Doskonale pamiętam przełom wieków w Polsce. Może i samochody stały wtedy wszędzie, a każdy skrawek wolnej przestrzeni był parkingiem, ale występowała ogromna rotacja, ponieważ kradziono wtedy średnio 200 aut dziennie. Dziś skradzionych pojazdów na dzień jest trzynaście.

- W ciągu ostatniego ćwierćwiecza przeszliśmy z pozycji „kradną wszystko” do „nie kradną prawie nic”.
- No chyba, że Toyoty. Toyoty dalej kradną.
- Dla odmiany przestano kraść Mazdy, które kiedyś były równie narażone, co Toyoty.
To jeden z większych sukcesów czasów współczesnych jeśli chodzi o eliminację przestępczości w Polsce. W ciągu 25 lat liczba kradzionych samochodów spadła ponad piętnastokrotnie.
W końcu lat 90. był to ogromny „przemysł”, w którym brały udział tysiące osób – od młodych złodziei stosujących prymitywne metody kradzieży, przez wyspecjalizowane warsztaty-dziuple rozbierające pojazdy na części w olimpijskim tempie, przez duże giełdy samochodowe oferujące części „nieznanego pochodzenia”, jak Słomczyn, aż po policję, współpracującą nieraz ramię w ramię ze złodziejami.

Źródło: newsletter SAMAR
A teraz co? Jedyne, co ratuje „honor polskich złodziei”, to Toyota
Żartuję, złodzieje nie mają żadnego honoru. Ale mają parcie na samochody marki Toyota. Wiele osób zastanawia się, dlaczego. Już tłumaczę. Samochody marki Toyota – zresztą najpopularniejszej w Polsce od paru lat – najczęściej służą do zarabiania pieniędzy.
To nie dostawczaki marki Fiat czy Renault najczęściej pracują zarobkowo, ale właśnie Toyoty, które stanowią większość floty taksówek czy przewozów na aplikację. Ich użytkownikami są często kierowcy-najemcy, płacący tygodniowy czynsz za daną Corollę czy Priusa, a same samochody należą do firm o wschodnio brzmiących nazwach.
Sytuacja ta generuje nieproporcjonalnie dużą liczbę szkód, które trzeba czymś naprawiać. Mamy więc duży popyt na części, zwłaszcza te, które łatwo ulegają uszkodzeniom przy kolizjach – i to ze strony podmiotów, których nie interesuje nic poza tym, aby samochód wrócił jak najszybciej do pracy.

Efekt: w Polsce w zeszłym roku skradziono więcej samej Corolli niż wszystkich Volkswagenów razem wziętych. Dane na ten temat przedstawił Samar, a w statystykach znajdziemy jeszcze więcej ciekawostek: Toyoty stanowią nie tylko równe 20 proc. liczby skradzionych aut (960 z 4751), ale również prawie skradziono tyle samo Toyot, co Audi, BMW i Mercedesów łącznie.
W pierwszej dziesiątce kradzionych aut mamy cztery Toyoty i dwa popularne auta dostawcze, tj. Fiata Ducato i Renault Master. Niechlubną pierwszą dziesiątkę uzupełnia BMW serii 5, Audi A6, Hyundai Tucson i Kia Sportage.
Nie jest to może góra lodowa, ale to i tak tylko wierzchołek
Chodzi o to, że raport Samaru mówi tylko o przypadkach wyrejestrowania samochodu z powodu kradzieży. Nie ma w nim informacji o tym, ile samochodów zostało okradzionych lub zdewastowanych przy próbie kradzieży. Jestem członkiem kilku grup „osiedlowo-dzielnicowych” w Warszawie i nie ma dnia, żeby ktoś nie skarżył się na to, że okradziono mu Toyotę.
Znikają zarówno elementy zewnętrzne jak lampy, jak i elementy wyposażenia wnętrza, a nawet baterie układu hybrydowego, brutalnie wycinane w kilka minut. Złodzieje wyposażeni w bateryjne urządzenia typu „diaks” są w stanie błyskawicznie ukraść akumulator HV (trakcyjny), wyciąć katalizator itd. Są to często kradzieże bardziej dotkliwe niż zabranie całego samochodu.
Kto jest bezpieczny?
Właściciele Dacii – w zeszłym roku ukradziono tylko cztery Dustery. Samochodem z wynikiem zera kradzieży jest SUV Renault Austral. Użytkownicy aut elektrycznych także nie mają powodów do zmartwień. Liczba skradzionych pojazdów bezemisyjnych nie przekroczyła 50 sztuk, a jeśli już coś było kradzione, to Nissan Leaf (9 aut) i Porsche Taycan (6 samochodów). Tesla właściwie nie figuruje w statystykach, wygląda na to że to kolejna marka dająca niewidzialność dla złodziei.
Długofalowym skutkiem spadku liczby skradzionych aut w naszym kraju jest spadek stawek za ubezpieczenie AC w wersji „mini”, czyli tylko od kradzieży. 25 lat temu co roku płaciło się 7-8 proc. wartości samochodu tylko jako ubezpieczenie od kradzieży, a kto nie płacił, ten pewnego dnia nie zastawał swojego samochodu na parkingu.
Polska to obecnie jeden z bezpieczniejszych krajów na świecie
Ogólnie, ale i w kwestii kradzieży samochodów. Zeszłoroczna liczba skradzionych pojazdów w ujęciu na 100 tys. mieszkańców daje wskaźnik ok. 12,5. Na świecie nie są rzadkością wskaźniki na poziomie ponad 200 (Szwajcaria), ok. 300 (Stany Zjednoczone) czy ponad 900 (Nowa Zelandia).
Przypomnę, że w najgorszym roku w tych danych w Polsce, tj. 1999, ten współczynnik wynosił 189 aut/100 tys. Tyle że w Polsce kradnie się auta dla zysku, a w wielu krajach – tylko po to, aby się nimi przejechać. Ale póki nie masz Corolli i nie mieszkasz w Warszawie, to nie ma większych powodów do obaw.
