Reklama
Reklama
Reklama

Tołstoj, Proust, Joyce. Żaden nie dostał Nobla. Kto więc wybiera „najlepszych” pisarzy?

TYLKO NA
Nobel
Sztokholm, Szwecja, 9 października 2025 r. Ogłoszenie przyznania Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za rok 2025 przez Komitet Noblowski Akademii Szwedzkiej węgierskiemu pisarzowi LÁSZLÓ KRASZNAHORKAI (fot. Narciso Contreras/Anadolu / Getty Images)
Dodaj do ulubionych źródeł w Google

Co oferuje Literacka Nagroda Nobla, oprócz rokrocznej sławy dla jednego z miliona pisarzy? Czy rzeczywiście wskazuje nam najdoskonalsze dzieła literatury?

Tekst ukazał się w Magazynie Zero#2.

Kto może z ręką na sercu powiedzieć, że obce są mu emocje towarzyszące pisaniu, byciu czytanym, a ostatecznie – uznanym? No, nie przesadzajmy: może tak powiedzieć pewnie wielu, chyba nawet większość ludzi.

Ale nie Ty, Czytelniku. Należysz nie tylko do grona 43 proc. statystycznych Polaków, którzy przeczytali co najmniej jedną książkę w roku, ale i do nierównie węższego kręgu tych, którzy przeczytali więcej niż jedną, i którzy lubią je porównywać. Ba, do kręgu tych, którzy sięgają również po czasopisma; w tym po Magazyn Zero; którzy wreszcie, kartkując ten magazyn, zwrócili uwagę nie tylko na hasło „Nobel", nie tylko rozpoznali ukrytą w tytule aluzję do Kochanowskiego, ale zaciekawiło ich to na tyle, że właśnie kończą czytać już drugi akapit. Czy nie czujesz się osamotniony, należąc do tak wąskiej elity?

Żarty na bok: Nobel jest superbrandem, co zresztą nieraz gorszy i boli smakoszy literatury, chcących ją obronić przed komercjalno-celebrycką wirówką. I pozostaje synonimem literackiego Olimpu, najwyższego namaszczenia, najwyższej pozycji w tabeli rang. Każde dziecko ciągle jeszcze musi, na szczęście, napisać „wypracowanie na dowolny temat". Dla wielu jest to udręką, ale dla wielu – od początku jest, lub z czasem okazuje się być fun (a tak naprawdę czymś bardziej złożonym niż prosty fun: nużącym wysiłkiem, który kończy się dziką satysfakcją). Sporo osób doświadczyło tremy i radości, jaką daje przeczytanie swojego tekstu przed całą klasą. Ktoś może wziął udział w jakimś konkursie szkolnym albo olimpiadzie z polskiego.

Reklama
Reklama

Emmy 2026. Gdzie obejrzeć nagrodzone hity?

Punkt Alef

O, miłe złego początki! Większość na tym kończy, czasem jeszcze przez kilka lat pisząc coś „do szuflady", by w końcu pogrzebać swoje juwenilia w tej poręcznej sosnowej trumience. Ale ci, którym nie przeszło, są skazani, chociaż wiedzą, że nie będzie lekko (– O ile dobrze pana zrozumiałem, pan chce się zająć pisaniem. To nie jest zajęcie przyjemne ani dla pana, ani dla ludzi, którzy będą pana czytać – miał powiedzieć młodemu Markowi Hłasce, wielki polski eseista i mizantrop Paweł Hertz).

Debiut w biuletynie Koła Młodych. Publikacja w czasopiśmie studenckim. Blog. Zaproszenie na łamy almanachu awangardy. Jeszcze kilka takich przygód i po raz pierwszy przyjdzie nagroda: wyróżnienie w konkursie pod auspicjami marszałka województwa albo Miejskiego Domu Kultury. Dwa lata posuchy i jest! – drugie miejsce na festiwalu poezji.

Pojawia się propozycja wydania zbiorku wierszy albo opowiadań, już nie w self-publishingu, tylko w poważnej, wiecznie deficytowej oficynie. Taki zbiorek można już zaproponować jury nagrody imienia Kraszewskiego albo Przybosia… – Hi! hi! hi! dokąd wy jedziecie, podróżni?… Dlaczego narażasz kark, akrobato?… Co wam po uściskach, tancerze?… Wykręcą się sprężyny i pójdziecie na powrót do szafy – mógłby skomentować te wysiłki inny wielki polski mizantrop, pan Ignacy Rzecki.

Reklama
Reklama

Ostatnie „Kuce z Bronksu”. Koniec kultowej serii

Jak to „dokąd"? Do Nobla!! Oczywiście, przesadzam. Pasja pisania, zemsta ręki śmiertelnej, uruchamiana jest przez cały wachlarz pragnień i potrzeb, tysiące poetów i pisarzy dąży do doskonałości, (tak, jak ją rozumieją), nie tylko nie marząc o najsłynniejszej nagrodzie literackiej na świecie, ale nawet o niej nie myśląc; nie dlatego, że czują się jej niegodni, ale że w pisaniu zupełnie o co innego im chodzi. Zresztą i autorzy pulp fiction, tłukący kolejne tomy prozy local crime, soft porno czy young adult, nie myślą o uścisku dłoni szwedzkiego monarchy, zadowalając się tantiemami.

Tylko że ich indywidualne ambicje mają mniejsze znaczenie. Jeśli naprawdę są dobrzy, bardzo dobrzy w swoim fachu dramatopisarza, eseisty czy liryka, prędzej czy później jakaś miła dusza (krytyk, profesor, ambasador) zacznie dla nich zabiegać o sztokholmski laur. Bo stało się tak, że Nagroda Nobla w dziedzinie literatury – górnolotny pomysł szwedzkiego finansisty i ekscentryka z epoki fin de siècle'u – nie tylko nadała rozgłos kilkudziesięciu (spośród 118 dotąd uhonorowanych) nazwiskom i tytułom, ale zmieniła same zasady społecznego funkcjonowania literatury.

Stała się zarazem jej środkiem ciężkości, według którego, chcąc nie chcąc, orientują się pisarze, konstelacje literackie i krytycy. Stała się – można by rzec – „punktem Alef", miejscem, w którym zbiegają się wszystkie nici wszechświata. Punktem, przypomnijmy, wykoncypowanym przez jednego z Wielkich Nienagrodzonych (to kategoria, do której wrócimy): argentyńskiego tytana, Jorge Luisa Borgesa.

Reklama
Reklama

Przeczytaj też: Wokulski za krzakiem, Łęcka w redakcji. Recenzujemy netfliksową „Lalkę”

Nagroda Nobla w dziedzinie literatury nie tylko nadała rozgłos kilkudziesięciu nazwiskom i tytułom, ale zmieniła same zasady społecznego funkcjonowania literatury.

Oczywiście, nie była to pierwsza nagroda literacka. Być może, jak chcą niektórzy teolodzy, to naprawdę pycha jest najcięższym z siedmiu grzechów głównych, skoro ludziom tak bardzo zależy nie tylko na tym, by być w czymś dobrym, ale – by być najlepszym? By – jak nasz pierwszy wieszcz, czyli Kochanowski – chlubić się wdarciem na skałę pięknej Kalijopy / Gdzie dotychczas nie było znaku polskiej stopy?

Bo laur „najlepszemu" (zresztą nie tylko w literaturze) przyznawano właściwie od zarania: kultura europejska zaczyna się od greckich agonów i olimpiad, w hinduskich Upaniszadach (konkretnie, w pieśni Bryhadāranjaka, notabene wiekiem równej olimpiadom, bo datowanej na siódmy wiek p.n.Chr.) wspomniane są zawody mędrców na dworze legendarnego króla Janaki: najwymowniejszy otrzymać miał w darze tysiąc krów, przy czym z każdego krowiego rogu zwieszać się miało nanizanych na sznur pięć złotych monet. Umówmy się, 10 tysięcy rupii w złocie i stado krów to sporo więcej niż Paszport „Polityki".

Nitrogliceryna

Więc tak, owszem, poetów i dramaturgów wyróżniano nad Gangesem, na Peloponezie i podczas ateńskich Dionizjów (pierwszy znany zwycięzca tych ostatnich to sam Ajschylos!). Udekorowany wawrzynowym (laurowym) wieńcem, czyli laureatus – stąd tytuł „poety laureata", nadawany przez królów europejskich i papieży. Można właściwie tę funkcję uznać za uniwersalną: skandynawscy władcy mieli swoich skaldów (tu wymieńmy, bodaj ze względu na radość użycia rzadko spotykanej czcionki, bardzo cenionego w Islandii na przełomie X i XI wieku Hallfreðra Óttarssona), władcy Imperium Mali i innych potęg zachodniej Afryki – griotów, na japońskim dworze poezją zajmował się keikanshijin.

Reklama
Reklama

Byli to często najwięksi poeci swojego czasu: jednym z pierwszych poetów laureatów na dworze Plantagenetów był Chaucer; zbuntowany przeciw papieżom lud rzymski podarował na Kapitolu laurowy wieniec Petrarce. Bunt to był notabene chwilowy, tron Piotrowy jest stabilną instytucją i to papiescy literaci mogli liczyć na największą sławę w Europie. Przekonał się o tym nasz młodo zmarły chłopski syn Klemens Janicki (laur od Piusa III w 1540), ale przede wszystkim – wielki Maciej Sarbiewski, okrzyknięty w 1622, u szczytu potęgi kontrreformacyjnego Rzymu, „sarmackim Horacym". Bez przesady można powiedzieć, że do czasu Sienkiewicza i Miłosza był najbardziej znanym pisarzem polskim, rozgłos razem wziętych Mickiewicza i Słowackiego ani się doń umywał.

Rubryka, która zmieniła dziennikarstwo. Historia kultowych felietonów Mazurka i Zalewskiego

Tyle że z prestiżem dworskich poetów laureatów stało się w XIX wieku mniej więcej to samo, co z namaszczającymi ich tronami. Do dziś tytuł ten utrzymał się w Wielkiej Brytanii, ale, powiedzmy sobie szczerze, kto w Polsce (prócz może prof. Jacka Gutorowa, który wydał po polsku jego zbiorek) zaczytuje się strofami Simona Armitage'a? No właśnie. Więcej rozgłosu zyskała już Ada Limón, piastująca analogiczny tytuł (przyznawany przez Bibliotekę Kongresu) w republikańskich Stanach Zjednoczonych: ta jednak dzięki temu, że zabiegając o przywrócenie więzi człowieka z naturą, umieszcza fragmenty poezji w parkach narodowych. To nie jest zły pomysł, Olga Tokarczuk też dba o więź z Naturą w Karkonoszach.

Reklama
Reklama

Nagroda Nobla – to była jednak zupełnie inna jakość. Zwykle, mówiąc o jej narodzinach, przytacza się anegdotę o wyrzutach sumienia bezdzietnego przedsiębiorcy, coraz mocniej świadomego, że jego najgłośniejszy wynalazek, czyli dynamit, okazał się dobrem co najmniej obosiecznym. Tyle że to zupełnie nie tak.

Po pierwsze – głośniejszą (pun intended) niż dynamit była z pewnością nitrogliceryna, której Alfred Nobel wprawdzie nie odkrył, ale jako pierwszy zaczął ją wytwarzać na skalę przemysłową; materiałami wybuchowymi pasjonował się zresztą przez całe życie, wynajdując prócz dynamitu również balistyt i tzw. żelatynę wybuchową; był też twórcą konceptu zapalnika.

Powrót Monty Pythona? Cleese ujawnia kulisy konfliktu

Po drugie – chemia była jednym z wielu zainteresowań tego „szwedzkiego Edisona", który zostawił po sobie dużo ponad 300 patentów, udoskonalając m.in. żarówki, żelazka, lakier proszkowy i kostium płetwonurka.

Po trzecie, nie był przy tym typem niepraktycznego, szalonego wynalazcy w rodzaju Diodaka, lecz raczej rzutkim inwestorem, miotającym się po całej Europie (dziś z pewnością rezydowałby w Dolinie Krzemowej) w poszukiwaniu nowych technologii: maturę robił w Petersburgu, zimy spędzał na Sycylii, lato w Paryżu, a jego dwaj bracia, Robert i Ludvig, zrobili biznes życia na kaukaskiej ropie naftowej (Antoni Słonimski dworował sobie z zauważonej gdzieś na przedwojennych Nalewkach starej blaszanki z cyrylickim nadrukiem „kierosin bratjew Nobel", czyli „Nafta od braci Nobel": nie wiedział, że nie ma z czego żartować, bo właśnie otarł się o ślad rodzinnej fortuny, bez której nie byłoby nagrody).

Braterstwo i idealizm

Po czwarte, jeśli już szukać anegdoty, to myśl o nagrodzie miała się wziąć nie z abstrakcyjnych wyrzutów sumienia, lecz z redakcyjnej pomyłki (czy to nie fortunna geneza najsławniejszej nagrody literackiej?). Dyżurny w nocnej redakcji dziennika „Le Figaro" pomylił imiona i w rezultacie 13 kwietnia 1888 r., w dzień po śmierci Ludviga Nobla (tego od nafty) jego brat przeczytał w ulubionym dzienniku swój własny nekrolog. Zdarza się to podobno nieraz i zawsze skłania do refleksji; zdanie: odszedł człowiek, którego tylko z wielkim trudem nazwać można dobroczyńcą ludzkości szczególnie jednak zachęciło Alfreda do zastanowienia się nad spuścizną życia.

Reklama
Reklama

Anegdota, a przynajmniej cytat z „Le Figaro", jest prawdziwy. Tyle że idea nagrody wzięła się po trosze z niespełnionych ambicji naukowych i literackich Alfreda (już na łożu śmierci, w 1896, wydał drukiem tragedię „Nemezis", niestety niezgłoszoną do nagrody i jak dotąd tylko raz wystawioną na scenie). Po trosze z jego przyjaźni z baronową Berthą von Suttner, najgłośniejszą (i w sumie najbardziej skuteczną) pacyfistką tamtych czasów, za sprawą której przyjęto szereg do dziś obowiązujących konwencji humanitarnych. A przede wszystkim – z ducha epoki, która, jak żadna przed nią i po niej, szczerze wierzyła w postęp naukowy, społeczny i moralny.

Rafał Zawierucha o incydencie z Bradem Pittem. „To było grillowanie”

Juliusz Verne opiewał w swoich powieściach maszyny latające i parowe. Tory kolejowe przecinały Saharę i Syberię. Do sal operacyjnych wprowadzono antyseptykę i znieczulenia, tworzono systemy oświaty powszechnej, podpisywano traktaty pokojowe i ustanawiano trybunały międzynarodowe. Entuzjaści edukowali się w esperanto. Dzwonił telegraf, batyskafy opuszczały się w głębiny, a sterowce szybowały w powietrzu. Wystawy światowe (po sukcesie pierwszej, londyńskiej, z roku 1851) przyciągały tysiące w Paryżu, Wiedniu, Filadelfii, Melbourne i Barcelonie.

Reklama
Reklama

Wszystkie te nadzieje miały już za chwilę zachwiać się, jeśli nie runąć, w następstwie „wielkiego samobójstwa Zachodu" dokonanego w latach 1914-1918. Ale Alfred Nobel, zmieniając w grudniu 1896, na rok przed śmiercią, swój testament (i pozostawiając bratankom, ku ich rozgoryczeniu, zaledwie trzy procent fortuny) na szczęście o tym nie wiedział.

I postanowił o rokrocznym przyznawaniu pięciu nagród: z dziedziny fizyki, chemii, „fizjologii lub medycyny", Nagrody Pokojowej (za pracę na rzecz braterstwa między narodami, likwidacji lub redukcji stałych armii) oraz najbardziej enigmatycznej – w dziedzinie literatury, za wybitną pracę na rzecz idealistycznych tendencji. Trzy z nich (w dziedzinie fizyki, chemii i literatury) przyznawać miała Królewska Szwedzka Akademia Nauk. O medycynie decydować miał norweski Karolinska Institutet, o nagrodzie pokojowej specjalnie powoływany komitet.

Premierka, ministra, gościni. Pieką Cię oczy? Porozmawiajmy

Kilka lat zajęło porządkowanie fortuny po zmarłym magnacie, procesowanie się z niepocieszonymi spadkobiercami i perswadowanie ówcześnie panującemu w Sztokholmie Oskarowi II, że rokroczny odpływ kapitału z kraju (odpływ niebagatelny: wysokość nagrody zmieniła się od początkowych 150 tys. koron szwedzkich do dzisiejszych 11 milionów, stale jednak stanowi to równowartość miliona dolarów) zostanie zrównoważony z nawiązką przez prestiż, jaki zyska kraj. Ostatecznie pierwsze nagrody przyznano w roku 1901: z literatury otrzymał ją dość rzadko dziś czytywany (choć z pewnością częściej niż Hallfreðr Óttarsson) francuski poeta Sully Prudhomme.

Magazyn Zero #4 - jedyna taka publikacja na polskim rynku! (fot. Zero.pl)

Nagroda Nobla stała się formułą, równie odkrywczą jak – złożony z mieszanki nitrogliceryny, węglanu magnezu, mączki drzewnej i azotanu amonu – dynamit. Akademia Szwedzka, po precedensie, jakim było ufundowanie Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii (od 1968 roku) postanowiła wprawdzie, że nie będzie rozszerzać listy dziedzin – ale i tak pomysłodawcy kolejnych prestiżowych nagród odwołują się do konceptu Alfreda: japońska Praemium Prize chciałaby stać się „Noblem w dziedzinie sztuk pięknych", Peabody Award postrzegana jest jako „Nobel audiowizualny", Nagrody Abela, Shawa i Crafoorda walczą o tytuł „Nobla matematycznego" – i tak dalej, od sfragistyki (pieczęcie) po limakologię, czyli studia nad ślimakami.

Reklama
Reklama

Modlitwa za konających. Jak zmieniło się kino po 11 września?

A już specjaliści od literatury wstydu nie mają: Neustadt International Prize nazywany jest wprost „amerykańskim Noblem literackim", a dwie inne największe nagrody w dziedzinie literatury – francuską Nagrodę Goncourtów i amerykańskiego Pulitzera – powołano zaledwie w kilka lat po ceremonii z 1901; tylko brytyjski Booker pojawił się dopiero u schyłku imperium, w 1969.

Jakichże zresztą nagród literackich od tego czasu nie utworzono! Przede wszystkim – do gry weszli najwięksi wydawcy, akademie nauk lub hojni darczyńcy i fundacje, którzy starają się o nagrodę funkcjonującą formalnie lub faktycznie „na szczeblu państwowym", mającą stanowić reprezentację najdoskonalszych dzieł danego kraju. I to działa, jak by nie sarkać na nieprzejrzystość i „przechył ideologiczny" kapituły Nike, w potocznym odbiorze udało jej się zapełnić lukę po dawnych nagrodach państwowych. Ale przecież swoje nagrody przyznają również miasta (w Polsce: Warszawa, Kraków, Gdynia, Poznań, ale i Radom, i Bydgoszcz!) i regiony (Górnośląska Nagroda Literacka). Przyznają je uczelnie i redakcje, kościoły i wydawcy.

Sonety dentystyczne

Dużo większe wrażenie niż wielość podmiotów przyznających nagrody robi proliferacja nagradzanych kategorii. To niby zrozumiałe: literatura, podobnie jak nauka, daje się rozwałkowywać na podgatunki niczym ciasto francuskie. Istnieją więc osobne (przyznawane na szczeblu międzynarodowym, państwowym, powiatowym i miejskim) nagrody wręczane za najwybitniejsze dokonania poetyckie i dramatopisarskie, istnieją laury, na które szanse mają autorzy kryminałów (Edgar Award, nazwana tak oczywiście na cześć Poego), esejów i romansów w harlequinowym typie: tu można się ubiegać m.in. o Rita Award, Vivian Award, oraz przyznawaną przez czytelniczki amerykańskie The National Excellence in Romance Fiction Award o frapującym akronimie NERFA. Jeśli zaś idzie o światy, światami fantasy i science fiction rządzi jak wiadomo triada: Hugo, Nebula i Locus.

Reklama
Reklama

Nagroda Nobla stała się formułą równie odkrywczą jak – złożony z mieszanki nitrogliceryny, węglanu magnezu, mączki drzewnej i azotanu amonu – dynamit.

Oczywiście, to rozdrabnianie można mnożyć, czasem dla czczej zabawy, wystarczy wymyślić sobie prostą matrycę z takimi zmiennymi jak gatunek literacki, kraj, język, skład jury, a jeśli tego nie wystarczy – profesja, ewentualnie wyznanie autora. Skoro istnieje międzynarodowa nagroda przyznawana za najlepszy sonet (The Howard Nemerov Award) oraz szereg nagród za najlepszą literaturę traktującą o tematyce medycznej, z John P. McGovern Award na czele, czy wiele trzeba czasu, by doczekać się podkomitetu przyznającego nagrodę za najlepszy sonet dentystyczny? Szkliwo prysło, ssak jęczy, w cieśń igłę pchnij śmiało – w czym niby ten brawurowy opis początku leczenia kanałowego gorszy byłby od Zdarto żagle, ster prysnął, ryk wód, szum zawiei? Tak, oczywiście, to drugie to początek „Burzy" z „Sonetów krymskich".

Legenda polskiego kina w nowej roli. Zanussi pojawi się w Gdyni

Można w ten sposób wyobrazić sobie (a może i stworzyć) nagrodę za najlepszy kryminał rozgrywający się w środowisku kwakrów lub esej o szachach w języku portugalskim. Wyobraźnia ludzka jest jednak bogatsza od postnej kombinatoryki, i to jej zawdzięczamy takie klejnoty jak Premie Langhe Ceretto (najlepsza powieść z pojawiającym się wątkiem makaronu) czy Gaylactic Spectrum (przedstawia w pozytywnym świetle wątki LGBTQ z wykorzystaniem takich gatunków jak sci-fi, fantasy i horror), która już w godle chlubi się ponadprzeciętną liczbą macek.

Reklama
Reklama

Finaliści tej ostatniej często pozostają również w kręgu zainteresowania jurorów nagrody za najgorszą metaforę erotyczną (Bad Sex in Fiction Award), przyznawaną przez zasłużony szkocki miesięcznik „Literary Review". Wśród jej laureatów znajdują się autorzy tak wybitni, jak Jonathan Littell, autor „Łaskawych" (lecz także, no cóż, „Suchych i wilgotnych"), ja zaś liczę na to, że edynburscy literaturoznawcy poznają się wreszcie na Blance Lipińskiej.

Pogrzeb Jana Frycza. Na Powązkach Wojskowych pożegnano wybitnego aktora

Sam jednak, jeśli idzie o nagrody bizarne, najwyżej cenię sobie Diagram Prize, przyznawaną od końca lat 70. za najbardziej osobliwy tytuł książki. Zdobywcy pierwszego historycznie wyróżnienia z 1978 („Proceedings of the Second International Workshop on Nude Mice", czyli „Materiały Drugiego Międzynarodowego Sympozjum nt. Nagich Myszy", University of Tokyo, praca zbiorowa) długo pozostawali niepokonani, ale trzeba przyznać, że niemal każdy rok przynosi takie skarby jak „Wersal ze szwedzkiej perspektywy" (Elaine Dee, University of Chicago Press, 1988), „Jak unikać dużych okrętów" (John W. Trimmer, Cornwell Maritime Press, 1992) czy ubiegłoczna nowość, czyli „Ryba filozofów: Jesiotr, kawior i geografia pożądania" (Richard Adams Carey, Brandeis University Press).

Reklama
Reklama

To jednak wszystko – jeśli pozostać przy autorze „Sonetów krymskich" – żywiołki drobniejszego płazu. Wróćmy do wieloryba błękitnego, czyli do Nobla. Przez ponad stulecie nagrody najpotężniejszej finansowo (dziś utrzymuje się na podium, ale jego pozycją zachwiała hiszpańska Premio Planeta i Shāir al Mil'yūn ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich), ale co tam pieniądze: najsłynniejszej. Najpowszechniej rozpoznawalnej.

No właśnie, i co jeszcze Naj-? Czy naprawdę z literackim Noblem jest jak z celebrytami przewijającymi się w tle gali odżywek do włosów, czyli jest „znana z tego, że jest znana"? Czy też jest doskonałym probierzem, pisarską Iustitią, która na zawsze oddzieli ziarno od plew? I czy taka nagroda jest w ogóle możliwa? A jeśli tak – jakiej metody użyć, by wskazać najdoskonalsze dzieło literackie świata?

Nawrocki o sile literatury. „Przenosi polskość przez pokolenia”

Sam fundator nagrody nie pozostawił w tej kwestii niemal żadnych wskazówek. Jedno jedyne zdanie testamentu (należy nagradzać najbardziej wyróżniające się dzieło w kierunku idealistycznym) pozostaje enigmatyczne, nawet jeśli wziąć w nawias sformułowanie „kierunek idealistyczny", typowe dla patetycznej epoki.

Pośmiertnie i w duecie

Sekretarz Akademii Szwedzkiej, Carl David af Wirsén, kiedy uporał się już ze spadkobiercami, prawnikami i królem, musiał dokonać ze współpracownikami gigantycznej pracy, zanim przyznanie nagrody w dziedzinie literatury okazało się możliwe. Zdecydować należało właściwie o wszystkim: czy brane będą pod uwagę wszystkie gatunki literackie? (tak, choć w perspektywie blisko 120 laureatów przeważają prozaicy, którym przypadło ponad 40 procent laurów; gonią ich poeci i dramatopisarze, eseiści zostali daleko w tyle).

Reklama
Reklama

Czy przyznawać nagrodę za pojedyncze dzieło, czy za „dorobek"? (Wbrew intencji Alfreda Nobla zwyciężyło drugie, zdroworozsądkowe rozwiązanie; choć nie bez wyjątków). Czy w grę wchodzi literatura pisana we wszystkich językach? (Teoretycznie tak, co odróżnia Nobla od Bookera i Goncourtów; w praktyce największe szanse mają wielkie języki europejskie, zaś istnienie dużej liczby przekładów na szwedzki często okazuje się kluczowe).

Czy można przyznawać nagrody pośmiertnie? (Zasadniczo nie, ale szwedzkiemu poecie Erikowi Karlfeldtowi w roku 1931 się udało). Czy można je przyznawać dwojgu pisarzy? (Niechętnie, ale można: najbardziej chyba znany z czterech takich duetów to ten z 1966, kiedy sławą podzielili się niemiecko-szwedzka poetka Nelly Sachs i izraelski prozaik Szmuel Iosif Agnon). Czy osoba zgłoszona po raz pierwszy może otrzymać laur? (Nie). Kiedy można odtajnić protokoły obrad? (Po pół wieku). Kto może zgłaszać kandydatury? Jak wyłaniać jurorów? Jaki tryb głosowania obrać? Ile…?

Każda z tych decyzji pociąga za sobą straszliwe rozterki – tym większe, że doznaje się ich na oczach świata. A przecież te wątpliwości, które wymieniam powyżej, to zaledwie wierzchołek góry lodowej: można je rozstrzygnąć dobrze lub źle, ale są przynajmniej rozstrzygalne. Jak jednak podejmować decyzję, gdy wiemy z zakulisowych źródeł, że nominowany trzykrotnie autor jest ciężko chory i prawdopodobnie nie doczeka kolejnej edycji?

Reklama
Reklama

Czy stosować „przekładaniec gatunkowy" i po trzech z rzędu prozaikach nagrodzić poetę? No właśnie – poetę czy poetkę? Jak zachowywać się w przypadku wojny światowej? (Zwykle nie przyznawano nagrody, oprócz dość ostentacyjnego Nobla 1915 dla wielkiego pacyfisty, Romaine'a Rollanda). A nieświatowej? Co począć z literaturą państw, które brały udział w wojnie, jeśli ich wina jest oczywista? (Herman Hesse został nagrodzony już w 1946; był jednak emigrantem i przeciwnikiem Hitlera). A jeśli nieoczywista?

Grzegorz Braun na koncercie Sanah. Apel o Order Odrodzenia Polski

Nic dziwnego, że Literacka Nagroda Nobla jest nie tylko najsławniejszą, lecz i najczęściej chyba krytykowaną nagrodą świata. Istnieją długie wykazy „wielkich niedocenionych" i chociaż oczywiście można uznać, że przynajmniej od numerów trzycyfrowych zawierają one nazwiska grafomanów i frustratów, to mina nam rzednie, gdy zdamy sobie sprawę, że każdy taki wykaz otwierają (żyjący już w czasach przyznawania Nobla, nie mówimy o Sofoklesie i Szekspirze!): Marcel Proust, Jorge Luis Borges i Lew Tołstoj, tuż za nimi zaś – Robert Frost, Joseph Conrad, Henrik Ibsen i James Joyce.

Dodajmy zresztą, że obok wykazów światowych, istnieją i narodowe, w których figurują nie tylko ci, którzy „powinni dostać", lecz przede wszystkim ci, którzy „powinni dostać zamiast tych, co dostali". Jeśli nuży nas lamentowanie nad Noblem dla Szymborskiej, który należał się Herbertowi, to przekartkujmy przedwojenną prasę, wymyślającą Reymontowi, że zabrał nagrodę należną Żeromskiemu…

Reklama
Reklama

Dynamit i niewypały

Równie długie są, oczywiście, listy Nobli niesłusznie przyznanych, na które trafiają zarówno autorzy prozy „miałkiej", a przynajmniej drugorzędnej (tu króluje Pearl Buck, amerykańska laureatka z 1938, autorka dość ckliwych powieści o życiu europejskich misjonarzy w Chinach), jak twórcy wybitni, ale gruntownie zapomniani: kto zna wiersze Vernera von Heidenstama (Szwecja, 1916), najbardziej widocznego przedstawiciela nowej ery w literaturze światowej? Oczywiście, można uznać, że to prosta funkcja czasu – im dawniejsi autorzy, tym gęstszy przysypał ich kurz – ale chyba niekoniecznie tak jest.

Czas przeszły niedokonany. Od „Amadeusza” po „Amelię”, klasyka znów rządzi w kinach

Kiedy sięgam po nazwiska pierwszych dziesięciu laureatów (Prudhomme, Mommsen, Bjørnson, Mistral, Echegaray, Sienkiewicz, Carducci, Kipling, Eucken, Lagerlöf) i tych o pół wieku późniejszych (Lagerkvist, Mauriac, Churchill, Hemingway, Laxness, Jimenez, Camus, Pasternak, Quasimodo, Saint-John Perse) – owszem, ci z lat 50. są bliżsi, ale i tu trafiły się zarówno zupełne niewypały, jak i autorzy, z którymi gorzej obszedł się czas. Z pierwszej dziesiątki mam na półkach sześcioro, z tej drugiej – siedmiu, przy czym dwóch za sprawą książek po rodzicach; a dodajmy, że dekada lat 50. była wyjątkowo udana.

Reklama
Reklama

Kapitule Akademii Szwedzkiej zarzucano – oczywiście – kolonializm i europocentryzm (pierwszy „nieeuropejski" Nobel przypadł Rabindranathowi Tagore, hinduskiemu poecie, w roku 1913, ale autorzy piszący w językach „europejskich", z uwzględnieniem obu Ameryk i Australii, nadal stanowią ¾ grona laureatów). Zarzucano jej też „skandynawocentryzm" (jak dotąd, przyznano nagrodę 16 Skandynawom, z czego aż ośmiorgu Szwedom) i „nordycyzm".

No i, oczywiście, antyfeminizm. Zarzucano jej konserwatyzm i bezbożność, sztywny moralizm – i propagowanie niemoralności (w 1947 dostało się Akademii za André Gide'a, w 2004 – za Elfriede Jelinek. Ta ostatnia opinia nie jest mi całkowicie obca). Angażowanie się w „zimnowojenną politykę" (tu największe pretensje mieli oczywiście Sowieci, za Noble dla Bunina w 1931, dla Pasternaka w 1958, dla Sołżenicyna w 1970 i dla Brodskiego w 1987; i nawet medal dla Szołochowa w 1965 ich nie udobruchał) – i obojętność wobec wielkich pisarzy gnijących w kazamatach.

Sąd nakazał zwrot obrazu skradzionego przez nazistów

To wszystko po trosze prawda, podobnie jak zmienność kryteriów. Badacze, którzy wzięli pod mikroskop kolejne wygłaszane laudacje, dostrzegają pewne prawidłowości: w latach 1901–1920 najchętniej wychwalano (pamiętając snadź jeszcze dobrze o „kierunku idealistycznym", którego domagał się Alfred Nobel) „podniosłość" i „szlachetność" nagradzanych dzieł.

Reklama
Reklama

W kolejnym dwudziestoleciu (złota epoka modernizmu!) „mistrzostwo". W posiekanych gorącą i zimną wojną latach 1941–1960 – neutralny „talent" i zawsze cenioną „szlachetność". W epoce dekolonizacji i dzieci-kwiatów (1961–1980) „lokalność" i „kolor", ale już w dwadzieścia lat później (1981–2000) – „uniwersalizm doznań". W XXI wieku, epoce plastiku i symulakrów, najwyżej ceniony jest „autentyzm" i „zapis niepowtarzalnego doświadczenia"

Tak jak zmieniają się kryteria i smaki literackie, pozostają w mocy dylematy: czy jurorzy powinni poruszać się po mapie świata ruchem konika szachowego, starając się przybliżyć odbiorcom spuściznę i wrażliwość kolejnych krajów – czy szukać w korcu maku i czcionek dzieła naprawdę najdoskonalszego, najbardziej poruszającego, nawet jeśli jego autorem okazuje się po raz czwarty z rzędu Polak lub Korsykanin? I – to jeszcze jedno z ryzykownych pytań: czy Literacka Nagroda Nobla rzeczywiście aż tyle znaczy? W końcu … to, co zowią różą / pod inną nazwą równie by pachniało!. Po co Nobel Hemingwayowi czy Beckettowi? To oni swoim nazwiskiem rozsławili Nobla!

Po co Nobel Hemingwayowi czy Beckettowi? To oni swoim nazwiskiem rozsławili Nobla!

Z tą nierównowagą sprawa jest bardziej skomplikowana. Co najmniej kilkoro krytyków zgodziło się już z funkcjonowaniem wśród „korpusu laureatów" superligi, ekstraklasy i I ligi. Albo, mówiąc językiem ekonomistów, „centrum" i „peryferii".

Reklama
Reklama

Do noblowskiej superligi należą, zdaniem tych badaczy, ci autorzy, których rzeczywiście z perspektywy półwiecza czy wieku można nazwać „epokowymi", tacy, bez których nie można sobie wyobrazić współczesnej literatury. Oczywiście, można spierać się do upadłego o to, kto zasługuje na to, by dostać się do tego zbioru: bezsporni pozostają najpewniej Henryk Mann, T.S. Eliott, Samuel Beckett i Hemingway, Yeats i Faulkner. I, oczywiście, dzielą tę ławkę z „wielkimi niedocenionymi", Proustem i Tołstojem.

Ekstraklasa to autorzy, którzy są wielcy – i którzy wyrażają, mówiąc językiem akademii szkolnych, „uniwersalne doświadczenia ludzkości". Nagroda Nobla stała się dla nich „wzmacniaczem", pozwoliła im dotrzeć ze swoją prawdą do świata – i dobrze, wzbogacili ten świat swoimi książkami. To Miłosz i Seifert, Pamuk i Fosse, Llosa i Bellow, Tagore i Sachs.

Biejat stała, gdy inni klęczęli na pogrzebie. Ksiądz stanął w jej obronie

I wreszcie – ci, którzy jakoś przemknęli przez żarna, zbledli lub zetlali. Ale nawet oni (to jeden z pomniejszych, ale bardzo ciekawych fenomenów, towarzyszących nagrodzie!) – właśnie dlatego, że raz „ozłoceni", pozostają czytani: umieszczani są w zestawach lektur dla studentów i doktorantów, wydaje się ich raz na kilka lat w twardych okładkach (no bo jaki kraj nie wyda „swojego" noblisty?). I dzięki temu – otwierają nas na smaki sprzed stu lat, zwiększają różnorodność. A to ważna rzecz w literaturze.

Reklama
Reklama

O Literackiej Nagrodzie Nobla można powiedzieć niemal to samo, co jeden z jej laureatów, Winston Churchill, powiedział o demokracji. To najgorszy pomysł na wybór tego, co najlepsze w literaturze – za wyjątkiem wszystkich innych prób. Ze wszystkimi przeoczeniami, fałszywymi sądami i ustępstwami wobec poprawności politycznej – stwarza nam Nobel największe szanse na doświadczenie tego, co Goethe określił mianem „Weltliteratur": wielkiego zapisu doświadczenia rodziny ludzkiej.

Następnego laureata poznamy już 5 października. Stay tuned. Czy może raczej – Stay booked.

Źródła: Magazyn Zero, Paul Tenngart „The Nobel Prize and the Formation of Contemporary World Literature (Bloomsbury Academics, New York, 2024), James F. English „The Economy of Prestige: Prizes, Awards, and the Circulation of Cultural Value (Harvard University Press, 2008)
Wojciech Stanisławski
Wojciech StanisławskiDoktor nauk historycznych. Historyk i bibliofil. Pisze o losach, ludziach i książkach Europy Środkowej - autor zewnętrzny
Reklama
Reklama