Reklama
Reklama
Świat

Nowe rozdanie na Bliskim Wschodzie. Kto naprawdę dyktuje warunki?

Wojna USA z Iranem wchodzi w fazę, w której o wyniku nie decydują już wyłącznie militarne potyczki. Toczy się gra o nowy układ sił na Bliskim Wschodzie. Choć Waszyngton próbuje narzucić warunki zakończenia konfliktu, Teheran – dzięki swoim regionalnym dźwigniom wpływu i zdolności do destabilizacji rynku energii – wciąż trzyma w ręku kluczowe karty.

Wojciech J. Kittel
Felieton autorstwa: Wojciech J. Kittel
05 kwietnia
17 minut
„USA mają wszystkie karty, Iran nie ma żadnych”. Czy jednak rzeczywiście tak jest? (fot. esfera / Shutterstock)

Reklama

TYLKO NA
  • USA łagodzą swoje cele wobec Iranu, odchodząc od wcześniejszego dążenia do zmiany reżimu, ale jednocześnie próbują narzucić Teheranowi skrajnie restrykcyjne warunki zakończenia konfliktu.
  • Iran zachowuje realne narzędzia presji, wykorzystując m.in. blokadę Cieśniny Ormuz, co pozwala mu wpływać na globalny rynek energii i negocjacyjne pole gry.
  • Pakistańsko‑chińskie wejście do procesu mediacyjnego zmienia układ sił, osłabiając amerykańską pozycję i umożliwiając Pekinowi prezentowanie się jako obrońca status quo oraz strażnik stabilności gospodarczej.
  • Stawką nie jest jedynie zatrzymanie działań zbrojnych, lecz trwałe przedefiniowanie porządku bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie – porozumienie, jeśli powstanie, będzie narzędziem zmiany równowagi, a nie powrotu do status quo.

Reklama

Podobnie jak podczas wizyty Wołodymyra Zełenskiego w Waszyngtonie w lutym ubiegłego roku, Donald Trump podczas swojego orędzia do narodu w minionym tygodniu powiedział:

„USA mają wszystkie karty, Iran nie ma żadnych”.

Czy jednak rzeczywiście tak jest? Najlepiej świadczy o tym fakt dalszej, selektywnej blokady Cieśniny Ormuz przez Iran. Również to, że pomimo oficjalnego przyłączenia się jemeńskich Huti do wojny – gdy pod koniec ubiegłego tygodnia wystrzelili pocisk rakietowy w kierunku Izraela – nadal pozostają irańską „kartą” w tej wojnie, strasząc rynki.


Reklama

Z przemówienia prezydenta USA, w którym kluczem narracji było to, że „Iran nie może mieć broni jądrowej”, możemy dowiedzieć się nieco więcej o amerykańskim sposobie artykułowania celów politycznych tej wojny. Najważniejszym z nich było podkreślenie, że „celem USA nie jest zmiana reżimu w Teheranie”. Wskazanie na ten aspekt, stanowi w istocie wycofanie się z wcześniejszego stanowiska, w którym podejmowane działania były jednoznaczne i zmierzające do dekapitacji przywództwa politycznego w Teheranie.


Reklama

Stanowisko to jednak uległo zmianie. USA de facto przyznały, że nie udało im się wywołać buntu wewnątrz irańskiego obozu władzy ani znaleźć „irańskiego odpowiednika” Delcy Rodríguez – prezydent Wenezueli mianowanej po schwytaniu Nicolása Maduro na początku tego roku. Zejście z tak maksymalistycznego stanowiska zostało następnie przykryte komunikatami o sukcesach militarnych.

AfD dystansuje się od Trumpa przez wojnę w Iranie i spadek poparcia wyborców

Trump wskazał w swoim przemówieniu na zniszczenie: marynarki wojennej Iranu, magazynów amunicji, baterii rakietowych, systemów obrony przeciwlotniczej oraz zdolności produkcyjnych przemysłu zbrojeniowego. Mimo retorycznych zabiegów Trumpa, wskazane cele wciąż nie zostały zrealizowane w 100 proc., o czym świadczą dalsze ataki Iranu.


Reklama

Niemniej jednak zejście USA z maksymalistycznego punktu swojego stanowiska politycznego, zawiera jeszcze jeden istotny sygnał. Jest on skierowany do nowych-starych władz w Teheranie, co stanowi próbę zakomunikowania, że USA chcą deeskalacji konfliktu.


Reklama

Potwierdzenia tego stanowiska możemy szukać we wpisach Trumpa w jego medium, gdzie stwierdził, że „Ameryka prowadzi poważne rozmowy z nowym i bardziej rozsądnym reżimem w sprawie zakończenia naszych operacji wojskowych w Iranie”. Natomiast w środę dodał, że Iran „poprosił o zawieszenie broni”.

Przedstawiciele władz w Teheranie, komentując te słowa, konsekwentnie im zaprzeczają. Podkreślają jednak, że zaprzeczenia te nie wynikają z braku jakichkolwiek rozmów, lecz z niezgody na narrację, jakoby to Iran „prosił” o zawieszenie broni – co jest obroną własnego stanowiska negocjacyjnego.

Stanowisko Waszyngtonu

Pomimo – jawnego – złagodzenia stanowiska USA w kwestii obalenia władz w Teheranie, Amerykanie dzięki wypracowanej dominacji w irańskiej przestrzeni powietrznej, podtrzymują w sferze negocjacyjnej swoje żądania artykułowane jeszcze przed 28 lutego.


Reklama

Żądania ponownie zostały przedstawione w propozycji porozumienia pokojowego, przekazanego Iranowi za pośrednictwem Pakistanu. W amerykańskim projekcie, kluczowy staje się punkt określony czasem: ustanowienia 30-dniowego zawieszenia broni. To w tym okresie miałyby zostać podjęte obustronne negocjacje dotyczące „pierwotnych przyczyn wojny”.


Reklama

Stanowisko USA zawarte w tym projekcie, opiera się na podobnej logice, co wcześniejsza dyplomatyczna maskirowka (oszustwo), kiedy przed 28 lutego USA przykrywały swoje przygotowania do wojny kolejnymi rundami negocjacyjnymi. Tworząc w ten sposób pozór gotowości do zawarcia kompromisu, podczas gdy rzeczywistym motywem USA było osaczenie Iranu i przymuszenie go do podporządkowania się żądaniom.

Obecny projekt porozumienia zdaje się powielać tę logikę. Jego konstrukcja wskazuje, że USA dążą nie tyle do kompromisu, ile do trwałego przekształcenia roli Iranu w regionie. Kluczowe zapisy, takie jak całkowity demontaż infrastruktury jądrowej w Natanz, Isfahanie i Fordo, zakaz wzbogacania uranu na terytorium Iranu oraz przekazanie istniejących zapasów wzbogaconego materiału MAEA, oznaczają de facto pozbawienie Iranu samodzielności technologicznej.


Reklama

Trump zabrał głos po zestrzeleniu F-15. „Jesteśmy w stanie wojny”


Reklama

Uzupełnieniem tych postanowień są zapisy dotyczące ograniczeń programu rakietowego oraz zakończenia wsparcia dla swoich proxy w regionie uderzając w fundamenty irańskiej doktryny odstraszania asymetrycznego. Z tej perspektywy oznacza to ponowną próbę narzucenia „nowego JCPOA +”, lecz w znacznie bardziej restrykcyjnej formie – takiej, która nie przywraca status quo sprzed 28 lutego.

Szczególne jest zatem powiązanie kwestii nuklearnych z regionalnym zachowaniem Iranu. Jednocześnie elementy takie jak zniesienie sankcji, likwidacja mechanizmu snapback ONZ czy podporządkowanie USA irańskiej cywilnej energetyki jądrowej w Buszehr, ma pełnić funkcję zachęty. Jednak próbując się postawić w irańskiej pozycji amerykański projekt potęguje długotrwałe ustępstwa w zamian za szybko odwracalne korzyści.

W amerykańskiej technice negocjacyjnej widoczne są podobieństwa do wcześniejszej strategii „maksymalnej presji” wobec Iranu. Otóż w trakcie procesu negocjacyjnego przed 28 lutego działaniom dyplomatycznym towarzyszyła koncentracja „wielkiej armady” USA wokół Iranu, co – jak wielokrotnie podkreślał prezydent USA – stanowiło formę ultimatum: „albo akceptujecie nasze warunki, albo czeka was wojna”.


Reklama

Dziś, w kontekście prowadzonych mediacji, mimo że kampania powietrzna przeciwko Iranowi nadal trwa, USA starają się wykazać, iż to one kontrolują poziom eskalacji konfliktu. Sygnalizując, że to od nich zależy, kiedy i w jaki sposób konflikt się zakończy. Wskazując konsekwencje braku ustępstw poprzez możliwość zwiększenia wojsk desantowych w regionie o kolejne 10 tys. żołnierzy. Sygnał jest zatem jednoznacznym postawieniem kolejnego ultimatum: albo przyjmiecie nasze warunki, albo zintensyfikujemy nasze działania – tym razem „stawiając buty na waszej ziemi”.


Reklama

Alternatywny scenariusz przedstawił Donald Trump. Zakłada on „cofnięcie Iranu do epoki kamienia łupanego” poprzez zmasowane uderzenia w infrastrukturę energetyczną. W takim scenariuszu, USA mogłyby przyjąć strategię „spalonej ziemi” – nie na własnym terytorium, lecz w Iranie – czekając aż narastająca wewnętrzna destabilizacja doprowadzi do osłabienia państwa i wymusi na Iranie podporządkowanie. Co oczywiście jest mocno ryzykownym scenariuszem.

Karty Iranu

Odpowiedź Teheranu na pierwotny, 15-punktowy projekt porozumienia była jednoznacznym odrzuceniem amerykańskich żądań. Dwa dni po ujawnieniu informacji o rozpoczęciu zakulisowych pośrednich rozmów, szef irańskiego MSZ Abbas Araghchi, wskazał, że choć trwa wymiana informacji pomiędzy stronami, Iran będzie „kontynuował linię oporu”.

Przedstawione stanowisko jest w istocie potwierdzeniem odporności irańskiego systemu państwowego, który dysponując wysokim progiem bólu (rozumianym jako zdolność do ponoszenia strat bez załamania stabilności systemu politycznego) pozostaje świadomy podstaw swojego podejścia. To właśnie one przesądzają o realnej, strukturalnej sile Iranu w zakulisowych rozmowach.


Reklama

Na to stanowisko składa się fakt, że Iran, choć nie kontroluje swojej przestrzeni powietrznej, dysponuje bolesnymi dla Amerykanów „dźwigniami”. Przejawiają się one w możliwości dozowania presji na region, co bezpośrednio przekłada się na stan nastrojów globalnego rynku energetycznego.


Reklama

To właśnie ten czynnik ciąży nad decyzjami o kierunku amerykańskiej presji wojskowej. W sytuacji blokowania Cieśniny Ormuz, groźby zablokowania Cieśniny Bab al-Mandab przez Huti oraz irańskich uderzeń na infrastrukturę energetyczną w regionie – USA jako gwarant stabilności systemu petrodolara, są zmuszone do zarządzania kryzysem na globalnym rynku węglowodorów. Już dzisiaj przejawia się to w zarządzaniu podażą: zwolnieniu strategicznych rezerw ropy naftowej oraz w łagodzeniu polityki sankcyjnej wobec rosyjskiej, jak i irańskiej ropy.

Dopóki USA nie pozbawią Iranu zdolności do przeprowadzania uderzeń, Teheran zachowuje realny instrument oddziaływania na tę sytuację. To właśnie zdolność do atakowania portów, tankowców, rurociągów czy instalacji odsalania wody stanowi o jego pozycji negocjacyjnej.

Istotnym elementem tej strategii pozostaje utrzymywanie kontroli nad Cieśniną Ormuz. Wprowadzenie najpierw blokady, a następnie selektywnej przepustowości pozwoliło Teheranowi kumulować presję nie poprzez całkowite zamknięcie szlaku, lecz poprzez dozowaną destabilizację. Wystarczającą, by windować ceny energii, zakłócać logistykę oraz zwiększać nacisk na USA ze strony rynków, sojuszników i własnej opinii publicznej.


Reklama


Reklama

W rezultacie można argumentować, że to Iran w znacznym stopniu na poziomie strategicznym kontroluje dynamikę konfliktu. Stwierdził to również sam Alex Younger były szef brytyjskiego wywiadu MI6, mówiąc: „Rzeczywistość jest taka, że USA nie doceniły tego zadania i myślę, że około dwa tygodnie temu straciły inicjatywę na rzecz Iranu”. W tej logice Iran nie musi wygrywać pojedynczych bitew. Wystarczą symbolicznie i medialnie nośne straty po stronie amerykańskiej, jak zniszczenie samolotu wczesnego ostrzegania AWACS E-3. Kluczowe jest bowiem narzucenie na poziomie politycznym kosztów, które będą dla Waszyngtonu nieakceptowalne.

Zatem Iran – wbrew słowom amerykańskiego prezydenta – posiada „karty”, które pozwalają na wzmocnienie jego stanowiska czynnikiem twardej siły. To właśnie ta struktura zależności umożliwia Teheranowi przedstawienie własnych postulatów, stanowiących kontrpropozycję wobec Amerykanów.

Stanowisko Teheranu

Irańska propozycja jest w konsekwencji odwróceniem logiki amerykańskich jednostronnych żądań ustępstw. Opiera się na próbie redefinicji warunków zakończenia konfliktu, pomijając w swoich postulatach kwestie nuklearne, rolę sił proxy czy limitów uzbrojenia. Teheran przesunął punkt ciężkości zakończenia wojny „na wszystkich frontach” konfrontacji. Natomiast podstawą tego podejścia jest uzyskanie wstępnych gwarancji, że USA nie zdecydują się w przyszłości na kolejny atak w ramach tzw. strategii „strzyżenia trawy”.


Reklama

Druga część irańskich postulatów obejmuje żądania. Z jednej strony mogą być postrzegane jako logiczna konsekwencja stanu działań wojennych, z drugiej będąc elementem maksymalistycznej pozycji negocjacyjnej – by mieć z czego schodzić. W pierwszej kolejności mowa jest o wypłacie odszkodowań, co w toku negocjacji mogłoby zostać zastąpione zniesieniem sankcji lub stworzeniem pakietu inwestycyjnego.


Reklama

Drugim żądaniem Iranu jest uznanie jego kontroli nad Cieśniną Ormuz, co stanowiłoby swoisty przewrót kopernikański nie tylko dla regionalnej równowagi sił, lecz przede wszystkim dla globalnego rynku węglowodorów. Doprowadziłoby to do związania w ten sposób zdecydowanej większości regionalnego eksportu węglowodorów od woli Iranu. W przypadku Kataru i Zjednoczonych Emiratów Arabskich odpowiednio około 93 proc. i 96 proc. eksportu LNG realizowanego drogą morską przechodzącą przez Cieśninę Ormuz.

W tym sensie irańska kontrpropozycja stanowi nie tyle odpowiedź na amerykański plan, ile próbę narzucenia własnej osi negocjacyjnej. To w jej ramach, USA i Izrael mieliby zostać przedstawieni jako strona inicjująca konflikt i zobowiązana do jego zadośćuczynienia. Taka konstrukcja, pozwala więc Teheranowi utrzymać inicjatywę polityczną w wojnie oraz legitymizować dalsze działania kontrolowanej eskalacji jako narzędzia wymuszania ustępstw.

Natomiast w obliczu wznowienia procesu mediacyjnego działania Iranu nie ograniczają się wyłącznie do formułowania postulatywnego podejścia, lecz mają charakter proaktywny. Teheran stara się oddziaływać na opinię publiczną w USA, sprzeciwiającą się amerykańskiej interwencji w Iranie, ze szczególnym uwzględnieniem odbiorców z obozu MAGA.


Reklama

W przeddzień wygłoszenia przez Donalda Trumpa orędzia do narodu, prezydent Iranu Masoud Pezeshkian opublikował list otwarty, w którym przedstawił wojnę przez pryzmat kosztów i bezsensownej eskalacji z perspektywy samych Amerykanów. Motyw opublikowania listu jest oczywisty, sianie sceptycyzmu wobec zagranicznych interwencji oraz krytyki „wiecznych wojen” – co stanowi bezpośrednie nawiązanie do retoryki MAGA.


Reklama

Nabiera to szczególnego znaczenia w kontekście informacji, że to wiceprezydent J.D. Vance, a nie Steve Witkoff i Jared Kushner, ma przewodzić amerykańskiej stronie w rozmowach. W ten sposób, Iran podejmuje próbę wpisania własnego przekazu w istniejące podziały polityczne wewnątrz amerykańskiej administracji prezydenckiej.

Mediacje

W przeszłości kluczową rolę mediatora łagodzącego napięcia na linii USA-Iran pełnił Oman, a Katar odgrywał funkcję wspierającą procesy negocjacyjne na Bliskim Wschodzie. Jednak w wyniku ataków Iranu na te państwa ich pozycja, jako podmiotów mediujących została zredukowana do postronnych obserwatorów przyjmujących ciosy.

Z perspektywy miesięcznego trwania konfliktu uderzenia Iranu w historycznego mediatora, jakim był Oman, można interpretować jako zręczne działanie Teheranu, które ma na celu podporządkowanie Maskatu w kwestii irańskiego żądania uznania kontroli nad Cieśniną Ormuz. Jest to szczególnie istotne, gdyż to właśnie przez wody terytorialne Omanu przebiega znaczna część kluczowych szlaków.


Reklama

Nadaje to Maskatowi realny wpływ na zasady żeglugi, którego Teheran nie mógł pominąć. W związku z tym, Iran podjął negocjacje z Omanem w celu ustanowienia dwustronnego nadzoru nad tranzytem przez Cieśninę, co stanowi próbę międzynarodowej instytucjonalizacji przejęcia nad nią kontroli.


Reklama

Natomiast na dyplomatycznym froncie negocjacji to Pakistan wyrósł na najważniejsze państwo-pośrednika w konflikcie. To za jego pośrednictwem Iran otrzymał pierwszy 15-punktowy projekt porozumienia. Według deklaracji szefa pakistańskiego MSZ Ishaqa Dara, to właśnie Islamabad ma stać się głównym centrum prowadzonych rozmów.

Aktywność Pakistanu wykracza jednak poza bezpośrednio zaangażowane strony oraz państwa regionu Bliskiego Wschodu. Zaskakującym osiągnięciem Islamabadu w tym kontekście jest faktyczne włączenie Chin do procesu mediacyjnego. Poinformowano o tym we wtorek, we wspólnym oświadczeniu Islamabadu i Pekinu, stanowiącym pięciopunktową kontrpropozycję wobec wcześniejszych stanowisk USA i Iranu.

Wspólna deklaracja wzywa strony do przerwania działań zbrojnych, podjęcia rozmów pokojowych, ochrony infrastruktury cywilnej i energetycznej oraz szybkiego przywrócenia normalnej żeglugi przez Cieśninę Ormuz. W istocie jednak mniej istotna jest sama treść tych punktów, a bardziej charakter tej inicjatywy – odwołującej się do obrony dotychczasowego status quo, prawa międzynarodowego Karty Narodów Zjednoczonych. W tym sensie Chiny spozycjonowały się jako obrońca porządku międzynarodowego. 


Reklama

Z perspektywy Pekinu ruch ma również wymiar wyraźnie pragmatyczny, wręcz egoistyczny. Chiny są bowiem głównym odbiorcą eksportu ropy naftowej z państw Zatoki Perskiej, a jako najbardziej energochłonna gospodarka świata w 2025 roku importowały z tego regionu ok. 50 proc. swojej ropy.


Reklama

Jednak zaangażowanie Chin w proces mediacyjny podważa ich wiarygodność jako neutralnego mediatora, który z definicji powinien zachowywać obiektywizm. Biorąc pod uwagę rozwijającą się w ostatnich latach współpracę na linii Teheran-Pekin, trudno uznać Chiny za w pełni bezstronnego uczestnika tego procesu.

USA i Chiny

Z perspektywy rywalizacji strategicznej z USA, interes Chin mógłby sprzyjać pogłębieniu amerykańskiego zaangażowania w Iranie, tak aby ich zasoby wojskowe zostały odciągnięte od Indo-Pacyfiku. Leży to w interesie Pekinu: by USA ugrzęzły w kolejnym długotrwałym konflikcie pochłaniającym zasoby.

Z drugiej strony, pozycjonując się jako państwo rozjemcze i obrońca status quo, Chiny zyskują istotny argument wizerunkowy, uderzający w jeden z najcenniejszych zasobów USA – wiarygodność. W przypadku dalszego zaangażowania, Pekin może przedstawiać się jako podmiot zdolny do „domykania” konfliktów, wskazując, że USA potrafią je inicjować, ale nie potrafią ich kończyć. Taka narracja może być rozwijana tym silniej, im większy będzie udział Chin w procesie mediacyjnym – zaznaczając, że nie będzie to bezinteresowne zaangażowanie.


Reklama


Reklama

Skutkiem może być bowiem osłabienie amerykańskiego systemu finansowego opartego na dolarze. W skrajnym scenariuszu, mogłoby to prowadzić do porzucenia przez państwa arabskie rozliczeń w dolarze. To one, dotychczas dzięki nadwyżkom ze sprzedaży ropy naftowej, lokowały je na amerykańskim rynku finansowym, współtworząc w ten sposób tzw. system recyklingu dolarowego.

Chińska pozycja w tym ujęciu, nabiera dodatkowego znaczenia w kontekście szczytu Trump-Xi, pierwotnie planowanego na przełom marca i kwietnia, lecz w obliczu trwającej wojny z Iranem przełożonego na 14-15 maja. Biorąc pod uwagę ten kontekst, dalsze zaangażowanie Chin w proces – przy jednoczesnym braku realizacji przez USA części celów politycznych zawartych w 15-punktowym projekcie porozumienia – osłabi pozycję wyjściową Waszyngtonu na kilku płaszczyznach.

Po pierwsze, wizyta Trumpa w Pekinie przypadłaby na moment jawnej podatności USA na presję ekonomiczną – zarówno ze strony sojuszników, jak i Chin. Potwierdza to funkcjonowanie opisanego wyżej systemu recyklingu dolarowego oraz uzależnienie amerykańskiego przemysłu od chińskiego eksportu metali ziem rzadkich. To z kolei bezpośrednio wpływa na zdolność do odbudowy zużytych w wyniku wojny zapasów uzbrojenia.


Reklama

Po drugie, Chiny mogą wejść na szczyt z narracją państwa odpowiedzialnego za stabilizację gospodarki światowej, podkreślając swoją rolę uspokojenia sytuacji w regionie oraz zapewnienia bezpieczeństwa żeglugi. Po trzecie – co już dziś wydaje się oczywiste – sam fakt przesunięcia szczytu w związku z wojną pokazuje, że to nie Waszyngton narzuca obecnie tempo agendy stosunków dwustronnych.


Reklama

Jedno jest pewne: rozwiązaniem tego konfliktu nie będzie samo przerwanie ognia, lecz odpowiedź na pytanie, jaki porządek ma wyłonić się po III Wojnie w Zatoce Perskiej. Stawką nie jest powrót do wcześniejszego status quo, lecz polityczne uznanie nowej równowagi sił w regionie. Zarówno Waszyngton, jak i Teheran prowadzą dziś grę o narzucenie własnej architektury bezpieczeństwa, takiej, która w sposób trwały zabezpieczy ich pozycje.

To właśnie dlatego ostateczne porozumienie – jeśli w ogóle zostanie osiągnięte – nie będzie kompromisem przywracającym równowagę, lecz momentem jej redefinicji.

 


Reklama

Źródło: Zero.pl
Wojciech J. Kittel
Wojciech J. KittelAnalityk think tanku Strategy and Future oraz współpracownik magazynu „Układ Sił”. Zajmuje się strategią oraz analizą zmian na współczesnym polu walki - autor zewnętrzny