscarów nie jest w stanie ponownie rozpędzić swojej kariery.

Na podobnej zasadzie w społecznej świadomości funkcjonuje słynny proces aktora Johnny’ego Deppa i jego byłej żony Amber Heard. Ona oskarżyła go na łamach „Washington Post” o przemoc domową. W odpowiedzi on pozwał ją o zniesławienie. Ten śmieszno-straszny spektakl oglądał na żywo cały świat. Jeśli ktoś śledził go wnikliwie, wie doskonale, że definicje ofiary i oprawcy są w takiej sytuacji płynne. I nawet korzystny dla Deppa wyrok nie oddaje skomplikowanych relacji między stronami. 


Reklama

Myślę, że arbitralne oddzielanie dzieła od artysty – nawet tego najbardziej problematycznego – wydaje się najłatwiejszym wyjściem z tego rodzaju impasu. Wynika nie tyle z lenistwa, co z niemocy. Przychodzi nam łatwo z kilku powodów.


Reklama

Po pierwsze, jesteśmy istotami nostalgicznymi. Być może z natury, a może „z kultury”. To, co nas ukształtowało, warte jest ochrony za wszelką cenę z prostej przyczyny – buduje naszą tożsamość. Nawet jeśli wyszło spod ręki moralnie skompromitowanego człowieka.

Po drugie, wyrośliśmy w modernistycznej kulturze, która przekonuje, że artystom wolno więcej; że proces twórczy musi być związany z bólem i znojem; że jego efektem ubocznym muszą być ofiary; że osiągnięcia tychże ofiar muszą być owocem traumy promieniującej na kolejne pokolenia. Stąd dla przykładu powszechna estyma, którą przez lata cieszyli się przemocowcy ze szkół filmowych i teatralnych.

Roman Polański w trakcie 70. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes, maj 2017 (fot. Denis Makarenko / Shutterstock)


Reklama

Po trzecie, czas zaciera ślady. By nie wracać do Polańskiego („No ile mu już tego czasu zostało?”), weźmy przykład z prehistorii. Nieżyjący od 1937 r. H.P. Lovecraft, jeden z największych rasistów i antysemitów popkultury, pozostaje jednym z najbardziej wpływowych pisarzy XXI w. I to nawet pomimo faktu, że jego rozbudowana mitologia to wielka metafora nienawiści do rozmaitych grup etnicznych oraz mniejszości.


Reklama

Wszystkich idoli nie obalisz

Akta Jeffreya Epsteina, finansisty i lidera gigantycznej siatki przestępców seksualnych, z którym łokciami ocierały się najbardziej wpływowe osoby na świecie, są opowieścią o wielu rzeczach. O skali moralnego zepsucia i bezkarności liberalnych oraz konserwatywnych elit. O niebezpiecznym kłamstwie, że hedonizm powinien być sednem celebryckiego świata. O iluzji, że jesteśmy w stanie zrozumieć egzotyczny świat ludzi możnych i wpływowych.

Fani kontra reszta świata. Kto niszczy współczesną popkulturę?

Z jednej strony to wiedza, która otwiera nam oczy. Z drugiej – ma właściwości znieczulające. No bo skoro nasi idole są moralnie skompromitowani na taką skalę, to jaki właściwie mamy wybór? Wyrugujemy z kultury całe dekady dzieł, na których dojrzewaliśmy? Przestawimy zwrotnicę i zbudujemy nowy kanon? Stworzymy siebie na nowo?


Reklama

Mnie również żyłoby się łatwiej, gdybym potrafił znaleźć odpowiedź na te pytania. Być może byłbym w stanie wyrzucić „Smooth Criminal” ze swojej playlisty, nie wracać już nigdy do „Wstrętu” Polańskiego i udawać, że „Jesus Walks” Kanye’go Westa jest dla mnie tylko mglistym wspomnieniem. Tylko ilu z nas jest gotowych porzucić wygodę oraz swój prywatny kanon w imię moralnej czystości?


Reklama

Konkluzja, by „nie zapominać o ofiarach i po prostu dyskutować”, może wydawać się naiwna. Zła wiadomość jest taka, że lepszego rozwiązania do tej pory nie znaleźliśmy. „Michael” mógłby nadać tej rozmowie kierunek i zamienić ją w coś więcej niż intelektualne ćwiczenie. Marzenie ściętej głowy.

 

 


Reklama