- Rasizm to nie tylko ideologia, ale zakorzeniony w nas, podświadomy lęk – nawet osoby deklarujące otwartość na „multikulti” łapią się na automatycznych uprzedzeniach w kryzysowych momentach.
- Prawdziwa tolerancja polega na „niewidzeniu koloru” – najczystszą formę otwartości reprezentują dzieci, dla których pochodzenie czy rasa są całkowicie przezroczyste, a liczy się wyłącznie charakter drugiego człowieka.
- Wielkość Polski zawsze tkwiła w jej różnorodności – historia i codzienne doświadczenia z warszawskich Włoch pokazują, że monokultura osłabia, podczas gdy wielokulturowość wzbogaca nasze życie i rzemiosło.
Na moją mamę wołali w szkole przed wojną „kacapka”, bo była prawosławna. Potem, po wojnie, w szpitalu, gdy poważnie chorowała, nachodził ją ksiądz, ale ona odmawiała, tłumaczyła, że jest prawosławna. Choć wtedy już była niewierząca. Ksiądz wciąż wracał i natarczywie pytał, dlaczego nie przychodzi pop. Każda odmienność jest wyzwaniem dla tych, którzy nie lubią odmienności.
Człowiek, nie kolor
Karolina lubi odmienności, jest ładną kobietą w średnim wieku, która lubi multikulti, uwielbia fakt, że w Warszawie jest tak wiele ras i kultur. A jednak, gdy na lotnisku w Hamburgu podążał za nią mężczyzna o ciemnej karnacji, zaczęła przyspieszać kroku. Wreszcie, gdy biegła, a ów mężczyzna ją dogonił, okazało się, że wypadł jej paszport z tylnej kieszeni spodni, a facet gonił ją, żeby jej go oddać. Uczciwie przyznała się przed samą sobą, że gdyby był biały, nie rzuciłaby się do ucieczki.
W Odessie na plaży spotkaliśmy polską zakonnicę, która sprawowała „troskliwą pieczę” nad grupą czarnoskórej młodzieży. Piękny obrazek, gdyby nie fakt, że wciąż mamrotała przekleństwa pod adresem odeskich Żydów.
Pan Irek, bezdomny starzec, został przez nas umieszczony w schronisku dla bezdomnych. Ale strasznie narzekał na Ernesto, którego umieściliśmy tam tydzień po nim. Czepiał się Wenezuelczyka na wszelkie możliwe sposoby. Ale zrozumiałem, o co chodzi, gdy spotykałem Ernesto. Był Mulatem, a Irek rasistą. Początkowo tego nie zauważyłem. Pamiętałem narodowość, wenezuelską, ale nie zauważyłem koloru. Nie widząc koloru, widzimy człowieka.
Mieszkam w Warszawie, Włochy, na obrzeżach miasta. Moimi sąsiadami są Wietnamczycy, Sikhowie, Turcy, Nigeryjczycy. Kiedy przepuszczam na pasach Sikha w burnusie, ten kładzie rękę na piersi, kłania się i dopiero przechodzi. Na zakupach w markecie, w kolejce do kasy, przede mną stoją dwa burnusy, za mną trzy, a pani w kasie pyta, czy chcę „drugu torbu”.
W mięsnym pani, na prośbę o pokrojenie kilku schabowych, odpowiada jak za dawnych radzieckich czasów: „nie kroim”. Za to u Turka Mustafy kroją, mielą i oprawiają mięso na wiele kunsztownych sposobów. Bo to masarstwo dla tureckiego kasapa jest kunsztem, a nie zwykłą sprzedażą.
Czytaj także: Minister potrzebowała żywej tarczy. Zrobiła ją sobie z malarki
Na bazarze kupuję czerwone koszule u Nigeryjczyków, bo oni akurat je mają. Tego jednak pewna przekupka nie mogła ścierpieć i krzyknęła gromko: „Niech pan kupuje u Polaka tam za rogiem, on ma świetne koszule”. Dla niej ważne było nie to, co kupuję, ale od kogo.
Mój syn, kiedy chodził do podstawówki, opowiadał często o fajnej koleżance Marcie. Marta dobrze grała w nogę, dobrze się uczyła i była „równa”, bo dawała ściągać. Wreszcie Karol dorósł do na tyle dojrzałego wieku, że mógł na urodziny zaprosić koleżankę. Przyszła więc i Marta. Była czarna jak heban, ale mój syn o tym nie napomknął, bo to nie było dla niego żadne zagadnienie. On też, jak ja, nie widzi koloru.
Siedzimy z panem Jankiem i grupą miejscowych młodzianów nad jakimś bajorem na obrzeżu puszczy. Oni pod pozorem wędkowania piją piwo i słuchamy muzyki z ich samochodu – Włodzimierza Wysockiego po rosyjsku. Jest też mowa o migrantach. Widziałem ich, byli przerażeni i wyczerpani. Dostali jeść i pić. I poszli. Takie to wystraszone, że nawet kury nie ukradną.
Przeczytaj także: Czy wirtualny świat całkowicie pochłonie nasze dzieci?
Przyjmuję pracownika w potrzebie. Skarży się na pracodawcę, że taki, owaki, wreszcie konkluduje: „Żyd jeden”. Wtedy reaguję standardowo: „Niech pan tak nie mówi, bo ja też jestem Żydem”. Spojrzał na mnie badawczo i stanowczo oznajmił: „Nie, pan taki nie jest”. To jeszcze nie był rasizm. Gościowi nie chodziło o moje pochodzenie, tylko o charakter. To łagodniejsza, ludowa odmiana antysemityzmu.
Teraz wyznawcy wizji Wielkiego Izraela antysemityzmem nazywają krytykę izraelskiego ludobójstwa. A przecież krytykujemy syjonistów z nożem w zębach, a nie Żydów jako takich, bo wciąż nie jesteśmy rasistami.
Różnorodność to atut
Jedziemy do Hiszpanii. Noc zastaje nas w Alzacji. Szukamy taniego hotelu. Na ulicy jakiegoś miasteczka stoi młody człowiek, usiłuje nam pomóc, wydzwania wciąż pod jakieś numery. A nasza mała córeczka biega w kółko, zachwycona nocną przygodą. Stopniowo nachodzą mnie wątpliwości. Po co młody człowiek spędza tyle czasu na szukaniu nam, obcym sobie ludziom, kwatery? Kiedy już się z nim żegnałem i dziękowałem za jego starania, pojawił się drugi młody człowiek i wtedy uświadomiłem sobie, że obaj są młodymi Arabami.
Przeczytaj także: Chrups, chrups. Kto zżera polską politykę?
Chcieli, żebyśmy za nimi pojechali. Kiedy skręcili w jakieś przedmieścia, pojechaliśmy prosto i dodaliśmy gazu. Wynajęliśmy drogi hotel w Strasburgu i gratulowaliśmy sobie tej decyzji. Nie wiadomo, czy to byli zbóje, czy dziwacy, ale nasze zachowanie wynikało z niedopuszczania do świadomości, że boimy się tych ludzi, bo są Arabami. I niewiele brakowało, abyśmy padli ofiarami rabunku z powodu naszej otwartości i wewnętrznego sprzeciwu wobec rasizmu.
Wciąż mieszkam w tej pełnej cudzoziemców dzielnicy i nigdy ani ja, ani moja żona i córka nie czuły się z tego powodu zagrożone. Nigdy przedstawiciele obcych kultur nie zachowali się wobec nas nietolerancyjnie. No, przepraszam. Raz poszedłem do tureckiego fryzjera, który mnie ostrzygł tak jak swojego syna, bardzo krótko. Z tym że uroda syna na tym zyskała, a moja niekoniecznie. I nie przeszkadza mi, że muszę trochę dłużej poczekać, kiedy ekspedientka w sklepie flirtuje z chłopakami, klientami, po rosyjsku. Może dlatego, że ja znam rosyjski i wszystko rozumiem.
Mój zięć Hamit jest Turkiem. W Warszawie zdarzało się, że docinano mu z powodu jego lewantyńskiego wyglądu, ale na wsi już nie. Był nawet królem festynu. Sadzano mu na kolanach dzieci i robiono z nim zdjęcia.
A tym, którzy szczycą się, że są Polakami, przypomnę, że nie każdy polski król mówił po polsku, że Polska była wielka, kiedy była multikulti, a w miarę jak stawała się jednolicie polsko-katolicka, kurczyła się i więdła.

