W 2015 r. przypadało dwusetlecie bitwy pod Waterloo. W Parlamencie Europejskim nasi brytyjscy koledzy urządzili piknikowe obchody, odwiedziny pola bitwy, potem bankiet w pobliskiej gospodzie, wszystko pod hasłem „Zwycięstwo dla pokoju”. Żadnej w tym nie było „polityki historycznej”, po prostu zwyczajna duma z historii, pamięć o jednym ze zwrotnych momentów w dziejach Korony i Europy.
Szkoda, że my parę lat wcześniej nie świętowaliśmy wyzwolenia Warszawy przez Napoleona czy wyzwolenia Krakowa przez księcia Józefa. W końcu w tym drugim wypadku chodziło o pierwszą zwycięską polską wojnę od czasów Jana Sobieskiego. W 1809 r. na froncie północnym wojny Napoleona z Austrią Wojsko Polskie było zdane na siebie i samo wykreśliło nowe granice Księstwa. Ale w naszych „politykach historycznych” to zbyt odległa tradycja, komu więc i przeciw komu chciałoby się ją przypominać…
„Null”, czyli coś. Wojna w Ukrainie według Szczepana Twardocha
Jesteśmy inni
Pomysł naszych Brytyjczyków bardzo mi się spodobał, na obchody jednak nie pojechałem. Rozumiem uczucia walczących z Napoleonem Anglików, Hiszpanów, Niemców, Rosjan, nawet Francuzów przeczekujących „uzurpatora”. Dla nich wszystkich wojny napoleońskie były tragedią, ale dla nas – nadzieją. Wprawdzie pod Waterloo walczył już tylko jeden szwadron polskich szwoleżerów, a nasza epopeja napoleońska skończyła się rok wcześniej, wraz z pierwszą abdykacją cesarza, ale skoro „dał nam przykład” – jak można świętować jego klęskę, nawet po dwustu latach i w sympatycznym gronie?
Rzadko zdajemy sobie sprawę, jak jesteśmy inni. Nasze nadzieje budziły często trwogę Europy, nam jej pokój był wstrętny. O wojnie 1812 r. Mickiewicz pisał, że „dotąd pieśń o niej marzy”. „Ja ciebie dotąd widzę, piękna maro senna!”.
A inne narody? Dla Tołstoja, gdy „siły Europy Zachodniej przekroczyły granice Rosji”, „zaczęło się wydarzenie sprzeczne z rozsądkiem człowieka i jego naturą”, gdy „miliony ludzi – chrześcijan – zabijały i mordowały się wzajemnie”. Dla nas „piękna mara”, dla innych – koszmar.
Pierwsza wojna światowa dla Francuzów czy (trochę inaczej) dla Niemców stanowiła apokalipsę. Dla nas była wymodloną przez Mickiewicza „wojną powszechną za wolność ludów”. To samo odnosi się do jej następstw. Warto mieć tę świadomość, by lepiej rozumieć „Waldkauz”, nową powieść Szczepana Twardocha. Tłem jest drugie powstanie śląskie. W naszej tradycji – uprawniony bunt ludu nieuznawanego w swej narodowej odrębności i godności, zyskującego poprzez poczucie narodowe podmiotowość polityczną. Dla Twardocha – pokłosie Wielkiej Wojny, intermezzo przed kolejną globalną katastrofą, rozpad lokalnej społeczności w trakcie dokonującego się rozpadu świata.
Śląskość między mitem a historią
Gdyby szukać literackich pokrewieństw, to w swym brutalnym realizmie „Waldkauz” jest najbliższy „Lewej wolnej” Józefa Mackiewicza. Za parawanem wielkich rozstrzygnięć kotłują się zabójstwa, podwójna agentura, narkotyki. Ale nie chodzi tylko o tę ciemną stronę historii. Również o krzyżowanie się wielkich i małych perspektyw. Mackiewicz pokazuje wstrząsy po wojnie światowej na zagrożonych przez bolszewizm Kresach, Twardoch – na żyjącym w plebiscytowej gorączce Górnym Śląsku. Ideowe kryterium jest podobne – „krajowe”, czy jak pisał Wacław Lipiński (Wiaczesław Łypynski) – terytorialne, czyli idea zgodnego współżycia ludzi w zróżnicowanym kulturowo czy językowo społeczeństwie. Jednak o ile Mackiewicz ma pretensje do Polski, że kierując się małoduszną kalkulacją polityczną, dużą część dawnych Kresów porzuciła, o tyle Twardoch ma pretensje, że wielu Górnoślązaków stało się Polakami, że Polska się o nich upomniała, że nie pozostawiła Ślązaków w spokoju, czyli praktycznie – w Niemczech.
Nike dogoniła Twardocha. Dlaczego dopiero teraz?
Tylko przez ile pokoleń mogliby tam pozostać tymi „wasserpolskimi” Ślązakami? Dla Twardocha to oczywiste, u niego – jak u Stanisława Vincenza – kultura ludowa reprezentuje to, co pierwotne, „przedhistoryczne”, jest niezniszczalna, niczym duchy lasów i starych domostw. Jednak tę malowniczą wizję można zweryfikować, historia daje tu pewne pole „eksperymentu”. Śląskość, której Twardoch jest wierny, przetrwała PRL-owski komunizm i przypomniała o sobie w wolnej Polsce.
Dziś rewindykuje swoją odrębność. A przecież cały czas powinna była być żywa w Niemczech, w Republice Federalnej z jej całą nowoczesną demokracją, prawami człowieka, a najbardziej – „mniejszościami”! Dlaczego więc śląska tożsamość – mimo przesiedleń powojennych i dwóch fal imigracji w latach 70. i 80. – nie zmieściła się w niemieckim pluralizmie czy w stowarzyszeniach i ideologii śląskich „wypędzonych”? To jedynie uwaga i motyw do refleksji. Literatura nie jest sumującą wszystko nauką, jej przedmiotem jest zawsze studium przypadku i tak należy ją czytać, a czytając – myśleć.
Z Moskwy przez Warszawę do Ukrainy. Ciało Kaszpirowskiego w drodze
Śląsk Twardocha i Śląsk historii
Z pewnością konserwatywni myśliciele, tacy jak Marian Zdziechowski, wspomniany już Wacław Lipiński na Ukrainie czy we Francji Pierre Gaxotte, mieli wiele racji, wskazując na godzące w tradycję aspekty nowoczesnego nacjonalizmu. Ale nie sposób również zaprzeczyć jego emancypacyjnej funkcji na Litwie, na Słowacji czy na Ukrainie. No właśnie, bo o tym pisze Twardoch w swej poprzedniej książce, w nagrodzonym właśnie „Nullu”. W Polsce mało kto wie, że rosyjskie tendencje w Zagłębiu Donieckim to, owszem, pozostałość Związku Sowieckiego, ale również wcześniejszego, jeszcze sprzed rewolucji, napływu rosyjskiej ludności do tamtejszego przemysłu. Dlaczego Twardoch, który doskonale rozumie Ukraińców, że chcą, by Ukraińcami mogli być również mieszkańcy Krymu czy Donbasu, ma tylko przykre słowa dla śląskich Polŏków?
Tu jednak wracamy znowu do funkcji literatury. Każdy pisarz wnosi do kultury narodu swój osobisty głos, pamięć własnej formacji, niepowtarzalną perspektywę. A Brzozowski miał rację, gdy pisał, że wielkie narody potrafią na swój pożytek obrócić nawet pretensje krytykujących je kontestatorów.
Olga Tokarczuk i pytania zakazane. Wywiad, którego nie przeczytacie
Twardocha Polska boli i jest to jego ból własny, osobisty. Ten przeżywa się inaczej niż cudzy, wyobrażony. A emancypacji zawsze towarzyszyły cierpienia porodu, ze Śląskiem nie było inaczej. Jego odrodzenie narodowe jest jednym z najciekawszych fenomenów naszej historii, bo dokonało się – ku konsternacji Niemców – w latach niewoli. Powstania śląskie, autentyczny bunt ludowy, w niewielkim stopniu wspierany przez dopiero odradzającą się i broniącą się Polskę, stanowiły kontynuację tamtego pokojowego przebudzenia na przełomie wieków. A przecież choć masowy, nie był to proces powszechny.
We wszystkich dużych miastach Górnego Śląska większość mieszkańców głosowała w plebiscycie za Niemcami. Plebiscyt i powstania dały Polsce Katowice, Rybnik, Pszczynę, a dziś do Polski należy cały Górny Śląsk. Clementia, cnota zwycięzców, powinna zachęcić nas do wysłuchania cierpliwie, z empatią, ale bez podważania naszych racji, tych, którzy przegrali, tych, którzy chcieli stać z boku, i tych, którzy rozważają bilans dramatu. Bo każda wojna jest dramatem, nawet najsłuszniejsza.
Oczywiście Szczepan Twardoch tego nie ułatwia. Polacy (a dokładnie biorąc patriotyczni Ślązacy, wielkie Polŏki) są w „Waldkauzie” okropni. Gorsi niż u Dostojewskiego. Jeżeli można ich do kogoś porównać, to do Jampolskich u Singera (też zresztą powstańców). Oczywiście ktoś powie, że to książka również bardzo krytyczna wobec Niemców. Owszem, nawet bardziej, tylko że niemiecki terror jest raczej wspominany, karykatury Polaków Twardoch, nawet jeśli w sumie mniej im zarzuca, rysuje dokładnie.
Ale jest też w tej książce coś, co znamy już z poprzednich powieści autora „Przemienienia”. To niezwykle piękny opis śląskiej ziemi. I nie tylko dlatego, że ubarwiony konwencją magicznego realizmu. Również przez samą topografię, zdolność wydobycia z każdego miasteczka, każdej wsi, każdego strumienia i lasu piękna tworzącego prawdziwy mikrokosmos.
I rzecz jeszcze jedna. „Czas człowieczy”, o którym Twardoch pisze, to czas arcyludzki, czas ujawniania tragicznego wymiaru i ceny ludzkiej wolności – zła, do którego „nieludzka” przyroda w ogóle nie byłaby zdolna. Tę pesymistyczną perspektywę rozumiem. Zawsze z uczuciem powtarzam modlitwę króla Dawida, „by człowiek nie triumfował” (Ps 9,20).


