Kongijski sąd skazał go na dożywocie za szpiegostwo i sabotaż, których się nie dopuścił. Za kratami najgorszego więzienia w Afryce spędził trzy miesiące. – To może wydać się dziwne, ale ja chciałbym tam jeszcze raz pojechać – mówi w rozmowie z Zero.pl podróżnik Mariusz Majewski, współautor mającej w środę premierę książki „Kongijskie piekło. Polak w afrykańskim więzieniu. Historia prawdziwa”.

Marcin Darmas, dziennikarz Zero.pl: Czy jest pan biegunem?
Mariusz Majewski, podróżnik, współautor książki „Kongijskie piekło. Polak w afrykańskim więzieniu. Historia prawdziwa”: Przepraszam?
Czy należy pan do zakonu biegunów, sekty siedemnastowiecznych staroobrzędowców rosyjskich, którzy uważali, że jeśli człowiek zatrzyma się chociaż na chwilę, to dopadnie go zło? W związku z tym bieguni nigdy się nie zatrzymywali, biegali. Wielu z nich padało z wycieńczenia, aby uniknąć diabelskiego objęcia.
Biegunów już dziś nie ma, ale sądzę, że mógłbym w jakieś mierze się z nimi utożsamiać. Podejrzewano mnie kiedyś o dromomanię. To jest taka potrzeba nieustannego przemieszczanie się. Chociaż to schorzenie nie do końca do mnie pasuje, ponieważ cierpiący na zaburzenia dromomanii przemieszczają się bez celu, a ja na ogół mam cel.
Na stronach „Kongijskiego piekła”, opowiada pan Jarosławowi Kocembie, że jest pan typem „podróżnika, który lubi być cały czas w ruchu”. Mówi pan: – Są tacy, którzy się nie ruszają z obecnego terytorium przez dwa tygodnie, aby je dokładnie poznać. Ale ja każdego dnia chcę się przemieszczać.
Rzeczywiście nie potrafię jakoś usiedzieć dłużej. Może to jest związane z moim ADHD – co prawda nie do końca zdiagnozowanym, ale czuję, że mam ten zespół – że nie potrafię długo siedzieć. Nie jestem typem domatora. Lubię działać.
Przecież ma pan dużą rodzinę i ukochaną Mariolę, która w kongijskim więzieniu stała się opoką i nadzieją, a nawet więcej – o niej pan nieustannie myślał podczas więziennej gehenny.
To prawda. Bez niej nie wytrzymałbym najostrzejszego w Afryce więzienia. Nie zawsze domownicy czy przyjaciele są zadowoleni z mojej pasji, delikatnie rzecz ujmując. Czasami chcieliby trochę pobyć ze mną i mieć takie bliskie relacje, a mój temperament nie zawsze na to pozwala, bo coś mnie ciągle gna do przodu.
Jest pan tropicielem rekordów podróżniczych. Porównuje pan kolekcjonowanie nowych miejsc z himalaizmem. Nie ukrywam, że ja mam z tym kłopot. Podobnie, gdy czytam wspomnienia Reinhodla Meissnera, który jako pierwszy zdobył wszystkie ośmiotysięczniki. Mam nieodparte wrażenie, że są to opowieści ciężko uzależnionego człowieka.
Jestem osobą uzależnioną, ale ze swoją słabością poradziłem sobie dwadzieścia lat temu. Natomiast w uzależnieniu jest tak, że przerzuca się je na inne uzależnienie, które też może być bardzo niszczące nie tylko dla osoby uzależnionej, ale dla całego jej otoczenia. Zaniedbuje się relacje z bliskimi, zapomina o obowiązkach, o pracy. U mnie przerzuciło się na podróże i rzeczywiście jest bardzo cienka granica między hobby czy pasją, a uzależnieniem czy obsesją.
Przez moją pasję rozpadło mi się pierwsze małżeństwo. Mówię o tym wprost, nie wybielam się, jestem człowiekiem z krwi i kości, ze swoimi demonami i słabościami.
Proszę mi wybaczyć dociekliwość, ale jest pan człowiekiem rodzinnym, czwórka dzieci, kobieta… Czy są w panu jakieś tendencje eskapistyczne, skłonności do uciekania? Co jest pociągającego w eksplorowaniu nowych miejsc, nawet na chwilę? W książce opowiada pan, że wystarczy, że dotknie pan nogą płytę lotniska i pędzi dalej.
Kiedy siedziałem w kongijskim więzieniu miałem dużo czasu, żeby to dogłębnie analizować. Zaczynając podróże trzydzieści lat temu rzeczywiście skupiałem się na atrakcjach turystycznych, na zwiedzaniu zdobnych bazylik czy pięknych rezerwatów przyrody. Po jakimś czasie poczułem przesyt i oglądanie kolejnej, pięćdziesiątej katedry nie powodowało u mnie żadnej ekscytacji.
W Kongo chyba jest niewiele do oglądania.
Myli się pan. To jest piękny kraj. Oszałamia swoją przyrodą, ludźmi i kulturą. Chciałem zobaczyć, jak żyją tam ludzie, co robią, czym się zajmują, jak spędzają wolny czas.
Rzeczywiście te moje wyjazdy są czasami formą nie ucieczki a odskoczni, takiego odpoczynku od problemów dnia codziennego. Ja pracuję dość intensywnie i jeśli coś robię, to robię to ze wszystkich sił, więc potem rzeczywiście potrzebuję odskoczni – nie wytchnienia, ale zmiany obiektu tej intensywności. To się właśnie przerzuca na podróżowanie.
Przechodząc do sedna tej książki. W Kongo wpadł pan w sidła kafkowskiego procesu. Został pan oskarżony o szpiegostwo i osadzony w najgorszym afrykańskim więzieniu. Skąd potrzeba opowiedzenia „kongijskiego piekła”? Po to, jak pisał Cioran, by uwolnić się od swoich lęków?
Ja po powrocie zmagałem się z zespołem stresu pourazowego. Zresztą nie tylko ja, bo i cała moja rodzina. Okazało się, że to pokiereszowało nie tylko mnie, ale również moje dzieci i partnerkę. U mnie trwało to ponad pół roku. Nie chciałem już myśleć ani o podróżach, ani o wspominaniu tego, co tam przeżyłem. Właściwie poruszałem ten temat tylko na fotelu terapeuty. Na szczęście wyszedłem z tego. I wtedy zacząłem myśleć o kolejnych podróżach. Chciałem również spisać swoje doświadczenia, dopóki je pamiętam. Przyznam, że to było trudniejsze niż przypuszczałem.
To była kolejna terapia.
Owszem. I kiedy wydawało mi się, że już nic mnie nie rusza, to okazało się, że podczas opowiadania często się rozklejałem.
A czy udało się Panu uwolnić od swoich lęków poprzez tę drugą spowiedź?
To może wydać się dziwne, ale ja chciałbym tam jeszcze raz pojechać. Teraz nie mogę tego zrobić, bo cały czas ciąży nade mną wyrok – właściwie nawet samo podróżowanie jest niebezpieczne, bo mogą mnie na lotnisku deportować do Kongo – ale chciałbym tam pojechać jako wolny człowiek i spojrzeć na mury więzienia w Makali. Myślę, że w ten sposób ostatecznie się uwolnię.
W pańskiej opowieści jest wzruszająca scena, kiedy klawisze pana kąpią, a dla pana najważniejsza nie jest ani woda, ani tym bardziej higiena, ale niebo, które może pan oglądać.
W więzieniu skrawki normalności urastają do rangi przeżyć niemal metafizycznych. Nie zdajemy sobie sprawy, jak takie trywialne rzeczy jak słońce albo niebo są piękne. Przestajemy to zauważać w wirze codziennych spraw.
Wzruszająco opowiada pan również o swoich współtowarzyszach w niedoli. Z kim pan siedział w więzieniu?
To był cały przekrój społeczeństwa. W pierwszym więzieniu byłem z około dwudziestoma oficerami. To byli głównie pułkownicy armii kongijskiej, którzy odbywali karę za niesubordynację. To byli ludzie na poziomie. Raczej nie czułem tam zagrożenia. Wiadomo, warunki były straszne, był głód i pragnienie, raz na dwa dni dostawiliśmy półlitrową butelkę wody.
Potem w drugim więzieniu byli przestępcy, złodzieje, a nawet mordercy. Ale najgorsze, nie było więzienie. Przez cały czas bałem się, czy moje dzieci wiedzą, gdzie jestem i że żyję, czy zapamiętają mnie jako człowieka, który zniknął z ich życia nagle, czy będą mieli jakąkolwiek świadomość, co się ze mną stało.
W więzieniu nie spotykał pan tylko ludzi. Odnalazł pan za kratami Boga.
Moi towarzysze więzienni codziennie się modlili. Pięknie śpiewali. A mi wróciła wiara, zacząłem się razem z nimi modlić. Ludzie, którzy głęboko wierzą, mają łatwiej. Ja zawsze wierzyłem, ale niewiele praktykowałem. System zabrał mi wolność. Ale nie zabrał mi całego sensu. I tak naprawdę cały czas myślałem o rodzinie, o dzieciach. I o tym, że chcę do nich wrócić.
