Piątkowe konferencje prasowe Rafała Trzaskowskiego i Donalda Tuska w sprawie Szpitala Południowego były bez wątpienia jednym z kluczowych „kamieni milowych” sprawy wspomnianej placówki. Od razu dodajmy – nie były pierwszymi reakcjami ani raczej ostatnimi, szczególnie patrząc na dynamikę rozwoju afery. Ale póki co były najważniejszymi sygnałami, jakie wysłała władza. Jakie wnioski należy z nich wyciągnąć? Co one mówią o liderach Koalicji Obywatelskiej? Wreszcie, czy mamy prawo czuć się usatysfakcjonowani ich reakcją?
Przeczytaj także: 26 tys. zł za godzinę pracy? NFZ i CBA badają kontrakty neurochirurgów
Twardy Trzaskowski
Pierwszym wnioskiem, jaki się nasuwa, jest kontrast między twardo reagującym Rafałem Trzaskowskim a miękkimi sygnałami Donalda Tuska. Prezydent Warszawy już wcześniej doprowadził do dymisji cały zarząd Szpitala Południowego, jego radę nadzorczą, jak i oczywiście samego Dawida Kacprzyka. W piątek „dorzucił” dwie wiceprezydentki – Aldonę Machnowską-Górę i Renatę Kaznowską.
Do tego już wcześniej zdymisjonował polityków zasiadających w spółkach medycznych, a w ubiegły piątek zapowiedział także odpolitycznienie wszystkich spółek komunalnych, dając miesiąc na złożenie partyjnej legitymacji bądź rezygnację ze stanowiska. Oczywiście to na razie tylko zapowiedź, ale trzeba przyznać, że zdecydowana. Trzeba uczciwie przyznać, że na liście „checkingowej” działań, jakie należy podjąć, Trzaskowski sporo już „odhaczył”.
Łyżką dziegciu do piątkowej konferencji jest brak na liście osób do dymisji wiceprezydenta Tomasza Menciny, który nadzorował spółki prawa handlowego w Warszawie. Do tego dochodzi wyjaśnienie dymisji wiceprezydentek. Trzaskowski podkreślał, że przyjął dymisję, ale w jej uzasadnieniu nie wskazał żadnych zaniedbań Kaznowskiej czy Machnowskiej-Góry. One zresztą również żadnej winy nie widzą. Prezydent wskazał, że dymisje przyjął, bo wymagają tego „wysokie standardy”. Niczym Poncjusz Piłat poświęcił dwie osoby nie dlatego, że uważał, iż na to zasłużyły, ale dlatego, że lud tego oczekiwał.
Przeczytaj także: Pałac Chałtury i Hańby. Dlaczego trzeba zburzyć PKiN
Miękki Tusk
Pomimo powyższych zarzutów decyzje Trzaskowskiego poszły dużo dalej niż decyzje premiera i to mimo tego, że prezydent stolicy już wcześniej podjął kilka twardych decyzji, a premier długo zwlekał z odpowiedzią na aferę. Wielu uważało, że długie oczekiwanie wynika z przygotowania decyzji, które premier chce zakomunikować na etapie już realizacji, a nie samych zapowiedzi. Kolejne tygodnie zwłoki podnosiły oczekiwania co do politycznej wagi przekazu Tuska.
Tymczasem w piątek niczego specjalnego nie usłyszeliśmy. Jeśli celem konferencji było to, aby przekonać Polaków do własnej wersji zdarzeń, aby rozjechali się na wakacje w poczuciu, że władza wystarczająco zareagowała, to premierowi z pewnością to się nie udało. Nie może być satysfakcjonująca zapowiedź eliminacji „saloników VIP” czy omijania kolejek za pomocą „zeszytów”, skoro za tymi zapowiedziami nie poszło żadne konkretne działanie. Nieco więcej konkretu padło w sprawie systemu e-rejestracji – ma być on zakończony do końca roku.
Wątkiem, który mógł cieszyć, był fakt, że Tusk dostrzegł, iż patologie, jakie miały miejsce w Szpitalu Południowym, nie były wyjątkiem, bo przynajmniej na odcinku wpuszczania „VIP-ów” poza kolejką takie mechanizmy działają w wielu placówkach. Niestety, o ile sama diagnoza zdawała się zapowiadać jakieś istotne systemowe działania, o tyle rekomendacje rozczarowały. Sprowadziły się one bowiem do wskazania, iż Tusk czeka na takowe od minister zdrowia do… wtorku pod groźbą dymisji, jeśli nie będą satysfakcjonujące.
Przeczytaj także: Słowik komentuje wypowiedź posła KO. „Nie ma Pan pojęcia, jak wygląda rzeczywistość”
Szpital Południowy to nie źródło, a przejaw problemu
W tej zapowiedzi jak w soczewce skupia się problem z rządzeniem Tuska. Po pierwsze, Tusk sam zwlekał długo z jakąkolwiek reakcją poza „tweetem” kwestionującym wiarygodność dr. Emila Jędrzejewskiego. O ile przed konferencją można było zakładać, że szykowana jest jakaś kompleksowa odpowiedź, to po konferencji jest oczywiste, że zwłoka wynikała z chęci „przeczekania” afery. Dopiero wtedy, kiedy okazało się to niemożliwe ze względu na kolejne wątki, jakie się ujawniły, premier zdecydował się reagować.
Po drugie, sam zwlekając długie tygodnie, nagle daje minister zdrowia… dwa robocze dni na przygotowanie systemowych rozwiązań w ochronie zdrowia. Jest kwestią oczywistą, że w tak krótkim czasie nie da się niczego sensownego przygotować, więc ta zapowiedź pachnie teatrem mającym pokazać, że „kierownik się wściekł”, a nie realną naprawą systemu.
Po trzecie, Tusk rządzi już ponad 2,5 roku, oczywiście nie licząc wcześniejszych kadencji, które powinny pracować na rzecz poszerzonej wiedzy o systemie ochrony zdrowia. To wystarczająco długi czas, żeby przeprowadzić głębokie reformy lub choćby je rozpocząć. W najgorszym wypadku jest to czas pozwalający się zorientować, jakie są problemy, i mieć choćby gotową koncepcję. Piątkowa konferencja pokazała, że ten czas był przez Tuska zmarnowany i niewiele merytorycznego miał do przekazania. Po czwarte, o problemach z ochroną zdrowia mówi się od dawna, a od wielu miesięcy dla wszystkich jest jasne, że staje się to palący problem. Afera Szpitala Południowego uwypukliła pewne problemy, które były widoczne już znacznie wcześniej, jak kosmiczne zarobki niemałej grupy lekarzy.
Smutne wnioski
Piątkowe konferencje miały więc słodko-gorzkie oblicze. Słodkie dla tych, dla których w aferach kluczowe są „spadające głowy”. Choć nie spadły wszystkie, o które się dopominano, to dymisje były głębokie. Oczywiście za wcześnie, aby ocenić, jak prokuratura działa w sprawie samego Kacprzyka, ale nie ma powodu, aby sądzić, że władza będzie naciskała na prokuraturę, aby „skręcić” śledztwo. Tusk wie, że Kacprzyk jest nie do uratowania, i pozbawienie go wszelkich funkcji dowodzi, że zdecydowano się od niego odciąć. Można nawet pokusić się o tezę, że w politycznym interesie obecnej władzy jest to, aby prokuratura jak najszybciej sporządziła akt oskarżenia, aby władza mogła pokazać, że jest sprawcza i uczciwie prowadzi sprawę, jednocześnie pochylając reflektory opinii publicznej na młodego lekarza i tym samym odchylając je od innych politycznych wątków, które dla całej KO mogłyby być niebezpieczne.
Najmniej gorzkie w sprawie Szpitala Południowego jest niestety to, co jest najważniejsze. Nie kwestionując potrzeby dymisji za brak nadzoru czy konsekwencji prawno-karnych dla samego lekarza za niedozwolone praktyki, kluczowe w tej aferze nie jest pytanie, kto jest winny i jaką poniesie karę, ale to, jak uniknąć takich praktyk w przyszłości. Wsadzenie do więzienia Kacprzyka czy nawet odwołanie Trzaskowskiego i wszystkich jego wiceprezydentów nie spowoduje automatycznie, że pacjenci będą mogli poczuć się bezpieczniej, odwiedzając SOR-y, nie tylko w Warszawie.
Niestety, ale dotychczasowe działania, a raczej ich brak, do tego skromne zapowiedzi Tuska, nie rokują żadnej istotnej zmiany mechanizmów, jakie umożliwiły patologie w Szpitalu Południowym. W tym wypadku zasada „dobrego kryzysu nie powinno się marnować” niestety nie zadziałała. Nie liczyłbym na to, że pod powierzchnią ładnie brzmiących haseł, jakie pewnie usłyszymy od Tuska po rekomendacjach od Sobierańskiej-Grendy, będzie kryła się jakaś istotna „substancja”. Niczego sensownego nie da się zrobić, wydzwaniając przez minister po ekspertach w weekend, o czym pisała „Gazeta Wyborcza”.
Jedyne, co może polityków zmobilizować do działania, jest dojście do ściany, kiedy to nie będzie dalej można jechać w logice „niczego nie ruszać i jakoś to będzie”. Jedynym pocieszeniem jest to, że może to się wydarzyć niedługo, bo z pewnością ściana jest coraz bliżej.


